Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: WereWolf
2011-08-15, 19:41
[txt] - Szmaragdowa Tablica - Kometa
Autor Wiadomość
Sophie 
Moderator
Mały Tyran


Wiek: 25
Dołączyła: 24 Sie 2010
Posty: 2813
Skąd: skc
Wysłany: 2010-12-05, 12:40   

No na reszcie nadrobi?am zaleg?o?ci. Kometo, to jest cudowne! Wyjdzie z tego ?wietna ksi??ka. Oczywi?cie je?li j? doko?czysz. 8-)
A ten ch?opak to kto? Bo ju? chyba mi si? postacie myl? i mieszaj?... Kometo, zdrad? t? tajemnic? :mrgreen:

Edit:
Nekromantka z jednego z ostatnich fragmentów (tego na cmentarzu) to Cleo? Pisa?a? co? wcze?niej ?e szykujesz dla niej scen?.
_________________
Oh yes Daddy is home and he ain’t happy.
 
     
wiedźma z bagna 
Redaktor
...zakała rodu...


Dołączyła: 13 Sie 2010
Posty: 1291
Skąd: z błotnistych bagien
Wysłany: 2010-12-05, 20:43   

Zofija - przeczytaj raz jeszcze i powinnaś wiedzieć, kto zacz jest ten płomiennokrwisty młodzieniec 8-)
Ja tu nie widzę innej opcji niż to skończyć. Jest lepsze od wielu pozycji dostępnych aktualnie na rynku - nawet tych dość poczytnych.
Więc Kometa (hehehe) twój los został przesądzony :-P
_________________
I cóż to zmieni, gdy z młodych gniewnych, wyrosną starzy wk..wieni ???
 
     
Kometa 
Psychodeliczne Ciało Niebieskie
Doppel X


Wiek: 32
Dołączyła: 10 Wrz 2009
Posty: 2620
Skąd: z Kosmosu
Wysłany: 2010-12-22, 20:37   

Tyle, na ile pozwoli?a mi dzi? moja wena i zamykaj?ce si? oczy. Planuj? zrobi? tak? seri? opowiada? utrzyman? w podobnym tonie. Ale to bardzo dalekosi??ne plany. Napisa?am to bo taki mia?am nastrój i ju?.





Koniec wieków ?rednich
Gdzie? w Europie


Veruca leniwie bawi?a si? pi?kn? koli? ze szmaragdów. Jaki? czas temu zdj??a j? z szyi i teraz przesypywa?a sobie drogie kamienie z r?ki do r?ki. Jej niesamowicie jasne i niebieskie oczy patrzy?y gdzie? daleko poza horyzont, gdzie leniwie wstawa? ?wit.
Siedzia?a na pierzynie w koszuli nocnej i wsparta o poduszki czeka?a. ?nieg pad?a od tygodnia i szczelnie przykry? dziedziniec, na który mia?a widok ze swojego okna. Mróz co prawda troch? zel?a?, ale i tak rozpala?a zawsze w kominku. Trzask ognia i jego ciep?o sprawia?o, ?e sypialnia wydawa? si? mniej pusta, a ona sama czu?a si? odrobin? mniej samotna.

Niespodziewanie jej wzrok przyku? ruch na placu za oknem. To od?wierny brn?? przez ?nieg w stron? bramy. Momentalnie si? wyprostowa?a i unios?a na poduszkach kiedy w otwartych wrotach ukazali si? je?d?cy. By?o ich znacznie wi?cej ni? kiedy ich ?egna?a. Zakapturzeni, owini?ci a? po nosy w szerokie szale, okryci d?ugimi, czarnymi p?aszczami byli niemal nie do rozró?nienia. Jednak Veruca wiedzia?a kogo ma wypatrywa? i pozna?aby go w ka?dym przebraniu. Momentalnie si? zerwa?a, ledwo wsun??a stopy w pantofle i chwyci?a peniuar, a ju? by?a przy drzwiach. Pu?ci?a si? biegiem przez d?ugi hol, zmierzaj?c w stron? schodów i na zakr?cie wpad?a prosto na Henricha.

- Veruca, na mi?o?? pa?sk?! - wykrzykn??, ?api?c j? w ostatniej chwili, chroni?c w ten sposób przed upadkiem. - Jak ty si? zachowujesz?

- Wrócili! - oznajmi?a mu rado?nie, nim zd??y? j? zruga? za bieganie pó?nago po posiad?o?ci, co absolutnie nie przystoi?o kobiecie z jej statusem. - Zbierz reszt? i ka? w kuchni natychmiast poda? ?niadanie!

Wyrwa?a si? mu i zbieg?a po schodach, nie bacz?c ju? na nic.

- Nie mo?esz tak wyj??, ubierz si? do stu diab?ów! - zawo?a? jeszcze za ni?, wychylaj?c si? przez por?cz, ale ona znikn??a mu z pola widzenia. Ju? pomijaj?c fakt, ?e sia?a zgorszenie to zwyczajnie na zewn?trz by?o strasznie zimno, a cienka koszula nocna i niemal przejrzysty peniuar nie mia?y szans ochroni? jej przed mrozem.

Oczywi?cie Henrich ju? wiedzia?, ?e wrócili. Dosta? wiadomo?? jako pierwszy i zd??y? ju? nakaza? s?u?bie podanie do sto?u mimo tak wczesnej pory. W?a?nie mia? powiadomi? reszt? domowników o tym radosnym wydarzeniu, a przynajmniej tych którzy nie spali. Ale Veruca ju? od kilku dni by?a czujna i wypatrywa?a w oknie powrotu czarno odzianych je?d?ców.
W ko?cu si? doczeka?a.

Przebieg?a przez dziedziniec o ma?o nie gubi?c w ?niegu pantofli i skierowa?a si? w stron? stajni, kurczowo ?ciskaj?c na piersiach cienki szlafrok, który wcale a wcale nie chroni? jej przed mrozem. Zimno bole?nie wkrada?o si? do jej p?uc przy ka?dym wdechu, ale to jej w ogóle nie zniech?ca?o.

Grupa czarnych postaci przy stajni w?a?nie zsiada?a z koni. Dwóch m??czyzn rozmawia?o ze stró?em, reszta zabiera?a z koni swoje baga?e. By?o ich oko?o trzynastu, a przecie? wyje?d?ali tylko we czterech. Uda?o im si? zebra? zdaje si? ?e a? dziewi?ciu. To osza?amiaj?cy post?p w porównaniu z poprzednimi latami. I tak pewnie wi?kszo?? odpadnie przy Inicjacji. Ale wi?kszo??, a nie wszyscy, jak to by?o ostatnio.
Jednak Veruca nie zaprz?ta?a sobie tym teraz zbytnio g?owy. Dostrzeg?a m??czyzn? przy studni, który ju? prowadzi? dwa konie do stajni i odruchowo skierowa?a swoje kroki w tamtym kierunku. Na szcz??cie w por? si? zatrzyma?a. Opanowanie si? przysz?o jej z pewnym trudem, ale mimo to wzi??a g??bszy wdech i wykrzykn??a jedno imi?...

- Constantin! - Nie to imi?, które zamierza?a zawo?a? w pierwszej chwili.

Wi?kszo?? czarno odzianych je?d?ców obejrza?a si? w jej kierunku, zaintrygowana niespodziewanym d?wi?kiem. M??czyzna przy studni tak?e si? zatrzyma? i bacznie obserwowa? j? kiedy brn??a przez ?nieg w stron? postaci, która w?a?nie porzuci?a rozmow? ze stró?em i wysz?a jej na przeciw szybkim i spr??ystym krokiem. Spotkali si? w po?owie drogi, Veruca niemal natychmiast znikn??a pod czarnym p?aszczem, kiedy kiedy Constantin Magni, jej m??, wyci?gn? ramiona ?eby j? obj??.


Tymczasem z dachu pa?acu sfrun?? du?y, czarny kruk i przeleciawszy tu? nad g?owami Veruki i Constatntina wyl?dowa? na ramieniu m??czyzny przy studni. Szturchn?? go dziobem w kaptur, po czym przeci?gle zakraka?, co brzmia?o prawie jak szyderczy ?miech.
Corbin nie zareagowa? na zaczepki czarnego ptaszyska w ?aden sposób. Odwróci? si? plecami do studni, oraz do sceny jaka malowa?a si? kilka metrów od niej i szarpni?ciem za lejce zmusi? konie ?eby pod??y?y za nim do stajni. Kruk na jego ramieniu zakraka? teraz wyra?nie zirytowany, domagaj?c si? jego uwagi. Z?o?liwie i z premedytacj? znowu z?apa? go dziobem za kaptur, tym razem jednak przez tkanin? szczypi?c go w ucho. Corbin bez s?owa pacn? kruka za to w czarny ?ebek. Ptaszysko otrz?sn??o si? z oburzeniem i tym razem zakraka?o naprawd? g?o?no, zupe?nie jakby kl??o.

- Zamknij si? albo id? precz – warkn? na niego wreszcie Corbin, kiedy zamyka? konie w ich przegrodach, a kruk dalej gdera? mu po ptasiemu nad uchem. - Za tob? akurat nie t?skni?em, wi?c naprawd? mo?esz sobie darowa? to wylewne powitanie.

Ptak wyda? z siebie krótki skrzek, ale zaraz po tym pos?usznie zamilk?. Jednak nie z powodu polecenia Corbina, a dlatego, ?e ich ?ladem do stajni przybyli pozostali cz?onkowie wyprawy. Kruk przygl?da? im si? bacznie kiedy wprowadzali konie i na widok jednego z nich, tego najni?szego, który wchodzi? jak ostatni, zmacha? skrzyd?ami i znowu pukn?? Corbina dziobem w kaptur, kracz?c z niedowierzaniem.

- Tak – odpowiedzia? na to Corbin. - Dobrze widzisz.





Veruca patrzy?a ponad ramieniem Constantina jak Corbin znika w stajni. Czu?a na sobie ciekawski wzrok reszty podró?ników i na jej twarzy wykwit? rumieniec. Henrich mia? racje, powinna by?a si? ubra?. Jednak zainteresowanie szybko ust?pi?o zm?czeniu i grupa zebra?a si? ?eby odprowadzi? konie i jak najszybciej schroni? si? w murach pa?acu.

- Co ty masz na sobie? - Us?ysza?a tu? nad uchem ciche pytanie Constatina. Zabrzmia?o nieco surowo, zdaje si? ze chcia? okaza? jej niezadowolenie, ale mimo wszystko przez jego g?os przebija?a szczera rado??.

- W?a?ciwie to nic – za?mia?a si? nieznacznie nieco zmieszana. - Wybieg?am tak jak sta?am.

Teraz, ukryta pod jego p?aszczem, otoczona jego ramionami nie odczuwa?a zimna tak dotkliwie, cho? nadal lekko dr?a?a, bo mro?ny wiatr owiewa? jej nogi, a pantofle kompletnie przemi?k?y na ?niegu. Nie zwa?aj?c na to jednak, wysun??a d?onie z ciep?ego ukrycia i delikatnie zdj??a mu z twarzy gruby szal. Z?o?y?a mu na ustach powitalny poca?unek, który by? przeznaczony dla kogo? innego.

- Witaj w domu – wypowiedzia?a ciep?o s?owa, które równie? nie by?y dla niego.

Zaraz jednak zruga?a sam? siebie za takie my?li. Constantin by? dla niej wa?ny, bez niego u boku by?aby nikim, i zas?ugiwa? na to ?eby wita? go wylewnie. I na wiele wi?cej. Jednak nic nie mog?a poradzi? na to, ?e wci?? mimowolnie jej wzrok w?drowa? w stron? stajni.
Teraz panowa? tam spory ruch, po wprowadzeniu koni wszyscy t?oczyli si? w drzwiach. Nagle jedna osoba zwróci?a jej szczególn? uwag?, gdy? spod czarnego kaptura wyp?ywaj jej gruby warkocz w kolorze s?omy, zwie?czony ozdobn? spink?.

- Ale? to... - zacz??a zdumiona, a Constantin obejrza? si? w tamtym kierunku i u?miechn?? nieznacznie. - To kobieta?

- Owszem – przyzna?.

