Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Ostatnio przeczytane
Autor Wiadomość
mroczna88 
Wielbiciel Ciemności


Dołączyła: 03 Sie 2016
Posty: 20
Wysłany: 2016-09-09, 21:11   



Tytuł: Havemercy
Cykl: Havemercy (1/4)
Autor: Jaida Jones, Danielle Bennett

Język: angielski
Data wydania: 2008
Ilość stron: 388

Opis:

Stolica kraju zwanego Volstov. Ponad stuletnie walki z przylegającym imperium Ke-Han powoli idą ku końcowi. Stworzone przez magów potężne bestie, metalowe smoki wraz ze swymi jeźdźcami, zwanymi Korpusem Smoka (Dragon Corps), przygniatają Ke-Hanów swoją mocą oraz zwinnością. Smoki są jedyną bronią, która może zapewnić Volstovowi zwycięstwo. Niestety, członkowie Korpusu Smoka, w momencie gdy stawiają stopy na ziemi, stają się nieokrzesaną bandą, która wpada z jednych kłopotów w drugie, a czara przelewa się, gdy jeden z nich - Rook - spędza miły wieczór z żoną ambasadora przylegającego państwa. To nie byłoby problemem, gdyby wiedział, że jest żoną ambasadora, a nie zwykłą tawernianą dziwką, której próbował po wszystkim zapłacić. Wybucha skandal, ambasador chce ukarania winnego, który jest jednak asem Korpusu i został wybrany przez najlepszą i najpotężniejszą Havemercy. Dlatego król oddelegowuje młodego ucznia Uniwersytetu, Thoma, by nauczył cały Korpus manier. Co nie będzie zbyt proste.
W międzyczasie margrabia Royston, mag oraz bohater wojenny, wplątuje się w skandal z udziałem następcy tronu tego samego kraju, z którego pochodziła żona ambasadora, i zostaje przymusowo odesłany na wieś, do zamku swojego brata, by tam siedzieć tak długo, aż zostanie ponownie wezwany. Na co nie ma zbyt wielkich nadziei. Na wsi jednak Roystonowi dotrzymuje towarzystwa bystry oraz żądny wiedzy Hal, który dotąd jedynie mógł marzyć o wielkich czynach.
Tymczasem wojna ponownie nabiera tempa - coś złego dzieje się w Korpusie Smoka, Thom odkrywa szokującą tajemnicę, Royston zostaje ponownie powołany do wojska, a Hal, który za nim podąża, nie wie jeszcze, że oto spełnia się jego marzenie o przygodach. Choć w sposób, którego nie do końca by sobie życzył.

Komentarz:


Jestem tu dość nowa, więc pewnie niewielu o tym wie, ale jestem wielką miłośniczką wszelakich relacji nieheteronormatywnych. Przejadły mi się już typowe "[dzielna, niewinna, wrażliwa] ona, spotyka [przystojnego, opryskliwego, tajemniczego] jego i nie wie czy wybrać jego czy [radosnego, miłego, otwartego] innego". Wciąż zdarzają się wyjątki i bardzo cieszę się, gdy udaje mi się takowe znaleźć, jednak nawet wtedy choćby w tle brakuje mi romansów mniej spotykanych. O Havemercy słyszałam już od jakiegoś czasu na tumblru. Steampunkowe smoki, magia, wojna oraz cała masa napięcia między męskimi bohaterami, a także bardzo, bardzo dobry styl, kusiły mnie i kusiły. A jednak zabierałam się do czytania prawie cztery razy.

Dostałam to, czego chciałam, nie mogę zaprzeczyć. Postacie nie są jednowymiarowe, polityka oraz wojna bardzo dobrze opisane, a przede wszystkim całość ma niesamowity klimat.

A jednak te cztery razy się zdarzyły.

Głównym powodem jest język. Mój angielski jest, nieskromnie mówiąc, bardzo dobry, a mimo tego czytało mi się bardzo ciężko. Havemercy ma jednak bardzo dużo momentów pisanych gwarą (POV Rook'a z tego słynie), gdzie indziej z kolei napotykałam całe stado słów, których nie znałam, bo dotychczasowe angielskie teksty, które miałam w łapkach, erudycją nie grzeszyły, a taki Royston nie potrafi mówić/myśleć inaczej jak właśnie za pomocą wielu trudnych i długich słów.

Druga kwestia to ogromnie, ogromniaście długi wstęp. Pierwsze 50% historii strasznie się ciągnie i przynudza. Wątki Hala oraz Roystona są niczym wyjęte z Harlequina, za to Korpus Smoka i Thom przywodzą mi na myśl Przygody Mikołajka w wersji niecenzuralnej. Czytałam e-booka i dopiero, gdy na wyświetlaczu pojawiło mi się 50,1% akcja ruszyła z kopyta. I TO JAK! Męczyłam się z pierwszą połową przez ponad pięć dni, a drugą wciągnęłam w jeden i nie żałuję. Bardzo, bardzo nie żałuję!

Konflikt polityczny został poprowadzony inteligentnie i z klasą. Coś, co nie dawało nam spokoju od początku, nagle nabiera sensu. Zagadki, które gdzieś się tam przewijały, zostają wyjaśnione. Wiele postaci zmienia postępowanie, a inne dostają swoje pięć minut. Pojawiają się także inni - do tego momentu królowała czwórka głównych bohaterów - i historia nabiera kolorytu.
Przede wszystkim muszę pochwalić sceny akcji. Zarówno walka w powietrzu, jak i na ziemi, jest dynamiczna, wciągająca i bez trudu można się poczuć tak, jakby się tam było. Jestem ogromnie ciekawa, czy w dalszych częściach będzie jeszcze więcej walk, bo polityki na pewno.

Romans jest dość... kiepskawy na początku. Jak już wspomniałam, nie jest hetero. Jednak jest przesłodzony i bardzo, bardzo oklepany. Nabiera ciekawych kolorów od momentu, gdy Royston zostaje wezwany z powrotem do stolicy i można z radością pozwolić sobie na poznawanie ich dalszych losów.
Sprawa nieco inaczej ma się z Thomem i Rookiem, którzy mają bardzo, bardzo dużo napięcia seksualnego, ale z... hmmm, przyczyn spoilerowych nie bardzo idą w tym kierunku. Jednak ich relacja jest o wiele bardziej dynamiczna w porównaniu z pierwszą.
I przede wszystkim - wszystkie sceny nie są opisywane jako romantyczne i nie ma w nich lukru, który można znaleźć w tak wielu seriach hetero. Owszem, ktoś tam chodzi z głową w chmurach i się zachwyca, ale nie ma pięciu tysięcy akapitów na ten temat. A już zwłaszcza od połowy, gdy cukierkowość przestaje psuć zęby.

Na szczególną uwagę zasługują postacie. Jak już mówiłam, nie są jednowymiarowe. Royston ma dobre serce, potrafi pięknie mówić, jest bohaterem i jest inteligentny... ale jest też samolubny, narcystyczny oraz humorzasty. Hal jest naiwny i rozciapany jak masło na parapecie w upalny dzień, ale z czasem pokazuje kręgosłup i przede wszystkim rozum, którego potrafi używać i idzie mu to nieźle (choć moim zdaniem to wciąż straszny, męski przykład Mary Sue). Rook to choleryk, agresor i wielka chodząca wada, ale kocha Havemercy całym swoim sercem i potrafi zachowywać się jak człowiek (wiem, niewielkie wymagania xD). Thom z kolei nie ma wielkiego przebicia, ale przyparty do muru walczy jak szalony i nie umie odpuścić.
Cała czwórka jest stawiana w różnych - często ekstremalnych - sytuacjach i ich reakcje są interesujące, a przy tym konsekwentne w stosunku do poprzednich reakcji i charakterów.

Podsumowanie:

Początek boli, wchodzi ciężko, ale jak się przez to przebrnie, to naprawdę warto. Wartka akcja, bardzo dobry styl, ciekawe postacie, spora dawka dobrze poprowadzonego napięcia między bohaterami, niesamowity konflikt polityczno-wojenny i STEAMPUNKOWE SMOKI, KTÓRE PRZEKLINAJĄ JAK MARYNARZ!!!
Kocham Havemercy - zarówno smoka, jak i książkę - i zamierzam sięgnąć po dalsze części.
_________________
Ustami Nynaeve, moje wymagania co do książek:
"Jeśli już skończyłyście plotkować o mężczyznach," syknęła Nynaeve jadowicie, "może wrócimy do tego, co jest naprawdę ważne?"
 
     
Sophie 
Moderator
Mały Tyran


Wiek: 25
Dołączyła: 24 Sie 2010
Posty: 2819
Skąd: skc
Wysłany: 2016-09-11, 12:49   


Tytuł: Zero
Autor: Marc Elsberg

Oprawa miękka
Liczba stron: 512
Wydawnictwo: WAB
Rok wydania: 2016

Opis:

Londyn. Podczas pościgu zostaje zastrzelony młody chłopak. Cynthia Bonsanth, dziennikarka, próbuje wyjaśnić jego śmierć. Trop wiedzie do popularnej platformy internetowej Freemee, która specjalizuje się w gromadzeniu i analizowaniu danych, obiecując milionom swoich użytkowników lepsze, obfitujące w sukcesy życie. Jednak ktoś ostrzega stawiającą pierwsze kroki w wirtualnej rzeczywistości dziennikarkę przed Freemee i jej potęgą. Tym kimś jest Zero, jeden z najbardziej aktywnych użytkowników sieci. Im szersze kręgi zatacza dziennikarskie śledztwo, tym większe niebezpieczeństwo grozi Cynthii. Ale w świecie pełnym kamer, terminali płatniczych i smartfonów ucieczka okaże się niemożliwa…

Komentarz:

