Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: WereWolf
2011-08-15, 19:41
[txt] - Szmaragdowa Tablica - Kometa
Autor Wiadomość
Kometa 
Psychodeliczne Ciało Niebieskie
Doppel X


Wiek: 32
Dołączyła: 10 Wrz 2009
Posty: 2620
Skąd: z Kosmosu
Wysłany: 2010-10-14, 22:01   [txt] - Szmaragdowa Tablica - Kometa

To co poniżej to moja kulawa próba połączenia tego co lubię w fantastyce z naszymi polskimi realiami. Już na wstępie mogę powiedzieć że poszło mi średnio, choćby przez te dziwaczne imiona, które plątały mi się po głowie od samego początku, ale chcę dać Wam próbkę tego do oceny. To nic zobowiązującego, naprawdę nie spodziewam się ani ochów, ani achów. To taka zabawa formą i treścią, zobaczymy czy pociągnę to dalej czy zostawię samo sobie.


Na razie nie ma tytułu. Jakoś brak mi pomysłu...



Rozdział 1


- Wyglądasz na zmęczonego, jak koń po westernie – przywitałam mojego brata tymi ciepłymi słowami, gdy tylko postawił nogę na dworcu głównym w Gdańsku. – A ja nie wierzyłam matce, kiedy mówiła, że masz ciężką i trudną pracę. Zawsze byłeś typem obiboka, muszą ci naprawdę dobrze płacić…

- Widzę cię ledwie od dziesięciu sekund, a już wyrzuciłaś z siebie więcej słów niż ludzie, z którymi jechałem w przedziale przez pięć godzin. – Posłał mi zmęczony uśmiech. – Samo jeżdżenie tą sauną męczy. Ten pociąg jest podobno klimatyzowany. Szkoda tylko, że zapomnieli tę klimę włączyć. A okna były zablokowane…

Wyjątkowo chciałam być dobrą siostrą i zabrać od niego jedną z toreb podróżnych, ale nie pozwolił mi.

- Chcesz się nabawić przepukliny? – zganił mnie i ruszył w kierunku zejścia do podziemi. – Poza tym węszę podstęp. Od kiedy jesteś uczynna?

- Od kiedy się wyprowadziłeś. – Uśmiechnęłam się złośliwie. – Życie stało się jakby piękniejsze. Ostatecznie, jak cię widzę ze trzy razy do roku, mogę udawać, że potrafię być miła.

- A potrafisz? – zdziwił się uprzejmie.

Rzuciłam mu tylko wyniosłe spojrzenie. Przekomarzanki i małe złośliwości były u nas normalnym stanem rzeczy, niezależnie od tego czy nie widzieliśmy się jeden dzień, tydzień, miesiąc czy rok.

Mój brat – Malkolm (jego imię to już inna i bardzo zawiła historia; nasi dziadkowie mieli fantazję) – nie mieszkał z nami już od roku. Ostatnio widziałam go na Wielkanoc. Teraz przyjechał na wakacje. Wreszcie dostał w pracy (podobno) zasłużony urlop. Na dobrą sprawę, nie miałam pojęcia, czym on się właściwie zajmuje. Przeniósł się do Warszawy zaraz po skończeniu studiów, po tym jak jakiś ważny „prezes” pojawił się u naszej matki z wizytą. Na drugi dzień Malkolm był już spakowany i gotowy do drogi. Wyglądało to dość dziwnie, ale mnie jak zwykle się w nic nie wtajemnicza… Oficjalna wersja to „służby porządkowe”, cokolwiek to znaczy. Obstawiam jakiegoś tajniaka, choć mojemu bratu do Bonda raczej daleko, nie tylko jeśli chodzi o aparycję. Myślę, że uplasowałby się bliżej agenta Tomka. Normalnie upierałabym się przy pracowniku MPO, jeśli już o służbach porządkowych mówimy, gdyby nie ten „prezes”. Facet nie wyglądał na kogoś, kogo interesowaliby śmieciarze. Raczej wręcz przeciwnie. Możliwe, że Malkolmowi trafiła się jakaś fajna fucha, jak ślepej kurze ziarno. Inna sprawa, że żaden członek mojej rodziny nigdy niczego nie mógł zrobić normalnie. Nawet dostać pracy, jak się okazuje. To praca przyszła do niego, z niewielką pomocą naszej matki i w oparach dziwacznej tajemnicy.

- Jakie są dziś prognozy babci? – zapytał, kiedy dotarliśmy na przystanek autobusowy.

- Słonecznie, jeśli pytasz o pogodę – odparłam, studiując wakacyjny rozkład jazdy autobusów. – I nie musimy kupować biletów, jeśli pytasz o kanary.

Uśmiechnął się i zrzucił tę największą i najcięższą torbę na ławkę.

- Czyli będzie padać i dostaniemy mandat. – Sięgnął po portfel w poszukiwaniu drobnych na bilety.

Zauważyłam, że ma niewielki tatuaż na lewej ręce. Dokładnie to dziwaczny wzór o bliżej nieokreślonym kształcie, wił się od kciuka do palca wskazującego, zajmując część wierzchniej strony dłoni. Wcześniej go nie miał.

Proszę, mój brat i jego nowe, „szalone” życie w stolicy.

- Coś ty, babcia ma ostatnio dobrą passę – odparłam z przekonaniem. – Wywróżyła mi tematy na maturę i wyobraź sobie, miała rację. Swoją drogą fajna dziara, masz tego może więcej? Na przykład w jakimś wstydliwym miejscu?

- Jeszcze mi powiedz, że uczyłaś się do matury opierając się na wizjach babci, to pomyślę, że do reszty zgłupiałaś. – Posłał mi krytyczne spojrzenie, po czym zerknął na swój tatuaż, ale pozostawił kwestię bez żadnego komentarza, puszczając mimo uszu moje prowokacje. Najwyraźniej nie był gotowy, aby wyjawić mi sekret tej osobliwej ozdoby.

- Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. – Wzruszyłam ramionami, a on narysował na czole wymowne kółko pod moim adresem. – Poszło dobrze, naprawdę. Pomyliła się tylko przy angielskim, ale angielski był łatwy.

Nasza babcia była samozwańczą wróżbitką i co chwila nam coś przepowiadała. Cały problem polegał na tym, że z tych przepowiedni należało sobie samemu wywróżyć: co się sprawdzi, a co wydarzy się zupełnie na odwrót. Reguła była taka, że jej wizje należało zawsze odwracać o sto osiemdziesiąt stopni przy interpretacji. Ostatnio jednak zaczęły się podejrzanie sprawdzać. Strach się bać, co z tego wyniknie.

Malkolm już nie komentował mojej wiary w babcine przepowiednie, bo przyjechał autobus. W efekcie wsiedliśmy jednak bez biletów. Co prawda to był tylko jeden przystanek i w normalnych warunkach przeszlibyśmy piechotą do Długiej, ale z jego bagażami każda forma skrócenia sobie drogi była dobra.

Nasza babcia była właścicielką kamienicy niedaleko ulicy Długiej, w samym sercu Gdańska. Odziedziczyła ją po śmierci dziadka i z miejsca zakasała rękawy, żeby ratować tę ruinę. Nie mam pojęcia, jaki szaleniec dał jej wtedy kredyt. Podejrzewam że musiała go napoić jakimś szemranym ziółkami, ale wyremontowała budynek i otworzyła tam pensjonat dla turystów, o wdzięcznej nazwie „Najada”. W dolnej części mieszkaliśmy my, czyli ja, matka, babcia i ciotka Jagoda, wyżej były pokoje dla gości. Interes kręcił się dobrze, ale w sezonie matka brała urlop na cały okres letni i pomagała babci i ciotce. Pomocy wymagano też ode mnie…

- Czy wyście szli tyłem i na czworakach?! – Matka powitała nas, gdy tylko przekroczyliśmy próg domu. Najwyraźniej trwały przygotowania do podania obiadu pensjonariuszom, bo miotała się dziko po kuchni, dzwoniąc garami. – Malkolm, rzuć bagaże na razie do ciotki i przynieś mi wody. Bańki są w przedpokoju. Dita, rusz się, stół się sam nie nakryje!

Popatrzyliśmy tylko z bratem na siebie i rozeszliśmy do wyznaczonych zadań. I pomyśleć, że nie widziała własnego syna od wiosny. Nawet powieka jej nie drgnęła. Tyran, a nie matka.

Gwoli wyjaśnienia – Dita to nie jest moje imię. Na chrzcie mi dano Judyta i do dziś nikt z domowników nie chce się przyznać , czyj to był pomysł. Zwalają winę ma mojego świętej pamięci ojca, bo jako jedyny nie może się wyprzeć. Tak czy inaczej, gdy byłam jeszcze mała, babcia skracała moje imię jako Dyta. Z kolei mój dziadek, z pochodzenia Niemiec, skojarzył to sobie z niemieckim imieniem – Dita. I jakoś tak już zostało. Swoją drogą, imię Malkolma to podobno też sprawka dziadka. Znowu nie wiem ile w tym prawdy i ile te moje wredne, domowe babiszony, zrzucają na kolejnego nieżyjącego mężczyznę, który nie może się bronić. Ale faktem jest, że mój pradziadek, a ojciec mego dziadka, nosił zacne imię Malcolm.

Szczerze mówiąc, nienawidziłam wszelkich prac związanych z działalnością pensjonatu. Nazwijcie mnie leniwą, proszę bardzo, ale nigdy nie miałam drygu do sprzątania czy gotowania. W związku z tym moja rodzicielka lubiła się nade mną wytrząsać, że będę złą żoną i matką, i jak mi tak nie wstyd. W ogóle mi nie było wstyd, nic a nic, ani trochę. I, co gorsza, dalej nie jest. Na dodatek nie planuję zostawać ani żoną, ani matką zbyt szybko. Babcia mi przytakiwała, z kolei wbijając do głowy, żebym nie była taka głupia i żebym nigdy nie robiła na żadnego leniwego chłopa. Nie to, żeby nie kochała dziadka, czy uważała go za leniwego. Wręcz przeciwnie – bardzo go kochała, i jednego i drugiego (miała dwóch mężów), ale podobnie jak ja nie cierpiała zabawy w gospodynię. Kiedyś się jej spytałam, czemu w takim razie otworzyła pensjonat.

- Miałam trzy wyjścia – powiedziała mi wtedy. – Albo to sprzedać, albo zrobić hotel, albo otworzyć burdel. Sprzedać nie mogłam, bo to była ruina. Burdel też odpadał – ja byłam za stara, twoja matka była wdową z dwójką dzieci na głowie, a Jagoda nie obrobiłaby całego interesu sama. Zresztą była zaręczona. No to został pensjonat.

Tak, babcia zawsze była dziwna. I nie mam tu na myśli amatorskiego wróżbiarstwa.

Ale też miała nosa. Interes się opłacił, bo kamienica leżała w świetnej lokalizacji – w samym centrum zabytkowej, gdańskiej starówki. Mimo, że ceny nie były niskie, a nasz przybytek nie należał do jakichś szczególnie luksusowych, co roku w sezonie ludzie bili się o miejsca u nas. A i poza sezonem często-gęsto trafiali się amatorzy wypadów nad morze. Razem z babcią walczyłyśmy o to, żeby odejść od oferty z wyżywieniem i postawić tylko na noclegi, ale domowe obiadki pozwalały nam liczyć sobie za pokój dużo więcej. A moja matka z kolei zawsze była strasznym skąpiradłem i nie lubiła tracić, jej zdaniem, łatwych pieniędzy. Zatem terroryzowała mnie, babcię i ciotkę w porze obiadowej. Teraz zagoniła mnie i Malkolma do roboty, nie dała się nawet babci z nim przywitać. Dopiero po obiedzie i zmyciu naczyń mieliśmy chwilę wytchnienia. I w końcu sam Malkolm doprosił się o coś do jedzenia.

- Już prawie zapomniałem jak tu potrafi być uroczo w sezonie – stwierdził zjadliwie znad swojego talerza zupy.

- Jedz prędzej, to pójdziesz ze mną do sklepu, pomożesz mi nosić zakupy. – Matka była jak zwykle niezastąpiona.

- Mamo, niewolnictwo w Polsce zniesiono w średniowieczu – przypomniałam jej słodkim głosem. – On jest na urlopie.

- Nikt niczego nie znosił, samo się rozeszło po kościach. – Matka machnęła ręką i błyskawicznym ruchem zabrała mojemu bratu talerz spod nosa, wymieniając go na nowy z drugim daniem. – No jedzże prędzej! Gębę też masz na urlopie, że tak memłasz to jedzenie?

- Co ja takiego zrobiłem, że chcesz żebym się udławił już pierwszego dnia? – Malkolm popatrzył nieufnie na kotleta, wbijając w niego widelec. – A z tego co wiem wysłali mnie całego na urlop, więc gębę to także obejmuje. Mamo zrób mi tę przyjemność i po prostu spisz listę zakupów. Jak zjem, to pójdę z Ditą do sklepu, a ty sobie odpoczniesz. I przestań tak biegać po tej kuchni, wszystko jest już posprzątane. Usiądź wreszcie i nie stój tak nade mną, bo naprawdę mi coś w końcu stanie w gardle.

- Posprzątane…! – Matka w teatralnym geście złapała się za głowę, co miało obrazować jej przerażenie naszą ignorancją i ogólnym niechlujstwem. – Tu jest ledwo ogarnięte, a co goście powiedzą…

- To bierz się za szmatę i przestań dziamać. – Babcia, z właściwym sobie wyczuciem sytuacji, weszła do kuchni. – Dzieciak dopiero co przyjechał, a ty już chcesz nim pole zaorać. No co się tak gapisz, chyba wiesz gdzie miotła stoi? Daj mu zjeść w spokoju.

- Awantura wisi w powietrzu – szepnęłam do brata kopiąc go w kostkę pod stołem. – Zostaw to już i spadajmy do tego sklepu.

Moje wyczucie sytuacji okazało się nie gorsze od babcinego. Kiedy zamykaliśmy za sobą frontowe drzwi pensjonatu, konflikt starszych pokoleń naszej rodziny grzmiał w najlepsze. Zdążyliśmy zabrać kartkę z zakupami i nawet nie oberwać po głowie rykoszetem kłótni. Wszystkie baby w mojej rodzinie były awanturne i zawzięte, i kiedy jedna drugiej wchodziła w drogę, to wszelkie huragany i tsunami mogły się schować przy sile ich rażenia. Z dumą muszę stwierdzić, że wcale a wcale nie stanowię wyjątku od tej reguły.