- Kto to jest? - zapyta?a, staraj?c si? ukry? oburzenie. Jaka kobieta podró?uje w taki sposób? Konno jak m??czyzna, w m?skim stroju i tak licznym m?skim towarzystwie i to bez przyzwoitki? Veruca szczerze w?tpi?a ?eby by?a ?on? czy siostr? któregokolwiek z nowo przyby?ych. ?aden dobrze wychowany m??czyzna nie pozwoli?by ?eby jego kobieta, czy te? siostra zachowywa?a si? w taki sposób. - Zaczynasz ju? sprowadza? tu dla nich jakie? ladacznice?

- Ale? sk?d. - Popatrzy? na ni? bardzo powa?nie. - Wybra?em j?. Przyby?a tu na Inicjacj?.

Veruca na chwil? zaniemówi?a, kot?owa?o si? w niej wiele odczu? na raz. Zdumienie, dezorientacja, gniew, zazdro??... Po raz pierwszy od wielu stuleci na Inicjacj? sprowadzono kobiet?. Kobiety wprowadzano w Kr?g nieoficjalnie, najcz??ciej by?y to ?yciowe partnerki cz?onków Lo?y, ewentualnie jaka? ich rodzina. Z tego powodu nigdy nie pretendowa?y do miana Radnych. Ostatni? kobiet?, która przesz?a przez Inicjacj? i zasiad?a w Radzie Lo?y, a potem jej przewodzi?a by?a Prior Sophia, ale ona mia?a status niemal?e bogini. Któ? móg?by si? z ni? równa?? ?adna nie powinna si? o?mieli?! Tymczasem Constantin chce przeprowadzi? przez Inicjacj? t?... t?...

- Chod?, poznasz j?. – Delikatnie napra? d?oni? na jej plecy, zmuszaj?c tym samym ?eby si? ruszy?a. Nie pozwoli? jej jednak wymkn?? si? spod p?aszcza, pilnuj?c aby by?a nim szczelnie okryta. - Tylko najpierw si? ubierzesz. To wyj?tkowa osoba, posiada niezwyk?? moc.

Veruca si? nie opiera?a, cho? mia?a ochot? krzycze? ze z?o?ci.
_________________
I read a book about the self, Said I should get expensive help.

To są właśnie rzeczy
jakie przychodzą mi do głowy
kiedy siedzę w domu podczas burzy,
czekając na telefon od kuratora sądowego
 
 
     
Sophie 
Moderator
Mały Tyran


Wiek: 25
Dołączyła: 24 Sie 2010
Posty: 2813
Skąd: skc
Wysłany: 2010-12-22, 20:49   

Kometa napisał/a:
Zbierz reszt? i karz w kuchni natychmiast poda? ?niadanie!
ka?
i pozjada?as bardzo du?o przecinków (ale to niewa?ne)
Kometa napisał/a:
Sophia
:mrgreen:

To nie jest cz??? o Dicie ;-) Ale podoba mi si?. Chocia? nie przepadam za historiami z tamtych czasów, ale tu jako? nie przeszkadza?o mi to (pewnie dlatego, ?e to tylko fragment) :-P
_________________
Oh yes Daddy is home and he ain’t happy.
 
     
Kometa 
Psychodeliczne Ciało Niebieskie
Doppel X


Wiek: 32
Dołączyła: 10 Wrz 2009
Posty: 2620
Skąd: z Kosmosu
Wysłany: 2010-12-22, 20:56   

Sophie napisał/a:
ka?
i pozjada?as bardzo du?o przecinków (ale to niewa?ne)


ka? poprawione, ale przecinki to niestety moja zmora. Przyznaj? si? ?em niedouczona i zwyczajnie nie umiem ich stawia? <wstydzi si? :oops: >

Sophie napisał/a:
To nie jest cz??? o Dicie Ale podoba mi si?. Chocia? nie przepadam za historiami z tamtych czasów, ale tu jako? nie przeszkadza?o mi to (pewnie dlatego, ?e to tylko fragment)


Szczerze ja te? nie przepadam za takim czasem akcji, ale ta opowie?? jest mi potrzebna gdy? b?dzie mie? du?y i znacz?cy wp?ywa na dalszy rozwój wypadków w których ju? Dita uczestniczy. Musz? to napisa? cho?by dla samej siebie ?eby mi potem jakie? kwiatki i chwa?ciki w tek?cie nie wyros?y.
_________________
I read a book about the self, Said I should get expensive help.

To są właśnie rzeczy
jakie przychodzą mi do głowy
kiedy siedzę w domu podczas burzy,
czekając na telefon od kuratora sądowego
 
 
     
Czarownica 
Gawron


Dołączyła: 23 Cze 2010
Posty: 2714
Skąd: z planety Ziemia
Wysłany: 2010-12-22, 21:14   

Jestem szcz??liwa. Szcz??liwa bo czeka?am kiedy co? napiszesz. Jak zwykle czekam na wi?cej i mam nadziej?, ?e wena Ci? nie zawiedzie. I na tym ko?cz? komentarz. Dzi?kuj?.
_________________

Słowianie nie gęsi, swoją mitologię mają!
Przekonaj się sam jak najpotężniejsi potomkowie słowiańskich bóstw
radzą sobie we współczesnym Gdańsku i Warszawie.
Zajrzyj na http://elemental.fan-dom.pl lub odwiedź świat Szmaragdowej Tablicy na Facebook'u.
Jeżeli fascynuje Cię mitologia wszelakiej maści, alchemia i przygodowa, niezobowiązująca fantastyka
to Szmaragdowa Tablica jest opowieścią właśnie dla Ciebie!
 
     
wiedźma z bagna 
Redaktor
...zakała rodu...


Dołączyła: 13 Sie 2010
Posty: 1291
Skąd: z błotnistych bagien
Wysłany: 2010-12-22, 22:05   

No nareszcie "cóś jezd" :-P
Bardzo się cieszę, że złapałaś chwilę wytchnienia od pracy i wenę jednocześnie :-D
Mam nadzieję na więcej ...
_________________
I cóż to zmieni, gdy z młodych gniewnych, wyrosną starzy wk..wieni ???
 
     
Kometa 
Psychodeliczne Ciało Niebieskie
Doppel X


Wiek: 32
Dołączyła: 10 Wrz 2009
Posty: 2620
Skąd: z Kosmosu
Wysłany: 2010-12-29, 01:02   

Po obfitym ?niadaniu zaproszono ich do wielkiej, bogato urz?dzonej komnaty. S?u??ca kaza?a im si? rozgo?ci? i czeka?, co szybko zaowocowa?o tym, ?e wi?kszo?? z nich zapad?a si? w wygodnych fotelach i uci??a sobie drzemk?. Po tym jak sp?dzili niemal ca?? noc w siod?ach ich zm?czenie by?o ze wszech miar uzasadnione.

W?a?ciwie nie spa?y tylko dwie osoby. W jednym ko?cu sali Dragan zaj?? miejsce przy niewielkim stoliku, w drugim za? Eva opar?a si? o parapet wysokiego okna i beznami?tnie obserwowa?a przesypuj?cy si? piasek w klepsydrze na kominku.
Wygl?da?a na nieobecn?, ale Dragan wiedzia? ?e jest czujna. Na pewno wyczuwa?a wrogo?? z jak? j? tu powitano. Constantin co prawda dba? o mi?? atmosfer?, ale tutejsi cz?onkowie zgromadzenia, czy nawet s?u?ba patrzyli na ni? z niech?ci?, a pani Magni przy posi?ku nie szcz?dzi?a jej uszczypliwych uwag. Ewidentnie nowa kobieta w pa?acu, by?a jej sol? w oku. Trudno by?o stwierdzi? czy to jaki? objaw zazdro?ci, gdy? panie ró?ni?y si? od siebie jak dzie? od nocy. A Eva przegra?aby z ?on? Constantina ka?d? batali? o urod?, urok osobisty i obycie w towarzystwie. Za to, Dragan by? pewien, pani Magni nie mia?aby ?adnych szans przy starciu fizycznym czy nawet magicznym – Eva wytar?aby ni? pod?og? w dowolny sposób. S?dz?c po tym co zd??y? zaobserwowa? Veruca Magni by?a dodatkiem do swego m??a i ozdob? tej cudownej posiad?o?ci. Jej zadaniem, ?yciow? misj? by?o ja?nie? urod? i podnosi? presti? Constatina. Mieli mu jej zazdro?ci?. I s?dz?c po tym co uda?o mu si? zaobserwowa? do tej pory co najmniej jeden z jego podw?adnych zazdro?ci?. I to bardzo.
Dragan nie by? jednak w du?o lepszej sytuacji ni? sama Eva. Oczywi?cie ona jako kobieta wywo?a?a najwi?ksz? sensacj?, ale Dragan by? na drugim miejscu, je?li chodzi o zaskakuj?cych i niezbyt mile widzianych kandydatów staraj?cych si? o cz?onkostwo w Kr?gu. Pochodzi? z dalekich stron, nie opanowa? jeszcze dobrze j?zyka niemieckiego, przez co jego wypowiedzi by?y niekiedy nieco kulawe. Zdarza?o si? te? ?e nie wszystko móg? zrozumie?, mówi? j?zykiem prostym i lakonicznym. Do tego by? ros?ym, dobrze zbudowanym m??czyzn?, o twarzy poznaczonej bliznami i tatua?ami, przez co z miejsca brano go za t?pego osi?ka. W Kr?gu nienawidzono g?upoty i na ironie zakrawa? tu fakt, ?e wszyscy ci magowie maj?cy si? za takich o?wieconych i uczonych, oceniali go na podstawie z?udnych pozorów. Bo gdyby by? faktycznie tak g?upi za jakiego go uwa?ali nigdy w ?yciu by si? tu nie znalaz?. Na szcz??cie ani Constantin, ani jego towarzysze, których wybra? sobie na doradców w tej podró?y nie byli a? takimi snobami. Szukali Mocy, jej opakowanie by?o spraw? drugorz?dn?.
Jednak reszta wybranych ju? lepiej mie?ci?a si? w normach Lo?y. Przynajmniej tak uzna? po tym jak reagowali na nich cz?onkowie zgromadzenia. Pochodzili z zamo?nych lub ?rednio zamo?nych domostw, gdzie rodzina inwestowa?a w ich nauk?, Moc dziedziczyli po przodkach, wi?cej ni? po?owa z nich by?a uczona podstaw magii ju? od ma?ego. Dlatego teraz mogli spa? spokojnie, pewni swojego miejsca. Ani Dragan, ani Eva nie mogli mie? tej pewno?ci. Nie pasowali tu, ani swoim statusem, ani wygl?dem. Jedyne co mieli to Moc i talent. Ale wcale nie by?o takie pewne czy to wystarczy.

Nagle drzwi do komnaty otworzy?y si? z rozmachem i wszed? przez nie Corbin w towarzystwie rudego m??czyzny, który przedstawi? im si? przy ?niadaniu jako Henrich. Eva unios?a nieznacznie brew, m??czy?ni weszli dok?adnie w momencie kiedy ostatnie ziarnko piasku w klepsydrze przesypa?o si? na dó?.
Tymczasem na ramieniu Corbina dalej siedzia? du?y kruk, który nie odst?powa? go odk?d ten tylko zsiad? z konia. Draganowi nie podoba? si? ten ptak. Jego spojrzenie by?o inteligentne i przenikliwe, ci?gle skupione na nich – na dziewi?tce aspirantów. Wiedzia? ?e ich obserwuje, nie wiedzia? tylko co to ptaszysko z tego ma i jakie konsekwencje mo?e mie? to co robi? czy mówi? pod jego nadzorem. Bo by? pewien, ?e to zwierze doskonale rozumie wszystko co si? wokó? dzieje.

Reszta aspirantów, gwa?townie wyrwana ze swojej drzemki, zerwa?a si? na nogi. Tylko Richard dalej siedzia? na swoim miejscu i leniwie rozciera? powieki. Dragan i Eva tak?e si? nie poruszyli, cho? teraz bacznie obserwowali nowo przyby?ych. A dok?adnie oboje skupili swój wzrok na czarnym ptaku, który jakby w odpowiedzi na to spojrzenie zerwa? si? z ramienia Corbina i usadowi? si? teraz na kominku, tu? obok klepsydry.

- Ustawcie si? prosz? w szeregu, wed?ug wzrostu. - powiedzia? Corbin spokojnie bior?c sobie jedno z krzese? spod ?ciany. Widz?c wahanie na niektórych twarzach doda? ?askawie: - W tendencji malej?cej.