Jakiś czas temu czytałam „Blackout” Marca Elsberga i choć sama akcja książki nie wciągnęła mnie, przynajmniej na początku, to byłam pod ogromnym wrażeniem pomysłu autora i jego realizacji. W przypadku „Zero” jest to samo – pomysł jest po prostu pierwszorzędny. Wszystko zostało przemyślane i, jeśli wierzyć autorowi, już wkrótce może stać się rzeczywistością. W sumie przez tę książkę zaczęłam trochę inaczej patrzeć na niektóre rzeczy i jakoś tak nieufnie spoglądałam ostatnio na smartwatche, gdy zobaczyłam je w sklepie. Tym razem, zamiast ogólnoeuropejskiej awarii prądu, mamy zbieranie danych. Osobiście bardziej podobał mi się pierwszy pomysł – bardziej przypominał post apo, które tak lubię. Jednak „Zero” też coś w sobie ma – grupa internetowych terrorystów zwraca uwagę na fakt, że ludzie sprzedają swoje dane, są kontrolowani i śledzeni, a w tle mamy nowoczesną firmę o nie do końca czystym sumieniu, wraz z kilkoma morderstwami w tle. Ogółem dużo pościgów, intryg, spisków, przekupstw, zabójstw i ataków. Polecam przede wszystkim ze względu na pomysł. :-)
_________________
Oh yes Daddy is home and he ain’t happy.
 
     
mroczna88 
Wielbiciel Ciemności


Dołączyła: 03 Sie 2016
Posty: 20
Wysłany: 2016-09-27, 18:41   



Tytuł: Prawdodziejka
Autor: Susan Dennard
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 384

Opis wydawcy:

Młode wiedźmy Safiya i Iseult mają zwyczaj często wpadać w tarapaty. I przez to teraz muszą opuścić swój dom.
Safi jest bardzo rzadką wiedźmą prawdy, która jest zdolna zdemaskować każde kłamstwo.
Wielu zabiłoby dla jej umiejętności. Dlatego Safi musi pozostać w ukryciu. Inaczej zostanie wykorzystana w konflikcie między imperiami. Z kolei prawdziwe moce Iseult są tajemnicą nawet dla niej samej. I lepiej, żeby tak zostało.

Opinia:

Prawdodziejkę miałam na oku już od stycznia, gdy pojawiła się w nowościach Tor Teen. Zainteresowała mnie - bo jakżeby inaczej - okładka. Ot, blondyneczka w bojowym stroju machająca wodą i mieczem. Gdyby to była tylko woda, być może nie zwróciłabym na to uwagi. Brakuje mi jednak od jakiegoś czasu naprawdę dobrych postaci kobiecych (Celaena zawiodła moje nadzieje, szukam więc dalej) a z tego, co obiecywał Tor Teen, miałam dostać nie jedną mocną kobitkę, ale dwie.

Już sam fakt posiadania dwóch głównych bohaterek jest fenomenem w literaturze YA. Mamy zwykle niezwykle silną, niezwykle piękną, niezwykle kochliwą, niezwykle idealną, niezwykle skrzywdzoną, niezwykle wyćwiczoną panienkę, której silna osobowość i dodatkowe atuty padają najdalej w czwartym rozdziale, gdy na jej drodze staje ON. W Prawdodziejce jest odwrotnie.
Początkowo byłam pewna, że Safi jest kolejną Celaeną (wybaczcie porównanie, ale nie zaimponowała mi po pierwszym tomie), która poza pyskatym dziobem może poszczycić się jedynie mniej lub bardziej odpowiednią opinią. Na szczęście, Safi nie ma opinii. Żadnej. Jest sobie jakąś tam szlachcianką, kompletnie nieznaną przeciętnemu Józkowi, która daje się wmanewrować w polityczną intrygę, całkowicie wbrew swojej woli. Lubi piękne suknie, ale bardziej od sukni ceni sobie broń. Przystojnych mężczyzn nie ocenia pod kątem romansu, ale przydatności i potencjalnego sparringu. Zależy jej zaś jedynie na swojej więziosiostrze Iseult. Iseult z kolei najbardziej przypomina mi Sabriel, tytułową bohaterkę książki Gartha Nixa. Jest opanowana, chłodna i inteligentna, choć targają nią emocje - a gdy zaczynają, zaczyna się jąkać, co jest bardzo ciekawym elementem jej kreacji. W dodatku nie czuje się do końca właściwie ze swoim czarodziejstwem i dopiero odkrywa, na co ją stać.
Osobno byłyby może nieco irytujące, ale w duecie są niesamowite. Bardzo ciekawe jest to, że w pewnym momencie pojawia się bardzo dosadne podsumowanie do tego, co my znamy jako ying i yang. I jest właściwe. Dziewczęta uzupełniają się idealnie, a przy tym ich więź jest tym, co można byłoby nazwać prawdziwą przyjaźnią, której byle co (czytaj: samiec) nie przerwie.

Jeśli zaś mowa o samcach, muszę w tym miejscu pokłonić się Susan Dennard jeszcze niżej. Za Aeduana. Mnicha, krwiodzieja, który jest bezwzględny, chciwy, śmiertelnie utalentowany i ma sadystyczną radochę we wzbudzaniu strachu w innych. Boże, kocham go. Sposób, w jaki został opisany, jest idealny. Można to samo powiedzieć o Meriku, choć jego choleryczny charakter i tendencja do dramatyzmów niekoniecznie do mnie przemawia.

Nie wchodząc w zbyt wiele szczegółów, chcę powiedzieć, że tę książkę tworzą postacie. Owszem, fabuła (o której powiem za chwilę) jest niczego sobie, ale wspaniała i konsekwentna kreacja postaci zasługuje na oklaski. Bohaterowie nie są bez wad, nie są wszechwiedzący i często są zwyczajnie ślepi. Nie zawsze udaje im się dopiąć swego, a najczęściej po drodze boleśnie przekonują się, że nie wszystko jest takie, jakby się chciało. Rozwijają się, a ich interakcje nabierają kolorytu. Już choćby dla nich warto wejść w ten świat.

A jest to świat rozległy, nowy i trochę chaotyczny. Przyznam się, że nie do końca rozumiem sytuację polityczną - jest jedno duże imperium, które dwadzieścia lat wcześniej podpisało traktat pokojowy z przyległymi księstwami, w którym jednym z najważniejszych zapisów było to, że po upływie dwudziestu lat spotkają się ponownie, by renegocjować warunki pokoju. Jak się pewnie domyślacie - dwadzieścia lat minęło, jak jeden dzień~ Machinacje polityczne, intrygi i kłótnie zajmują większą część fabuły, jednak nie można im odmówić zawiłości. Przypuszczam, że przeczytam książkę jeszcze raz, by odnaleźć się w tym świecie, bo wiele fragmentów było dla mnie niezrozumiałe i chaotyczne.

Sam system magiczny jest interesujący, choć tłumaczenie bardzo, bardzo boli. W oryginale "Truthwitch" czyli Prawdowiedźma (jest to wersja, którą ja bym przyjęła), ale mamy też bondwitch - Więziowiedźmę, bloodwitch - krwiowiedźmę. A przynajmniej tak by to wyglądało, gdybym ja się za to wzięła. My mamy niestety prawdodziejkę, więziodziejkę i krwiodzieja (przypuszczam, że mogła boleć idea nazywania mężczyzny wiedźmą). Nie wiem jak dla was, ale dla mnie czarodziejka brzmi bardziej cukierkowo i mniej fantastycznie od wiedźmy. No, ale to ja. W każdym razie, mamy od zarąbania -dziejów wszelakiej maści i ich talenty są z zasady ograniczone do jednej, jedynej rzeczy. Jak choćby Safi, której prawdodziejstwo pozwala wyniuchać kłamstwo na odległość. Albo Iseult i jej więziodziejstwo, które powoduje, że widzi się więzi ludzkie, które zmieniają się w zależności od nastroju i otoczenia. Można by wymieniać, ale ciekawiej jest poznać ich w trakcie czytania. Niby nic nowego, ale ciekawie podane.

Książka rozpoczyna się wolno, styl na samym początku jest koślawy, momentami zgrzyta i zalatuje typowym YA, przez co bardzo długo przez to przechodziłam. Później jednak nabiera klasy, pojawiają się zgrabne zdania i bardzo dobre sceny walki. Susan Dennard ma zdecydowanie lekkie pióro.
Tłumaczenie jest, jakie jest. Mogło być gorsze, ale przypuszczam, że mogłoby też być lepsze. Jest jednak w porządku.

Nie mogę doczekać się części drugiej :mrgreen:
_________________
Ustami Nynaeve, moje wymagania co do książek:
"Jeśli już skończyłyście plotkować o mężczyznach," syknęła Nynaeve jadowicie, "może wrócimy do tego, co jest naprawdę ważne?"
 
     
Sophie 
Moderator
Mały Tyran


Wiek: 25
Dołączyła: 24 Sie 2010
Posty: 2819
Skąd: skc
Wysłany: 2016-09-27, 19:15   


Tytuł: PRZEZNACZENIE BŁAZNA
Autor: Robin Hobb

Seria Złotoskóry
Tom: 3
Tytuł oryginału: Fool's Fate
Oprawa: twarda
Data wydania: 2016.09.02
ISBN: 978-83-7480-654-1
Wydawnictwo: Mag
Ilość stron: 984
Tłumaczenie: Agnieszka Sylwanowicz

Opis:
Robin Hobb, uznana autorka epickiej odmiany fantasy, stworzyła w swoich heroicznych trylogiach "Skrytobójca" i "Żywostatki" barwne, wielowymiarowe światy. Teraz stawia ostatni krok w zapierającej dech w piersi trylogii "Złotoskóry", w której opowieść o Bastardzie Rycerskim Przezornym dobiega epickiego końca.
Pełne przygód i niezapomnianych postaci "Przeznaczenie Błazna" stanie się klasykiem gatunku. Skrytobójca, szpieg i mistrz Mocy Bastard Rycerski Przezorny, obecnie znany tylko jako żołnierz Tom Borsuczowłosy, na dobre osiadł na królewskim dworze w Koziej Twierdzy. Tylko nieliczni znają jego pełną tajemnic przeszłość oraz wiedzą o ofiarach, jakie musiał ponieść, by przeżyć. Jeszcze mniej osób zdaje sobie sprawę, że Bastard włada magią Mocy. Wyruszywszy na wyprawę z księciem Sumiennym, Cierniem i ograniczonym, lecz wielce utalentowanym w Mocy Młotkiem, Bastard Rycerski stara się pomóc księciu wypełnić misję.