Gorzej prezentowała się sytuacja z mężczyznami w naszej rodzinie. Nie, poważnie, miałyśmy do nich okropnego pecha, a babcia wprost mówiła, że jesteśmy przeklęte. Coś w tym było.

Mój prawdziwy dziadek umarł, jeszcze nim przyszliśmy na ten świat, ja i Malkolm. Matka i ciotka Jagoda miały wtedy ledwie po paręnaście lat. Dziadek miał wypadek, w czasie wycieczkowego rejsu na którychś rodzinnych wakacjach, wypadł za burtę statku. Utopił się pomimo, że świetnie pływał. Drugi mąż mojej babci, ten którego zapamiętałam jako dziadka „właściwego”, również się utopił. Tym razem jednak winowajczynią była wanna. Prawdopodobnie zwyczajnie zasłabł podczas kąpieli.

Mój ojciec z kolei umarł, kiedy miałam siedem lat, a Malkolm dwanaście. Był zapalonym i najprawdopodobniej samozwańczym traperem. Polował w nadmorskich lasach, rosnących na stromych wydmach – w miejscach do tego cokolwiek nieodpowiednich. Zaskoczyła go straszna burza, ziemia się osunęła i przygniotła go błotna lawina. Matka bardzo źle to zniosła i, gdyby nie babcia, nie wiem gdzie dziś byśmy byli. Pewnie umarlibyśmy z brudu i głodu, bo matkę naprawdę mało co w tamtym okresie obchodziło. Kiedy tylko stanęła na nogi, rzuciła się w wir pracy i różnych dodatkowych zajęć. Po dziś dzień ma tak napięty plan, wypełniony pracą i rozmaitymi obowiązkami, że aż dziw bierze, że ma się kiedy podrapać w tyłek. W natłoku tego wszystkiego, jak najbardziej rozmyślnie, nie może znaleźć czasu, żeby może umówić się na randkę. A przecież wcale nie jest jeszcze stara czy jakaś brzydka, bądź pokraczna.

Ciotka Jagoda nie zdążyła nawet wejść w związek małżeński, kiedy to spadła na nią wieść o śmierci jej wieloletniego narzeczonego. Łowił ryby w przeręblu – lód się pod nim załamał. Ktoś go nawet podobno wyłowił, ale nie na czas. Załatwiła go hipotermia. Ciotka pozbierała się dosyć szybko, ale już z nikim nie związała się na stałe. Choć, w przeciwieństwie do mojej matki, co chwila prowadzała się z jakimś adoratorem. Jednak szybko wystawiała potencjalnych kandydatów na partnerów rufą do wiatru. Za jednym trzy noce płakała, a to już coś. A mimo to więcej się już z nim nie spotkała.

Przez to ludzie postrzegają nas jako dziwaczki, bandę czarnych wdów i nikt, kto nas zna choćby ze słyszenia, nie poleca jako kandydatek na żony. Ja, Bogu dzięki, jeszcze nie miałam okazji przetestować naszego rodzinnego fatum. Moi rówieśnicy mają mnie za jędzę, tylko dlatego, że lubię im pokazywać, że mam w dupie to, co o mnie myślą. Przez walenie im między oczy gorzkiej prawdy, nigdy nie byłam przesadnie lubiana. Chłopcy z mojego otoczenia wybierają dziewczyny o bardziej układnym usposobieniu. Widać nie lubią wyzwań. Albo możne zwyczajnie się boją, w końcu ze zgonów w mojej rodzinie nigdy nie robiłam wielkiej tajemnicy. Cóż, jakby nie patrzeć, cała ta sprawa wygląda podejrzanie. Jedno z dwojga – albo same tych chłopów mordujemy, albo faktycznie ktoś nas przeklął. Oprócz tego, że wspólnym elementem każdej z tych śmierci była kobieta z mojej rodziny, jeszcze dochodził fakt, że każdego z mężczyzn bezpośrednio lub pośrednio załatwiła… woda.

Hydro-fatum pełną gębą.

- Myślisz, że ty też umrzesz przedwcześnie? – zapytałam mojego barta, kiedy wracaliśmy ze sklepu Długim Targiem, kierując się w stronę fontanny Neptuna. Zastanawiało mnie to od dłuższego czasu. Malkolm był jedynym żyjącym mężczyzną w familii. – Niebezpiecznie jest być facetem w naszej rodzinie.

- Pewnie, że niebezpiecznie! – parsknął śmiechem. – A ciebie co nagle naszło?

- Babcia w kółko gada o klątwie – westchnęłam sobie i przełożyłam swoją siatkę w drugą rękę. Była ciężka, ale nie mogłam narzekać. Malkolm niósł trzy. – A ja już nauczyłam się wierzyć babci, nawet jeśli gada pierdoły. Z resztą sam musisz przyznać, że coś w tym jest. Woda najwyraźniej bardzo nie lubi facetów z naszej rodziny.

- Babcia to mądra kobieta – zgodził się. – Ale woda to mój żywioł. – To zabrzmiało dziwnie, choć w sumie było prawdą. Malkolm uwielbiał wodę jako taką; ja z resztą też. Oboje dobrze pływaliśmy i czerpaliśmy z tego mnóstwo satysfakcji. Ale miałam wrażenie, że nie o to mu chodziło, kiedy wypowiadał te słowa.

- Tak, ale…

- Nie musisz się martwić – nie pozwolił mi dojść do słowa. – Mam dobre geny, jako syn naszej matki w wodzie jestem nawet więcej niż całkowicie bezpieczny.

- Ty coś wiesz! – krzyknęłam oskarżycielsko, zatrzymując się gwałtownie pod, nomen-omen, fontanną Neptuna. Właśnie zdałam sobie sprawę, że Malkolm rozumie z tego całego rodzinnego galimatiasu znacznie więcej niż ja.

Zatrzymał się również i spojrzał na mnie poważnie. Po raz pierwszy rozmawialiśmy o tym w taki sposób. Nigdy wcześniej tak do końca nie braliśmy na poważnie babcinego gadania o klątwie. A przynajmniej JA nie brałam tego na poważnie. Nie chciałam, myśl, że miałoby mnie spotkać to samo co matkę, że miałabym być sama jak ona i ciotka czy babcia, była delikatnie mówiąc niepokojąca. Sądząc po minie z jaką stał teraz przede mną mój brat, on nie miał żadnych wątpliwości, że coś paranormalnego było na rzeczy. WIERZYŁ w to. A ja… ja już sama nie wiedziałam, w co mam wierzyć. Tak, moim własnym i całkiem prywatnym, małym przekleństwem był fakt, że byłam najmłodsza w rodzinie. W związku z tym w nic mnie się nie wtajemniczało i o niczym nie mówiło. Zdaje się, że z racji wieku byłam niegodna dostąpić jakichś konkretnych informacji. Miałam tego po dziurki w nosie.

- Mama nie chciała żebyś wiedziała – powiedział cicho i, nie czekając na moją odpowiedź, odstawił dwie z siatek z zakupami na ziemię i wyciągnął rękę w kierunku fontanny.

Pomimo, że nie mógł podejść do niej bezpośrednio przez solidne ogrodzenie, to jednak taka odległość mu w zupełności wystarczyła. Rozejrzał się tylko czy nikt nas nie widzi, ale na Długiej było zaskakująco pusto jak na tę porę dnia. Już samo to powinno wydać się nam mocno podejrzane. W sezonie wakacyjnym zawsze było tu gęsto od turystów. Malkolm poruszył bezdźwięcznie ustami, a jeden ze strumieni wody, wypływających z paszczy kamiennego lwa, nagle zmienił swój tor lotu, absolutnie zaprzeczając prawom fizyki. Zamarłam, wstrzymując oddech, kiedy ciecz posłusznie skupiła się nad rozprostowaną dłonią mojego brata. Zadrgała, zatańczyła, przepływając w rozmaite kształty, aż wreszcie zastygła w formie Laukaz – runy wody. Znałam trochę runy, babcia od małego lubiła mi o nich opowiadać. Ta nad ręką Malkolma jeszcze chwilę falowała niespokojnie, po czym nagle stwardniała i opadła ciężko na jego dłoń. Woda zamarzła tworząc idealnie gładki, lodowy kamień runiczny z wyraźną rzeźbą Laukaz.

- O kurwa. – Zdobyłam się na wyszukany i bardzo elokwentny komentarz, ale w głowie miałam kompletną pustkę.

- Wyrażaj się – zwrócił mi uwagę, zupełnie jakby wcale właśnie nie zmienił wody w runę siłą woli.

Nadal oszołomiona, bezwiednie wyciągnęłam rękę i dotknęłam bryłki lodu, którą wciąż trzymał. Była jak najbardziej materialna, jej zimno szczypało w palce, a ciepło ludzkiego ciała, czy ogólnie panujący upał, nie robił na niej żadnego wrażenia – nie topniała.

- Stopnieje dopiero wtedy, kiedy jej każę lub kiedy umrę. – Chyba musiał zauważyć moje zdziwienie nietypowym zachowaniem lodu – Masz, jest twoja.

Przerzucił niezwykłą bryłkę do moich rąk. No bardzo fajnie, ale to mi absolutnie niczego nie wyjaśniło, a tylko namnożyło pytania. I to jakie pytania!

Obróciłam ją na drugą stronę oglądając z zaciekawieniem i zobaczyłam, że tam również ma wyżłobioną runę. Tej jednak nie znałam.

- Możesz mi to, kurwa, jakoś wyjaśnić? – Chciałam powiedzieć coś innego, możliwe że nawet epickiego w tej sytuacji, ale znowu wyszło na to, że w rzeczywistości jestem tylko grubiańską idiotką. A moja matka tak bardzo chciała wychować damę.

Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął, rozglądając się z namysłem. Podążyłam wzrokiem za nim, ale wokół panował cisza i spokój. Na ulicy nie było żywego ducha. Nawet przy głupich straganikach z pamiątkami nikt nie stał. Pomijając już klientów, to jednak sprzedawca powinien pilnować swojego dobytku. Coś było cholernie nie w porządku. Gdy tylko to stwierdziłam, wszechobecna cisza zaczęła mi dzwonić w uszach, a powietrze, nawet jak na upalny dzień, stało się dziwnie ciężkie i lepkie. Falowało niepokojąco.

- Cholera. – Malkolm zdążył tylko zakląć pod nosem, a zaraz potem kilka rzeczy wydarzyło się na raz.

Na chodniku nagle pokazały się jakieś wzory. Jarzyły się fioletowym światłem i przenikały wzajemnie, wyznaczając granicę olbrzymiego koła. Znajdowaliśmy się mniej więcej w samym środku tej geometrycznej figury, a u naszych stóp sukcesywnie pojawiały się kolejne koliste znaki, jakby na bieżąco rysowane niewidzialną, fluorescencyjną kredą. Nie miałam czasu się im przyjrzeć. Dostrzegłam tylko jak Malkolm znowu bezdźwięcznie porusza ustami, a woda z fontanny za moimi plecami wystrzeliła do góry, formując się w coś na kształt wielkiego węża. Nawet nie pisnęłam, kiedy dosłownie w ostatniej chwili ten wodny twór zasłonił nas przed ognistym deszczem, spadającym z nieba. Rozlał się nad naszymi głowami jak wielka wodna tarcza, a ogniste kule gasły z sykiem po zderzeniu z nią. Gdy tylko ostrzał ustał, bariera opadła z pluskiem na ziemię, mocząc nam ubrania.

- Rany – szepnęłam oszołomiona, nie do końca docierało do mnie to, co widzę.

Serio, moja rodzina była na tyle dziwaczna, że byłam skłonna uwierzyć w to, że mój brat robi z wodą fajne sztuczki, ale TO było już lekką przesadą!

- Masz refleks elementalisto. – Najpierw usłyszałam czyjś ochrypły głos, a dopiero po chwili zobaczyłam postać, materializującą się z czarnego oparu kilka metrów od nas. – Ale jesteś też bardzo nieuważny, wlazłeś w moją pułapkę jak amator. Zastanawiałem się, kiedy przyjdzie ci się zorientować. Czujesz się w tym mieście bardzo pewnie i bezpiecznie, prawda?

Facet wyglądał jak żywcem wyciągnięty z jakiejś gry fantasy. Czarna szata z kapturem, którą miał na sobie ozdobiona była czerwonymi esami-floresami. Wyglądała bogato, pewnie ostatni krzyk mody wśród typów spod ciemnej gwiazdy. Twarz miał za to zakazaną, nic dziwnego że starał się ją ukryć w cieniu kaptura. Bladą, wychudzoną, pełną bruzd, o wydatnych kościach policzkowych. W jego jasnym spojrzeniu czaiło się szaleństwo. Miał też jakiś dziwny tik nerwowy, ciągle mrużył nieznacznie lewe, kaprawe ślepie.

Na moje oko – psychol.

Malkolm nie wdawał się z nim w dyskusje. Słusznie, matka zawsze nam powtarzała żebyśmy nigdy nie rozmawiali z obcymi wujkami i ciociami. Jego usta znowu się poruszyły, a woda z chodnika poderwała się w powietrze niczym żywe stworzenie i z prędkością błyskawicy wystrzeliła w stronę modnego świra. Już w locie przybrała formę wielkiego, lodowego szpikulca wycelowanego centralnie w szpetną twarzyczkę nieznajomego. Jednak nim ten pocisk zdążył sięgnąć celu, facet na powrót rozpłynął się w czarnej mgle i, jak Boga kocham, nim zniknął wydał z siebie ciche „puf!”. Pojawił się sekundę później, kilka centymetrów dalej od miejsca, w którym stał przed chwilą, znowu „pufając” i rozsiewając wokół smugi czarnego dymu. Ten opar mi się nie podobał, podejrzana sprawa. Śmierdział siarką.

- Widzę, że źle znosisz krytykę – stwierdził uśmiechając się wrednie do mojego brata.

- Źle znoszę zakłócanie mi urlopu. – Malkolm dopiero teraz odstawił na ziemię ostatnią z siatek z zakupami. – Czego chcesz?

- To nic osobistego. – Tamten wzruszył ramionami. – Dostałem po prostu polecenie, są osoby którym szalenie zależy na twoim towarzystwie. Możemy to załatwić jak cywilizowani ludzie, albo mogę przetrącić kark twojej siostrze i zaciągnąć cię siłą.