Dragan westchn?? ci??ko, bez ?adnego mierzenia by?o wiadomo ?e jest najwy?szy. Bez s?owa przeszed? na pocz?tek szeregu. Eva nie wzdycha?a, ale jej napi?ta twarz zdradza?a, ?e i ona z góry wie jakie miejsce zajmie. Ostatnie. U reszty natomiast wybuch?o ma?e zamieszanie. Ró?nice mi?dzy nimi by?y minimalne i zacz?li w po?piech sprawdza? kto powinien zaj?c jakie miejsce. Dragan spodziewa? si?, ?e dwójk? ich nadzorców to zirytuje, ale Corbin zasiad? na krze?le ze stoickim spokojem i obserwowa? ich poczynania w milczeniu. Henrich zamkn? starannie drzwi od komnaty po czym stan?? obok niego i bawi? si? kieszonkowym zegarkiem. Tylko kruk na kominku wygl?da? na nie?le rozsierdzonego, spacerowa? niecierpliwie w t? i z powrotem mierz?c zgromadzonych krytycznym wzrokiem.

- Ordo – szepn??a wreszcie Eva jakby równie? zirytowana przeci?gaj?cym si? ustawianiem.

Na to jej polecenie przed ka?dym z aspirantów zmaterializowa?o si? ma?e ?wiate?ko, ka?de w odmiennym kolorze. Bli?niacze ?wiate?ka pokaza?y si? równie? na dywanie, wyznaczaj?c linie ??cz?c? Ev? z Draganem. Magiczne ?wietliki swoimi barwami wskazywa?y gdzie jest czyje miejsce w szeregu. Pokazywa?y porz?dek – ordo.

- Dzi?kuj? panno Fuchs – Corbin u?miechn?? si? do niej pob?a?liwie, kiedy ka?dy zaj?? miejsce przy swoim ?wiate?ku. - Ci??ko u was z my?leniem w sprawach prozaicznych, ale k?ad? to na karb zm?czenia podró??.

Na kilku obliczach odmalowa?o si? zmieszanie, Richard ziewn?? przeci?gle, nawet nie staraj?c si? zas?oni? ust r?k? i pos?a? Corbinowi nieprzytomne spojrzenie, Dragan st?umi? odruch wzruszenia ramionami, natomiast Eva zachowa?a kamienn? twarz.

- Dobrze wi?c, ?eby nie przeci?ga? tego – podj?? Corbin, widz?c ?e nie doczeka si? ?adnej werbalnej rekcji na swoj? wcze?niejsz? uwag?. - Zanim Henrich poka?e wam wasze kwatery, chc? ?eby?cie mieli od samego pocz?tku jasno?? sytuacji. To jest ostatni moment kiedy mo?ecie si? wycofa?. Potem, nawet je?li nie przejdziecie Inicjacji pomy?lnie nie ma ju? odwrotu od Lo?y. B?dziecie jej s?u?y? czy wam si? to podoba czy nie. W zamian za nauki jakie tu pobierzecie ofiarowujecie nam swoj? wolno??. Czy to dla ka?dego jasne?

Wszyscy pokiwali g?owami, jedni z entuzjazmem, drudzy do?? niemrawo, jednak nikt si? nie wy?ama?. Dragan przypuszcza?, ze wi?kszo?? zebranych jest tu z polecenia swoich rodzin i tak naprawd? nie ma innego wyj?cia - nie mogliby wróci? do domu bez podpisanego "kontraktu" z Lo??.

- ?wietnie – stwierdzi? Corbin z zadowoleniem i skin?? r?k? na kruka. - Zatem teraz sprawy organizacyjne.

Czarny ptak zerwa? si? z kominka i nim zd??y? wyl?dowa? na pod?odze przemieni? si? w przystojnego m??czyzn? na oczach zaskoczonych aspirantów. By? podobny do Corbina w inny sposób ni? ogólnie przedstawiciele Lo?y s? podobni do siebie nawzajem. Oczywi?cie tak jak ka?dy z nich, zdawa? si? by? nieskazitelnie pi?kny, ale rysy twarzy zdradza?y jego pokrewie?stwo z Corbinem.

- To mój brat, Ivo – zostali utwierdzeni w przekonaniu – i jednocze?nie wasz trzeci nauczyciel.

Dragan mia? problem z powrotem do równowagi. To co w?a?nie widzia? to by?a pe?na, ca?kowita transmutacja na ?ywym, bardzo z?o?onym organizmie. To legenda, to mrzonka, to odleg?e marzenie wszystkich alchemików ?wiata. A ten m??czyzna robi? to z dziecinn? ?atwo?ci?, utrzymuj?c form? kruka przez d?ugi czas. To by?o niemo?liwe bez pi?tej esencji. Kamienia Filozofów.
Jedyn? rzecz? która pasowa?a Draganowi do legendarnej mikstury by?y talizmany, które zarówno Ivo, jak i jego brat oraz Henrich nosili na szyjach. Wisiorki przypomina?y ma?e flakony, a substancja w nich zamkni?ta mia?a oleist? konsystencj? i by?a w kolorze jasnob??kitnym – takim samym jak oczy ca?ej trójki. Zdawa?a si? te? jarzy? delikatnym ?wiat?em. Wcze?niej s?dzi? ?e to tylko symbol przynale?no?ci do Kr?gu, teraz jednak nabra? przekonania o niezwyk?o?ci tych ozdób.

Ivo podszed? do brata i odebra? od niego jaki? pergamin. Krótk? chwil? studiowa? tekst na nim wykaligrafowany, a potem przeniós? wzrok na aspirantów.

- Na li?cie jest tylko siedem nazwisk – spojrza? pytaj?co na brata.

- By?em ciekaw czy policzysz. – Corbin u?miechn?? si? do niego serdecznie. - Niewymieniona dwójka to kaprys Constantina. Czy jak sam to okre?li?: Dar losu.

- Niech zgadn?. – Ivo z westchni?ciem obci?? wzrokiem najpierw Dragana a potem Ev?. – Najemny zbir i stara panna. Wyró?niaj? si? czym? jeszcze oprócz tego, ?e w oczywisty sposób tu nie pasuj??

- Dragan to charakternik. – Brat ch?tnie go informowa?, mówi?c tak jakby tematy ich konwersacji nie sta?y tu? obok. - Chocia? specjalizacj? ma do?? rzadk?. Zajmuje si? egzorcyzmami. St?d znamiona ochronne na jego twarzy i r?kach.

- Egzorcyzmami? - Ivo uniós? brwi. - My?la?em, ?e to zaj?cie tych chrze?cija?skich szarlatanów. A w ich opinii charakternik to sam diabe? w ludzkiej skórze. Egzorcyzmuje sam siebie? Faktycznie, dosy? osobliwe zjawisko...

Henrich chrz?kn?? znacz?co, na znak ?e wypowied? Iva nie przypad?a mu do gustu. By? wierz?cy. I cho? to co robi? dla Lo?y mocno kolidowa?o z naukami Ko?cio?a, nie lubi? gdy drwiono z jego wyznawców.

- Kap?ani Ko?cio?a nie maj? poj?cia o prawdziwej istocie demona – odezwa? si? Dragan niskim i cichym g?osem, nie podoba?o mu si? to ?e Ivo z miejsca traktuje go z góry, jednak brakowa?o mu s?ów po niemiecku ?eby zrobi? mu wyk?ad.

- Prosz?, to u?ywa cywilizowanego j?zyka – Ucieszy? si? Ivo ironicznie. - Zna jeszcze jakie? inne sztuczki?

- Ivo, hamuj si? – Najwyra?niej rodzice lepiej wychowali Corbina, bo by? wyra?nie zdegustowany zachowaniem brata. - To ?e znalaz? si? tu przypadkiem, nie oznacza, ?e bark temu uzasadnienia. Widzia?em co potrafi. Jest niesamowity.

- Je?li ma to jakiekolwiek znaczenie, jestem w stanie po?wiadczy? za jego umiej?tno?ci. - odezwa? si? niepozorny, m?ody m??czyzna ze ?rodka szeregu. Jego bogaty strój wskazywa? na to ?e pochodzi z zamo?nej rodziny. - Bardzo pomóg? mojej siostrze.

- Jak si? nazywasz? - Ivo momentalnie zwróci? na niego uwag?.

- Adler von Hallervorden – m?odzieniec dumnie wypi?? pier?.

- Zatem jestem ciekaw, von Hallervorden, gdzie szlaja?a si? twoja siostra skoro potrzebny by? jej egzorcysta. - Ivo zerkn?? na list?, po czym dos?ownie znik?d w jego r?ku zmaterializowa?o si? czarne pióro, którym postawi? wielka krech? przy jego nazwisku.

- Zdro?na ciekawo?? to podobno pierwszy stopie? do piek?a – odgryz? si? Adler natychmiast.

- A wydaje ci si?, ?e gdzie w?a?nie trafi?e?? - Ivo u?miechn?? si? do niego wrednie.

Dragan obawia?, ?e m?ody von Hallervorden b?dzie próbowa? inaczej broni? honoru swojej siostry. Jednak ch?opak mia? olej w g?owie, nie ?pieszy?o mu si? podnosi? r?ki na przedstawiciela Lo?y. Chocia? coraz bardziej dojrzewa? do my?li, ?e Ivo zas?u?y? na niez?y ?omot.

- No dobrze, przynajmniej ju? wiem sk?d macie to dziwo. - Ivo zanotowa? sobie co? dodatkowego na li?cie nazwisk. - A ona?

Wskaza? na Ev?, a dziewczyna pos?a? mu z?e spojrzenie. Milcza?a jednak dumnie, pomimo ?e w?a?nie mia?a sta? si? obiektem kpin.

- Córka kowala z niewielkiej wioski, w której mieli?my postój. - Crobin po?pieszy? z wyja?nieniami. - Podkuwa?a nam konie.

- Rzeczywi?cie, nies?ychany wyczyn jak na kobiet?, ale raczej nie o tego typu umiej?tno?ci nam chodzi. - Jego brat mia? bardzo sceptyczn? min?. - Ojciec nie móg? wyda? jej za m??, wi?c nauczy? j? rzemios?a?

- Raczej nie chcia? zmarnowa? talentu. - Corbin u?miechn?? si? bardzo tajemniczo.
_________________
I read a book about the self, Said I should get expensive help.

To są właśnie rzeczy
jakie przychodzą mi do głowy
kiedy siedzę w domu podczas burzy,
czekając na telefon od kuratora sądowego
 
 
     
wiedźma z bagna 
Redaktor
...zakała rodu...


Dołączyła: 13 Sie 2010
Posty: 1291
Skąd: z błotnistych bagien
Wysłany: 2010-12-29, 12:06   

No i w takim miejscu przerywasz???
Ehhhh... Pozostaje jeno liczyć, że po sylwestrze będziesz mieć więcej czasu i poświęcisz go na pisanie książki...
_________________
I cóż to zmieni, gdy z młodych gniewnych, wyrosną starzy wk..wieni ???
 
     
Czarownica 
Gawron


Dołączyła: 23 Cze 2010
Posty: 2714
Skąd: z planety Ziemia
Wysłany: 2010-12-29, 19:29   

Kometa -jaki to talent. Pisz, pisz, prosz?. bo zako?czy?a? jak rasowy pisarz- zostawiaj?c nas z rozbudzon? ciekawo?ci? i apetytem na wi?cej.
Dzi?kuj? za nast?pny fragment,
_________________

Słowianie nie gęsi, swoją mitologię mają!
Przekonaj się sam jak najpotężniejsi potomkowie słowiańskich bóstw
radzą sobie we współczesnym Gdańsku i Warszawie.
Zajrzyj na http://elemental.fan-dom.pl lub odwiedź świat Szmaragdowej Tablicy na Facebook'u.
Jeżeli fascynuje Cię mitologia wszelakiej maści, alchemia i przygodowa, niezobowiązująca fantastyka
to Szmaragdowa Tablica jest opowieścią właśnie dla Ciebie!
 
     
Kometa 
Psychodeliczne Ciało Niebieskie
Doppel X


Wiek: 32
Dołączyła: 10 Wrz 2009
Posty: 2620
Skąd: z Kosmosu
Wysłany: 2011-01-01, 20:31   

Oto pierwsza cz??? noworocznego bonusa. Zaczynam dojrzewa? do my?li ?e powinnam to wszystko wam jako? przyst?pniej podzieli? na cz??? zasadnicz?, na retrospekcje oraz na ewentualne urywki.