Komentarz:

Twórczość Robin Hobb poznałam stosunkowo niedawno dzięki wznowieniu cyklu o Skrytobójcy – to wtedy zainteresowana opisem oraz okładką postanowiłam sięgnąć po „Ucznia skrytobójcy”. Chętnie chwyciłam zarówno za cykl o Skrytobójcy, jak i za kontynuującą wątki w nim przestawione serię o Złotoskórym. Dwa lata i sześć tomów później mogę się przedstawiać jako wielka fanka tej autorki. I z wielkim smutkiem spowodowanym świadomością końca serii, ale również ogromnym wyczekiwaniem, by poznać zakończenie tej opowieści, sięgnęłam po trzeci i ostatni tom Złotoskórego.

„Przeznaczenie Błazna” trzyma poziom i świetnie radzi sobie z wysoko ustawioną przez poprzednie tomy poprzeczką. Autorka w ciekawy sposób prowadzi fabułę, ujawniając intrygi, które nagromadziły się w całym Złotoskórym, tłumacząc powiązania i wyjawiając sekrety. A nawet wracając do wątków i elementów obecnych już w serii o Skrytobójcy.
Spoiler:

Mamy powrót wątku kuźnicy – nareszcie dowiadujemy się więcej o jej przyczynach, o tym, kto i jak do niej doprowadził. Ponadto autorka kontynuuje tę kwestię, prowadząc ją dalej i wyjaśniając.

Robin Hobb prowadzi czytelnika przez kolejne wydarzenia, trzymając go w napięciu i powoli odkrywając tajemnice, które ciągną się za bohaterami od wielu tomów.

Robin Hobb świetnie sobie radzi z tworzeniem postaci, szczególnie głównego bohatera. Autorka wykreowała Bastarda z wielką starannością i wyczuciem, obdarzając go wieloma zaletami, za sprawą których czytelnik może go pokochać i kibicować mu. Ale też nie poszczędziła mu słabości, dzięki którym tym bardziej zyskuje on sobie sympatię odbiorcy, gdyż staje się tym sposobem jeszcze bardziej realistyczny i ludzki. Również pozostałe postacie są interesujące i ciekawie zarysowane. Stanowią spójną, choć różnorodną całość, idealnie pasującą do akcji i świetnie ją prowadzącą. Każdy z bohaterów coś w sobie wnosi i nadaje książce życia. Jest tu tak wiele postaci – przez tę serię przetoczyły się już ich dziesiątki – a i tak każda z nich jest osobną istotą, która nie zlewa się w tło złożone z nierozpoznawalnych twarzy.

Mam już za sobą tysiące stron powieści Robin Hobb, ale przez ten czas ani razu jeszcze się nie nudziłam. Co więcej, stale z równym trudem odkładałam książkę na bok. Nie inaczej było przy okazji lektury „Przeznaczenia Błazna”. Akcja mnie po prostu porwała! A gdy zdarzyło się, że musiałam powieść odłożyć, z wielką niecierpliwością czekałam na moment, kiedy znów będę mogła po nią sięgnąć. Przyznam szczerze, że najchętniej zabunkrowałabym się na czas całej lektury, by nic mi przeszkadzało ani od niej nie odrywało. Całe szczęście, że autorka ma na swoim koncie jeszcze sporo opowieści i oby tylko MAG nie zawiódł w ich dostarczaniu.
Spoiler:

Przez całą książkę z niecierpliwością czekałam na każdą scenę z udziałem Pokrzywy, na każdą wzmiankę o wydarzeniach mających miejsce u niej i u Brusa. A autorka bardzo ich szczędziła i trzymała w napięciu, nie za często przywołując córkę Bastarda, by nie przytłoczyła ona wątków dzielących się w Koziej Twierdzy i w czasie wyprawy.

Choć książka była rewelacyjna, to coś mi jednak w niektórych momentach nie pasowało, przynajmniej z początku. Potem z biegiem czasu to odczucie już się mocno zatarło, ale skoro w notatkach coś o tym wspomniałam, to pociągnę temat dalej. Chodzi o sposób, w jaki Hobb podmieniła Brusa na Bastarda. Autorka zrobiła to zbyt gładko, wszystko zbyt prosto i idealnie się złożyło (przynajmniej jeśli chodzi o to, jak Brus nagle się pojawia w akcji, ale tylko po to, by zrobić miejsce Bastardowi). Nie zrozumcie mnie źle. Bardzo lubię Bastarda i strasznie się cieszę, że życie mu się ułożyło wreszcie, po tylu latach. Rozumiem, dlaczego autorka pozbyła się koniuszego - zrobiła miejsce dla nowego wątku oraz oddala Bastardowi to, co mu kiedyś tak bezwstydnie odebrała, chociaż na to nie zasługiwał. Bez tego nie mogłaby ruszyć dalej (a przynajmniej na tych stronach, które pozostały do zakończenia książki), bo konflikt Brusa i Bastarda by zbyt mocno rozchwiewał każdy układ. Mimo wszystko jednak chyba wolałabym, by Brus przeżył, bo to by po prostu lepiej pasowało do następnych zdarzeń, czyli przywrócenia Błazna. Z tej dwójki to Brus był w lepszym stanie i zdecydowanie łatwiej by go było wyleczyć. Bohaterowie oczywiście próbowali, ale tylko przy pomocy Mocy. Natomiast później Rozumienie wchodzi w fabułę tak gładko, że fakt nieuleczenia Brusa aż razi. A przynajmniej takie miałam wrażenie w czasie czytania tego fragmentu, bowiem później się ono zatarło i przestało przeszkadzać.

Podobnie coś mi tak zgrzytnęło w czasie „porwania” Bastarda na miesiąc. Robin Hobb bardzo wygodnie tym zabiegiem ułatwiła sprawę i oszczędziła sobie dziesiątek stron zmagań Bastarda decyzją ujawnienia się Sikorce i Pokrzywie. I tu znów chyba głównym powodem były ograniczenia objętości – tu już 900 stron za autorką, a w perspektywie kolejne setki, by wszystko ładnie dokończyć. Więc nieco to skróciła. Przeszkadzało to mi tylko przez chwilę, a potem znów wrażenie się zatarło, ale jednak mi gdzieś tam mignęło.

Zresztą piszę tu o tym, a tak naprawdę w żaden sposób te rzeczy nie wpłynęły negatywnie na moje wrażenia z lektury. Nadal jestem bardzo z niej zadowolona i trochę nie mogę się odnaleźć.


Chwała Magowi za wydawanie kolejnych tomów w niewielkich odstępach czasowych. Tak mi się jeszcze tylko skrycie marzy, by zostały wydane opowiadania związane z całą tą serią, a jaszcze bardziej byśmy mogli dostać w łapki inne książki tej autorki, te, które jeszcze nie miały swojej polskojęzycznej wersji. Prognozy chyba nie są najlepsze, gdyż doszły mnie słuchy, że wydawnictwo MAG, po wydaniu nowych wydań serii o Złotoskórym i Skrytobójcy, kończy ze wznowieniami. Co oznacza, że seria o Żywostatkach – na którą osobiście bardzo czekałam – nie ukaże się w nowej szacie. Bardzo jednak szkoda, że nie dane mi będzie posiadać całego cyklu w zgranej, ślicznej twardej oprawie, czy w ogóle jakiejkolwiek, bowiem zdobycie trylogii Kupcy i ich Żywostatki jest ogromnym wyzwaniem – jak na razie nie udało mi się namierzyć żadnych egzemplarzy w księgarniach internetowych (a na Allegro mają tylko wybiórcze tomy, przy czym za taki tom drugi życzą sobie nawet 90 zł). Oby jednak nowe serie zaczęli wydawać – Hobb ma sporo książek na koncie.

Tak czy siak z ogromnym smutkiem pożegnałam trzeci tom serii o Złotoskórym. Są takie książki, które wciągają tak, że nie możecie się doczekać, aż przeczytacie kolejną stronę, ale jednocześnie, których wcale nie chcecie skończyć, bo będzie to oznaczało koniec. Książki, które tak samo chcecie natychmiast pochłonąć, jak i rozkoszować się nimi w nieskończoność. „Przeznaczenie Błazna” zalicza się właśnie do takiej kategorii. Twórczość Robin Hobb kryje w sobie wiele zalet. Książki wciągają, sprawiają, że zapomina się przy nich o całym świecie i nie można się oderwać. Nie raz również zaskakuje zwrotami akcji. Bohaterowie są ciekawi, żywi, wykreowani z wyczuciem, a ich losy śledzi się z zapartym tchem. Autorka przedstawia tu również ogromną ilość rewelacyjnych pomysłów, świetnie prowadzi narrację, splata wątki, buduje napięcie i prezentuje pełen przekrój nastrojów. Książki Robin Hobb są po prostu rewelacyjne. Jeśli nie chcecie uwierzyć mojemu słowu, może uwierzycie tłumowi. Na Goodreads „Przeznaczenie Błazna” ma ocenę 4,37 na 5 punktów maksymalnych (co odpowiada ocenie pomiędzy „było niesamowicie” a „bardzo mi się podobało”), a ponadto noty pozytywne przyznało tej powieści aż 98% osób, które oceniały. Czy potrzeba czegoś jeszcze, by Was przekonać? Serdecznie polecam!
_________________
Oh yes Daddy is home and he ain’t happy.
 
     
attra 
Wielbiciel Ciemności


Dołączyła: 27 Mar 2013
Posty: 99
Wysłany: 2016-10-09, 13:56   



Wiatrogon Aeronauty
Jim Butcher
Cykl: Podniebne kasztele (tom 1)
Wydawnictwo: Mag

Opis wydawcy:
Od niepamiętnych czasów kasztele, piętrzące się na wiele mil nad spowitą mgłami powierzchnią świata, były schronieniem ludzkości. Arystokratyczne rody, władające nimi od pokoleń, tworzyły cuda nauki, zawierały sojusze handlowe oraz budowały floty sterowców mające utrzymać pokój.
Kapitan Grimm, dowódca statku handlowego "Drapieżca", głęboko wierny Kasztelowi Albion, opowiedział się po jego stronie w zimnej wojnie z Kasztelem Aurora i atakuje frachtowce nieprzyjaciela, by zdezorganizować jego szlaki handlowe. Gdy "Drapieżca" zostaje poważnie uszkodzony w walce, kasztelan Albionu składa Grimmowi propozycję przyłączenia się do ekipy agentów mających wykonać misję o kluczowym znaczeniu. W zamian otrzyma środki potrzebne, by przywrócić "Drapieżcy" pełną sprawność.
Grimm wyrusza, by wykonań to niebezpieczne zadanie, i dowiaduje się, że konflikt między kasztelami jest jedynie zapowiedzią nadchodzących wydarzeń. Pradawny wróg ludzkości, milczący od z górą dziesięciu tysięcy lat, znowu budzi się do życia. A za nim podąża śmierć…


Moja opinia:
Po „Wiatrogon Areonauty” sięgnęłam całkowicie przypadkiem, gdyż nie czytałam wcześniej książek tego autora.
Nie wiedziałam czego się spodziewać, ale opis wydawcy zachęcał.
Cieszę się bardzo, że kupiłam tą książkę, bo okazała się świetną rozrywką i wciągającą historią.
Ale od początku.