- Pytanie brzmi czy masz dość siły.

Oho. Mina Malkolma wróżyła kłopoty. Mój brat od najmłodszych lat był uczulony na wszelkiego rodzaju groźby i formy przymusu. Ten zawoalowany szantaż i próba wymuszenia czegoś na nim poprzez grożenie mi, doprowadziła go jedynie do pasji. Gość miał przegwizdane. Mnie osobiście nie zależało na oglądaniu ich wyczynów, niezależnie od tego jak niezwykłe miałby one być. Pokaz z lodowym szpikulcem mi wystarczył – Malkolm celował w niego aby zabić, a nie żeby przestraszyć czy się zwyczajnie bronić. To nie pasowało do mojego wyobrażenia o nim – prostym, życzliwym chłopaku, którego znałam od dziecka. Jeśli tak się zachowywał, to mogło oznaczać tylko jedno. Sprawa jest poważna, a ten typek jest serio niebezpieczny. Czary i żarty na bok, wiejmy stąd!

- Zarozumialstwo – zachrypiał wzgardliwie kapturnik – może cię słono kosztować, chłopcze.

Facet sięgnął ręką do ust i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu ugryzł się w kciuk aż do krwi. Malkolmowi natomiast na ten gest mina zrzedła, popatrzył na mnie wyraźnie zdenerwowany.

- Uciekaj – syknął do mnie, a woda z fontanny za naszymi plecami zaczęła występować z jej brzegów i rozlewać się po chodniku. Buty mi przemiękły niemal natychmiast, miałam wrażenie, że jest jej okropnie dużo. Raczej wątpię żeby Neptun w tej swojej sadzawce mieścił takie ilości cieczy. – Poza kręgi i tak nie wyjdziesz i nawet nie próbuj, ale schowaj się gdzieś.

Nie mogłam zrozumieć, co takiego strasznego tamten zrobił, że wyprowadził Malkolma z równowagi. Zamiast słuchać barta, przyjrzałam się napastnikowi, zachłannie czekając na Bóg wie co. To było głupie. Powinnam była brać nogi za pas.

Kapturnik okrwawionym kciukiem wyrysował na chodniku pentagram w kole. Woda ewidentnie próbowała zaatakować to malowidło i je zmyć, ale niewidzialna bariera chroniła to wątpliwej jakości satanistyczne dzieło i odpychała każdą mokrą falę. Na upiornej twarzy napastnika malował się wysiłek, jakby narysowanie tego bohomaza było najcięższą pracą jaką w życiu wykonał. Jego usta szemrały monotonnie jakieś klątwy, a lewe oko zaczęło mu drgać jeszcze bardziej. Mówiłam, że to szajbus.

Malkolm z kolei wystąpił krok na przód i postąpił podobnie do swojego przeciwnika. Zranił się zębami w kciuk u lewej ręki – tej samej na której miał tatuaż. Znamię na moich oczach zaczęło się powiększać i piąć w górę jego przedramienia, kiedy zanurzył okrwawioną dłoń w wodzie u naszych stóp. Czerwone smugi natychmiast się w niej rozpłynęły, a ja poczułam się nagle przytłoczona. Dziwna aura zatykała mi dech w piersiach, a do moich uszu dobiegły ciche szepty. Niewątpliwie kobiece, o zmysłowym i pięknym głosie wołały imię Malkolma i… moje. Malkolm zamknął oczy i poruszał bezgłośnie ustami zupełnie jakby ich słuchał i odpowiadał na ich wezwanie.

Psycho-brzydal skończył szeptanie pierwszy, a ziemia nieznacznie zadrżała. Jego krwawe dzieło nagle zapłonęło fioletowym ogniem, do którego włożył lewą rękę i zaczerpnął z niego kilka ogników. Płomyczki natychmiast przylgnęły do jego palców i ciągnęły za sobą cieniutkie, żarzące się niteczki, natomiast ogień zaczął się dziwnie kotłować i formować w coś naprawdę dużego… Z fioletowego blasku i czarnego, jedwabnego dymu, siejąc wokół zapach siarki, wyłonił się naprawdę wielki i naprawdę groźny… pies. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo psopodobne zwierzę szpetotą dorównywało swojemu panu, który teraz trzymał go na ognistych niciach niczym wielką kukłę. Z tą różnicą, że to bydlę jak na kukłę było wyjątkowo ruchliwe, wiło się i szarpało, zupełnie jakby chciało się zerwać z tej dziwacznej uwięzi. Szczerzyło swoje wielkie kły, a czerwone, wściekłe ślepia wlepiało we mnie i Malkolma. Znając nasze szczęście, pewnie jest cholernie głodny.

- Myślisz, że potrafi robić sztuczki? – wychrypiałam przerażona do brata.

Nieudolnie próbowałam jakoś rozbić swoją panikę, bo czułam, że nogi w kolanach mi się uginają. Oddech i tak już ledwo chwytałam, byłam bliższa omdlenia niż kiedykolwiek przedtem.

- Wciąż tu jesteś? – głos Malkolma brzmiał dziwnie i nieobecnie.

Był w jakimś dziwnym transie, woda wokół niego się burzyła i tym razem byłam pewna, że jest jej z każdą chwilą coraz więcej. Sięgała mi już prawie do kolan, ale nie występowała poza granice określone przez fioletowe kręgi na chodniku. Wyglądało to tak, jakbyśmy byli uwięzieni w wielkiej, przeźroczystej bańce. Świat za kręgami był jednak dziwnie niewyraźny, niby widziałam ludzi, ale poruszali się oni jak na niemym, zwolnionym filmie, przy każdym ruchu zostawiając za sobą szare smugi. Nie widzieli nas i nie słyszeli. Jednocześnie byliśmy i nie byliśmy na deptaku na Długiej.

Nagle rozległ się okropny ryk i piekielna psina zerwała się ze swojego miejsca za sprawą machnięcia ręki kapturnika, który tym gestem zerwał unieruchamiające psa nici. Bestia zaszarżowała na nas z niewiarygodną szybkością, jak na swoje niebywałe rozmiary. Odruchowo wykonałam kilka kroków w tył, ale Malkolm nawet nie drgnął. Wciąż na coś czekał przykucnięty, uparcie trzymając rękę w wodzie.

- Rusz się! – wrzasnęłam rozpaczliwie w tej samej chwili, w której pies skoczył prosto na niego.

Równocześnie z bestią spod tafli wody wyprysnęło coś równie dużego. Oba wielkie cielska zderzyły się ze sobą w locie i runęły na ziemię z hukiem. Złapały się w morderczym uścisku, szarpiąc swoje ciała, w wodzie rozmywała się ich czarna i zielona krew. W tej kotłowaninie nie byłam w stanie rozróżnić kształtu drugiego z potworów, ale niewątpliwie miał kły i pazury.

- Potrzebowałem więcej wody, żeby go przyzwać – wyjaśnił Malkolm obecność drugiego stwora, zupełnie jakby stwierdzał coś oczywistego.

Jego lewa ręka była cała pokryta tym dziwacznym tatuażem – od dłoni aż po ramię, bardzo możliwe, że rozpościerał się i na plecach, ale koszulka Malkolma ukrywała jego dalszy bieg. Malowidło się mieniło zimnymi kolorami, zielonym i błękitnym.

- Co to jest na litość boską? – zapytałam piskliwie. Znak że powinnam przestać się odzywać, nie panowałam już nad własnym głosem.

- Kot Morski.

Popatrzyłam na niego jak na idiotę, dla mnie stwierdzenie „kot morski” było jakimś pieprzonym oksymoronem. Albo to coś jest kotem albo jest morskie, do diabła!

Po chwili oba potwory odskoczyły od siebie i mogłam się lepiej przyjrzeć „pupilowi” Malkolma. Faktycznie, jego pysk można by określić mianem kociego, gdyby nie fakt, że zamiast futrem był pokryty lśniącą, turkusową łuską. Na jego potężnej szyi dostrzegłam skrzela. Umięśnione cielsko utrzymywał na wielkich przednich łapach, zakończonych długimi pazurami. Tylnych łap nie posiadał, ciało płynnie przechodziło w wężowo-rybi ogon, którym zamiatał na wszystkie strony i zdzielił parę razy szpetnego kundla przez durny łeb. Wyglądało na to, że nasz potwór ma przewagę, w wodzie poruszał się płynnie i zwinnie, nurkował w niej, chowając się przed napastnikiem, po czym znienacka się wynurzał, zaskakując swoją ofiarę od tyłu i wyraźnie próbując wciągnąć ją pod wodę. Nie mogłam pojąć, jak to się właściwie dzieje, woda sięgała mi ledwie za kolana, a to bydlę nurkowało w niej jakby miała przynajmniej ze trzy metry głębokości. W pewnym momencie oba stwory zniknęły pod wodą i żaden się już nie wynurzył, ale na powierzchni pojawiła się duża plama krwi. W obu kolorach – czarnym i ciemnozielonym.

- Jestem pod wrażeniem – przyznał kapturnik z filozoficznym spokojem, raczej nie wyglądał na przejętego utratą psa. – Nie sądziłem, że cieszysz się aż tak dużym zaufaniem żywiołaków, że pozwalają ci przywoływać wodne bestie. Ale tak między nami, ile możesz przyzwać ich za jednym razem?

Nie czekał na odpowiedź Malkolma, tylko sięgnął do fioletowego ogniska, które wciąż, mimo dużej ilości wody, płonęło u jego stóp. Mój brat zaklął szpetnie pod nosem, kiedy z płomieni wyłoniły się dwa kolejne psy. Co prawda gdzieś tak o połowę mniejsze od tego pierwszego, ale wydawały się mniej ociężałe i znacznie szybsze do swojego poprzednika.

- Mam nadzieję, że masz podzielną uwagę elementalisto – zaśmiał się brzydal i dał swoim bestiom znak do ataku.

Jedna skoczyła w stronę Malkolma, druga w moją. Nie czekałam na rozwój wypadków, rzuciłam się do ucieczki, ale woda spowalniała moje ruchy. Malkolm zatrzymał jednego silnym strumieniem wody, która wyprysnęła spod jego rąk. Kundla odrzuciło w tył na dobrych parę metrów, ale zaraz się zerwał i natarł ponownie. Drugi szybko mnie dogonił, poczułam jak jego pazury zagłębiają się w moich plecach. Wrzasnęłam, a zaraz po mnie nieludzki wrzask wydał z siebie i sam potwór. Z wody wynurzyła się łuskowata, uzbrojona w pazury łapa i wbiła się w jego bok. Piekielny kundel stanął na tylnych nogach, próbując zrzucić z siebie Morskiego Kota, który wdrapywał mu się na plecy, rwąc jego ciało szponami. Wodny stwór wyglądał bardzo źle, był cały poraniony i miał naderwany ogon, widać były to konsekwencje starcia z pierwszą z bestii. Ja tylko modliłam się żeby wytrzymał, bo ból pleców uniemożliwiał mi jakiekolwiek dalsze działania. Wolałam nie myśleć o tym, że musiałam mieć tam zdartą skórę niemal do mięśni, wszędzie było pełno mojej krwi. Niekontrolowany szloch wyrwał się z mojego gardła, jeśli nie zje mnie to psisko, to najpewniej umrę z bólu, albo się zwyczajnie wykrwawię. A to miał być taki miły i spokojny dzień…

Kot przegrywał, upiorna bestia odwróciła się i chwyciła go zębami za długi ogon, stanowczym szarpnięciem ściągając go ze swojego grzbietu. Kocur zawył i runął do wody z pluskiem. Już się nie wynurzył. W tym samym momencie między mną a psem wyrosła gruba i wysoka lodowa bariera. Głupie bydlę nie pomyślało, żeby może spróbować ją obejść, z całych swoich sił zaczęło w nią uderzać łbem, próbując przebić. Impet miało całkiem porządny, ale psikus polegał na tym, że bariera się co chwila odnawiała. Chwilowo bezpieczna przysiadłam w wodzie patrząc, jak lodowa bariera otacza mnie z każdej strony. Przez mroźną taflę raczej słabo widziałam co się dzieje z Malkolmem, on i drugi pies występowali w formie rozmazanych plam. Na domiar złego robiło mi się słabo. Oparłam się plecami o zimną ścianę szukając ukojenia w bólu. Niewiele mogłam zrobić, niezależnie od tego jak bardzo chciałam. Tymczasem głupie psisko poszło po rozum do głowy i za pomocą swoich pazurów zaczęło się wspinać po lodowej ścianie. Kurdę. Nawet umrzeć w spokoju nie dadzą.

- Brzydki, niedobry piesek! – krzyknęłam na potwora beznadziejnie, zaczynała mnie ta sytuacja irytować. – Siad kundlu! Tu nie wolno, poszedł precz!

Zdaje się, że tylko go tym rozjuszyłam. Dodatkowo wściekł się ,kiedy łapy mu się ześlizgnęły i spadł z lodowej ściany. Z pianą na pysku podjął kolejną próbę wspinaczki. Co za uparte bydlę. Rozejrzałam się za czymś, czym mogłabym się od biedy bronić, ale zamknięta w swoim zimnym schronie, nie miałam zbyt dużego pola do manewru. Spróbowałam się podnieść, ale zaraz zakręciło mi się w głowie. Słabłam. Czułam, że mi niedobrze. Przed oczami tańczyły czarne plamy. Gdzieś tam zdrowy rozsądek podpowiadał mi żebym sobie odpuściła i tak przecież umieram, a z tym potworem nie mam szans, ale mój zły charakter modlił się o krwawą zemstę. Nie to żebym była specjalnie wierząca czy praktykująca, ale złorzeczyłam całkiem porządnie w przypływie beznadziejnej irytacji. Na granicy przytomności gorąco pragnęłam, wręcz prosiłam nieokreśloną siłę wyższą o cud.

No i się doprosiłam.

Niespodziewanie z wody tuż obok mnie coś się wynurzyło. Nie miałam siły krzyknąć, choć w sumie to coś nie wyglądało groźnie i najwyraźniej nie planowało mi wyrządzić krzywdy. Cóż, nazwałabym to dziewczyną i to nawet ładną, gdyby nie fakt, że była jakby zrobiona ze szkła. Jej postać była przejrzysta, załamywała światło, przez co mieniła się tęczowymi barwami. Woda spływała po niej nieustannie, zupełnie jakby na bieżąco wypływała z czubka jej głowy. Oczywiście była naga, przynajmniej nic w rzeźbie jej przejrzystego ciała nie wskazywało na to, żeby miała jakieś odzienie.