To co poni?ej to lu?na wariacja na temat tego co si? wydarzy po zaplanowanej akcji zasadniczej. Nie przywi?zujcie si? do tego tekstu i nie próbujcie wyci?ga? z niego wniosków. To wersja w której zachowuje wszystkich przy ?yciu i ogólnie mamy happy end. A ja sama jeszcze nie wiem czy si? na niego zdecyduj?. Poza tym czasowo mi to zgrzyta. Tak?e wszystko co tu przeczytacie mo?e ulec diametralnej zmianie w wersji oficjalnej.





Spa?am b?ogo kiedy zadzwoni? telefon.
?wi?ta sp?dzone w domu wypompowa?y mnie kompletnie i teraz zamierza?am odreagowa? to s?usznym snem, oraz ogólnym lenistwem. Ten, kto o?miela? si? mnie budzi?, kiedy mia?am takie rozkoszne plany na reszt? dnia zas?ugiwa? na ch?ost?. Odebra?am tylko dlatego ?eby go o tym poinformowa?.

- Ju? nie ?yjesz, kimkolwiek jeste? – wymamrota?am w s?uchawk?, odebrawszy nie patrz?c nawet na wy?wietlacz. - Nie przewiduje ?adnych okoliczno?ci ?agodz?cych.

- Obudzi?am ci?? - zaszczebiota?a rozkosznie Amelia po drugiej stronie nieistniej?cego drutu. - Czy masz ?wiadomo?? tego, która jest godzina?

- Nie i dobrze mi z tym - burkn??am w odpowiedzi i przekr?ci?am si? na plecy.

- Pi?tna?cie po dwunastej – poinformowa?a mnie i tak z naciskiem. - Przyzwoici ludzie ju? dawno wygrzebali si? z ?ó?ek.

- Gardz? przyzwoitymi lud?mi. - Ziewn??am. - Czego chcesz pogardzana przeze mnie podobno przyzwoita jednostko ludzka? Mów szybko zanim ci naubli?am i karz? ci? wych?osta?.

- W?a?nie zastanawiali?my si? z Malkolmem nad sylwestrem... - zacz??a tonem ?wiadcz?cym, ?e czego? b?dzie ode mnie oczekiwa? w zwi?zku z tym zastanawianiem si?.

- Odmawiam – o?wiadczy?am stanowczo nim zd??y?a rozwin?? wypowied?.

- Nawet nie wiesz o co chodzi. - naburmuszy?a si? natychmiast.

- Wiem. Chcecie mnie w co? wrobi?. Ani mi si? ?ni. Nie zamierzam z wami siedzie? w Nowy Rok.

I wyst?powa? w charakterze pi?tego ko?a u wozu – doda?am w my?lach. I patrze? na wasze szcz??cie kiedy sama by?am tak okropnie nieszcz??liwa. Chyba powinnam i?? do jakiego? terapeuty.

- Masz ju? plany na sylwestra? - Dos?ysza?am w jej glosie t? charakterystyczn? zach?ann? ciekawo??.

I wiedzia?am te? jaka my?l za?wita?a jej w g?owie. Myli?a si? niestety i by?aby tym faktem równie zawiedziona co ja, gdyby wiedzia?a jak sp?dzi?am te ?wi?ta.

- Nie mam ?adnych planów. Zamierzam si? leni?. W samotno?ci.

Amelia po drugiej stronie j?kn??a, ale ja ju? wiedzia?am swoje. Wiedzia?am ?e jak tylko wróc? do Gda?ska zrobi? co? g?upiego i gdyby nie przekl?te ?wi?ta broni?abym si? przed tym r?kami i nogami. W Warszawie by?o mi dobrze. ?atwiej mi by?o o tym nie my?le?. By?am zaj?ta... innymi rzeczami. Musia?am tu wytrzyma? do Nowego Roku, sp?dzi? troch? czasu z matk? i zaraz potem spieprza? st?d jak najszybciej. Ot, ca?a filozofia. Na pewno nie zamierza?am planowa? sylwestra, zw?aszcza z wi?ksz? grup? ludzi. By?am nastawiona totalnie kontra ?wiat.

- Ama, pos?uchaj – przerwa?am jej tyrad? na temat tego jak bardzo aspo?eczn? jestem jednostk?. - Zrób mi t? przyjemno?? i sp?d? tego sylwestra z moim bratem z daleka ode mnie. Naprawd? bardzo si? ciesze ?e o mnie pomy?leli?cie, ale poradz? sobie.

Po tych s?owach, nie czekaj?c na odpowied? bezczelnie si? roz??czy?am. Wiem, jestem okropna i wy?ywam si? na bogu ducha winnych ludziach. To nie ich wina, ?e jestem ma?? idiotk? ze z?amanym sercem. Nie mniej jednak tyle mojego co sobie pob?d? troch? wredna i niezno?na. Mo?e obejdzie si? bez terapeuty.


***


- Co powiedzia?a? - Malkolm popatrzy? na Ameli? pytaj?co.

- Rzuci?a mi s?uchawk?, masz poj?cie?! - Amelia z oburzeniem przygl?da?a si? swojej komórce. - Co w ni? wst?pi?o?

- Nie co, tylko kto... - burkn?? pod nosem, bardziej do siebie ni? do niej i ruszy? si? z miejsca. - Poza tym i tak nic by z tego nie by?o, matka by w ?yciu nie pozwoli?a nam na zrobienie sylwestra w pensjonacie. Dita by nic nie wskóra?a, nawet gdyby? j? przekona?a. Powinni?my raczej zacz?? negocjowa? z Witkiem, mo?e da?oby si? nakr?ci? imprez? w szkole...

Amelia milcza?a chwil? intensywnie si? nad czym? zastanawiaj?c. Wreszcie spojrza?a na niego ze znajomym b?yskiem w br?zowych oczach.

- Po prostu musimy si? pozby? twojej matki. - o?wiadczy?a wreszcie z?owieszczo. - I masz racj?. Pora powa?nie porozmawia? z Witkiem.

- Ama, cokolwiek zamierzasz zrobi?, odpu??. - westchn?? ci??ko. - Zawsze mam jeszcze te bilety do kina na Sylwestrow? Noc Filmow?...

- Kochanie! - wykrzykn??a nagle uradowana, nie wiedzie? czym. - Wiedzia?am ?e mog? na ciebie liczy?. Jeste? taki m?dry!

- Czy?by? - zdziwi? si? mocno zdezorientowany. Mia? z?e przeczucia, jak zawsze gdy Amelia popada?a w nadmierny entuzjazm z powodu ma?ych rzeczy.

To zwykle zwiastowa?o katastrof? w jej wykonaniu.


***


Witek siedzia? nad fakturami. Od kiedy ksi?gowa posz?a na urlop macierzy?ski sam zajmowa? si? papierkow? robot?. Obieca? sobie, ?e znajdzie kogo? na jej miejsce, ale jako? ci?gle nie by?o kiedy. Teraz próbowa? si? upora? ze stert? zaleg?ych papierów przed sylwestrem Nie chcia? wchodzi? w Nowy Rok z zaleg?o?ciami tego typu.
Amelia wesz?a do jego gabinetu bez pukania, a za ni? w?lizgn?? si? Malkolm z jak?? dziwnie niepewn? min?. Witek wiedzia?, ?e to oznacza k?opoty.

- Naprawd? nic by si? nie sta?o gdyby? zapuka?a – zwróci? jej delikatnie uwag? i u?miechn? si? serdecznie robi?c dobra min? do z?ej gry.

- Krótka pi?ka Witold – o?wiadczy?a dziwnie wznios?ym tonem. Si?gn??a do kieszeni, wyci?gn??a z niej dwa pod?u?ne kartony, rzuci?a je na biurko i nachyli?a si? nad nim, ze z?owrog? min? zagl?daj?c Witkowi w oczy. - Albo jeste? z nami albo przeciw nam. Nie bierzemy je?ców, nie okazujemy lito?ci, urz?dzimy ci tu prawdziw? jatk? wi?c nawet nie my?l o odmowie.

- Amelia, na lito?? bosk?, co ty bredzisz? - Witek bole?nie zmarszczy? brwi i pos?a? Malkolmowi b?agalne spojrzenie. Ch?opak tylko pokr?ci? g?ow? z rezygnacj?, zdaje si? ?e i on by? tu ofiar?.

- Sprawa jest prosta. - Amelia usiad?a bezceremonialnie na blacie oraz tym samym na papierach które by?y po nim rozrzucone i pokaza?a mu na dwa kartony, które okaza?y si? by? biletami do kina. - W nocy, z trzydziestego pierwszego na pierwszego dokonasz dywersji, ?eby?my mogli wzi?? szturmem posiad?o?? wroga.

- A tak mniej militarnie? - Witek z jednej strony by? zaniepokojony, ale z drugiej ciekawy tego co znowu strzeli?o do g?owy tej dziewczynie.

- Ona chce ?eby? zabra? moj? matk? do kina w sylwestra. - Malkolm si? zlitowa?, a wyraz jego twarzy ?wiadczy? o tym, ?e nie jest przekonany do planów Amelii.

- Ja? - Witek jakby nieco zd?bia?. - Malwin??

- Tak, ty. Malwin?. - Amelia za?o?y?a r?ce na piersiach. - Nie rób takiej zdziwionej miny, wszyscy wiedz? ?e lecisz na ni? od lat. Najwy?sza pora co? tym zrobi? Witold, nie mo?esz zosta? starym kawalerem.

- Ju? pomijaj?c absurdalno?? ca?ej tej sytuacji, umkn?? ci jeden wa?ny szczegó?. - Witek dalej patrzy? na Ameli? z pewnym niedowierzaniem, zupe?nie jakby rozwa?a? czy to nie jest jaki? g?upi ?art. - Ja jestem w Warszawie, a Malwina w Gda?sku.

- Drobiazg. - Amelia machn??a r?k?. - Pojedziesz po ni?, albo zaraz zmolestujemy Corbina, ?eby postawi? teleport. Musisz kupi? kwiaty, bez ?adnych czekoladek, Malkolm mówi? ?e ma podniesiony cukier. Tu masz do niej numer telefonu... albo nie, nie uprzedzajmy jej, we?miemy j? z zaskoczenia.

- Ty mówisz powa?nie – stwierdzi? Witek z pewnym przera?eniem spogl?daj?c to na Ameli? to na karteczk? z numerem telefonu, któr? rzuci?a na biurko obok biletów. - Przecie? to niedorzeczne, ta kobieta nie jest mn? zainteresowana, a ty chcesz ?ebym ci?gn?? j? przez pó? Polski tylko po to ?eby posz?a ze mn? do kina?

- Oczywi?cie, ?e nie – oburzy?a si? Amelia. - Musisz j? zabra? na kolacj?, w jakie? ?adne i drogie miejsce. Potem mo?e by? i ?niadanie, ju? twoja w tym g?owa ?eby zaci?gn?? j? do siebie po kinie. Kupisz wino, szampana, pigu?k? gwa?tu...

- Ama, do diab?a, to moja matka! - j?kn?? Malkolm s?abo.

- S?dz?c po waszej desperacji, macie jakie? powa?ne plany. - Witek stara? si? zachowa? zimn? krew. - Dlaczego tak wam zale?y ?ebym j? zaj?? przez t? noc?

- Ama si? upar?a na sylwestra w "Najadzie". - wyja?ni? Malkolm. - W swej lekkomy?lno?ci wspomnia?em jej o takiej mo?liwo?ci, a ona si? napali?a na pomys?. Tyle ?e matka si? w ?yciu na to nie zgodzi. Dlatego musimy si? jej pozby? z pensjonatu.

- Nie zgodzi si? tak?e pój?? ze mn? do kina – zauwa?y?a Witek bardzo przytomnie. - Mam j? si?? wci?gn?? w teleport? A potem zwi?za?, zakneblowa? i posadzi? w kinie?

- Je?li b?dziesz musia?. - Amelia nie zamierza?a odpu?ci?. - Takie porwanie jest nawet na swój sposób szalenie romantyczne...

Witek i Malkolm wymienili si? sceptycznymi spojrzeniami.



* * *





Nie pami?tam kiedy ostatnio by?am w ko?ciele.
Czu?am si? bardzo nieswojo przekraczaj?c próg ?wi?tyni. Jaka? starsza kobieta spojrza?a na mnie ze zgroz? kiedy na wej?ciu nie przykl?kn??am i nie prze?egna?am si?. Nie mia?am czasu na pierdo?y.
Dopad?am do m?odego ministranta, który niós? stert? ksi??ek w stron? zakrystii.