Świat w powieści, to nie miejsce jakie znamy. Na powierzchni ziemi żyją tylko niebezpieczne stworzenia, za to ludzie przenieśli się do kaszteli. Pnące się wiele kilometrów w górę budowle zapewniają ludziom bezpieczne schronienie. Każdym kasztelem rządzi inny arystokratyczny ród, co oczywiście sprzyja walkom pomiędzy nimi, walce o dominację i wpływy.

I od tego właśnie autor rozpoczyna opowiadać swoją historię. Kasztel Aurora napada na Kasztel Albion, a pradawne zło ponownie budzi się do życia.
Głowni bohaterowie to kapitan Grimm, okryty niesławą właściciel powietrznego statku Drapieżca, Gwendolyn, młodziutka dziedziczka arystokratycznego rodu Lancaster, która wstąpiła na służbę do Gwardii Kasztelu, Benedict, jej kuzyn – genetyczny wojownik, Bridget, która również musiała wstąpić na służbę w Gwardii Kasztelu (tak jak każdy inny członek arystokratycznej rodziny) oraz Rowl, koci wojownik z klanu Cichych Łapek, przyjaciel i obrońca Bridget.

Pisarz nakreślił swoich bohaterów w sposób barwny i ciekawy. Nie odbiera im wad, nie idealizuje, są to ludzie – i koty – z krwi o kości.
Dlaczego piszę, że koty też? Bo autor pokazał te wyjątkowe stworzenia, jako potrafiące rozmawiać (w swoim języku) z ludźmi, inteligentne, mądre, aroganckie, dzielne i zabawne.
Tworzą klany, hierarchie i żyją w Kasztelach obok ludzi.
Przyznam się od razu, że jako niepoprawnej kociara, fakt zrobienia z kotów jednych z głównych bohaterów powieści przypadł mi ogromnie do gustu.
Zwłaszcza, że autor świetnie oddał koci charakter, zachowanie i manierę.

Powieść, która jest pierwszym tomem nowej serii autora, to historia napisana lekko i wciągająco. Świetna rozrywka z niespodziewanymi zwrotami akcji, intrygującą fabułą, fajnymi bohaterami, również tymi negatywnymi. Jim Butcher nie zdradza wszystkich tajemnic, nie wyjawia czym – lub kim – jest obudzone pradawne zło, za to swoich bohaterów wplątuje w kolejne niebezpieczne przygody.
Wspomina o kilku tajemniczych postaciach czy zdarzeniach, by zasiać w czytelniku ciekawość, a następni milknie na ich temat.
Przyznam, że to bardzo skutecznie zachęca do sięgnięcia po kolejny tom.

Powieść mnie zachwyciła. Sprawiła, że oderwałam się od rzeczywistości, przeżyłam z bohaterami niesamowite przygody, śmiałam się często z Rowla i jego kociej arogancji.
W powieści jest wszystko, co gwarantuje dobrą rozrywkę, dodatkowo autor barwnie opisuje podniebne walki statków powietrznych, bez zbędnego patosu i rozwlekłych opisów.
Wartka akcja gwarantuje, że ani przez chwilę czytelnik się nie nudzi, a drugoplanowi bohaterowie są równie ciekawi jak główni.
Co do niektórych mam podejrzenia, że zrobią w dalszych tomach jeszcze wiele zamieszania.

Co do samego świata stworzonego przez autora, to nie dowiadujemy się niestety za wiele. Autor mówi tylko tyle, aby czytelnik mógł odnaleźć się w fabule. A ja chciałam wiedzieć kim byli Wielcy Budowniczowie, co wydarzyło się na ziemi, że ludzie uciekli do Kaszteli.
Zwłaszcza wątek korzystania przez ludzi z magii eteru oraz eterycznych kryształów, był dla mnie intrygujący, więc chętnie przeczytałabym coś więcej na ten temat.
Mam nadzieję, że Jim Butcher w kolejnym tomie zdradzi więcej szczegółów i opowie czytelnikowi więcej o swoim świecie.

Powieść czyta się bardzo szybko, a to za sprawą lekkiego pióra. Autor bardzo pisze obrazowo, ale bez zanudzania czytelnika rozwlekłymi opisami.
Spiski, tajemnice, podniebne walki, magia i odradzające się zło.
Czy przy takiej mieszance można się nudzić?
Oczywiście, że nie.
Do tego garść dobrego humoru i bohaterowie, których ciężko nie polubić, lub jak w przypadku tych negatywnych, nie być nimi zafascynowanym.
Zakończenie powieści, to otwarta szeroko furtka do kolejnych tomów.
W dodatku budzi tak dużą ciekawość, że z niecierpliwością będę wyczekiwać kolejnego tomu z serii.
„Wiatrogon Areonauty” to rasowe fantasy, które powinno przypaść do gustu wielbicielom gatunku.
Bawiłam się podczas lektury świetnie, więc z czystym sumieniem polecam powieść i zachęcam do czytania.
_________________
książki to mój jedyny nałóg

Moje czytanie
http://miszmasz79.blogspot.com/
 
     
Sophie 
Moderator
Mały Tyran


Wiek: 25
Dołączyła: 24 Sie 2010
Posty: 2819
Skąd: skc
Wysłany: 2016-10-10, 10:26   


Tytuł: Ognisty pocałunek
Autor: Jennifer L. Armentrout

Cykl: Dark Elements
Tom: 1
Wydawnictwo: Filia
Tytuł oryginału: White Hot Kiss
Data wydania: 9 marca 2016
Stron: 496

Opis:
Siedemnastoletnia Layla chciałaby być normalna, jednak jej pocałunek zabija wszystko, co posiada duszę.
Jako półdemon i półgargulec Layla posiada niespotykane umiejętności. Wychowywana wśród strażników-gargulców – których zadaniem jest polowanie na demony i dbanie o bezpieczeństwo ludzi – Layla próbuje się dopasować, choć oznacza to ukrywanie swojej mrocznej strony przed tymi, których kocha. Zwłaszcza przed Zaynem, zniewalająco przystojnym i całkowicie niedostępnym strażnikiem, w którym jest od zawsze zadurzona.
Poznaje Rotha – wytatuowanego, grzesznego, seksownego demona, który twierdzi, że zna wszystkie jej tajemnice. Layla wie, że powinna trzymać się od niego z daleka, choć nie jest przekonana, czy tego chce – zwłaszcza, kiedy cała ta sprawa z całowaniem nie stanowi problemu, ponieważ Roth nie ma duszy.
Kiedy Layla odkrywa, że to ona jest powodem pojawienia się brutalnego demona, zaufanie Rothowi nie tylko zaprzepaści jej szansę na związek z Zaynem… ale także naznaczy ją jako zdrajczynię rodziny. Co gorsza, może stać się biletem w jedną stronę do zniszczenia świata.

Komentarz:
Nie jest chyba tajemnicą, że w jakiegoś powodu polubiłam twórczość Jennifer Armentrout – jej książki są przyjemne, lekkie, dobrze je się czyta i z reguły nie muszę się irytować zachowaniem bohaterów. „Ognisty pocałunek” – pomimo koszmarnego tytułu – również posiada wymienione cechy.

Seria Dark Elements to zupełnie inny pomysł na świat niż pozostałe cykle tej autorki – nie mamy tu ani kosmitów, ani półbogów, za to – że tak powiem – anioły i demony. A dokładniej: demony z czeluści piekieł, którzy lubią sobie wyskoczyć na miasto i postraszyć/przegryźć ludzi, oraz Strażników jako wysłanników niebios, zwalczających rzeczone demony, w wolnych chwilach wystających na dachach jako gargulce (czyli coś w stylu "Grima" autorstwa Gesy Schwartz). Bohaterka natomiast to mieszaniec obu tych ras – czyli z jednej strony pomaga zabijać demony, a z drugiej miałaby ochotę na ludzką duszę. Takie to dylematy współczesnej młodzieży.

Oczywiście książka tej autorki i z tego gatunku nie mogłaby być pozbawiana wątku miłosnego. W serii Dark Elements mamy – ludzie, trzymacie mnie – trójkąt. Nie cierpię tego rozwiązania, tak po prostu. W tej serii wyjątkowo mało mi to przeszkadzało – choć i tak trochę. Autorka jednak oszczędziła czytelnikom zbyt zaawansowanych rozterek miłosnych głównej bohaterki – dziewczyna trochę sobie ponarzekała, ale przynajmniej, jak na razie, jest chyba jednak raczej zdecydowana na jednego. Miejmy nadzieję, że tak pozostanie.

Poza wątkiem romantycznym mamy tu też jakąś konkretną fabułę, a bohaterka odkrywa tajemnice swojego pochodzenia i stara się poradzić z jego konsekwencjami (również tymi, które aktywnie chcą ją zabić, względnie uprowadzić). Na szczęście tutaj główna motywacją Layli nie jest ratowanie świata, a własnej skóry, co tym bardziej sprawia, że książka jest zjadliwa. Już mam dość tych pseudoherosek pędzących, by uchronić świat, dowodzić wojskami i rozporządzać ludzi (taa, piję do Mare ze „Szklanego miecza”).