- Nasza? – przemówiła do mnie bardzo kiepskim polskim, przekrzywiając głowę, przyglądając mi się z zaciekawieniem.W dodatku brzmiałam, jakby ktoś próbował pisać widelcem po tablicy. – Kochana?

- Co? – byłam zbyt oszołomiona, żeby chociażby spróbować zrozumieć, co ma mi do przekazania.

Nie okazała zniecierpliwienia. Chociaż może jej szklana twarz nie była zdolna do okazywania emocji.

- Nasz. – Wskazała w kierunku Malkolma za lodową barierą. – Kochany. Ty ważna, bardzo. Ale ty nie nasza. Słyszysz, ale nie odpowiadasz.

Już nie próbowałam jej tłumaczyć, że nie mam pojęcia, co niby miałabym słyszeć i na co odpowiadać, ale uspokoił mnie fakt, że dość jasno opowiadała się po stronie Makolma. Nagle ujęła mnie za rękę, jej dłonie były lodowate kiedy nakryła nimi moją. Poczułam jak coś w rodzaju prądu elektrycznego przepływa przez mnie.

- Nasza? – zapytała raz jeszcze, wyraźnie oczekując odpowiedzi.

- Tak – powiedziałam po prostu, czując w sobie energię i rodzaj dziwnej mocy. Determinacja, chęć działania, siła, witalność. Nie mogłam się nie zgodzić, kiedy ta istota pompowała we mnie nowe życie. Poważnie to nie zastanawiałam się nad tym specjalnie, co też taka deklaracja może dla mnie oznaczać. – Tak, wasza.

Ku mojemu zdumieniu uśmiechnęła się i zabrała ręce, pozostawiając na wierzchu mojej dłoni tatuaż, bardzo podobny do tego, który miał Malkolm.

- Rozkazuj – powiedziała jeszcze tylko i zwyczajnie rozpłynęła się w wodzie.

No pięknie. Łatwo jej mówić…

Nagle coś kapnęło mi na ramię. Było to lepkie i śmierdzące więc spojrzałam w górę, próbując zorientować się w czym rzecz. Wielki, czarny, uzbrojony w zębiska łeb zaglądał z góry do mojej kryjówki, kapiąc lepką śliną ze szpetnego pyska. Diabelne psisko wdrapało się na szczyt lodowej ściany i teraz gapiło się na mnie z mordem w czerwonych oczach, warcząc jak stara kosiarka.

- Czy ty masz kiedyś dosyć? – Zdobyłam się na jakże dramatyczny i adekwatny do sytuacji komentarz.

Zerwałam się ze swojego miejsca, zastrzyk energii od szklanej nimfy wciąż jeszcze działał i miałam zamiar wykorzystać to maksymalnie. Piekielny, niezmordowany kundel również ruszył, podciągnął się na łapach i przeskoczył lodowy mur ,rzucając się za mną w pościg. Byłam w pułapce, mój schron stał się nagle więzieniem, a także przyszłym miejscem rzezi. Dopadłam do przeciwległej ściany, ale nawet nie miałam jej jak chwycić żeby się wdrapać na górę, była śliska i idealnie gładka. Odwróciłam się i już widziałam tą rozwartą paszczę celującą gdzieś w okolice mojego gardła, kiedy nagle wydarzył się kolejny cud.

Z nieba spadł duży, biały ptak prosto na pysk bestii. W tym samym momencie lodowa ściana za moimi plecami runęła z hukiem do wody, a za nią kolejne. Pies zawył żałośnie, a ptak odskoczył od niego równie szybko jak się pojawił, odsłaniając zakrwawione oczodoły bestii. Wydłubał jej oczy…

Z trudem stłumiłam odruch wymiotny i zaczęłam rozglądać się za Malkolmem. Stał kilka metrów dalej, trochę podrapany, ale wciąż w jednym kawałku. U jego stóp leżało psie ścierwo równiutko rozcięte na pół. Otaczały go jeszcze cztery przebrzydłe bestie, tyle że mniejsze, tym razem w rozmiarze porządnego, wystawowego doga. Przypadkiem wiem jak taki wygląda. Przeszło mi przez myśl, że ten psycho-szajbus w czarnej dzianince ma jakieś swoje limity i te cholerne kundle wychodzą mu coraz mniejsze. Mimochodem zastanowiłam się czy kolejne będą już rozmiarów ratlerka. Zupełnie jakbym w chwili obecnej nie miała innych zmartwień na głowie, ale poważnie – ratlerki z piekła rodem to dopiero jazda. Zupełnie jakby te dziamiące karykatury psów nie były koszmarne same w sobie. Tymczasem upiorne dogi nieźle ujadały, ale nie miały szans zbliżyć się do mojego brata. Malkolm skutecznie bawił się z nimi w berka przy pomocy potężnego podmuchu wiatru, którym najwyraźniej, w jakiś niepojęty sposób, sterował. Potężna fala powietrza siekała na plasterki wszystko, co wpadło w jej zasięg. Poirytowane dogi z trudem się przed nią uchylały, warcząc i szczekając w bezsilnej złości. Moja psinka chwilowo dała mi spokój, miotała się szaleńczo i wyła, rozpaczając po utracie oczu. Postanowiłam wreszcie pójść po rozum do głowy i się gdzieś schować. Malkolm radził sobie świetnie beze mnie, a na dodatek duży biały ptak, który mnie uratował przed paszczą z zębami, teraz ruszył z szarżą na kolejne psy. Poruszał się bardzo szybko i podobnie jak ten świrnięty magik pojawiał się i znikał co chwila, ale na moje oko był to kruk. Najprawdziwszy w świecie biały kruk. Co będzie następne? Białe myszki, różowe słonie? Chyba po tym wszystkim będę musiała zainwestować w prozac, o ile tylko wyjdę z tego w jednym kawałku.

Ptak po ataku na psy zatoczył koło i przysiadł na ramieniu Malkolma. Dwa już leżały rozprute na pół, a dwa kolejne miotały się oślepione, nie zdolne do dalszych, w miarę racjonalnych, działań. Ptaszysko nie było głupie, wiedziało jak unieszkodliwić te bydlaki, nie narobiwszy się przy tym przesadnie. Za to Malkolm wyglądał na zmęczonego, oddychał ciężko, a jego wzrok powoli robił się mętny. Spojrzałam też na jego przeciwnika, minę miał nietęgą, ale w ogóle nie zdradzał objawów zmęczenia. Wydawało mi się, że przywoływanie tego cholerstwa jest dla niego uciążliwe, ale widać nie na tyle, żeby miał być osłabiony. I nagle zrozumiałam jaką taktykę przyjął. On chce zwyczajnie zmęczyć mojego brata. Atakując równocześnie mnie i jego, sprawia, że Malkolm musi podwoić swoje siły i bardziej się skupić. Te psy nie miały go pokonać, bo jak widać na załączonym obrazku radzi sobie z nimi szybko i sprawnie. Miały go zwyczajnie zmęczyć.

- Biały Kruk – przemówił brzydal wykrzywiając paskudnie usta, po czym skierował swój wzrok do góry. Otaczająca nas półprzeźroczysta bańka zamigotała, a po jej powierzchni przebiegły błyskawice. – Faktycznie, twoje zdolności teleportacyjne Lambercie Medvene są niesłychane. Ale, z tego co mi wiadomo, nic poza tym. Twoja obecność nieco krzyżuje mi plany, nie sądziłem że kawaleria pojawi się tak szybko…

Kruk zerwał się z ramienia mojego brata i na moich oczach przybrał ludzką postać. Albo może prawie ludzką. Mężczyzna w którego się zamienił był piękny i młody, nie wydaje mi się żeby dużo starszy ode mnie, ale dziwnie bezbarwny. Biały. Jego skóra była gładka, w kredowym odcieniu, jego długie do ramion włosy miały kolor mleka. W jasnoszarym, prostym ubraniu – koszulce i wytartych dżinsach – sprawiał wrażenie, jakby ktoś zapomniał go pokolorować. Tylko jego oczy miały intensywną barwę ultramaryny. Niezwykły, dziwny… piękny. Szczęka mi opadła. Dosłownie.

- Strażnicy właśnie łamią barierę – przemówił niby cichym i spokojnym głosem, ale jego słowa miały moc morskiego wiatru, szumiały w uszach, wkradając się do mózgu. – Poddaj się.

Czarownik się zaśmiał. To był zły śmiech, niski i szyderczy.

- Nie próbuj ze mną swoich sztuczek, to nie zadziała. Twoje pojawienie się nie jest mi na rękę, ale doprawdy nie dlatego, żebyś był godnym mnie przeciwnikiem. Zwyczajnie nie w smak mi wchodzenie na ścieżkę wojenną z twoim ojcem. Jeszcze nie teraz. Dlatego, możesz być spokojny, przeżyjesz.

Po tym oświadczeniu psychola zarówno mój brat, jak i biały chłopak wyglądali na nieco zaskoczonych. Malkolm spojrzał pytająco na swego towarzysza, który mrużył z namysłem intensywnie niebieskie oczy.

- To nie jest człowiek – powiedział ten w odpowiedzi na spojrzenie. – Był nim może kiedyś, ale nie teraz. Nie mogę dotrzeć do jego emocji, ani wpłynąć na nie w żaden sposób. Nie ma ich. Nic nie czuje… jakby był pusty, martwy.

- Licz? – spytał mój brat zaniepokojony.

- Nie jestem pewien… wygląda zbyt ludzko…

- Licz? – obraził się tamten. – Dajcie spokój, lubię swoje ciało takim jakie jest, postać licza to dla mnie upadek.

Nie miałam pojęcia czym jest ten licz, ale musiał być czymś wyjątkowo szpetnym, skoro osoba o takiej aparycji mówiła tu o upadku, mając na myśli zdaje się swoją wątpliwą urodę.

- Miło się gawędzi, ale ja mam coraz mniej czasu – dodał szybko i wykonał dziwny gest ręką.

Zarówno mój brat jak i biały chłopak od razu się spięli i odskoczyli na boki w dwóch przeciwnych kierunkach. Ułamek sekundy po tym nastąpiła potężna eksplozja wyrywająca bruk z ziemi, dokładnie w miejscu w którym stali. Czarownik się na to uśmiechnął, zupełnie jakby tego właśnie się po nich spodziewał. Momentalnie rozpłynął się w obłokach czarnego dymu, materializując się przy białym chłopaku. Tamten zdążył się rozwiać dla odmiany w białym dymie, gdy brzydal zamachnął się na niego kolejnym groźnym gestem. Kolejna eksplozja wstrząsnęła powietrzem, aż zadzwoniło mi w uszach. Biały zmaterializował się kilka metrów dalej, ale najwyraźniej siła wybuchu dosięgnęła go mimo wszystko, widziałam krew na jego ramieniu. Brzydal znowu zniknął. Wszystko trwało ułamki sekund. Widziałam, jak mój brat próbuje za nim nadążyć, posyłając w jego kierunku serię lodowych pocisków, ale na nic się to zdało, umykał im w oparach czarnego dymu. Kiedy się pojawił znowu, jeszcze raz przypuścił atak na tego białego. Ewidentnie chłopak mu przeszkadzał i chciał go jak najszybciej wykluczyć z gry. Chłopak się poderwał i znów zmienił postać na ptasią. Szpetny magik zdaje się tylko na to czekał. Czarny wąż wyprysnął z jego rękawa i skoczył do góry za krukiem, niczym wystrzelony z procy pocisk. Ptak nie zdołał się przemieścić, oślizgły gad skoczył mu do gardła i owinął ogon wokół ciała. Kruk runął na ziemię, bezskutecznie próbując wyrwać się z objęć węża. Widziałam jak gad rozwiera paszczę i kąsa swoją pierzastą ofiarę. Zaraz po tym kruk znieruchomiał.

- Jednego mamy z głowy – brzydal obejrzał się na mojego brata. – Teraz ty.

Znowu zniknął, ale nie pojawił się z powrotem. Stałam chwilę skonsternowana, kiedy wreszcie mój wzrok padł na Malkolma. Na jego twarzy malowało się autentyczne przerażenie, kiedy nasze spojrzenia się spotkały.

- Z tyłu! – wrzasnął rozdzierająco, zrywając się do biegu, a ja, w tej jednej sekundzie, zrozumiałam co jest „z tyłu” i że on, żadną ludzką miarą, nie dobiegnie do mnie na czas.

Sekundy ciągnęły się w nieskończoność, kiedy oglądałam się za siebie. Wiedziałam, że tam jest, ale nie zdążyłam go nawet dostrzec, kiedy nagle, bez żadnego ostrzeżenia, zapadła ciemność. A potem przyszedł rozdzierający ból, wyrywający mi z gardła rozpaczliwy krzyk.
_________________
I read a book about the self, Said I should get expensive help.

To są właśnie rzeczy
jakie przychodzą mi do głowy
kiedy siedzę w domu podczas burzy,
czekając na telefon od kuratora sądowego
 
 
     
Loleczka 
Weteran
dziecko losu


Wiek: 26
Dołączyła: 19 Sty 2010
Posty: 1180
Skąd: z bajki
Wysłany: 2010-10-15, 00:44   

Fajne! Na serio mi si? podoba?o. Co prawda znalaz?am par? literówek, ale przyjemnie si? czyta?o. Nie zrobi?y one wi?kszej ró?nicy.

Ja chce wi?cej. Fantastycznie ci to wysz?o i czekam na ci?g dalszy. Bo b?dzie kolejna cz???, prawda? <sk?ada d?onie i kl?ka na kolanach>
_________________
Jestem sobą. A kim innym powinnam być? Przecież nie zmienię się w ciebie.
 
     
Czarownica 
Gawron


Dołączyła: 23 Cze 2010
Posty: 2714
Skąd: z planety Ziemia
Wysłany: 2010-10-15, 12:09   

Kometko, ja chc? wi?cej. Pobudzi?a? moja ciekawo??.
Zapowiada si? interesuj?co. Du?a zaleta Twojego tekstu - nie jest nudny.
 