- Dzie? dobry – zagai?am niepewnie, mo?e powinnam zakrzykn??: "Szcz??? Bo?e" albo co? w tym stylu. - Szukam ksi?dza...

Ch?opak popatrzy? na mnie jak na idiotk?, ale ja za choler? nie mog?am sobie przypomnie? jak Klecha ma w?a?ciwie na imi?.

- To dobrze pani trafi?a – ministrant si? u?miechn?? pob?a?liwie. - W ko?ciele jest ich ca?kiem du?o.

Zrobi?am min? pod tytu?em: "To nie jest zabawne, przybywam w sprawach wy?szej wagi i zaraz ci wpieprz? gnoju jak nie zetrzesz z twarzy tego g?upkowatego u?mieszku."
Chyba naprawd? ostatnio jestem dra?liwa.

- Chodzi mi konkretnie o ksi?dza Tomasza. – Z?o?? podkr?ci?a mi kilka korbek w mózgu i przypomnia?am sobie jak ochrzczono Klech?. Ale je?li ten bubek w bia?ym fata?aszku zapyta mnie o którego Tomasza mi konkretnie chodzi, to wtedy ju? na pewno sprzedam mu prztyczka w nos.

Bubek nie dopytywa? jednak. Wskaza? brod?, gdy? r?ce mia? zaj?te, na jeden z konfesjona?ów.
No fajnie.

Puk-puk-puk.

- Wybacz mi ojcze, albowiem zgrzeszy?am – wymamrota?am do kratki konfesjona?u, czekaj?c a? spadnie piorun z jasnego nieba i zmieni mnie w popió? za robienie sobie kpin z instytucji Ko?cio?a. - Powa?nie rozwa?a?am zamordowanie ministranta i wyrzucenie jego cia?a do Mot?awy. Podobne zamiary mia?am wzgl?dem jednego ze Stra?ników z gda?skiego wydzia?u, cho? tu jeszcze dochodzi?o powa?ne zmasakrowanie zw?ok.

Co? zgrzytn??o po drugiej stronie i kratka si? uchyli?a.

- Judyta? - Zobaczy?am za ni? zaskoczon? fizjonomie Klechy. - Co ty tu robisz?

- Ju? nawet ksi??a si? dziwi? kiedy widz? mnie w ko?ciele. - Przewróci?am oczami. - Oczekiwa?am troch? cieplejszego powitania. Zw?aszcza, ?e jestem potencjaln? nawrócon? owieczk?.

- S?dzi?em, ?e jeste? w Warszawie – usprawiedliwi? si? szybko.

- Bo jestem. Przyjecha?am do domu na ?wi?ta i mama poprosi?a ?eby zosta?a do sylwestra. Je?li wszystko pójdzie zgodnie z planem, jutro wsi?d? w poci?g. - Zawiesi?am na chwil? g?os. By?o mi tak strasznie g?upio o tym mówi?. - Chcia?am jednak pozamyka? tu swoje sprawy przed Nowym Rokiem. Jak zwykle zebra?am si? na ostatni? chwil?... Widzia?e? si? mo?e ostatnio z Adrianem?

Klecha popatrzy? na mnie powa?nie, po czym podniós? si? z miejsca i wyszed? z konfesjona?u.

- Chod? na zakrysti?, zrobi? ci herbaty. - powiedzia? zach?caj?co, a mnie skr?ci?o w ?o??dku.

Powa?nie zapowiada?o si? na spowied?.


***



- Nie widzia?em go od dwóch miesi?cy, jak nie lepiej – powiedzia? nalewaj?c mi herbaty do ?adnej fili?anki, zaraz potem postawi? na stoliku równie? i cukier. - W?a?ciwie odk?d wyjecha?a?. Rudi machn?? ju? na niego r?k?, przesta? do niego dzwoni?.

To nieco zmienia?o posta? rzeczy. Poczu?am niepokój.

- Jak to, nie przychodzi? do pracy? - zapyta?am, sil?c si? na neutralny ton. - Mo?e co? si? sta?o?

My?la?am, ?e nie chcia? rozmawia? tylko ze mn?.

- Raczej nie. - Klecha u?miechn?? si? smutno. - To nie pierwszy raz kiedy znika nam bez s?owa. Kiedy wpada w ci?g, bywa ?e nie pojawia si? przez kilka miesi?cy. Interesowa?em si? troch?, s?siedzi widzieli go jaki? tydzie? temu, poza tym zostawi?em ju? kiedy? ma?e zakl?cie w jego mieszkaniu. Gdyby sta?o si? co? z?ego – wiedzia?bym.

Nie mia?am poj?cia. Nie s?dzi?am...

- By?am u niego w wigili? – wyrzuci?am nagle z siebie, czu?am si? irracjonalnie winna. - Nie otworzy? mi. S?dzi?am ?e nie chce...

- W wigili? móg? by? na cmentarzu – stwierdzi? z melancholi? mieszaj?c herbat?. - Albo wypi? tyle ?e nie s?ysza?. Od tego... wydarzenia z Ol?, by?o coraz gorzej. A potem wyjecha?a? i w ogóle nie mo?na si? by?o z nim dogada?.

Z jednej strony by?am w?ciek?a na siebie, ale z drugiej nie potrafi?am si? ?aja? za to co si? dzia?o. To nie jest moja wina, zrobi?am tyle ile mog?am, na ile mi pozwoli?. Wyci?gn??am r?k?, prosi?am ?eby j? wzi??. Nie chcia?. Co mia?am jeszcze zrobi??

- Nie chcia? mnie – powiedzia?am cicho i beznadziejnie. To nie mia?o ju? ?adnego znaczenia, przecie? da?am sobie spokój, prawda? Nie powinnam zawraca? ludziom g?owy swoimi zaburzeniami umys?owymi. - Przecie? gdyby by?o inaczej nie wyjecha?abym, kaza?abym si? wypcha? i Witkowi i Corbinowi...

- Nie oceniam ci? – przerwa? mi nieco zmieszany i zobaczy?am ?e si?ga po chusteczki do nosa. Dopiero kiedy poda? mi jedn? zda?am sobie spraw?, ?e p?acz?. - Ani nie wini?. Zdaj? sobie spraw? jak trudn? osob? jest Adrian.

Nie, nie, nie. Nie mia?am dostawa? histerii, mia?am za?atwi? spraw?! Cholerne, nieproszone emocje, jestem obci??ona genetycznie...

- Chcia?am tylko... - zacz??am wycieraj?c oczy podarowan? chusteczk?. No w?a?nie, czego? ty w?a?ciwie chcia?a g?upia dziewczyno? Kilku dni nie mo?esz wytrzyma? w tym przekl?tym mie?cie, trzymaj?c si? z daleka od tego cz?owieka i jego spraw? - Chcia?am tylko wiedzie?... czy to dlatego, ?e si? mnie boi?

- Ciebie? - Klecha zrobi? bardzo zaskoczon? min? i zrozumia?am, ?e ?le si? wyrazi?am. Jak ja mia?am o to zapyta? jako? po ludzku? - W jakim sensie?

- W takim – utkwi?am spojrzenie w suficie, nie by?am w stanie powiedzie? tego tak po prostu, patrz?c mu w twarz – ?e jaki? szurni?ty bóg, wieki temu przekl?? wszystkie kobiety w mojej rodzinie.

Klecha na chwil? zaniemówi? patrz?c na mnie jak na wariatk?.

- Judyta – powiedzia? bardzo powa?nie. - Naprawd? uwa?asz go za osob?, która przejmowa?aby si? czym? takim?

- Nie wiem czy s?ysza?e?, ale ludzie od tego umieraj? – odpar?am zirytowana.

- I uwa?asz, ?e Adrian boi si? tej straszliwej ?mierci, która na niego czyha zwi?zku z t? kl?tw?? - popatrzy? na mnie jak na ma?e dziecko.

O Bo?e, nawet nie wiesz cz?owieku ile bym da?a ?eby wiedzie? czego ten kretyn si? boi.
Co jest ze mn? do cholery nie tak?

- Podobno najprostsze rozwi?zania s? najlepsze – burkn??am, nieco przyt?oczona tym jego spojrzeniem. Naprawd? poczu?am si? jak ma?a dziewczynka, która w?a?nie chlapn??a jak?? g?upot?.

- Nie w przypadku Adriana – u?miechn?? si? nieco. - Judyta, to nie jest twój ojciec czy dziadek, którzy nie mieli poj?cia jak broni? si? przed tego typu magi?. Adrian jest rzemie?lnikiem, wyczuwa aury, wie kiedy co? mu grozi i potrafi zrobi? sobie tysi?ce talizmanów chroni?cych go przed niemal ka?dym niebezpiecze?stwem. Zna rytua?y. Twoja kl?twa jest ostatni? rzecz?, która by go obchodzi?a.

- Wi?c dlaczego? - j?kn??am zn?kana, mia?am ochot? wali? g?ow? w ?cian?.

Wszystko przez mój z?y charakter. Nie mog?am sobie odpu?ci? dopóki nie pozna?am przyczyny. Gdybym wiedzia? dlaczego mnie nie chce ?atwiej by mi by?o to zaakceptowa?. Gdyby nie chcia? mnie z jakiego? idiotycznego powodu szybciej bym go sobie wybi?a z g?owy. A tak? Nie mam nic. Nie potrafi?am si? pogodzi? z takim stanem rzeczy, nale?? mi si? wyja?nienia, tyle wiedzia?am.

- Wiesz co? - zapyta? dziarskim tonem podnosz?c si? z miejsca. - Sama go o to zapytasz. Ubieraj kurtk?, idziemy.

- Gdzie? - zapyta?am spanikowana.

- Do niego. B?dziemy tam sta? a? do skutku. Albo wejdziemy przez okno. Tak czy inaczej nie odejdziemy stamt?d bez odpowiedzi.

Mo?e protestowa?abym gwa?towniej gdyby nie to, ?e kusi?a mnie wizja ogl?dania tego jak ksi?dz w sutannie w?amuje si? do czyjego? mieszkania przez okno.


***



- Ivo nas zabije – stwierdzi? Lambert, kiedy Malkolm otwiera? Wranglera zw?dzonymi przez Blank? kluczykami. - Rozma?e nas po ?cianach.

- Na pewno tak zrobi je?li nas tu przy?apie – sykn??a na niego Amelia wsiadaj?c do samochodu w ?lad za swoim ch?opakiem. – A przy?apie, je?li dalej b?dziesz tu sta? i marudzi?. Wsiadaj.

- A dlaczego po prostu nie zabierzemy si? teleportem z Witkiem? - zaciekawi? si? Robert, który najwyra?niej równie? mia? pewne obawy zwi?zane z Wranglerem.

- Bo na przeteleportowanie jednej osoby w porywach do dwóch dostaje si? pozwolenie w przeci?gu kilku godzin. - westchn?? Lambert. - Na tak du?? grup? pozwolenie niekiedy idzie nawet i tydzie?. ?e nie wspomn? o tym, ?e takie pozwolenie l?dowania w Gda?sku wydawa?by nam kapitan Rudnicki... A ojciec zastrzeg? ?e nie b?dzie za nas nadstawia? karku. I tak by? w?ciek?y za ten teleport. ?eby go Witek nie uprosi?, to by pewnie nawet palcem nie kiwn??.

Blanka ju? usadowi?a si? na tylnym siedzeniu, zdj??a wielkie glany i usiad?a po turecku. Robert, który w?a?nie chcia? wsiada? zacz?? si? z ni? sprzecza?, ?e zajmuje w ten sposób zbyt wiele miejsca. Filip nie próbowa? si? wcisn?? do ty?u, od razu rzuci? sobie koc i torb? z laptopem do wysokiego baga?nika i umo?ci? tam sobie pos?anie.
Malkolm przekr?ci? kluczyki w stacyjce i samochód cicho zawarcza?. Jednak dla Lamberta d?wi?k i tak by? zbyt g?o?ny, ba? si? ?e w ka?dej chwili zostan? przy?apani.

- Wy??cz silnik – Zamacha? r?kami do Malkolma. - A jak Maria us?yszy?

- Nie us?yszy, nie ma ich – odezwa? si? znajomy g?os.

Spojrzeli w kierunku z którego dochodzi?. Przez otwarte okno na parterze szko?y wygl?da? Dirk. Okno znajdowa?o si? idealnie nad parkingiem co oznacza?o, ?e wygl?da? z ?azienki dla dziewcz?t.