Ogólnie pierwszy tom serii Dark Elements (tak, umyślnie, staram się nie przywoływać tego okropnego tytułu) jest całkiem niezły. Oczywiście żadne z tego arcydzieło i nie ma nawet szans z mistrzami gatunku, jednak czyta się przyjemnie, a bohaterka nie jest skończoną idiotką. Ciekawe, co to będzie w kolejnych tomach.
_________________
Oh yes Daddy is home and he ain’t happy.
 
     
Majster 
Starszy Asystent Balsamisty


Wiek: 49
Dołączył: 10 Lut 2010
Posty: 248
Skąd: Piastów
Wysłany: 2016-10-11, 08:57   

attra napisał/a:
Po „Wiatrogon Areonauty” ...sięgnęłam całkowicie przypadkiem, gdyż nie czytałam wcześniej książek tego autora.
Nie wiedziałam czego się spodziewać...

Czytałem wcześniej Akta Dresnera tegoż autora i również zostałem trochę zaskoczony - no bo przywykłem do magicznej wersji Philipa Marlowa a tu proszę, proszę, coś całkiem nowego. Znaczy się całkiem nowy świat, zróżnicowany język i styl bohaterów, itd. W sumie zamiast urban fantasy mamy fantasy z nienachalnymi elementami steampunku, zamiast ulicznych wypowiedzi Dresdena z aluzjami do popkultury mamy wiele stylów zachowań ze słownictwem dopasowanych do konkretnej osoby, itp itd - gdyby nie okładka z nazwiskiem, nie zorientowałbym się że to Butcher. No i bardzo dobrze, bo książki/serie książek takich pisarzy dzięki swojej odmienności są dla mnie ciekawsze. No ale niektórzy pisarze/aktorzy/muzycy itd umieją stworzyć tylko jeden styl ciekawy styl pisania, tylko jedno interesujące brzmienie, grają w różnych filmach bardzo dobrze, ale w podobny sposób. No tutaj jest trochę inaczej. Tylko akcja po staremu rwie do przodu. Jak miło :-)
 
     
Sophie 
Moderator
Mały Tyran


Wiek: 25
Dołączyła: 24 Sie 2010
Posty: 2819
Skąd: skc
Wysłany: 2016-10-11, 20:30   


Tytuł: Przeklęty metal
Autor: Paweł Kornew

Tłumaczenie: Rafał Dębski
Cykl: Egzorcysta
Tom 1
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Tytuł oryginału: Проклятый металл
Data wydania: 21 maja 2016
ISBN: 9788365568120
Liczba stron: 506

Opis:
Dobrze wiemy, czym zajmuje się egzorcysta w naszym świecie – wypędzaniem demonów. Jednak czym może się parać w uniwersum, w którym diabły występują nagminnie i mocno dają się ludziom we znaki? Cóż, ogólnie tym samym. Ale nomen omen diabeł tkwi jak zwykle w szczegółach. Bo w znanej nam rzeczywistości egzorcyści nie zakładają przecież zakonów. I nie mają konkurencji w postaci innych fachowców, zwanych egzekutorami.
A co się stanie, jeśli do egzorcyzmów zabierze się człowiek, który do żadnego zakonu nie należy, za to posiada odpowiednie zdolności? Tak, wówczas zaczynają się prawdziwe problemy i można liczyć na ciekawą historię.
Sebastian Mart, dwudziestokilkuletni zuch i samozwańczy egzorcysta, zostaje rzucony w sam środek sztormów politycznych, intryg i konfliktu zbrojnego. Musi sobie poradzić, a nie będzie łatwo! By zmienić losy wojny, powinien znaleźć pewne artefakty, lecz zadanie jest bardzo trudne i wymaga nie tylko wielu wyrzeczeń, ale też niesłychanej odwagi.

Komentarz:

Początki były trudne. W zasadzie na początku bardzo ciężko było mi się odnaleźć w tym kto, co, jak i gdzie. W ogóle nie wiedziałam, o co chodzi. Autor żonglował bohaterami, część z nich pojawiła się nawet tylko raz, opowiadając coś, co w pierwszej chwili nie miało żadnego związku z wątkiem, który odbieramy jako główny. Dopiero z biegiem stron zaczęłam widzieć powiązania. Z jednej strony pomysł wydaje się fajny – można dokładnie obejrzeć sytuację z różnych stron i domyślić się czegoś, zanim zrobią to bohaterowie, albo też od razu znamy szczegóły całego zajścia, chociaż bohater ledwo o danej rzeczy wspomina. Zabieg ten ma też jednak wady i to poważne. Głównie chodzi o to, że tak duża ilość bohaterów, powoduje, że trudno ich rozróżniać. Autor nie zadbał, by wystarczająco się od siebie odróżniali – w zasadzie jeśli nie zapamiętamy imion i szczegółów postaci, to nawet nie będziemy wiedzieli, o czym czytamy.
Poza tym niekiedy miałam wrażenie, że tekst nie był najlepiej przetłumaczony. Ewentualnie to cecha książki samej w sobie. Niekiedy jakby brakowało fragmentów – np. nie wiadomo, kiedy przekazano jakąś rzecz – albo tekst nie był płynny.
Ostatecznie jednak nie było źle. Im dalej, tym było lepiej. Mnogość bohaterów pozwalała również znaleźć swoich ulubieńców – ja swoich znalazłam i jestem ciekawa, jak to się dalej potoczy.
_________________
Oh yes Daddy is home and he ain’t happy.
 
     
mroczna88 
Wielbiciel Ciemności


Dołączyła: 03 Sie 2016
Posty: 20
Wysłany: 2016-10-12, 13:30   


Tytuł: Dwór cierni i róż
Cykl: Dwór cierni i róż (1/planowanych 6)
Autor: Sarah J. Mass
Język: polski
Data wydania: 2016
Ilość stron: 524

Opis z lubimy.czytać:

Autorka bestsellerowej serii Szklany Tron powraca z porywającą opowieścią o miłości, która jest w stanie pokonać nienawiść i uprzedzenia!
Idealna lektura dla fanów George. R.R. Martina! Co może powstać z połączenia baśni o Pięknej i Bestii oraz legend o czarodziejskich istotach?
Dziewiętnastoletnia Feyre jest łowczynią – musi polować, by wykarmić i utrzymać rodzinę. Podczas srogiej zimy zapuszcza się w poszukiwaniu zwierzyny coraz dalej, w pobliże muru, który oddziela ludzkie ziemie od Prythian – krainy zamieszkanej przez czarodziejskie istoty. To rasa obdarzonych magią i śmiertelnie niebezpiecznych stworzeń, która przed wiekami panowała nad światem.
Kiedy podczas polowania Feyre zabija ogromnego wilka, nie wie, że tak naprawdę strzela do faerie. Wkrótce w drzwiach jej chaty staje pochodzący z Wysokiego Rodu Tamlin, w postaci złowrogiej bestii, żądając zadośćuczynienia za ten czyn. Feyre musi wybrać – albo zginie w nierównej walce, albo uda się razem z Tamlinem do Prythian i spędzi tam resztę swoich dni.
Pozornie dzieli ich wszystko – wiek, pochodzenie, ale przede wszystkim nienawiść, która przez wieki narosła między ich rasami. Jednak tak naprawdę są do siebie podobni o wiele bardziej, niż im się wydaje. Czy Feyre będzie w stanie pokonać swój strach i uprzedzenia?
Pełna namiętności i pasji, romantyczna, brutalna i okrutna. Jedno jest pewne: Dwór cierni i róż to z pewnością nie cukierkowa baśń w stylu Disneya…


Komentarz:

Wspominałam kiedyś, że z zasady opisy książek, które można znaleźć na internecie lub które ktoś szalony drukuje na okładkach bardziej odstraszają, niż zachęcają? Tak właśnie miałam z "Dworem Cierni i Róż". Po pierwsze - nienawidzę Martina i zachęcanie mnie do czytania czegokolwiek używając jego nazwiska, to działanie z góry skazane na porażkę. Po drugie - Szklany Tron trochę mnie zawiódł i nie rozumiem za co stał się takim bestsellerem. W dodatku cały opis przypomina mi za bardzo to, z czym się spotkałam w przypadku "Akademii wampirów" która jak dotąd była najgorszą serią, po jaką sięgnęłam. Jednak namowy przyjaciółki dręczyły mnie i dręczyły, więc postanowiłam spróbować. Zwłaszcza, że jestem zakochana w Disneyowskiej wersji, a także w oryginalnej powieści deBeaumont (link dla zainteresowanych) i ostatnimi czasy bardzo podobają mi się alternatywne wersje baśni.

Nie zawiodłam się. Wręcz przeciwnie - jestem zachwycona. Przede wszystkim główną bohaterką, co zdarza mi się bardzo, bardzo rzadko. Feyra nie jest rozanielona, nie jest bardziej mówiona, niż działająca i ma w sobie głębię, której pozazdrościć jej może wiele bohaterek literackich. Nie jest też ckliwa, czym zasłużyła na moją miłość. Nie znajdziecie u niej przydługawych opisów swojej miłości do Tamlina, ani tym bardziej roztkliwiania się nad samą sobą. Owszem, takie momenty się pojawiają, ale jedynie od czasu do czasu i naliczyłam tylko jeden dłuższy miłosny monolog.
Feyra jednak przede wszystkim jest odważna, nieustępliwa i przy tym wszystkim ludzka jak mało kto. Moim ulubionym momentem tej książki jest ten, w którym Feyra w końcu daje się złamać. Kiedy po tygodniach spędzonych w zimnej, obskurnej celi, w końcu sobie odpuszcza. I choć wychodzi z całej sytuacji zwycięsko - pozostaje w niej trauma i ból, który nie przeminie. Ciekawi mnie jak sobie z tym poradzi dalej.