     
Kometa 
Psychodeliczne Ciało Niebieskie
Doppel X


Wiek: 32
Dołączyła: 10 Wrz 2009
Posty: 2620
Skąd: z Kosmosu
Wysłany: 2010-10-17, 01:37   

Bardzo dziękuję, ale ja mam naprawdę niewiele więcej, w wersji roboczej i wcale nie wiem czy coś z tego będzie bo nie mam skrystalizowanej jeszcze intrygi przewodniej xD Coś mi się tam tłucze po głowie, ale jakoś nie mam weny rozwijać tego. Tak w ogóle to postawiłam sobie tu za zadanie przenieść bohaterów z jednego PBFu do tej historii. Oczywiście tylko swoich, nie mniej jednak ciężko mi to idzie... zwłaszcza że tamta opowieść była cokolwiek inna, inne realia i już bohaterowie mi się inaczej zachowują.
_________________
I read a book about the self, Said I should get expensive help.

To są właśnie rzeczy
jakie przychodzą mi do głowy
kiedy siedzę w domu podczas burzy,
czekając na telefon od kuratora sądowego
 
 
     
Czarownica 
Gawron


Dołączyła: 23 Cze 2010
Posty: 2714
Skąd: z planety Ziemia
Wysłany: 2010-10-17, 08:15   

Ale Kometa - nie mo?esz nas tak gn?bi?.
Taka okrutna jeste? - zaserwowa?a? jedn? czekoladk? , a ca?ego pude?ka nie dajesz ;-)
A na serio - to powinna? nad tym popracowa?. Moim zdaniem warto.
 
     
AISA 
Moderator


Dołączyła: 10 Sie 2010
Posty: 761
Wysłany: 2010-10-17, 11:44   

W?a?nie Kometa! Tak si? nie robi ;-) A robisz to ju? drugi raz...

Historia ?wietna, te znaki na r?ce przypomnia?y mi Dary Anio?a ( chyba sobie od?wie?? t? pozycj? to b?dzie taki n?dzny substytut :-/ )

Dawaj wi?cej <bo ?adnie prosz?> :-P


B?dziemy Ci? dopingowa? jak Kate Currana przy sztandze :mrgreen:

Dawaj Kometa! jeszcze troszeczk?, ju? prawie masz nast?pny rozdzia?... :-D
 
     
Kometa 
Psychodeliczne Ciało Niebieskie
Doppel X


Wiek: 32
Dołączyła: 10 Wrz 2009
Posty: 2620
Skąd: z Kosmosu
Wysłany: 2010-10-17, 14:09   

Daję wam to co jeszcze mam, a potem... cóż... nie wiadomo czy coś z tego będzie xD


Rozdział 2


Adrian biegł co sił środkiem ulicy Świętego Ducha. W takich chwilach jak ta żałował, że tak uparcie kontynuował nauki swojego ojca. Naprawdę teleportacja by mu się teraz bardzo przydała, ale czarna magia była tym, czego miał się wystrzegać.
Skręcił w Kozią przeskakując przez barierkę, odgradzającą chodnik od ulicy, przepchnął z drogi jakąś kobietę i z trudem złapał równowagę. To naprawdę nie był dobry dzień na akcję, kac go męczył niemiłosierny, a pragnienie paliło gardło. Potrzebował się napić i z takim też zamiarem wyszedł dziś z domu do swojej ulubionej knajpy. Ale nim zdążył usiąść do kieliszka, Rudi zarządził zbiórkę na Lektykarskiej. Adrian i tak już olał trzy zbiórki, tym razem nie mógł sobie na to pozwolić, inaczej Rudi obdarłby go żywcem ze skóry. Nie to, żeby jakoś szczególnie bał się swojego przełożonego, ale ten potrafił być cholernie upierdliwy i zapewne będzie mu wypominać niedbalstwo do końca świata i jeden dzień dłużej. A Adrian naprawdę nie lubił tego wysłuchiwać, niezależnie od tego, jak bardzo lał ciepłym moczem na morały i reprymendy Rudiego.

Nagle wyczuł znajomą aurę. Moc przepłynęła przez powietrze niczym ciepły prąd, a zaraz potem Adrian dostrzegł nad swoją głową materializującego się białego ptaka. Wyłonił się z jasnego dymu i od razu poszybował w stronę Długiej.

- Biały Kruk. – Rudi nagle pojawił się obok Adriana. Teleportował się. Podobnie jak Adrianowi nie wolno mu było tego robić, ale Rudi chadzał własnymi ścieżkami i rzadko kiedy liczył się z zakazami, za to bardzo lubił innych z nich rozliczać. – Nie wiem co ten smarkacz tu robi, ale oberwie mu się za używanie czarnej magii na moim terenie.

- On nie używa czarnej magii. – zauważył Adrian śledząc wzrokiem odlatującego ptaka. – On się już urodził z tą umiejętnością, jego aura jest zupełnie inna.

- Nie mądrzyj się i tak znajdę na niego jakiś paragraf. – Najwyraźniej nie chodziło tu o przewinienie, a o osobę. Rudi nie lubił magów z innych miast, zwłaszcza kiedy ci wkraczali na jego terytorium nieproszeni. – Czekamy jeszcze na Klechę, Marta i Tobiasz się nie wyrobią, dołączą później. – Nagle urwał i zmierzył Adriana nieufnym wzrokiem. – Oswald, ty jesteś trzeźwy?

- Jak świnia, ale to tylko dlatego, że zadzwoniłeś nim zdążyłem dotrzeć do Parlamentu. – Adrian wzruszył ramionami. – Dwadzieścia minut później, a już bym nawet nie odebrał.

- A już myślałem, że coś zmienia się na lepsze. – Klecha pojawił się nagle, wyłaniając się spomiędzy budynków od strony Bazyliki. Adrian posłał mu zimne spojrzenie, więc zaniechał tematu i szybko wskoczył w tryb pracy. – Nie wiem, czy powinniśmy wchodzić we trzech. To jakiś potężny czarownik, czarna magia aż trzeszczy mi w kościach, bardzo silna aura.

- Złożono ofiarę z krwi – podkreślił Rudi. – Jeśli tam są bestie, to nie mamy wyjścia. Poza tym bardzo chciałbym się dowiedzieć, co tu robi ten smarkacz Medvene i co ma z tym wspólnego.

- Syn Kruka tu jest? – zdziwił się Klecha rozglądając z zaciekawieniem.

- Zmaterializował się jakąś minutę temu – wyjaśnił Adrian i ruszył w stronę Długiej. Tym razem powoli, starając się wyczuć drgania magicznej aury. – Zakładamy że to on, bo nie znamy nikogo innego transmutującego w białego ptaka i potrafiącego się przenosić na tak duże odległości bez krztyny czarnej magii.

Zarówno Rudi jak i Klecha ruszyli za Adrianem.
Gdy dotarli na miejsce, ich oczom ukazała się opustoszała ulica Długa, a dalej było widać równie pusty Długi Targ. Ludzie zupełnie nieświadomie omijali deptak szerokim łukiem, kierując się jak najdalej od tego miejsca. Aura czarnej magii była bardzo gęsta i przy fontannie Neptuna powietrze falowało w obrębie koła o dużej średnicy. Znak, że ktoś wydzielił magiczną zonę i bardzo sprawnie ją zablokował oraz zamaskował.
Tuż przed barierą stały trzy kobiety, u ich stóp białą kredą były wrysowane kręgi i runy, a one szeptały zaklęcia próbując złamać okrąg magicznej strefy. Rudi zmierzył je pogardliwym wzrokiem, nawet we trzy były stanowczo za słabe żeby sforsować ten czarnomagiczny mur.

- Co te wiedźmy tu robią? – Rudi skrzywił się z niezadowoleniem rozpoznając kobiety. – Dlaczego każdy musi się mieszać w nasze sprawy?

- To stara Wegnerowa i jej córki – Adrian również nie był zadowolony z nadprogramowego towarzystwa. Jego ojciec dobrze znał zarówno Krystynę Wegner jak i jej dwie córki – Jagodę i Malwinę. To była… kłopotliwa znajomość.

Klecha z kolei zdecydował się podejść i obejrzeć z bliska ich zaklęcie. Był innego zdania niż jego koledzy, wiedźmy mogą okazać się przydatne, były dobre jeśli chodzi o kręgi. Co prawda tę barierę potrafiłby złamać sam i to dużo szybciej niż one, ale to też koszt mnóstwa energii. Z nimi może pójść szybciej i łatwiej.

- Lepiej późno niż wcale – wysyczała jedna z kobiet na jego widok, przez co na chwile urwała mamrotanie. Jej dwie towarzyszki zgromiły ją wzrokiem i nieco podniosły głos, ale dalej wypowiadały zaklęcia. – Strażnicy od siedmiu boleści. Zawsze spóźnieni.

- Po co zaraz tyle jadu? – Klecha się uśmiechnął, przykucnął i umazał palec wskazujący w kredzie z malowideł na chodniku. Szybko dorysował parę swoich wzorów i wyszmerał pod nosem krótką modlitwę. – Poza tym doceniam działania w czynie społecznym, ale jako cywile nie powinnyście…

- Tam są moje dzieci – oznajmiła twardo kobieta przerywając mu, a Klecha podniósł na nią zaintrygowany wzrok. Dopiero teraz dostrzegł napięcie na jej twarzy i łzy w oczach.

- Malkolm Litner jest za barierą? – Adrian podszedł do nich i nie krył zdziwienia. – Przecież Litner dostał przydział do Warszawy. W ogóle nie powinno go tu być.

- To tłumaczy co ON tutaj robi – Rudi wtrącił się w dyskusję wskazując w górę, na wielkiego białego kruka próbującego przebić się przez barierę.

Wszyscy jak na komendę również spojrzeli w górę, akurat w momencie kiedy ptak rozmył się w obłokach białego dymu. Pojawił się sekundę później w innym miejscu i znów zniknął, żeby zmaterializować się nieco niżej.

- Lambert – wyszeptała Litnerowa. Adrian nie był pewien, która z córek Wagnerowej jest która, ale kiedy ta kobieta przyznała się do posiadania dzieci wiedział już, że to jest ta starsza, Malwina, wdowa po Tadeuszu Litnerze. Jagoda nie miała dzieci. Przynajmniej on nic o nich nie wiedział.

- Próbuje przejść, ale bariera jest zbyt mocna. – Adrian spojrzał wymownie na Klechę.

Ksiądz natychmiast zrozumiał. Dołączył się do wiedźm, próbując złamać zaklęcie bariery. Adrian zacisnął ręce w pięści. Patrzył na troskę i ból malujący się na twarzach tych trzech kobiet, na ich desperację i niezłomność. Tam były dzieci jednej z nich. Adrian wiedział aż za dobrze, co czuła.

- Ty jesteś synem Henryka Oswalda, prawda? – odezwała się nagle Wegnerowa, patrząc kątem oka na Adriana. W jej głosie dało się słyszeć współczucie, co natychmiast go zdenerwowało.

- Każdy jest czyimś dzieckiem. – Wzruszył ramionami zaciskając zęby i wysilił się na obojętny ton. Mógł jej kazać się pierdolić, ale odczuwał też dziwny szacunek dla tej starej wiedźmy. Co nie oznaczało, że nie powie jej czegoś nieprzyjemnego, jeśli dalej będzie próbowała go zaczepiać tym litościwym tonem.

Kobieta jednak już się nie odezwała i na powrót skupiła swoja uwagę na łamaniu zaklęcia kręgu, które więziło jej wnuki za magicznym murem.
Nagle bariera zamigotała, a na jej powierzchni pojawiły się wyładowania elektryczne. Znak, że krąg zaklęcia słabnie. Ten moment wykorzystał biały kruk, wciąż próbujący się przebić przez barierę. Rozpłynął się w obłokach jasnego dymu i już się więcej nie pojawił, a magiczny mur zafalował gwałtownie, niczym tafla wody, w którą ktoś cisnął kamieniem.

- Sukinsyn wszedł do środka. – Rudi nie krył niezadowolonego zdziwienia. – CZYM właściwie jest ten dzieciak? Nie złamał jej tylko przez nią przeszedł, to wręcz niemożliwe!

- Osłabiliśmy znacznie zaklęcie bariery – zauważył Klecha i wyciągnął dłoń, dotykając niewidzialnej ściany. Natychmiast się zaiskrzyła i znów zamigotała. – Będę łamał, cofnijcie się.

Trzy kobiety wymieniły się zaniepokojonymi spojrzeniami. Adrian wiedział w czym rzecz. Klecha się za bardzo śpieszył, bariera nawet nie zrobiła się przeźroczysta, a on już chciał łamać. To może się nieprzyjemnie dla niego skończyć, jeśli źle ocenił swoje siły. Widać przejście przez barierę Białego Kruka, uważał za dostateczny sygnał do działania. Sęk w tym, że mag, który krył się pod postacią ptaka, przejawiał niespotykane zdolności teleportacyjne i nikt, nawet on sam, nie wiedział gdzie leżą granice jego możliwości. To zaklęcie wcale nie musiało bardzo osłabnąć, to że kruk przeszedł, mogło być wynikiem jego niezwykłych zdolności.
Co prawda Adrian miał chęć popędzić Klechę, ale zdrowy rozsądek mu podpowiadał, że ksiądz jako jedyny kapłan posługujący się magią w okolicy, jest w tej chwili bardzo cenny. Nie wiadomo w jakim stanie są dzieciaki zamknięte za barierą, on może być dla nich jedynym ratunkiem.
Widać trzy wiedźmy sądziły podobnie, bo nie odsunęły się. Litnerowa wyciągnęła do niego otwartą dłoń w oczekującym geście. Klecha nieco się zdziwił, ale przyjął tę pomoc. Chwycił drugą ręką wolną dłoń Malwiny, ta załapała za rękę siostrę, a tamta matkę. Adrian patrzył na to w zadumie, kto by pomyślał, że doczeka dnia, kiedy zobaczy wiedźmy współpracujące z księdzem. Utworzyli łańcuch mocy rozkładając ją równomiernie na cztery osoby i uderzyli jednocześnie.

Adrian był już gotowy, jednym gestem zdjął iluzję i sięgnął po miecz z pleców. Rudi stał tuż za nim, gromadząc energię do odparcia uderzenia. Obaj skoczyli do przodu dokładnie w chwili rozdarcia się bariery. Rozpadające się zaklęcie cisnęło czwórką łamaczy w tył, ale zarówno Adrian jak i Rudi byli na to gotowi i przeciwstawili się magicznemu szałowi, ustawiając prowizoryczną barierę z nagromadzonej naprędce energii.
Tu nie było czasu na myślenie, w powietrzu unosił się zapach siarki i ozonu – czarna magia i elementarne pułapki – Adrian instynktownie przejechał ostrzem miecza po bruku, przecinając linie fioletowych malowideł. Gdy tylko magiczny metal rozmazał granice kręgów, wzory przygasły i zmatowiały. Klinga miecza syknęła niczym jadowita żmija, a na jej powierzchni rozbłysły runy. Zachowanie miecza nie wróżyło nic dobrego, Adrian zamarł na ułamek sekundy, dostrzegając jakie zaklęcie tak bezmyślnie właśnie przeciął.