- Za to ja us?ysza?em – doda? po chwili u?miechaj?c si? nonszalancko. - Dobrze rozpoznaj? d?wi?k silnika? To samochód Iva?

- No dobra... - zacz??a Amelia ostro?nie i wysiad?a z samochodu. - Czego chcesz za milczenie? Tylko bez targowania si?, mamy ma?o czasu.

- A dok?d wam tak ?pieszno? - Dirk wygodnie opar? si? o parapet i nadstawi? uszu z zaciekawieniem.

- Nie twój interes – warkn?? Malkolm równie? wysiadaj?c z samochodu. By? pewien, ?e ?wietnie s?ysza? ca?? ich rozmow? i wiedzia? ?e wybieraj? si? do Trójmiasta.

- Oczywi?cie ?e nie. – zgodzi? si? uprzejmie. - Ale Iva na pewno. Wie ?e bierzecie jego auto?

- Mo?emy go og?uszy? i zamkn?? w tym kiblu – odezwa? si? Robert wychylaj?c si? przez otwarte drzwi Wranglera.

- ?ycz? powodzenia – powiedzia? Dirk spokojnie, nawet nie drgn??, ale po lewej stronie jego twarzy ju? pokaza?y si? znamiona ?ywio?aków.

- Panowie, spokojnie – Amelia uderzy?a w ugodowy ton. - Na pewno mo?emy si? dogada?.

- Na pewno. - Dirk u?miechn?? si? tajemniczo.

Malkolm zakl?? szpetnie pod nosem. Mia? uczulenie na tego typka, nie mia? zamiaru si? z nim uk?ada?.


***



Jagoda sta?a w kuchni i zmywa?a po obiedzie, jej siostra natomiast by?a zaj?ta przyrz?dzaniem ciasta na wieczór. Malwina by?a nieco nie w sosie gdy? jej m?odsza latoro?l spa?a dzi? do nieprzyzwoicie pó?nej godziny po czym opu?ci?a kamienic? bez s?owa i nie zjawi?a si? na obiedzie. Który z reszt? mocno si? opó?ni?, gdy? Malwina upiera?a si? czeka? na Dit?.
Jagoda wiedzia?a, ?e jej siostra chce sp?dzi? troch? czasu z córk?, tymczasem Dita by?a kompletnie nieobecna duchem. A teraz tak?e i cia?em. Podnosi?o to irytacj? Malwiny o kilka punktów, gdy? to by?y ostatnie dni Dity w Gda?sku. Jutro, najdalej pojutrze, m?oda wsiada?a w poci?g do Warszawy i znowu nie wiadomo kiedy si? pojawi.

Nagle rozleg? si? dzwonek do drzwi, na co obie siostry spojrza?y na siebie. W tym roku na sylwestra nie mia?y ?adnych turystów, którzy chcieli wita? Nowy Rok nad morzem, "Najada" ?wieci?a pustkami, wi?c to nie móg? by? pensjonariusz który zapomnia? klucza. Matka sióstr, Krystyna, bra?a k?piel w ?azience, a Dita mia?a klucze – nie dzwoni?aby do drzwi. Nie spodziewa?y si? te? ?adnych go?ci, ale istnia?a mo?liwo??, ?e to który? z s?siadów przyszed? im ?yczy? wszystkiego dobrego w Nowym Roku.
Jagoda zakr?ci?a wod? w kranie, wytar?a r?ce w ?cierk? i ruszy?a otworzy? drzwi. Malwina z powrotem pochyli?a si? nad swoim ciastem.

Na progu sta? Witek co Jagoda powita?a ze zdumieniem. Zdumienie si?gn??o zenitu kiedy si? zreflektowa?a, ?e stoi tam z kwiatami i min? m?czennika.

- Cze?? – u?miechn?? si? blado do Jagody. - Zasta?em Malwin??

- Jasne – odpar?a zdezorientowana i otworzy?a szerzej drzwi. - Wejd?. Co tu robisz?

- Dokonuje dywersji – Starannie wytar? ub?ocone buty. - Malkolm jest ju? pewnie w drodze, b?d? tu wieczorem. Tylko ani s?owa Malwinie.

- Mo?esz si? wyra?a? ja?niej? Nie to ?eby twój widok mnie nie cieszy?, ale wizyta jest cokolwiek... zaskakuj?ca.

- I o to chodzi – za?mia? si? z gorycz?. - Gdzie twoja siostra? Mam bojowe zadanie j? uprowadzi?. Licz? na twoje wsparcie.

- To dla niej? - Jagoda wskaza? na okaza?y bukiet liliowych frezji.

- Owszem – przytakn??. - Planuj? j? dzi? porwa? na sylwestra.

Jagoda nie docieka?a ju? dalej, w sumie za to j? lubi?, by?a bardzo spontaniczn? kobiet?. Bez s?owa ruszy?a do kuchni i gestem nakaza?a mu ?eby pod??a? za ni?. Naprawd? bardzo liczy? na jej wsparcie, sam na sam z Malwin? nie mia? szans.

- Siostra, zobacz kto nas odwiedzi?! - wkroczy?a z rozmachem do kuchni i nim Malwina zd??y?a wyda? z siebie g?os na widok Witka, chwyci?a j? za ubabrane m?k? d?onie. - Nic nie mówi?a? ?e masz dzi? randk?. Przesta? si? ju? w tym babra?, musisz si? szykowa?, nie mo?esz pozwoli? ?eby na ciebie czeka?.

- Co wy... - zacz??a Maliwna, ale Jagoda szybko obróci?a j? w stron? schodów na pi?tro.

- Id?, we? szybki prysznic na górze, bo mama siedzi na dole, a ja ci zaraz przynios? moj? garsonk?. - Jagoda bezlito?nie korzysta?a z zaskoczenia siostry i ju? sta?a z ni? na schodach. - Mog? ci nawet po?yczy? t? moj? granatow? sukienk?, niech strac?.

- Chwileczk?! - Malwina si? jej wreszcie wyrwa?a i zatrzyma?a si? stanowczo. - Mog? wiedzie? co tu si? w?a?ciwie dzieje? Co on tu robi?

- Có?, zadaje si? ?e zabieram ci? na kolacj?, a potem do kina – powiedzia? Witek z rozbrajaj?c? min?, trzymaj?c dzielnie wieche? kwiatów tak, jakby by? gotów si? nimi w ka?dej chwili zas?oni?.

- "Zdaje si?" to s?owo-klucz – zauwa?y?a Malwina lodowatym g?osem. - Czy co? ci si? przypadkiem nie pomyli?o?

- Zamierza?em spyta? co ty na to, ale twoja siostra podj??a decyzj? za ciebie...

Malwina pos?a?a Jagodzie piorunuj?ce spojrzenie, na co ta zrobi?a min? niewini?tka. Na to wszystko z ?azienki wysz?a Krystyna i zatrzyma?a si? jak wryta.

- Och, Witek! - ucieszy?a si? na jego widok. - Co za niespodzianka, co tu robisz?

- Usi?uj? zabra? twoj? starsz? córk? na sylwestrow? kolacj?, ale napotka?em opór.

- No wiesz! - Krystyna popatrzy?a na córk? z pot?pieniem. - Taki wystrojony kawaler z kwiatami, a ty jeszcze masz jakie? opory?

Jagoda w ko?cu nie wytrzyma?a i parskn??a ?miechem, a Malwina zrobi?a si? purpurowa na twarzy. Witek zaczyna? dojrzewa? do my?li, ?e to by? jeden z najg?upszych pomys?ów Amelii, w które da? si? wci?gn??.

- Tak czy inaczej wskazane by by?o ?eby? podj??a jak?? decyzje, bo teleport wygasa za 40 minut. - o?wiadczy? nieco ju? beznadziejnie.

- Teleport? - zapyta?y obie siostry równocze?nie, a Malwina docieka?a dalej. - To gdzie ty chcesz mnie w?a?ciwie zabra??

- Gdzie tylko b?dziesz chcia?a, ale pierwsze rezerwacje na kolacje i kino mamy zrobione w Warszawie...

Malwina otworzy?a usta ?eby stanowczo zaprotestowa?, ale Krystyna jej nie pozwoli?a.

- To na co ty jeszcze czekasz?! - wykrzykn??a oburzona. - Szybko si? przebieraj i nawet nie próbuj dyskutowa?!
_________________
I read a book about the self, Said I should get expensive help.

To są właśnie rzeczy
jakie przychodzą mi do głowy
kiedy siedzę w domu podczas burzy,
czekając na telefon od kuratora sądowego
 
 
     
Czarownica 
Gawron


Dołączyła: 23 Cze 2010
Posty: 2714
Skąd: z planety Ziemia
Wysłany: 2011-01-01, 20:45   

Kometko - wspania?y bonusik na nowy rok. Dzi?kuj?. Ale tutaj zanosi si? na spore rozwiniecie akcji. No i ju? wiadomo, na kim zale?y Judycie. Ciekawe, czy Malwina zgodzi si? na randk?? Mam nadziej?, ?e si? nied?ugo dowiemy.
_________________

Słowianie nie gęsi, swoją mitologię mają!
Przekonaj się sam jak najpotężniejsi potomkowie słowiańskich bóstw
radzą sobie we współczesnym Gdańsku i Warszawie.
Zajrzyj na http://elemental.fan-dom.pl lub odwiedź świat Szmaragdowej Tablicy na Facebook'u.
Jeżeli fascynuje Cię mitologia wszelakiej maści, alchemia i przygodowa, niezobowiązująca fantastyka
to Szmaragdowa Tablica jest opowieścią właśnie dla Ciebie!
 
     
wiedźma z bagna 
Redaktor
...zakała rodu...


Dołączyła: 13 Sie 2010
Posty: 1291
Skąd: z błotnistych bagien
Wysłany: 2011-01-01, 21:08   

Bardzo sylwestrowo się zrobiło:-)
Jakiś urlopik może planujesz, żeby tak jakąś większą część napisać?
_________________
I cóż to zmieni, gdy z młodych gniewnych, wyrosną starzy wk..wieni ???
 
     
Kometa 
Psychodeliczne Ciało Niebieskie
Doppel X


Wiek: 32
Dołączyła: 10 Wrz 2009
Posty: 2620
Skąd: z Kosmosu
Wysłany: 2011-01-01, 21:13   

dorota7677 napisał/a:
Ale tutaj zanosi si? na spore rozwiniecie akcji


Zdaje si?. Próbuj? pisa? metod? szybkiego przeskakiwania ze scenki do scenki.
dorota7677 napisał/a:
No i ju? wiadomo, na kim zale?y Judycie.


No w?a?nie wstawi?am spoiler, ale tak sobie pomy?la?am ?e wy i tak swoje wiecie xD

dorota7677 napisał/a:
Ciekawe, czy Malwina zgodzi si? na randk??


Malwina nie ma innego wyj?cia, w ko?cu mamusia jej kaza?a xD

wied?ma z bagna napisał/a:
Jakis urlopik mo?e planujesz, ?eby tak jak?? wi?ksz? cz??? napisa??


Urlop to ja mam dopiero w marcu :roll: ale teraz b?d? mie? troch? wi?cej luzu w pracy ;)
_________________
I read a book about the self, Said I should get expensive help.

To są właśnie rzeczy
jakie przychodzą mi do głowy
kiedy siedzę w domu podczas burzy,
czekając na telefon od kuratora sądowego
 
 
     
Kometa 
Psychodeliczne Ciało Niebieskie
Doppel X


Wiek: 32
Dołączyła: 10 Wrz 2009
Posty: 2620
Skąd: z Kosmosu
Wysłany: 2011-01-02, 17:51   

Druga cz??? bonusa :-P







Dzwonek rozbrzmia? po raz kolejny.
Nic. Cisza.
?eby nie Klecha mia?abym poczucie pot??nego deja vu z wigilii. Oboje zmierzyli?my zamkni?te na g?ucho drzwi krytycznym wzrokiem.

- No to co z tym wchodzeniem przez okno? - zagai?am sceptycznie, ale ksi?dz obok mnie marszczy? brwi w skupieniu.