Sama fabuła na początku szła nieco ślimaczym tempem, ale biorąc pod uwagę, że części serii ma być sześć, nie należy spodziewać się krótkiego dystansu. Feyra wraz ze swymi siostrami i ojcem mieszka w walącej się chacie po tym, jak wskutek złej decyzji handlowej ojca, stracili cały majątek. Na jej barkach spoczywa los ich wszystkich - ojciec się w sobie zamknął, najstarsza Nesta zawzięła się w sobie i jej jedyną pracą jest rzucanie ponurych spojrzeń oraz wydawanie pieniędzy co do grosza, a średnia Elaina jest dziewczęciem-kwiatem, zbyt delikatnym i nieświadomym czegokolwiek, by robić coś innego poza pieleniem grządki na kwiaty. To Feyra poluje, to ona obrabia i suszy mięso, sprzedaje skóry, chowa i skąpo wydaje niewielką ilość pieniędzy, a także robi to wszystko, czego dom wymaga. Jej siła pochodzi od danej matce obietnicy, że zajmie się rodziną.
Żyją sobie niedaleko Prythianu - królestwa fae, czarownego dworu - a jej wioskę od Prythianu oddziela mur, a także las, do którego ona często się zapuszcza, by polować. Dawno, dawno temu ludzie byli niewolnikami fae, podległym im ludem, a długie lata wojny doprowadziły do podpisania Traktatu, którego treść jest znana, ale nie Feyrze.
Stąd zabija w trakcie polowania wilka, który okazał się być jednym z fae i w zamian musi udać się na ziemie Prythianu z Tamlinem, by pokutować tam do końca swego życia. Życie za życie - a nie za serce, jak kłamie okładka książki ;-) Na Dworze Wiosny odkrywa, że wszyscy mieszkańcy padli ofiarą plagi, która spadła na nich podczas balu wydanego czterdzieści dziewięć lat wcześniej i od tego czasu nie mogą zdjąć masek z twarzy. A plaga rośnie w siłę, zabija coraz więcej i jest ryzyko, że przeniesie się na ziemie ludzi. Tymczasem Feyra próbuje odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości i być może jej rosnąca sympatia do Tamlina jej w tym pomoże.

Słyszałam wiele razy, że to kiepskawy romans, ale muszę przyznać, że czytałam o wiele gorsze. Taki. np. Szklany Tron jest kiepskawym Harlequinem przy Dworze Cieni i Róż. Romans jest poprowadzony ze smakiem, bez zbędnej dramaturgii i ochów i achów. Relacja buduje się powoli, przechodzi od niechęci i strachu do lekkiego współczucia, akceptacji, a dopiero potem przechodzi w coś więcej. Nie pojawia się znikąd. Zresztą, w tej książce nic nie pojawia się znikąd i już samo to jest ciekawe. Nie chcę zdradzać zbyt wiele z fabuły, ale romans zajmuje tylko połowę książki - dalsza część jest napakowana intrygami, akcją i naprawdę dobrze i konsekwentnie poprowadzonymi postaciami, które stawiane są w coraz bardziej ekstremalnych sytuacjach.

Jeśli chodzi o Tamlina mam co do niego mieszane uczucia... Niby idealny, niby wspaniały, a jednak czegoś mi w nim brakowało. Już choćby jego relacja z Lucienem - nie słucha go, karci bez namysłu, a gdy Lucien jest wielokrotnie w opałach (to dopiero jest biedne chłopię, dawno już nikogo nie chciałam tak mocno przytulić i schować pod kocykiem przed resztą świata) nawet nie mrugnie okiem. Lucien z kolei nie chce stawać przeciwko swojemu przyjacielowi i panu, zupełnie jakby się go bał. Ich relacja jest dość niezdrowa, ale może dalej będzie lepiej.
W stosunku do Feyry Tamlin bardzo często przekracza pewne granice - Noc Ognia jest tego kulminacją, ale jego zachowanie w trakcie prób Feyry bardzo, ale to bardzo mi się nie podobało. Ani razu nawet na nią nie spojrzał, choć musiał wiedzieć, że potrzebowała jakiegokolwiek wsparcia z jego strony. Gdy tylko się do niej dorwał, od razu przeszli do ostrych pieszczot i już samo to było bardzo nie w porządku.

Podobnie jest z Rhysandem, który jawi się jako intrygant i sadysta, ale gra w jednym zespole z Feyrą, choć na swoich zasadach i to takich, które nie bardzo mi się podobają. W następnej części na pewno będzie go więcej ze względu na umowę, jaką Feyra z nim zawarła i prawdę mówiąc nie mogę się doczekać. Dwór Wiosny ekscytował mnie jedynie Lucienem (który jest z Dworu Jesieni, więc nie wiem czy się kwalifikuje xD) ale Dwór Nocy wydaje się być samym dnem piekieł, więc zapewne jest zupełnie odwrotnie, lub gdzieś pomiędzy i nie mogę doczekać się, by tam zajrzeć.

Ciekawą kwestią jest seksualność w tej serii. Feyra, gdy ją poznajemy, jest już dziewiętnastolatką (jej wiek był kolejną rzeczą, która przekonała mnie do sięgnięcia po książkę) i nie jest nieskażoną dziewicą. Ma za sobą przygody z chłopakiem ze wsi i nie przeprasza za to. Lubi seks i cieszy się nim, gdy może, nie czuje z tego powodu wstydu. Fae również są dość wyzwolone i seks nie jest tam tematem tabu.
Inną poruszaną kwestią - dotychczas spotkaną przeze mnie jedynie w serii Bractwa Czarnego Sztyletu ze Zbihrem i Mordhem - jest gwałt i wykorzystywanie seksualne mężczyzny przez kobietę. Co prawda temat został jedynie lekko zarysowany, ale przypuszczam, że w następnej części zostanie pociągnięty dalej. Póki co zostało to przedstawione zdecydowanie nie cukierkowo - wykorzystywany przez innych nazywany jest męską dziwką, bo przy okazji nie ma najsympatyczniejszego charakteru i pozycji, a gdzieś tam w głębi jest to dla niego prawdziwym problemem i boryka się z tym sam. Fae pod wieloma względami nie różnią się od ludzi.

Postacie prowadzone są konsekwentnie i wybory, jakich dokonują, czasami mogą szokować, ale mają sens w odniesieniu do ich przeszłości i osobowości. Zresztą, to właśnie postacie są największym plusem spomiędzy wszystkich innych. Nawet siostry Feyry zostały przedstawione w sposób wiarygodny - tak bardzo, że z jedną z nich, Nestą, w pełni się utożsamiam, a nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło.

Pozostaje jedynie kwestia tłumaczenia. Archaizmy latają po ścianach i niekiedy brzmią śmiesznie, sztucznie. Po pewnym czasie jednak idzie się przyzwyczaić i tylko czasami jedno czy dwa słowa zgrzytną. O wiele lepsza robota, niż w przypadku tłumaczenia Szklanego Tronu.

Podsumowanie:

Bardzo dobry re-telling baśni, silna postać kobieca, smacznie poprowadzony romans i ciekawa fabuła. Daję 10/10 i zaraz zabieram się za część drugą :mrgreen:
_________________
Ustami Nynaeve, moje wymagania co do książek:
"Jeśli już skończyłyście plotkować o mężczyznach," syknęła Nynaeve jadowicie, "może wrócimy do tego, co jest naprawdę ważne?"
 
     
Sophie 
Moderator
Mały Tyran


Wiek: 25
Dołączyła: 24 Sie 2010
Posty: 2819
Skąd: skc
Wysłany: 2016-10-24, 20:57   


Tytuł: Prawdodziejka
Autor: Susan Dennard

Liczba stron: 384
Tytuł oryginału: Truthwitch
Data wydania: 12 października 2016

Opis wydawcy:
Safiya i Iseult, młode czarodziejki, znów wpadły w tarapaty. Muszą uciekać. Natychmiast.

Safi jest jedyną w Czaroziemiach prawdodziejką, zdolną zdemaskować każde kłamstwo. Swój dar trzyma w sekrecie, inaczej zostanie wykorzystana w konflikcie między imperiami. Z kolei prawdziwe moce Iseult są tajemnicą nawet dla niej samej. I lepiej, żeby tak zostało.

Safi i Iseult pragną jedynie wolności. Niebezpieczeństwo czai się tuż za rogiem. Zbliżają się niespokojne czasy, wojna wisi w powietrzu i nawet sojusznicy nie grają fair. Przyjaciółki będą walczyć z władcami i ich najemnikami. Niektórzy posuną się do ostateczności, by dopaść prawdodziejkę.

Komentarz:
O „Truthwitch” usłyszałam po raz pierwszy już jakiś czas temu i postanowiłam sobie, że kiedyś, jeśli będzie okazja, sięgnę po ten tytuł, więc gdy w zapowiedziach pojawiła się „Prawdodziejka”, a zwłaszcza gdy zobaczyłam na okładce polecenie Robin Hobb i Sarah J. Maas, stwierdziłam, że im wcześniej, tym lepiej. Kilka osób – w tym Blair, z którą mam dość podobne gusta – zachwalało, więc trzeba się było za to zabrać.

Niewątpliwie Susan Dennard stworzyła sobie w głowie skomplikowany, złożony świat, dźwigający brzemię przeszłych zdarzeń, konfliktów, wojen i nienawiści, które mogą wybuchnąć na nowo. Wyszła również poza jedno miasto, bowiem jest to powieść sięgająca na więcej niż jeden kraj – bohaterowie pochodzą z różnych obszarów, a dodatkowo sam czytelnik jest przerzucany na inne tereny, więc mamy okazję poznać spory wycinek świata stworzonego przez autorkę. I tu zbliża się pewne „ale”. Przede wszystkim wydaje mi się, że choć w myślach pisarki to wszystko ładnie się układało i było czytelne, to niekoniecznie takie okazało się w ostatecznej wersji książki. Mam wrażenie, że autorka nie podołała przedstawieniu swojego pomysłu, który należy, jakby nie było, do tej problematycznej grupy, wymagającej wielu wyjaśnień (dlatego tak trudno stworzyć skomplikowany i złożony świat – nie można przecież odbiorcy zanudzić opisami, a i musi się znaleźć miejsce na akcję). Pisarka zdecydowała się czytelnika wrzucić od razu w fabułę, z początku nie tłumacząc wiele, a wraz z kolejnymi rozdziałami dodając kolejne skrawki informacji – ale z czymś takim trzeba sobie umieć radzić, a nie jestem przekonana do zdolności Susan Dennard w tej kwestii. Momentami te pojawiające się opisy były bowiem dla mnie po prostu chaotycznie. Poza tym autorka nie zawsze mogła się zdecydować, jaka dokładnie ma być jej bohatera – czasem pisała coś, by za kawałek napisać coś przeciwnego. A redakcja te byki przepuściła.