Otworzył nawet usta, chcąc wydać ostrzegawczy okrzyk, ale nagle niebo nad nimi się dosłownie załamało, a z rozdartej czasoprzestrzeni wyłonił duży, buro-zielony smok.

- Pieprzony wiwern – syknął wściekle Rudi za plecami Adriana. – Oswald, ty…

Nie dokończył, epitety pod adresem Adriana i wulgarne opisy jego niekompetencji utonęły w ryku nacierającego wiwerna.

Smok poruszał się na dwóch nogach, trochę jak dinozaur, jednak jego ciało było wysunięte mocno do przodu, przez co tułów znajdował się stosunkowo nisko nad ziemią. Równowagę pomagały mu utrzymać błoniaste skrzydła, szeroko rozłożone po bokach, które pełniły również funkcje kończyn przednich. W biegu kołysał się na boki i kłapał uzębioną paszczą, osadzoną na długiej, elastycznej szyi.

Adrian stwierdził, że mogło być gorzej. Ostatecznie wiwern, zaraz obok piekielnego ogara, to jedne z najmniejszych bestii z pogranicza światów. Naprawdę, ta pułapka mogła przywoływać coś dużo większego i dużo paskudniejszego.

Adrian uśmiechnął się po nosem. Nie takie rzeczy się zabijało…

Cała akcja trwała ledwie kilka sekund. Adrian wyszedł na spotkanie smokowi. Rozpędził się na krótkim dystansie, zupełnie jakby zmierzał go staranować. W ostatniej chwili, tuż przed rozwartą paszczą potwora, skorzystał z mokrego chodnika. Ślizgiem dostał się pod brzuch wiwerna, znikając mu nagle z oczu i, korzystając ze ślizgu, przejechał mu po nim ostrzem miecza. Stwór zawył, a Adrian, skąpany w jego krwi, szybko wyszedł spod niego pomiędzy tylnymi nogami. Nie sądził, żeby ten cios załatwił sprawę, ale wolał nie ryzykować, że smok przewróci się na niego i przygniecie swoim cuchnącym cielskiem. Ledwo zdołał się wydostać spod broczącego krwią stwora, a już napotkał na swej drodze, sunący szybko w kierunku jego twarzy, ogon gada. Ale Adrian miał refleks. Świst powietrza wyznaczył krwawą ścieżkę dla odciętego, rogowatego końca ogona. Wiwern zawył jeszcze głośniej i paszczą, osadzoną na swojej długiej i giętkiej szyi, zawrócił w stronę Adriana. Szermierz właśnie obracał się, wciąż pchany impetem, który pomógł mu przy odcięciu ogona bestii, nie był pewny, czy zdoła złapać równowagę na czas i przybrać pozę obronną. Już prawie zapomniał, jak wytrzymałe i szybkie są te gady.
Jednak do konfrontacji kły-miecz nie doszło, bo nim wiwern sięgnął do Adriana, na jego pysku wykwitała potężna eksplozja, wyrywając mu połowę dolnej szczęki. Upiorne, wysokie wycie wydobyło się z gardła potwora, kiedy z powrotem zawracał głowę, by zobaczyć, kto śmiał go tak okaleczyć. Rudi właśnie w tym momencie wypuścił kolejną falę uderzeniową składając dłonie w Znak Gwiazdy. Tym razem smok był gotowy, otworzył zmasakrowaną paszczę, ze smętnie zwisającą resztką szczęki i plunął w czarodzieja czarnym ogniem. Ataki Rudiego i rozsierdzonego smoka spotkały się w połowie drogi i zderzyły z hukiem, przyprawiając o dzwonienie w uszach. Żaden z nich jednak nie zdążył wypuścić kolejnego, bo do akcji ponownie wkroczył Adrian.

Szyje wiwernów są długie i giętkie, przez co nie są też zbyt grube, nie tak jak u innych smoków. To nieduża masa zapewnia im szybkość i elastyczność. Przez co te właśnie bestie z pogranicza były jakby stworzone do tego, żeby obcinać im głowy. Smok, zajęty chwilowo Rudim, nie dostrzegł jak Adrian go zaszedł. Nim zdążył się zorientować co się dzieje, jego głowa leżała już na bruku, rozlewając u stóp Adriana kałużę czarnej krwi.

Panie i panowie, oto Adrian Oswald, syn Henryka, Pogromca Smoków. Alkoholik.

- Ty jesteś szurnięty – skomentował od razu Rudi, mierząc krytycznym wzrokiem umazanego we krwi swojego podwładnego. – Czy ty to robisz specjalnie? Masz jakieś socjopatyczne zapędy? No powiedz, że zwyczajnie lubisz niezobowiązujące mordowanie, bo nie wierzę, że nie zauważyłeś jaką pułapkę aktywujesz!

- Lubię – przyznał lakonicznie i kopnął łeb wiwerna, który łypał na niego zamglonym, pełnym wyrzutu okiem. – Ale naprawdę nie zauważyłem. Jestem trochę skacowany. Nie gniewaj się, zobacz, dam ci go. Będziesz mógł go sobie wypchać, powiesić nad kominkiem i szpanować przed laskami, że zabiłeś smoka.

Rudi nagle, zupełnie nieoczekiwanie, zamiast urządzić karczemną awanturę, złożył ręce do Znaku i wymierzył go gdzieś w okolicę głowy Adriana. Nim szermierz w ogóle jakkolwiek zareagował, fala energii przeleciała mu koło ucha. Gdyby faktycznie była wymierzona w niego, już byłby trupem. Rudi był równie szybki i morderczy co wiwern. Adrian zdążył się obejrzeć, żeby zobaczyć jak wypuszczona energia uderza w piekielnego ogara, który pochylał się nad czyimś bezwładnym ciałem kilka metrów od nich. Pies dostał prosto w głowę, niewielki móżdżek wyleciał mu uchem, razem z pozostałościami po czaszce. Ogary nie były specjalnie wymagającymi przeciwnikami.

Adrian rozpoznał również białą postać, którą piekielny kundel szykował się zeżreć. Obaj z Rudim jak na komendę zerwali się w tamtym kierunku. Boże, jeśli ten chłopak nie żyje, to oni też. Jego ojciec urządzi im tu piekło na ziemi, a potem dobierze się do dupy temu, który odpowiadał za to bezpośrednio. Pocieszające było tylko to, że to nie byli oni.

Ku ich zaskoczeniu, chłopak był całkowicie przytomny, ale nie poruszał się. Przeniósł na nich swoje intensywnie niebieskie spojrzenie, kiedy przy nim przyklękli, szukając ran.

- Nie… – wychrypiał słabo. Mówienie sprawiało mu trudność. – Nic mi nie jest… On nie widział, wywęszył mnie… są tu jeszcze gdzieś dwa, ślepe… To paraliż… młody żmij…

Adrian znalazł na jego ramieniu ślady po ukąszeniu. Młode żmije nie był groźne, ich jad paraliżował na parę godzin i tyle. Oprócz niewielkiej rany na drugim ramieniu chłopakowi nic nie było. Wyliże się. Jego przeciwnik nie był głupi i najwyraźniej doskonale zdawał sobie sprawę z kim może zadrzeć, próbując zabić Lamberta Medvene. Więc zwyczajnie wykluczył go z gry, posyłając mu pocałunek żmija. Sprytne.

- Dziewczyna… – powiedział biały chłopak nagle i obaj mężczyźni popatrzyli na niego zachłannie. Gdzieś tu są jeszcze cywile. – Zabrał Malkolma i zrobił coś dziewczynie… szukajcie, zanim psy znajdą…

- Szukaj – rozkazał Rudi Adrianowi, a sam rozdarł swoją koszulkę, próbując zatamować krwawiące ramię chłopaka.

Adrian podniósł się i zobaczył stojące w niewielkiej odległości od nich wiedźmy, w towarzystwie Klechy. Słyszały słowa młodego Medvene. Ich twarzy były szare i niczego nie wyrażały. Natychmiast się rozeszły. Też szukały.
Adrian znał lepsza i szybszą metodę.

- Jak się czujesz? – Podszedł do księdza i zniżył ton głosu, tak żeby nikt poza nim nie usłyszał pytania.

- Obolały i osłabiony, ale damy radę. – Klecha uśmiechnął się delikatnie, po czym wskazał w stronę chłopaka. – Co z nim?

- To nic, dziabnął go żmij. Szukamy dziewczyny. Dasz radę ją znaleźć?

- Jeśli żyje…

- Żyje – zapewnił go twardym i nieustępliwym głosem Adrian.

Klecha wiedział o co chodzi, Adrian nie zniósłby myśli, że znowu pojawił się za późno.

- A co z tym drugim chłopakiem? Jego też mam szukać?

- Jego nie znajdziesz – odparł Adrian lakonicznie i ruszył szukać na własną rękę, zostawiając Klechę z jego cudownymi sztuczkami.

Klecha potrafił namierzać chorych i rannych znajdujących się w pobliżu. Adrian nie wiedział, jak to dokładnie działa, ale ksiądz w jakiś sposób wyczuwał słabnące aury, pod warunkiem, że znajdowały się nie dalej niż kilkadziesiąt metrów od niego. Jeśli napastnik zabrał Malkolma, to najpewniej skorzystał z teleportu i ten mały trik Klechy na nic się tu nie zda. Są już pewnie daleko stąd. Adrian zaczął teraz studiować wyblakłe fioletowe linie na chodniku, szukając tych określających teleport. Czarownik musiał go sobie przygotować wcześniej, tak żeby współgrał z barierą i wypuścił ich za nią.

Nagle powietrze rozdarło upiorne psie wycie. Adrian momentalnie zerwał się w jego kierunku, za nim podążył Klecha. Zatrzymali się tuż za fontanną Neptuna, porażeni widokiem.

Ktoś kiedyś Adrianowi powiedział, że wiedźmy nie są w sumie groźne. Wredne – owszem, ale niegroźne. Chyba nie znał TYCH wiedźm.
Stara Wegnerowa wyglądała niczym wcielenie furii doskonałej, złorzecząc i rzucając klątwy w starogermańskim, od których słuchania robiło się niedobrze. Obiektem tych bluźnierstw był ślepy ogar wijący się u jej stóp i wyjący rozdzierająco. A miał ku temu powody. Wiedźma rzuciła na niego wyjątkowo paskudną klątwę, jego całe ciało okrywały wrzody, kipiały na nim, eksplodując żółtą ropą i zaraz rozdzierając poranione ciało kolejnymi. To zapowiedź długiej i bolesnej śmierci. Ktoś, kto znał taką klątwę, na pewno nie powinien uchodzić za „niegroźnego”.
Kawałek dalej jedna z córek Wegnerowej, Jagoda, rozprawiała się z drugim. Skutecznie go unieruchomiła, przymrażając mu łapy do chodnika. Wciąż musiała podtrzymywać zaklęcie ręką, a na jej twarzy malował się wysiłek. Nie była tak zdolna jak jej siostrzeniec, nie mogła puścić zaklęcia i pozwolić mu trwać, nie mniej jednak dowiodła właśnie, że potrafi posługiwać się magią żywiołów w sposób zaawansowany, łącząc je ze sobą. Adrian nie podejrzewał tych wiedźm o takie zdolności.

Adrian podszedł i dobił tą niedorobioną mrożonkę wbijając jej ostrze miecza w potylicę. Celowanie w serce nie miało sensu, bestie z pogranicza albo nie miały takiego organu, albo miały ich po kilka. Najpewniejsza była głowa, no chyba że akurat miałby przed sobą Cerbera albo Hydrę. Wtedy głowę lepiej zostawić w spokoju.
Kobieta po jego interwencji natychmiast puściła zaklęcie i opadła na kolana, dysząc ciężko. Łaska żywiołaków wiele ją kosztowała, zdaje się, że te duszki niekoniecznie chciały służyć wiedźmie. Nim zdążył o to spytać, dostrzegł scenę, malującą się za jej plecami i na chwilę zamarł.
Starsza siostra Jagody, Malwina, klęczała zapłakana nad młodą, nieprzytomną dziewczyną. Wołała ją po imieniu i ewidentnie próbowała przekazać jej swoją energię, ale robiła to cokolwiek nieudolnie. Nim zdążył pomyśleć co robi, jego nogi już same niosły go w kierunku obu kobiet. Malwina podniosła na niego oczy, kiedy położył rękę na klatce piersiowej jej córki. Dziewczyna nie oddychała, za to czuł mrowienie chaotycznie przekazywanej Mocy.

- Przestań – rozkazał szorstko jej matce, jego głos brzmiał naprawdę groźnie. – W próżne nie nalejesz, tracisz tylko czas. Sprawdź serce.

Po tym rozkazie, nie patrząc czy go zrozumiała, chwycił dziewczynę za nos i odchylił jej głowę do tyłu, po czym rozpoczął sztuczne oddychanie. Tu żadna magia nie pomoże, jeśli była martwa. Klecha uzdrawiał żywych. Pomimo głębokiej wiary, nie zdarzyły mu się jeszcze przypadki, doprowadzające do zmartwychwstania pacjentów. Tak samo nie pomoże przekazywanie energii, jeśli jej serce nie biło.

Między jednym wdechem a drugim, kątem oka dostrzegł, że Malwina przygotowuje się do masażu serca. Zrobił więc czwarty wdech, a kobieta zaczęła liczyć uciskając. Ze zdziwieniem stwierdził, że potrafi to robić. Więc czemu u diabła od tego nie zaczęła? Ile cennych sekund stracili? Jak długo ta dziewczyna leżała tutaj bez oddechu? Czy ty wiesz kobieto, co to znaczy przyczynić się do śmierci własnego dziecka? Czy ty będziesz potrafiła potem z tym żyć?

Adrian przestał myśleć racjonalnie. On nie dawał rady, nie potrafił, mimo starań. A teraz to działo się znowu. Automatycznie słuchał odliczań wiedźmy i niczym zaprogramowany robot przekazywał swój oddech tej dziewczynie, zgodnie z przyjętymi wytycznymi. No dalej, żyj! Nie rób mi tego, nie umieraj dziewczynko, żyj!