- Przez pracownie nie wejdziemy, zamkni?ta na cztery spusty i ob?o?ona pot??nym zakl?ciem. - stwierdzi?. - To samo sklep. Zostaj? tylko tylne drzwi do mieszkania. No i okna. Id?, zobacz? jakie zakl?cia tam na?o?y?, spróbuj? podzwoni? tamtym dzwonkiem, a ty szukaj uchylonych okien. Ja nie rzucam s?ów na wiatr. Je?li b?dzie trzeba b?d? ?ama? te bariery, ale wtedy narobimy sporo ha?asu...

Prosz? bardzo, i tak oto pod wodz? ksi?dza-stra?nika przymierza?am si? do fachowego w?amu. No dobrze – ?rednio fachowego. Na razie stara?am si? nie my?le? o konsekwencjach tego wyczynu. Na chwil? obecn? chcia?am tylko wiedzie? czy wszystko by?o z Adrianem w porz?dku. Na tyle na ile mog?o by?.

Uchylone okno znalaz?am po minucie ogl?dzin. Z tego co pami?ta?am z rozk?adu mieszkania by?o to okno kuchenne. Tkwi?y w nim pot??ne kraty, ale ja by?am tylko zdolna do przeklinania w duchu, ?e w tak mro?n? pogod? on zostawia otwarte okno.
Zdj??am r?kawiczk?, wyci?gn??am r?k? i dotkn??am jednego z pr?tów kraty. Zaraz poczu?am ?elazisty posmak na j?zyku i delikatne mrowienie na opuszkach palców. Robi? j? sam, by?a nasycona magi?. By?am ciekawa czy b?dzie na mnie reagowa? tak jak jego miecz. Je?li tak, to byli?my w domu. Dos?ownie.
Piwnice w tym budynku by?y do?? wysokie, co oznacza?o równie?, ?e okno by?o nieco wy?ej ni? w standardowym, parterowym mieszkaniu. Wesz?am na niewielki i bardzo w?ski gzyms, chwytaj?c si? krat kurczowo. Pu?ci?am moje znami? i pozwoli?am mu si? wspina? a? do ramienia. Powoli zacz??am wymienia? energi? z pr?tami, które trzyma?am. Czu?am jak nagrzewaj? si? w moich d?oniach. A potem z dziecinn? ?atwo?ci? wygi??am je na boki.

Judyta: 1, kraty: 0.

Zeskoczy?am z gzymsu i pobieg?am do tylnych drzwi po Klech?. Nie mia?am szans podci?gn?? si? do okna sama, by?o stanowczo za wysoko, nawet gdybym by?a w szczycie formy. A nie by?am.

- Nie wiedzia?em, ?e potrafisz takie rzeczy - stwierdzi? ksi?dz, z niepokojem ogl?daj?c zdewastowan? przeze mnie krat?.

- Daj spokój, gdyby to by?o zwyk?e ?elastwo, to nawet bym jej nie zarysowa?a. – Wzruszy?am ramionami. - Adrian postanowi? zrobi? sobie kraty sam. I pewnie by?by to genialny pomys?, gdyby nie fakt, ?e zarówno w nie jak i we mnie tchn?? ?ycie.

- Wspomina? mi kiedy? co? podobnego. - Klecha spojrza? na mnie zaciekawiony. - Ale szczerze mówi?c nie bardzo zrozumia?em w czym rzecz. Rozumiem, ?e ty i jego wyroby jeste?cie powi?zani przez osob? Adriana, ale dlaczego one ci ulegaj??

- Bo wyczuwaj? we mnie cz?stk? swojego pana – wyja?ni?am. - Oddech, który mi podarowa?. A ?e mam wi?cej mocy ni? one – pokaza?am znami? ?ywio?aków na r?ku - to ust?puj? silniejszemu. Gdyby nie to, broni?by si? przede mn?. Krata przepali?aby mi d?onie nim zd??y?abym skupi? odpowiedni? ilo?? Mocy.

Po tej wymianie uwag przyst?pili?my do zasadniczej roboty. Klecha podsadzi? mnie do okna, wygi??am jeszcze kraty nieco wy?ej, po czym zabra?am si? za okno. Tu napotka?am ju? opór, bo okno by?o najzwyklejszym, plastikowym oknem na ?wiecie. By?o uchylone pionowo tak, ?e tylko ?rednich rozmiarów ?mija mog?aby si? tam w?lizgn??. Ja co prawda w?o?y?am r?k?, ale mie?ci?a mi si? ona zbyt wysoko, nie si?ga?am do klamki drugiego skrzyd?a. Ani ja ani Klecha nie byli?my dobrzy je?li chodzi o telekinez?, wi?c przesuni?cie jej si?? woli nie wchodzi?o w gr?. ?a?owa?am ?e nie ma tu Blanki, ona by za?atwi?a spraw? w kilka sekund.

- Psionika to nie jest nasz konik – sapn??am, staraj?c si? usta? na ramionach Klechy. - Masz jakie? inne propozycje? Niestety nie mam wprawy w wywarzaniu okien.

Nie mia?am poj?cia jak ci z?odzieje w?amuj? si? do domów przez tak uchylone okna. Musieli chyba wpuszcza? do mieszka? tresowane w??e.

- Có?, mog? z?o?y? Znak i wybi? to okno, ale raczej nie o to nam chodzi?o – odpowiedzia? z pewnym trudem, zdaje si?, ?e troch? mu ci??y?am. - Narobiliby?my ha?asu, poza tym mieli?my demolowa? mu mieszkanie w ostateczno?ci. Spróbuj zrobi? to w czym jeste? najlepsza.

Westchn??am beznadziejnie. W niczym nie by?am najlepsza. Wszystko sz?o mi "jako?". Moc mnie tak naprawd? nie lubi?a ani troch?.
Za to ?ywio?aki mnie lubi?y.
Wyci?gn??am r?k? w kierunku kuchennego kranu, znami? obj??o mi ca?? d?o?. Woda pop?yn??a wartkim nurtem po czym zgodnie z moj? wol?, niczym zwyrodnia?a, przejrzysta serpentyna skr?ci?a w stron? okna.
Teraz najtrudniejsze. Zamarzaj cholero!
Rozleg? si? d?wi?k przypominaj?cy p?kanie szk?a, znami? wspi??o si? do po?owy przedramienia, a woda z mozo?em zacz??a zamarza?, ??cz?c kran z parapetem. Po?owa sukcesu. Teraz musia?am zmusi? zamarzni?t? plam? cieczy na parapecie do zmiany kszta?tu. I pomy?le?, ?e Malkolm robi? takie rzeczy zupe?nie jakby d?uba? w nosie, a ja ju? by?am spocona jak mysz.
Podkr?ci?am troch? ilo?? Mocy, znami? pe?z?o do ?okcia i dalej, a lód zareagowa? niemal natychmiast. A? sama by?a zdziwiona. Lodowy szpikulec wystrzeli? z ka?u?y i podbi? klamk? do góry. Trafi?am! Za pierwszym razem! Farciara.

Napar?am na drugie skrzyd?o ca?ym cia?em, wk?adaj?c w to wszystkie si?y. Klamka nie odskoczy?a ca?kowicie, minimalnie jeszcze trzyma?a. Liczy?am, ?e brutalna si?a wystarczy ?eby okno ca?kowicie ust?pi?o.
I ust?pi?o. Nie wzi??am poprawki na zwyk?e prawa fizyki i kiedy napar?am drugi raz, klamka pu?ci?a, a ja przelecia?am przez parapet i z rumorem wpad?am do ?rodka. W ostatniej chwili obróci?am si? w powietrzu i gruchn??am na rami?, bokiem, a nie na g?ow?. Zdaje si?, ?e w drodze na bliskie spotkanie z pod?og? str?ci?am nog? stoj?cy na parapecie niewielki garnek z jak?? mazi?. Ma? mog?a by? za czasów swej ?wietno?ci jakim? sosem, teraz jednak by?a tylko cholernie cuchn?c? zaple?nia?? mas?. Umaza?am sobie w tym buty.

- ?yjesz?! - us?ysza?am zaniepokojone wo?anie Klechy – Judyta, nic ci nie jest?!

- W porz?dku. - odpowiedzia?am nieco ciszej ni? on, ca?y czas nas?uchuj?c kroków. Jakby nie patrze? to jednak narobi?am pieprzonego ha?asu, je?li Adrian by? w domu, nie móg? tego zignorowa?. - Id? do drzwi, otworz? ci.

- Okej!

Jednak jedynymi krokami jakie us?ysza?am by?y te Klechy, który zmierza? do tylnych drzwi.
Podnios?am si? z miejsca rozcieraj?c obola?e rami?, omin??am ?mierdz?c? ka?u?e sple?nia?ego sosu i wysz?am do d?ugiego przedpokoju.
Najpierw spojrza?am na drzwi prowadz?ce do sklepu. By?y zamkni?te na skobel i ob?o?one piecz?ciami. Zatem dobijanie si? od frontu by?o pozbawione sensu. W ogóle nie korzysta? z tego przej?cia. A co za tym idzie z pracowni tak?e nie. Oj, niedobrze...
Nadstawi?am uszu, ale w mieszkaniu panowa?a niczym nie zm?cona cisza. Rozwa?a?am czy si? nie odezwa?, istnia?o ryzyko ?e jak si? b?d? skrada?, to za moment dostan? czym? ci??kim znienacka w g?ow?. Jak na porz?dnym ameryka?skim horrorze klasy B.
Ale nic podobnego si? wydarzy?o, dosz?am do tylnych drzwi bez najmniejszych przeszkód. Chwyci?am zasuw? i na j?zyku znów poczu?am znajomy posmak ?elaza. Zamki te? robi? sam, wi?c ust?pi?y mi natychmiast i po chwili Klecha sta? w przedpokoju razem ze mn?.

- Wygl?da jakby go nie by?o – Nagle poczu?am si? strasznie nieswojo. A co je?li on zwyczajnie wyszed?, na przyk?ad po zakupy, a my?my si? tu bezczelnie w?amali?

- Patrzy?a? w innych pomieszczeniach? - zapyta? Klecha dziwnie zni?aj?c g?os, a ja w odpowiedzi pokr?ci?am przecz?co g?ow?. - No to chod?my.



* * *


Corbin uk?ada? w segregatorze w?a?nie ostatni plik faktur. Ca?y czas nie móg? si? nadziwi? jak w?a?ciwie da? si? w to wrobi?. Nie mniej jednak wyj?cie Witka w sylwestrow? noc by?o mu w?a?ciwie na r?k?, wi?c zgodzi? si? doko?czy? papierkow? robot? za niego. Nie zmienia?o to jednak faktu, ?e nienawidzi? grzebania w fakturach.

Nagle us?ysza? za sob? ciche "puf" i wiedzia?, ?e oto w?a?nie nadchodz? k?opoty. Obróci? si? powoli, ?eby zobaczy? tu? za sob? rozw?cieczonego Iva.

- Gdzie jest mój samochód? - zapyta? ten cichym i z?owieszczym g?osem.

Nim Corbin zd??y? udzieli? jakie? odpowiedzi, do gabinetu wesz?a Maria.

- Nie ma ich – o?wiadczy?a do Iva zamykaj?c za sob? drzwi. - Ani Lamberta, ani Malkolma, ani Amelii. Pyta?am Szczepana, ale twierdzi ?e ich nie widzia?. To samo z Blank?, Robem, Filipem i Dirkiem.

- Gdzie ta zgraja pojecha?a moim samochodem? - Ivo nie zamierza? odpu?ci?, nagle znalaz? si? niebezpiecznie blisko brata.

- Dlaczego uwa?asz ?e to oni? - zdziwi? si? Corbin uprzejmie, ale Ivo prychn?? na to zirytowany, a Maria bez s?owa pokaza?a na swój nos. Musieli ju? by? na parkingu, wyczu?a tam ich zapach. - Poza tym nie mam poj?cia dok?d pojechali.

- Akurat – za?mia? si? Ivo kpi?co. - Naprawd? s?dzisz ?e uwierz? w to, ?e pu?ci?e? samopas trójk? pot??nych elementalistów, niestabiln? telekinetyczk? i m?odego wilko?aka, i nawet nie zainteresowa?e? si? gdzie zamierzaj? narobi? ba?aganu? Poza tym Lambert jest z nimi. A ty zawsze wiesz gdzie on jest.

- Wyszli na sylwestra, to jeszcze nie zbrodnia. - Corbin wzruszy? ramionami, zabra? ostatni segregator i od?o?y? go na pó?k?.

- Wzi?li mój samochód – sykn?? Ivo. - Dlaczego nie da?e? im swojego?