Po pełnych zachwytu, a przynajmniej zadowolenia komentarzach spodziewałam się po „Prawdodziejce” całkiem sporo – za ich sprawą miałam nadzieję na naprawdę dobrą, wciągającą i porywającą historię. Choć pierwszy tom serii Czaroziemie mogę nazwać przyzwoitą powieścią, zwłaszcza mając na uwadze, z jakiego gatunku się wywodzi, to niestety to nie jest nic tak niesamowitego, jak liczyłam. Nie dorasta do pięt mistrzom gatunku, ale też jest o wiele lepsza niż tytuły znajdujące się na poziomie dna i mułu. Spokojnie można się z nią zapoznać, brakuje tu jednak tzw. efektu „wow”, który nie pozwalałby się od tej powieści oderwać czy przyprawił o kaca książkowego. Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest zła książka, czyta się ją szybko, bezproblemowo i przyjemnie. Mogło być jednak lepiej.
mroczna88 napisał/a:
Tłumaczenie jest, jakie jest. Mogło być gorsze, ale przypuszczam, że mogłoby też być lepsze. Jest jednak w porządku.
Raczej dość trudno by było to jakoś zgrabnie potłumaczyć - autorka dała tu popalić tłumaczom. :-P
_________________
Oh yes Daddy is home and he ain’t happy.
 
     
Majster 
Starszy Asystent Balsamisty


Wiek: 49
Dołączył: 10 Lut 2010
Posty: 248
Skąd: Piastów
Wysłany: 2016-10-25, 11:14   

Co do Prawdodziejk:
-akurat stopniowe wprowadzanie w uniwersum mi się podobało. Nie lubię wykładania kawy na ławę - stopniowe odsłanianie świata wyszło książce tylko na dobre. Moim zdaniem pomogło w ewentualnym ukryciu/uniknięciu popełnianych gaf. A tak nie trzeba niczego odkręcać. Dla mnie większym problemem były główne bohaterki - 2 rozwydrzone gówniary którym jakimś cudem wszystko w końcu się udawało. Nieudolnie skonstruowany jest też ich niby główny przeciwnik, szwarccharakter czarownik krwi - no korba po prostu żywcem wycięty terminator w wersji fantasy.
Fabuła i intryga ciekawa, ale zrealizowana lekko nieudolnie. Język w oryginale pewnie miał być bardzo młodzieżowy i wyluzowany, ale po polsku wyszło to dość nieudolnie. To chyba debiut, pewnie dalej będzie lepiej bo jak dla mnie pisarka ma dość słaby warsztat.
Także po przeczytaniu mam mieszane uczucia.
 
     
mroczna88 
Wielbiciel Ciemności


Dołączyła: 03 Sie 2016
Posty: 20
Wysłany: 2016-10-25, 13:04   


Tytuł: A court of mist and fury
Cykl: Dwór cierni i róż (2/planowanych 6, choć cholera wie, bo wszędzie znajduję inne informacje)
Autor: Sarah J. Mass
Język: angielski (polska premiera zapowiadana na styczeń 2017)
Data wydania: 2016
Ilość stron: 624

Opisu nie będę wrzucać, bo po angielsku, a tłumaczyć mi się nie chce xD

Komentarz
:

Po pierwszym tomie rzuciłam się łapczywie na drugi i musiało minąć kilka dni, bym ochłonęła i mogła w spokoju napisać tę recenzję bez nadużywania wykrzykników i CapsLocka. Jeśli byłam zadowolona z części pierwszej, to druga położyła mnie na łopatki i w post-orgazmicznym stanie kazała leżeć tam przez jakiś czas.

Zacznę może od tego, że mit o Persefonie jest moim ulubionym. Zwłaszcza ta wersja, która oddała Persefonie sprawiedliwość i nie zrobiła z niej miągwy-cierpiętnicy (czytaj: mit o Demeter i Persefonie, który nam wbijano do głowy w szkole), ale w pełni zdeterminowaną kobietę, przed którą drżą nawet najwyżej postawieni bogowie. Hades z kolei jest największym nerdem wśród nerdów, który siedzi sobie smutno z umarlakami i w Persefonie widzi światło swojego życia. Z całego olimpijskiego tałatajstwa ta dwójka jest jedyną parą, która ma względnie zdrową relację i Sarah J. Mass pięknie to przedstawiła w tym tomie. (dla zainteresowanych oto link do rozmowy o tej właśnie wersji mitu).

Ostrzegam jednak, że od tego momentu zaczynają się SPOILERY i będę starała się je chować, ale może coś mi się wymknąć.

Kiedy ostatnim razem widzieliśmy Feyrę była zmęczona, przerażona, ale względnie szczęśliwa ze swoim oswobodzonym Tamlinem. Gdy rozpoczyna się ten tom mamy do czynienia z przygotowaniami ślubnymi i jednym z najlepiej przedstawionych zespołów stresu pourazowego, z jakim spotkałam się w literaturze popularnej.
Sama miłość do Tamlina nie wystarcza Feyrze do wyzdrowienia. Mało tego, Tamlin uparcie i konsekwentnie ignoruje jej stan. Z ognistego romansu coraz bardziej
Spoiler:

widzimy, że ich relacja staje się uzależniająca, niezdrowa i po prostu chora. Widzimy jak Tamlin - którego elementy despotyzmu mieliśmy już w części pierwszej, ale zignorowaliśmy - wskutek swojego własnego miniPTSD staje się kontrolującym, agresywnym i najprościej w świecie toksycznym facetem, który za nic ma conocne koszmary i wymioty Feyry. On chce od niej li i wyłącznie pięknego wyglądu i rozłożonych nóg. Brutalne, ale prawdziwe. Wszelką sympatię do niego straciłam już w momencie, gdy kompletnie się nie kontrolując wybuchnął i gdyby Feyra nie miała swoich własnych mocy już by było po niej. Zabierzcie element nadnaturalny i macie podręcznikowy przykład przemocy w związku.



Gdy dochodzi do samego ślubu, Feyra tak bardzo go nie chce, że jej myśli słyszy Rhys, który postanawia odebrać swój dług w postaci ściągnięcia Feyry na tydzień do Dworu Nocy.
Spoiler:

To właśnie tam Feyra zacznie odżywać, zacznie się leczyć i rozumieć, że Tamlin wcale nie jest dla niej najlepszy i że jest o wiele więcej warta, niż on chce, by o sobie myślała.



Z perspektywy rozwoju postaci jest to jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek czytałam.
Spoiler:

Jako była ofiara przemocy emocjonalnej ze strony partnera byłam w pełni w stanie zrozumieć przez co przechodzi Feyra i dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej.

Jej wyjście z tego stanu, to, jak siłą własnej woli i przy pomocy życzliwych jej istot jest w stanie być szczęśliwa i wolna... To bardzo, bardzo mocne i dobre przesłanie dla wielu młodych czytelniczek tego typu literatury. Co ważniejsze - o wiele rzadziej spotykane. W tej chwili mamy zalew chorych relacji, które przedstawiane są w sposób romantyczny, więc już samo to jest powodem, dla którego ACOMAF jest wyjątkową książką.

Podobnie jest z postaciami. Część druga przedstawia nam sporą ilość nowych graczy, choć tak naprawdę istotnych jest jedynie kilka. Ale te kilka... O rany, ja ich pokochałam od pierwszej chwili. Azriela za jego spokój. Cassiana za humor (i jego zabawne relacje z Nestą - tak, siostry Feyry wracają i tym razem mają sporą rolę do odegrania!). Mor za jej niebywałą siłę ducha. Amren za bycie po prostu Amren. No i Rhys. Rhys, który jest idealny. Jeśli ktoś mnie kiedyś spyta jaki jest idealny mężczyzna, pokażę im Rhysa.
Spoiler:

Rhysa, który traktuje kobiety jak, cóż, może nie ludzi, bo ludźmi nie są, ale równych sobie. Który w przeciwieństwie do Tamlina nie wierzy, że nie ma czegoś takiego jak Wysoka Lady. Rhysa, który nie decyduje za Feyrę, bo wie, że ma własny rozum i potrafi z niego korzystać. Który pokochał ją taką, jaką jest, a nie jaką sobie wyobrażał. I który zrobiłby dla swojego ludu dosłownie wszystko.

Relacje między członkami Dworu Nocy nie są proste, nie są przyjemne i nie do końca je rozumiemy, ale Wewnętrzny Krąg Rhysanda jest tym wszystkim co w Dworze Nocy jest piękne i bolesne.

Fabularnie autorka pociągnęła to, czego można się było spodziewać po zakończeniu ostatniego tomu - nie ma Amaranthy, ale jest Król Hybernii, który ma swoje plany. To wszystko - podobnie jak w tomie pierwszym - pojawia się jednak dopiero w drugiej połowie książki. Pierwsza część poświęcona jest Feyrze i jej PTSD, druga zaczyna wprowadzać fabułę i, co mnie osobiście przypadło do gustu, nie jest to szaleńcze tempo, które pojawia się dopiero przy samej końcówce, tym samym szokując.

Styl równie dobry, co w tomie pierwszym (choć momentów humorystycznych jest więcej) i pozostaje jedynie mieć nadzieję, że tłumaczenie tego nie skopie. A, warto również dodać, że ta część jest znacznie bardziej +18, niż poprzednia, choć nie narzekam :mrgreen:

Podsumowanie:
Bardzo, bardzo dobra książka o trudnych tematach, poprowadzona ze smakiem. Portret psychologiczny osoby z PTSD i toksycznych relacji, z dużym naciskiem na możliwość wyrwania się z tego i bycia szczęśliwym. Akcja na dobrym poziomie, styl świetny, postacie zachwycające. Rzadko kiedy zdarza mi się być aż pod takim wrażeniem. Nie mogę doczekać się następnego tomu.[/hide]
_________________
Ustami Nynaeve, moje wymagania co do książek:
"Jeśli już skończyłyście plotkować o mężczyznach," syknęła Nynaeve jadowicie, "może wrócimy do tego, co jest naprawdę ważne?"
 