Słyszał, jak głos jej matki łamie się, od tłumionego szlochu. Traciła nadzieję. Ale oprócz tego, do uszu Adriana dotarł jeszcze jeden dźwięk. Cicha modlitwa unosiła się w powietrzu i roztaczała swoją kojącą aurę. Klecha natomiast nie tracił nadziei. Adrian czuł jak ksiądz skupia wokół siebie Moc. Przykląkł tak jak oni obok dziewczyny i czekał na jej pierwszy oddech, na pierwsza oznakę życia. Modlił się dla niej.

No dalej dziewczynko, dasz radę! Oddychaj! Żyj!

I nagle to się stało. Kiedy nachylił się ponownie, poczuł na twarzy jej słaby oddech. Spojrzał na Malwinę. Ta zamarła na chwilę z ręką na sercu córki i patrzyła ze łzami w oczach, jak jej klatka piersiowa delikatnie się unosi i opada. Adrian prawie się zachłysnął, w jakiś niepojęty sposób czuł się oczyszczony. Zrehabilitowany. Nie, nie całkiem, poczucie winy nigdy nie zniknie, to wiedział na pewno, ale teraz, na tę chwilę, jego dusza uzyskała spokój i to większy niż kiedy próbował otumanić ją alkoholem.

- Grzeczna dziewczynka… – wymamrotał pod nosem oszołomiony, ale dziwnie szczęśliwy.

Klecha nie tracił czasu, objął ciepłymi dłońmi twarz nieprzytomnej i wyszeptał ostatnie zdania modlitwy. Adrian widział, że ksiądz był bardzo osłabiony po złamaniu zaklęcia kręgu. Jego usta były blade, a na czole wystąpił mu pot, ale niezmordowanie przelewał w jej ciało ożywczą Moc.

A zaraz potem obudził się tajfun.

Dziewczyna nagle otworzyła oczy. Z gwizdem, gwałtownie i łapczywie wciągnęła powietrze, a jej ciało w ułamku sekundy pokryło się turkusowymi malowidłami, które nie ominęły nawet twarzy. Znamiona żywiołaków. Adrian pierwszy raz w życiu widział je pokrywające ciało tak rozlegle. Ale słyszał o tym. Gniew żywiołu.

Uderzenie nastąpiło błyskawicznie, widział dezorientację i przerażanie malujące się na twarzy uzdrowionej. Nie panowała nad tym. Czuła to, ale nie panowała. I to była ostatnia rzecz jaką zobaczył, kiedy fontanna Neptuna za ich plecami dosłownie eksplodowała rozsadzona przez wodę. Żywiołaki wrzały i krzyczały z gniewu, powietrze wibrowało od ich Mocy, a woda z fontanny nagle rozprysła się we wszystkich kierunkach, magicznie się namnażając i zmiatając z powierzchni wszystko, co stało jej na drodze.
Pierwsza fala uderzyła w Klechę, Adrian dostał chwilę później. Malwina desperacko, ze wszystkich sił przytuliła córkę i obie zostały odrzucone w przeciwną stronę. Potężna fala ścięła z nóg kolejno: stojącą najbliżej nich Jagodę, a potem Wegnerową. Kobiety momentalnie zniknęły pod naporem wody.

Adrianowi udało się chwycić Klechę i we dwóch, teraz przerzucani przez wodę jak małe piłeczki, pędzili na spotkanie z Motławą.
Cóż, tego należało się spodziewać, najwyraźniej najbardziej rozsierdzone były ondyny – żywiołaki wody – i to one zamierzały się rozprawić ze wszystkim, co żyje. Żywiołaki nie były zbyt bystre, nie rozumiały pojęcia „oprawca” czy „wybawiciel”, nie do nich należał osąd. Jeśli ich podopieczny czuł tak wielki strach, był o krok od śmierci, to znaczy, że trzeba tu urządzić prawdziwą jatkę w jego imieniu. W tym celu ondyny szukały miażdżącej przewagi, żeby móc efektownie doprowadzić do kataklizmu. I tak oto woda z neptunowej fontanny niosła ich przez cały Długi Targ, żeby złożyć ich ciała w ofierze Motławie. I będą mieli naprawdę dużo szczęścia, jeśli dotrą do rzeki żywi i w jednym kawałku. Najpewniej zaraz rozbiją sobie głowy o niesione z prądem straganiki z pamiątkami, albo się zwyczajnie potopią.

Nagle na drodze rozszalałej wody,wyrosła wysoka tama. Ziemia rozerwała chodnik i wypiętrzyła się na dobre 10 metrów w górę. Adrian zdążył tylko pomyśleć, że zabije za to Tobiasza, a chwilę potem woda cisnęła nim o ścianę jak szmacianą lalką. W ostatniej chwili zdążył przekręcić się tak, żeby zamortyzować uderzenie Klechy, ksiądz był nieprzytomny i leciał na spotkanie z tamą głową do przodu. Sam odepchnął się Znakiem, żeby zmniejszyć nieco impet. Niestety, przez gwałtowny nurt, za późno się do niego złożył .
Uderzenie wycisnęło Adrianowi powietrze z płuc, a sekundę potem uderzył w niego rozpędzony ksiądz. Straszne kłucie w boku, niemal pozbawiło go przytomności.

- Moje żebra – syknął wściekły, ale mimo bólu nie puszczał Klechy, nie pozwalając mu się utopić.

Nagle ściana zaczęła się zmieniać, ze zgrzytem zaczęły się w niej formować niewielkie stopnie prowadzące w górę. Adrian westchnął ciężko. Z nieprzytomnym Klechą, w obecnym stanie, wejście po nich będzie cokolwiek niemożliwe. Tobiasz, ty skończony baranie!

- Podaj mi go. – Nagle na jednym ze stopni, tuż nad wodą, zmaterializował się Rudi, rozsiewając wokół czarny dym. – Dasz radę wejść sam?

- Tak – odparł słabo, przekazując mu przyjaciela.

Rudi przerzucił księdza przez ramię i zaczął się ostrożnie wspinać. Adrian ruszył za nim, choć nie było mu łatwo. Jak szacował, miał połamane przynajmniej jedno żebro, o ile nie dwa. Nie był też uzdolniony jeśli chodzi o zaklęcia lecznicze, toteż inkantacja mająca uśmierzyć ból, natychmiast przestała działać. Co za parszywy dzień.
Na szczycie już czekał na nich Tobiasz głupkowato uśmiechnięty i najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony. Adrian planował zetrzeć elementaliście z gęby ten uśmieszek.

- Masz nieuleczalnego popierdolca – warknął na niego. – Powiedz mi, o czym myślałeś, ustawiając na naszej drodze litą skałę, kiedy lecieliśmy razem z tą wodą, Bóg jeden wie ile na godzinę?

- Pewnie o tym samym co ty, kiedy aktywowałeś pułapkę ze smokiem. – Tobiaszowi zrzedła mina, ale z tonu głosu należałoby wnioskować, że nie jest zbyt przejęty faktem, że omal nie zabił Adriana i Klechy.

Adrianowi drgnęła brew.

- To znaczy, że jak długo już tu jesteś? – Jeśli powie, że od początku i że przyglądał się do tej pory bezczynnie, to wtedy już na pewno go zabije.

- Stawiali barierę – uciął dyskusję Rudi. – Marta jeszcze ją kończy i ściąga Sprzątaczy. Tobiasz przyleciał, jak tylko ta mała zaczęła szaleć. Ma dziewucha pierdolnięcie, nie ma co…

Adrian obejrzał się w stronę Zielonej Bramy. Tam kończyła się bariera ustawiona przez Martę i Tobiasza, powietrze falowało, a woda, której udało się wyjść za tamę, nie wyciekła poza nią i nie dotarła do Motławy. Chociaż tyle dobrego. Zniszczenia nie wyjdą dalej poza deptak i żaden zbłąkany cywil się tu nie przyplącze.

Adrian dopiero teraz rozejrzał się nieco przytomniej. Klecha leżał ułożony wzdłuż tamy i się nie ruszał, ale jego pierś unosiła się w równym oddechu. Nie było widać żeby był ranny, ale Adrian mógł się założyć, że tak jak i on ma coś złamane. Na tamie siedział również, oprócz Tobiasza i Rudiego, młody Medvene. Wciąż dziwnie nieruchliwy, ale fakt że siedział oznaczał, że paraliż zaczyna powoli ustępować.

- Co z wiedźmami? – zapytał wreszcie Rudi, z niepokojem patrząc na burzącą się u stóp ściany, wciąż rozszalałą wodę.

- W ich żyłach płynie krew wodnych bóstw – odezwał się cicho i z pewnym trudem Lambert. – Nie utopią się, nawet gdyby bardzo chciały.

- Gorzej jak dostały czymś ciężkim w głowę – zauważył Adrian z goryczą. Jeśli jego wysiłki poszły na marne, to trafi go tu ciężki szlag.

Niespodziewanie oczy Lamberta rozbłysły zimnym, błękitnym światłem, a Adrian poczuł ciepły prąd Mocy. Chwilę potem na niebie zmaterializowały się dwa duże kruki, wyłaniające się z jedwabistego czarnego dymu. Oba, niczym zsynchronizowane latawce, dały nura prosto w spienioną wodę.

- Kurwa – zaklął Rudi. – I tylko ich mi tu jeszcze brakowało.

- A co ja mam powiedzieć? – westchnął Lambert beznadziejnie. – Ojciec jest wściekły, czuję pomimo paraliżu. Obedrze mnie żywcem ze skóry.

Z wody wyłonił się mężczyzna. Wsparł się o jej taflę dłońmi, zupełnie jakby była stałą materią, po czym wynurzył resztę ciała, wspierając się kolanem na rozdygotanej powierzchni. Chwilę potem już stał na wodzie. Za jego plecami ciemna toń cieczy zaczęła się rozstępować. Woda została rozepchnięta na boki przez energetyczną bańkę, która się spod niej wynurzała. Pod tym osobliwym kloszem stał drugi mężczyzna, bardzo podobny do pierwszego, a u jego stóp siedziały cztery kobiety. Wyglądało na to, że nic im nie jest.

- Budź Klechę. – Rudi trącił Adriana w ramię, aż ten syknął z bólu. Był i tak nieźle poobijany, najlżejsze pacnięcie bolało jak sto diabłów. – Jezus z Mojżeszem wpadli na imprezę, na pewno nie chciałby tego przegapić.

- Prędzej zafundował by im ekskomunikę za profanację – mruknął Adrian rozcierając obolałe ramię, a młody Medvene się szczerze roześmiał.

- Raczej by się nie przejęli – stwierdził Tobiasz z filozoficznym spokojem.
* * *

Adrian znalazł swój miecz niedaleko Ratusza Głównego Miasta. Woda wyrwała mu go z ręki i cisnęła w zupełnie inną stronę niż jego. Kiedy schylał się, żeby go podnieść, żebra boleśnie dały o sobie znać. Zaklął parę razy, a potem spróbował ponownie potraktować swój obolały bok zaklęciem uśmierzającym ból. Na nic się to nie zdało. Był naprawdę kiepski, jeśli chodziło o zaklęcia regeneracyjne. Cóż, nie było się w sumie czemu dziwić, opierały się one na magii kapłańskiej, a żeby jej używać trzeba wierzyć. W cokolwiek, chociażby jakiegoś małego, zapomnianego boga. Adrian już dawno stracił wiarę w to, że może polegać na jakiejkolwiek sile wyższej.
Dlatego jego najlepszym przyjacielem było ostrze. Magiczna stal nigdy nie zawodziła, nie była kapryśna, nie trzeba się było do niej modlić czy składać jej czegoś w ofierze, żeby może łaskawie użyczyła swojej mocy. Była mu wierna i uległa, bezgranicznie oddana. Znał ją i jej możliwości i cenił bardziej niż jakiekolwiek bóstwo.

Niedaleko miejsca w którym znalazł miecz, tuż pod ścianą ratusza, coś błysnęło, odbijając promienie słoneczne. Zaintrygowany podszedł do niewielkiego przedmiotu, podniósł go z ziemi i dokładnie obejrzał.
Bryłka lodu. Pod palcami czuł nikłą wibrację zaklęcia, wolę tego, który ją stworzył. Mieściła mu się w dłoni, mógł ją zamknąć w pięści, a na jej powierzchni po obu stronach były wygrawerowane dwie runy. Jedną z nich była Laukaz – powszechnie uważana za runę wody. Jej dodatkowymi właściwościami są: odblokowywanie tego, co zatkane oraz zwiastowanie zmian. Pomaga w spełnieniu każdego określonego życzenia, gdyż, przekazywana bliskim, mówi „tak” na wszelkiego rodzaju prośby.
Drugą runą była Odala. Runa pomaga utrzymać związki, które symbolizowane są przez czarodziejski węzeł. Odala jest runą rodziny, szczepu, ojczyzny. Obdarza poczuciem bezpieczeństwa, stosuje się ją także do ochrony i zachowania wspólnoty, rodziny już istniejącej.