Corbin mia? przez chwil? tak? min? jakby Ivo zaproponowa? co? okropnego. Zaraz jednak si? opanowa? i przywróci? normalny wyraz twarzy.

- Bo raz: b?dzie mi on dzi? potrzebny, a dwa: i tak by si? do niego wszyscy nie zmie?cili. Twój jest bardziej funkcjonalny. Daj spokój, za reszt? co prawda r?czy? nie mog?, ale Lambert to odpowiedzialna osoba. Zwróc? ci go bez jednej rysy.

- Nie zmuszaj mnie, ?ebym zacz?? ich szuka? przez ograniczniki.

Corbin popatrzy? na niego jak na wariata.

- Daj spokój, z powodu samochodu? - oburzy? si?, namierzanie elementalistów przez ograniczniki by?o bardzo nieprzyjemne i bolesne. Takie poszukiwania zak?ada?y, ?e owy elementalista wymkn?? si? spod kontroli i nale?y go jak najszybciej unieruchomi? i unieszkodliwi?. - Nawet ty nie jeste? tak pod?y.

Ivo zrobi? tylko min? pod tytu?em: "zobaczymy" i znikn?? w oparach czarnego dymu. Corbin i Maria wymienili si? spojrzeniami.

- A tak mi?dzy nami, – ona odezwa?a si? pierwsza – to gdzie oni s??

Corbin w odpowiedzi u?miechn?? si? i uparcie pokr?ci? g?ow?. Maria westchn??a. Corbin potrafi? dochowywa? tajemnic je?li kto? go o to poprosi?.

- Martwi go nieobecno?? Dirka. – wyja?ni?a mu. - Dlatego jest taki rozdra?niony, boi si? ?e mu znowu zwieje.

- Zupe?nie niepotrzebnie. - Corbin u?miechn?? si? nieznacznie pod nosem. - Naprawd? jeszcze nie zauwa?y?, ?e ten ch?opak znalaz? sobie powód ?eby tu grzecznie siedzie??

- Tylko, ?e powodu ju? tu nie ma. – zauwa?y?a sceptycznie. - Dita wróci?a do Gda?ska.

- Zatem jaki wniosek? - Spojrza? na ni? wymownie.

Widzia? po jej minie, ?e w?a?nie zrozumia?a.

- Pojechali do Gda?ska – powiedzia?a odkrywczo i wybieg?a z gabinetu, zapewne po to ?eby uspokoi? Iva w tej kwestii.

Corbin spojrza? na zegarek. Dochodzi?a osiemnasta. On równie? powoli powinien si? zacz?? szykowa? na swoj? noc sylwestrow?.


* * *



Witek naprawd? chcia? wymy?li? jakie? bardzo drogie i wytworne miejsce na kolacje, nie zamierza? oszcz?dza? pieni?dzy na Malwinie. Problem polega? na tym, ?e nie zna? takich miejsc. Nie chadza? do restauracji jak jego siostra, a nie móg? prosi? Ró?y o rad?, gdy? teoretycznie sp?dza? tego sylwestra w?a?nie z ni?. To by?a cz??? umowy z Corbinem. Witek wola? nie my?le? o tym jak? awantur? urz?dzi mu siostra za t? zamian?.
Tak czy inaczej postanowi? postawi? na miejsce sprawdzone i dobrze przez niego znane czyli na Dziki M?yn. Restauracja ta kiedy? by?a straszn? spelun?, potem zacz??a wychodzi? na ludzi, ale dopiero po udziale w programie Kuchenne Rewolucje nabra?a klasy. Ale mimo to co? zosta?o z poprzedniego swojskiego wystroju, poza tym mia?o si? tam poczucie kameralno?ci. Witek jednak postawi? na to miejsce nie ze wzgl?du dzia?ania na jego terenie takiej "s?awy" jak? by?a Magda Gessler, a dlatego ?e znajdowa?o si? trzy minuty drogi piechot? od szko?y, bo zna? tamtejszy personel i wiedzia? ?e podaj? dobre jedzenie, oraz dlatego ?e by?o stamt?d blisko do Wola Parku gdzie mieli rezerwacj? do kino. Oraz dlatego, ?e by?a to w ogóle jedyna restauracja jak? zna?.

- Nie postara?e? si? zbytnio. - powiedzia?a Malwina zimno, siadaj?c przy ich stoliku.

Kelnerka spojrza?a na Witka ze wspó?czuciem, po czym rozda?a im kary da?, zapali?a ?wieczk? na stoliku i odesz?a.

- Czemu tak s?dzisz? - zapyta? bez szczególnego zainteresowania, przegl?daj?c menu.

- By?am tu z Dit? par? miesi?cy temu – odpar?a równie? nie podnosz?c wzroku znad karty da?. - Odnios?am wra?enie, ?e to osiedlowa knajpa, w której wasi podopieczni lubi? bywa?, bo podaj? tanie piwo.

Witek u?miechn?? si? nieznacznie, bo w sumie nie du?o si? pomyli?a, ale kelnerka za barem musia?a us?ysze? t? uwag?, bo pos?a?a w stron? Malwiny piorunuj?ce spojrzenie. Odk?d restauracja pojawi?a si? w telewizji nikt nie ?mia? nazywa? jej "knajp?".

- Liczy?em, ?e ujmie ci? swoj? skromno?ci? i swojskim klimatem. - Witek podj?? prób? bronienie swojej ulubionej, bo jedynej jak? zna?, restauracji. - Poza tym, w moim odczuciu, tanie piwo to ogromna zaleta tego miejsca.

- Nie w?tpi? – ku jego zdziwieniu i na jej twarzy zago?ci? nik?y u?miech. - Ale to takie nie wiadomo co, ani to pub, ani restauracja. Poza tym wystrój tr?ci troch? PRL-em. - Podnios?a wreszcie wzrok i skierowa?a go na kelnerk? przy kontuarze, której mina ?wiadczy?a o tym, ?e doskonale s?yszy wszystkie te uwagi.

Malwina u?miechn??a si? do niej z ironiczn? s?odycz?. Kelnerka poprawi? bluzk?, wzi??a notesik z blatu i z bojow? min? ruszy?a w stron? ich stolika.
Trzeba by?o przyzna?, ?e nie da?a si? sprowokowa? Malwinie. Obs?u?y?a ich grzecznie i profesjonalnie, polecaj?c oryginalne ruskie pierogi, na które Witek od razu si? skusi?. Malwina natomiast poprosi?a o ?ososia ze szpinakiem.

- Tak naprawd? mi si? podoba – powiedzia?a nagle zni?onym g?osem, kiedy kelnerka odesz?a. - Tylko dalej nie wiem gdzie jest haczyk.

- Haczyk? - zdziwi? si?.

- Co ci strzeli?o do g?owy, ?eby sp?dza? ze mn? sylwestra? - Zmru?y?a gro?nie oczy, zupe?nie jakby próbowa?a przewierci? go wzrokiem na wylot.

- To nie by?a nowa my?l. - Bardzo ostro?nie dobiera? s?owa. Nie chcia? sk?ama?, ale powiedzenie prawdy wprost nie wchodzi?o w rachub?. - Ca?y problem polega? na tym, ?e za ka?dym razem wylewa?a? mi wiadro zimnej wody na g?ow?. Byli?my daleko od siebie i nie mam tu na my?li tylko kilometrów. Ale odk?d twoje dzieciaki trafi?y pod moj? opiek?, kiedy pojawi?a? si? w Warszawie, po prostu nie potrafi?em o tobie nie my?le?. Przedwczoraj przyszed? do mnie Malkolm z Ameli?, powiedzieli ?e maj? jednak inne plany na sylwestra, a zosta?o im podwójne zaproszenie do kina. Do ostatniej chwili nie by?em pewien czy z niego skorzysta?, mówi?c szczerze to ba?em si? ciebie jak diabe? ?wi?conej wody. Nie wiem czy zdajesz sobie spraw?, ale potrafisz by? straszna.

- Punkty które zarobi?e? przy wyborze lokalu, w?a?nie straci?e? przy prawieniu komplementów - stwierdzi?a swobodnie, akurat w chwili gdy kelnerka przynios?a ich zamówienie.

Znowu spojrza?a na Witka z zatroskan? min?. Mia?a szcz??cie pojawia? si? wtedy gdy Malwina wyg?asza?a nieprzyjemne uwagi pod jego adresem. Sam Witek natomiast by? dobrej my?li. Sta?? cech? tej kobiety by? szczero?? i sk?onno?ci do narzeka?, ale nie najwa?niejsze by?o co mówi?a, a jak. S?dz?c po jej wyrazie twarzy nie by?a tak niezadowolona jak nale?a?oby wnioskowa? z jej s?ów. Droczy?a si? zwyczajnie, a to ?e przyzna? ?e czasem jej si? boi, faktycznie poczyta?a sobie jako komplement. Lubi?a panowa? nad sytuacj?, odpowiada?o jej kiedy ludzie mieli przed ni? respekt i obawiali si? tego co powie czy zrobi.

- Zamierzam mi?o sp?dzi? ten wieczór pomimo, ?e zosta?am w niego perfidnie wrobiona – o?wiadczy?a zabieraj?c si? za swoj? ryb?. - Ale chc? tak?e postawi? spraw? jasno. Nie rób sobie ?adnych nadziei, ani troch? to nie zmienia mojego stanowiska.

- To mnie w?a?nie w tym wszystkim najbardziej zastanawia. - Nagle poczu? si? strasznie zirytowany. Przecie? wiedzia?, ?e tak b?dzie, niczego innego si? nie spodziewa?, naprawd?. A jednak ta uwaga go zabola?a. - Czemu jeste? taka uparta? Co ci w?a?ciwie szkodzi, naprawd? jestem dla ciebie tek odra?aj?c? jednostk??

Wiedzia?, ?e nie jest i kiedy wzdrygn??a si? na to stwierdzenie, jeszcze bardziej utwierdzi? si? w przekonaniu, ?e to nie tak, ?e on jej si? nie podoba. Zdaje si? ?e wr?cz przeciwnie i to dlatego Malwina postanowi?a pi?trzy? przed nim wszelkie przeszkody.

- Co sobie wmawiasz? - Powoli od?o?y? widelec, r?ka mu nieznacznie dr?a?a, bo oto w?a?nie zadawa? pytania, które przez te wszystkie lata chcia? zada?. - ?e nie mo?esz si? zaj?? sob?, bo masz dzieci, które s? ju? notabene doros?e i samodzielne? Czy mo?e postanowi?a? by? wiern? wdow?, która do ko?ca swojego ?ycia b?dzie op?akiwa? m??a? Sypiesz sobie g?ow? popio?em i pokutujesz za to co go spotka?o? Dalej chcesz si? zas?ania? t? idiotyczn? kl?tw??

Twarz Malwiny by?a jak z kamienia. Jej czarne oczy ?widrowa?y go i by? pewien ?e gdyby spojrzenie zabija?o pad?by trupem na miejscu. Wygl?da?a teraz jednocze?nie pi?knie i strasznie, czu? od niej nik?y przep?yw energii, co? si? w niej tam w ?rodku nie?le kot?owa?o.

Bez s?owa si?gn??a do swojej torebki, wyci?gn??a z niej portfel i rzuci?a na stó? trzydzie?ci z?otych. Zaraz potem wsta?a, porwa?a z wieszaka swój p?aszcz i opu?ci?a lokal energicznym krokiem.

Witek zamkn?? oczy i policzy? powoli do dziesi?ciu. To takie bardzo w jej stylu. Uciekanie przed odpowiedziami. Uciekanie przed nim.

Kiedy na powrót otworzy? powieki zobaczy? stoj?ca przy stoliku kelnerk? z wyrazem wspó?czucia odmalowanym na ?adnej buzi.

- Przykro mi panie Witku – westchn??a z ?alem, ale on u?miechn?? si? do niej serdecznie.

Zabra? ze sto?u pieni?dze Malwiny, zamieniaj?c je na banknot stuz?otowy.

- Reszty nie trzeba – powiedzia?, ?wiadomy tego ?e ich zamówienie nie przekroczy?o nawet pi??dziesi?ciu z?otych, po czym wsta? i wyszed? za Malwin?.
_________________
I read a book about the self, Said I should get expensive help.

To są właśnie rzeczy
jakie przychodzą mi do głowy
kiedy siedzę w domu podczas burzy,
czekając na telefon od kuratora sądowego
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Styl created by enquish from Slums-Attack.org