     
Sophie 
Moderator
Mały Tyran


Wiek: 25
Dołączyła: 24 Sie 2010
Posty: 2819
Skąd: skc
Wysłany: 2016-11-08, 19:22   


Tytuł: Bezkresne morze
Autor: Rick Yancey

Tłumaczenie: Marcin Wróbel
Cykl: Piąta fala (tom 2)
Wydawnictwo: Otwarte
Tytuł oryginału: The Infinite Sea
Data wydania: 8 października 2014
ISBN: 9788375152906
Liczba stron: 512

Opis:

Ci, którym udało się przeżyć kolejne fale inwazji Obcych, zrozumieli, że by przeżyć w nowej rzeczywistości, nikomu nie można ufać. Konflikt dwóch cywilizacji wkracza na zupełnie inny poziom. Ocaleć może tylko jedna ze stron. Dlaczego bezcieleśni Obcy chcą wymazać z powierzchni Ziemi ostatnie ślady ludzkiej cywilizacji? Jak Cassie i jej przyjaciele zamierzają przetrwać okrutną zimę i czy uda im się znaleźć sposób na pozbycie się najeźdźców?
Jeden z najlepszych cykli science fiction ostatnich lat to pasjonująca opowieść o sile ludzkiego uporu i odwadze mimo wszystko.

Komentarz:
Jakieś dwa lata temu przeczytałam „Piątą falę”, nie oszołomiła mnie ona jednak jakoś szczególnie. Gdy jednak pojawiła się jej ekranizacja, obejrzałam ją i tak odrodziła się we mnie chęć poznania dalszej historii. Trochę jednak minęło, nim sięgnęłam po „Bezkresne morze”. Za trzecią część trylogii, „Ostatnią gwiazdę”, zabiorę się już – mam nadzieję – szybciej.

Mam jakieś wyjątkowe upodobanie do post apo – często nawet dość mierne powieści zyskują właśnie dzięki tematyce, chociaż wiele innych elementów przemawia za negatywną oceną. To pewnie byłby podobny przypadek – to nie jest zła książka, w zasadzie całkiem ciekawa, nawet wciągająca i trochę zakręcona i obdarzona zwrotami akcji. Gdyby jednak nie była powieścią postapokaliptyczną, zapewne nie bawiłabym się przy niej tak dobrze, jak to miało miejsce. No i gdyby nie film (oraz jej soundtrack, jeśli można to tak nazwać), który również dorzucił trochę kontekstu do tej całej historii. Nie jest to może mistrz gatunku, ale czyta się go naprawdę bardzo dobrze i szybko, wciąga i zaskakuje, a także jest niekiedy nieprzewidywalny.

Fabuła opowiadana jest z perspektywy kilku bohaterów, z których każdy rzuca trochę światła na kolejne elementy i wątki (albo też dorzuca kolejne tajemnice i niewiadome). Zabieg ten pozwala na przenoszenie się w różne miejsca i budowanie fabuły niejako poza świadomością bohaterów – tak żeby to czytelnik widział więcej niż oni, ale też niekoniecznie by miał możliwość złożenia informacji na tyle, by coś konkretnego przewidzieć. Jestem ciekawa, jak autor to wszystko rozwiąże.

Ogółem polecam.
_________________
Oh yes Daddy is home and he ain’t happy.
 
     
Majster 
Starszy Asystent Balsamisty


Wiek: 49
Dołączył: 10 Lut 2010
Posty: 248
Skąd: Piastów
Wysłany: 2016-12-13, 08:18   


Asystent czarodziejki/Utracona Bretania
Aleksandra Janusz
Cykl: Kroniki Rozdartego Świata tom 1/2
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Przeczytałem te książki kilka miesięcy temu, i ze zdziwieniem stwierdziłem , że nie ma o nich ani słowa na naszym forum :-( A szkoda, bo to 2 bardzo zacne czytadła. Należy zarezerwować sobie dłuższą chwilę wolnego czasu (o co może być trochę trudno przed świętami) i zabrać się do lektury o poczynaniach Vincenta Thorpa. Nasz tytułowy bohater, po ~20 latach praktyki, jest już pogodzony z losem wiecznego pomagiera. Jego początkowo obiecujący magiczny talent po prostu nie wypalił, pozostaje mu jedynie rola wiecznego asystenta Margueritte de Breville, w czym pomaga mu nabyty ironiczny dystans do własnej osoby. Pogodził się ze swoją dolą i byciem tłem dla swojej ekscentrycznej mistrzyni. Wszystko zmienia się w momencie rozprawy z duszosmokiem, reliktem z zamierzchłej, straszliwej magicznej wojny, która rozdarła świat na 3 części. 2 pierwsze tomy opisują zmagania naszych znajomych w oderwanej od głównego świata Bretanii, i (jakżeby inaczej) ocalenie całego świata przed totalną katastrofą.
Rzecz bardzo zgrabnie napisana, czyta się lekko i przyjemnie, dla mnie, jak na debiut wręcz rewelacja. Jeżeli miałbym się przyczepić do czegoś w warsztacie pani Aleksandry, to do pewnej, momentami zbędnej infantylności w słownictwie. Bo na ten przykład najlepiej świeci goła dupa, gorzej się świeci goły tyłek, no ale goła pupa moim zdaniem po prosu już nie świeci w polskim trudnym języku ;-)
Rozumiem, że książka jest skierowana do młodzieży, ale myślę, że młodego czytelnika takie niepotrzebne ugrzecznienia będą raziły właśnie najbardziej.
Tak po za tym nie mam większych zastrzeżeń, konstrukcja uniwersum w miarę logiczna, fabuła nie nudzi, zakończenie, chociaż kompletne, to pozostawia pewne wątki elegancko niewyjaśnione, także czekam niecierpliwie na dalsze tomy.
 
     
Sophie 
Moderator
Mały Tyran


Wiek: 25
Dołączyła: 24 Sie 2010
Posty: 2819
Skąd: skc
Wysłany: 2016-12-22, 13:33   


Tytuł: Rozjemca (Siewca wojny)
Autor: Brandon Sanderson
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Mag
Tytuł oryginału: Warbreaker
Data wydania: 26 października 2016
ISBN: 9788374806701
Liczba stron: 672

Opis:
"Rozjemca" to opowieść o dwóch siostrach, które urodziły się księżniczkami, o Królu-Bogu, który ma poślubić jedną z nich, pomniejszym bóstwie, które nie wierzy w siebie, i o nieśmiertelnym człowieku starającym się naprawić błędy, jakich dopuścił się setki lat temu. W ich świecie ci, którzy zginęli w chwalebny sposób, powracają jako bogowie i żyją w zamknięciu w stolicy Hallandren. W tym samym świecie o potędze magii stanowi moc zwana Biochromą, oparta na Oddechach, które można zbierać jedynie pojedynczo od konkretnych osób. Dzięki Oddechom i czerpaniu koloru z nieożywionych przedmiotów Rozbudzający są w stanie zarówno dopuszczać się nikczemności, jak i tworzyć cuda. Siri i Vivenna, księżniczki Idris; Dar Pieśni, zniechęcony bóg odwagi, Król-Bóg Susebron i tajemniczy Vasher - Rozjemca, zetkną się z jednymi i drugimi.

Komentarz:
Ostatnio zebrało mi się na nadrabianie karygodnych zaległości, czyli spotkania z książkami autorów, których jeszcze nie czytałam, a zdecydowanie powinnam, „bo to ważne persony”. I tak właśnie sięgnęłam po Gaimana. Tym razem zabrałam się natomiast za Brandona Sandersona – jak na razie nie miałam do czynienia z żadną z książek tego autora, chociaż wiele dobrego o nich czytałam, a tytuły zachęcały, by po nie sięgnąć. I tak właśnie w me ręce trafił „Rozjemca” (niektórym znany jako „Siewca wojny”).

Rozumiem, dlaczego Blair tak zachwyca się tym autorem. Kojarzycie te olbrzymie knigi, w których zawarte są góry pomysłów, składających się na wielkie imperia, pokaźne, szczegółowe, skomplikowane, niebanalne światy? Właśnie do takich należy „Rozjemca” i prawdopodobnie pozostała twórczość Sandersona. Wykorzystana w tej powieści BioChroma oraz określana przez nią hierarchia obywateli z początku bardzo przypominała ideę mi opisywaną przez Brenta Weeksa w „Czarnym pryzmacie” – tam również do czynienia mieliśmy z państwami mającymi swoje podstawy w kolorach. Im dalej jednak się zagłębiałam, tym luźniejsze stawało się moje skojarzenie – książki te bowiem w odmienne sposoby rozwijają ten „barwny” pomysł. Za to obaj autorzy robią to bardzo zręcznie.

Koniecznie trzeba też wspomnieć o kreacji bohaterów. Sanderson przedstawił całą ich plejadę, z których każdy ma coś ciekawego do zaoferowania i do powiedzenia w fabule. Poznajemy ich wszystkich powoli, niektórzy pokazują się nam od razu w całej okazałości, inni kryją tajemnice po kieszeniach, by potem nimi zaskoczyć. Aczkolwiek przyznam szczerze, że nie wszystkie niespodzianki związane z postaciami mnie zaskoczyły. Nie mogę jednak powiedzieć, by „Rozjemca” był przewidywalny. Na pewno bawiłam się przy nim przednio, a fabuła mnie wciągnęła. Żałuję jedynie, że nie miałam więcej czasu, by dać jej się porządnie porwać (aczkolwiek z przyjemnością czytałam ją sobie podczas wykładu z prawa :-) ).

Autor ma bardzo przyjemny styl, dzięki któremu czytanie kolejnych stron przychodzi z łatwością i przyjemnością. Dodatkowo Sanderson umiejętnie i plastycznie tworzy opisy, dzięki czemu całość jest bezproblemowo przyswajalna i ułatwia wyobrażenie sobie wszystkiego.

Polecam serdecznie. :-)
_________________
Oh yes Daddy is home and he ain’t happy.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Styl created by enquish from Slums-Attack.org