Adrian obejrzał się w stronę wiedźm. Dwie z nich jak kwoki stały nad młodą dziewczyną, która siedziała na niskim schodku którejś z kamienic, z głową między kolanami i zawzięcie wymiotowała. Cóż, żywiołaki użyły jej jako bramy dla rozszalałego żywiołu, jej organizm miał prawo reagować po takim przedstawieniu gwałtownie. Jej ciotka trzymała jej troskliwie włosy na karku, żeby ich sobie nie ubrudziła, natomiast babcia starała się zablokować te sensacje żołądkowe jakimś mało ofensywnym zaklęciem. Cóż, stara Wegnerowa, podobnie jak Adrian, najwyraźniej nie miała talentów w dziedzinie uzdrawiania czy łagodzenia objawów. Matka dziewczyny z kolei, razem z Rudim, urządzała karczemną awanturę dwóm nowo przybyłym mężczyznom – braciom Medvene, wysokiej rangi przedstawicielom Loży. Klecha, razem z Lambertem, synem jednego z Medvene, siedzieli na innym schodku innej kamienicy i wyglądali jak dwie kupki nieszczęścia. Chłopak właśnie został zbesztany przez ojca za samowolkę i nie zaczekanie na wytyczne tylko wejście do akcji na hura. Jako że potrafił się teleportować szybciej i dalej niż inni magowie, dotarł na miejsce wcześniej od swojego ojca i wuja. Powinien był na nich zaczekać. Klecha z kolei dopiero co się ocknął i trzymał się za głowę, najwyraźniej mając koszmarną migrenę. Biedny ksiądz mógł uzdrawiać innych, ale nie mógł uzdrowić siebie. To była jego ofiara, jego poświecenie i pokuta, w zamian za Moc, którą obdarzał go jego Bóg. Dlatego właśnie Adrian nie lubił bogów. Zawsze chcieli czegoś w zamian, tak naprawdę niczego nie robili bezinteresownie, a przecież za takich chcieli uchodzić – dobrych altruistów dla swych wyznawców. Banda hipokrytów.
Tobiasz i Marta biegali po deptaku, goniąc do pracy Sprzątaczy i ciągle szukając w malowidłach na chodniku portalu, którym mógł zbiec sprawca tego całego bałaganu razem z Malkolmem Litnerem. Zadanie mieli o tyle utrudnione, że nawałnica wody, która tu przed chwilą szalała, rozmyła większość kręgów i znaków. Odtworzenie ich będzie trudne, bo najwyraźniej elementarne pułapki były specjalnością tego maga. Adrian dawno już nie widział tak skomplikowanych kombinacji kręgów i runicznych zaklęć. Szczerze – niemal nic z tego nie rozumiał. Dodatkowo Tobiasz zniszczył kilka kręgów wznosząc tamę, a potem tworząc wielką dziurę w ziemi, aby pozbyć się wody z deptaka. Adrian utwierdził się tylko w przekonaniu, że ten chłopak jest bezmyślny i woli najpierw działać niż zatrzymać się na chwile refleksji. Uznał że to chyba powszechna cecha elementalistów. To tacy ludzie demolka, gdzie się nie pojawią, zostawiają po sobie płonące zgliszcza i ruiny.
Tak jak dzisiaj. Ledwie dwóch elementalistów, a deptak wygląda jakby mała armia stoczyła tu bitwę. Adrian znowu zerknął na wiedźmy i ich młodą podopieczną, wciąż nękaną słabością organizmu. No dwóch i pół, jeśli mamy być sprawiedliwi. A to „pół” z tego wszystkiego narobiło najwięcej szkód.

Znowu obejrzał znalezioną bryłkę lodu. Nie miał wątpliwości kto ją zrobił i w jakim celu. Ładny prezent, szkoda żeby się zgubił. Adrian wiedział, że łamie przepisy, ten kawałek magicznego lodu powinien zabezpieczyć jako dowód w tej sprawie, ale naprawdę, nawet on miał małą listę rzeczy świętych. Do takich rzeczy między innymi zaliczały się więzy rodzinne.

- Domyślam się, że to twoje – stanął nad dziewczyną i pokazał jej bryłkę.

Podniosła na niego swoje znękane i zapłakane spojrzenie, ale nim zdążyła mu cokolwiek odpowiedzieć, znowu zgięła się w pół w napadzie wymiotów, zwracając zawartość żołądka prosto na jego buty.
Adrian policzył w myślach do dziesięciu. Spokojnie, sam był sobie przecież winny, stając przy niej powinien wziąć poprawkę na to w jakim stanie się znajduje. Nie jej wina. Ale i tak miał ochotę ją trzasnąć.

- Masz cela Dita – zaśmiała się jej ciotka, choć i ona miała czerwone oczy od łez. – Piękne trafienie.

- Dzięki – wymamrotała dziewczyna słabo i znowu zwymiotowała. Tym razem Adrian zdążył się odsunąć.

- Wybacz jej, jest strasznie skołowana – odezwała się Wegnerowa przepraszającym tonem i uśmiechnęła się życzliwie do Adriana. – Wyjątkowo nie zrobiła tego specjalnie, choć maniery miewa koszmarne.

- Zatem wyjątkowo nie zaprezentuje jej moich równie koszmarnych manier. – Adrian nie był w nastroju żeby silić się na uprzejmości, był obolały i zmęczony.

- Och, już byś się nie droczył, twój ojciec był dżentelmenem, wiem że nie wychowałby syna niepotrafiącego zachować się wobec kobiety. – Wegnerowa najwyraźniej uparła się dziś go sprowokować. Zaraz zobaczy jak to on nie potrafi się zachować wobec kobiety.

- Oddajcie jej to. – Ugryzł się jednak w język i przekazał runiczną bryłkę babci dziewczyny, po czym odwrócił się na pięcie i opuścił towarzystwo.

Może i chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie bardzo wiedział, co by to miało być. Martwił się, ale nie wiedział czy ma w ogóle prawo do tego zmartwienia – był dla nich obcy. Nie potrafił im w danej chwili ani pomóc, ani pocieszyć. One musiały sobie radzić z utratą członka rodziny w swoim gronie. Chociaż bryłka nie stopniała, a napastnik, gdyby chciał zabić Litnera, po prostu by to zrobił – zatem chłopak żyje. Pytanie brzmiało w jakim jest stanie i do czego mógłby być komuś potrzebny. I jak długo będzie potrzebny żywy.
Miał szczerą nadzieję, że chociaż dziewczynie nic nie będzie. Obecnie wyglądała jak trzy ćwierci do śmierci, ale ostatecznie miała do tego prawo. Jej już pomógł na tyle, na ile mógł i uważał, że zrobił dużo. Teraz pora się wziąć za zasadnicze zagadnienie. Dawno nie odczuwał zapału do pracy, zwłaszcza, że był nieźle połamany i okropnie go suszyło.

- Jesteś po prostu nieodpowiedzialny Corbin! – dotarł do niego rozgniewany okrzyk Malwiny.

Obejrzał się w tamtym kierunku, kobieta dalej naskakiwała na Medvene, ale Adrian nie miał pojęcia, że cywilna wiedźma może być z przedstawicielami Loży na ty. Rudi, jak nie on, stał za nią nieco skulony, najwyraźniej zaskoczony takim obrotem sprawy. Zwykle to on generował wszelkie awantury, tymczasem Malwina Litner biła go w tym na głowę. Kobieta z furią w oczach właśnie szykowała się, żeby rozszarpać na sztuki dwóch potężnych magów. Sami bracia Medvene prezentowali co do tego różne postawy. Młodszy – Corbin – miał kamienną twarz i nie zdradzał się z emocjami, cierpliwie wysłuchiwał inwektyw pod swoim adresem. Ivo natomiast miał minę bardzo zniecierpliwioną i Adrian czekał tylko momentu, aż złapie tę awanturną wiedźmę i przetrąci jej kark.

- Przysięgaliście mi, ty i Witek, klęliście się na własne matki, że zaopiekujecie się moim dzieckiem, że włos mu z głowy nie spadnie! – Jeszcze chwila, a rzuci im się do gardeł i przegryzie tętnice. – Jak mogliście dopuścić do takiej sytuacji?!

- Kląłeś się na mamę? – zainteresował się niby to beztrosko Ivo, chociaż jego oczy jarzyły się zimnym, błękitnym światłem. Był naprawdę rozdrażniony. – Corbin, nie masz wstydu, nasza matka nie żyje od jakichś pięciuset lat…

Brat rzucił mu tylko urażone spojrzenie, ale zawzięcie milczał. Za to Malwina już brała wdech, żeby wydać z siebie kolejną serię niepożądanych dźwięków. Rudi miał minę męczenniczka, najwyraźniej sam próbował się porozumieć z przedstawicielami Loży, niestety rozwścieczona wiedźma skutecznie mu to uniemożliwiała.

- Ja bym proponował odłożyć pretensje na później. – Adrian stanął obok Rudiego i, zgodnie z jego oczekiwaniami, wszyscy zgromadzeni spojrzeli na niego. – Mamy dwóch świadków zdarzenia do przesłuchania, tymczasem tracimy czas na bezowocne awantury. Poza tym muszę się napić.

- Ja też – przyznał niespodziewanie Rudi, co było nowością z jego strony, bo picie na służbie uważał za grzech najcięższy, przez co Adrian miał z nim nieprzyjemne przeprawy, kiedy zjawiał się na zbiórkach nie do końca trzeźwy.

- A ja mam rum w domu. – Stara Wegnerowa zaszła ich cichutko od tyłu. – Zapraszam do mnie panowie, moja kamienica znajduje się w obrębie bariery, poza tym moja wnuczka potrzebuje odpocząć, a moja córka nie pozwoli wam jej nigdzie zabrać na przesłuchanie. Ja z resztą też nie.

- Rum – ucieszył się Adrian – Nie wiem jak wy, ale ja idę z babcią.
_________________
I read a book about the self, Said I should get expensive help.

To są właśnie rzeczy
jakie przychodzą mi do głowy
kiedy siedzę w domu podczas burzy,
czekając na telefon od kuratora sądowego
 
 
     
wiedźma z bagna 
Redaktor
...zakała rodu...


Dołączyła: 13 Sie 2010
Posty: 1291
Skąd: z błotnistych bagien
Wysłany: 2010-10-17, 14:48   

Hmmm... Kometa, ja bym nie chciała robić tu za poganiacza mułów, kapo czy inną wredotę, ale: Bierz się dalej do roboty.
Bo mnie aż skręca, co będzie dalej. Bardzo dobry początek czegoś większego. Naprawdę DOBRY
Tak więc nie wiem: łyknij coś, okadź się, czy co tam i do dzieła ... A my sobie poczytamy :mrgreen:
Znalazłam kilka literówek, ale to czysta kosmetyka. Tak więc: WIĘCEJ, WIĘCEJ WIĘCEJ, JESZCZE WIĘCEJ!!! Chociaż nie wiem, czy to wypada poganiać własnego Admina :-P
_________________
I cóż to zmieni, gdy z młodych gniewnych, wyrosną starzy wk..wieni ???
 
     
Mila 
Nawiedzony Praktykant Grabarza


Wiek: 24
Dołączyła: 12 Lip 2010
Posty: 149
Skąd: Polska
Wysłany: 2010-10-17, 15:09   

Powiem ci, ?e zaciekawi?a? mnie. Masz talent i wyobra?nie dziewczyno. Czekam na dalsz? cz???. Naprawd? mi si? podoba. Pisz dalej mo?e nied?ugo znajdziemy jak?? ksi??k? napisan? przez Komete. Oby tak dalej! :-)
 
 
     
Czarownica 
Gawron


Dołączyła: 23 Cze 2010
Posty: 2714
Skąd: z planety Ziemia
Wysłany: 2010-10-17, 18:14   

Tak kometa, nie mo?esz by? wredna i zostawi? nas tak. Ja chc? wiedzie? co b?dzie dalej.
Ty po prostu jeste? sadystk? - tak nas zaciekawiasz i nic wi?cej nie masz ;-)
Ale naprawd?, pisz to dalej.
 
     
kara663 
Weteran
vampiria


Wiek: 24
Dołączyła: 30 Maj 2010
Posty: 457
Skąd: z trumny
Wysłany: 2010-10-17, 18:23   

Masz naprawę talent Kometo :-D Początek tak mnie wciągnął, że aż boję się jak to będzie dalej. Mam nadzieję że niedługo wstawisz kolejny rozdział bo umrzemy z ciekawości :mrgreen: Życzę ci weny a nam cierpliwości :lol:
_________________
- Wyglądasz, jakby palił ci się dom – zaobserwowała Rene.
- Po prostu myślę o tym, że kiedy Wszechświat decyduje dać ci w zęby, to nigdy nie
poprzestaje na tym – kopie cię jeszcze kilka razy w żebra i zrzuca ci błoto na głowę.
- Jeżeli masz szczęście to jest to błoto.
 
 
     
Czarownica 
Gawron


Dołączyła: 23 Cze 2010
Posty: 2714
Skąd: z planety Ziemia
Wysłany: 2010-10-17, 19:12   

Kometa, brawo. Oby Ci wena wróci?a. Bo to naprawd? dobre. I licz? na wi?cej
 
     
Kometa 
Psychodeliczne Ciało Niebieskie
Doppel X


Wiek: 32
Dołączyła: 10 Wrz 2009
Posty: 2620
Skąd: z Kosmosu
Wysłany: 2010-10-19, 20:19   

Czasem tak jest, że wena pojawia się tylko na chwilę, podrzuca jakiś obraz i znika równie szybko jak się pojawiła. Mam tu dla was fragment tekstu, który narodził się właśnie z takiego chwilowego przebłysku. Wcale nie wiem, czy go użyję w Szmaragdowej, czy przetrwa w tej formie, ale pomyślałam, że wam je pokażę :) Jak taką ciekawostkę, jak to wena lubi mnie dręczyć...



- Dajcie spokój, ganianie go nie ma sensu. – Klecha usiadł na kamieniu w miejscu zbiórki.

Był cały spocony i dyszał ciężko. Powoli zbierała się i reszta grupy, mamrocząc pod nosem podobne wnioski. Gdy tylko usiedli do narady, młody jednorożec pokazał się na skraju lasu, przyglądając się im ciekawie.

- Mam wrażenie, że ten niedorobiony mułek mnie prowokuje – warknął Adrian, posyłając mitycznemu stworzeniu złe spojrzenie.

- Kręci się koło nas, ale gdy tylko chcemy go złapać, znika w lesie. – Lambert mamrotał pod nosem rzeczy raczej dla każdego oczywiste.

- Banda patałachów. – Rudi, rozwścieczony porażkami, był w swoim żywiole. Lżył wszystko i wszystkich. – Mamy tu dwóch zajebistych Magów-Alchemików z ponad trzystuletnim doświadczeniem, pieprzonego transmutującego empatę, wysokiej rangi kapłana, psychiczną telekinetyczkę, dwa wilkołaki, wampira, elementalistkę i siepacza-socjopatę ze skłonnościami do pijaństwa... i żadne z was nie potrafi złapać pieprzonego jednorożca?!

- To ostatnie było, przepraszam, o mnie? - Adrian zmrużył gniewnie oczy.

- Zluzuj poślady Rudi, bo ci żyłka pierdząca pęknie. – Ivo beztrosko bawił się swoim amuletem. – I ja, i Corbin ci powtarzaliśmy, że jednorożców się nie łapie. One muszą do ciebie przyjść. Ten jakoś nie jest tobą szczególnie oczarowany, jak widać. A, i nie mów o niej, że jest psychiczna, bo zafunduje ci bliskie spotkanie z jakimś ciężkim przedmiotem. - Mag machnął ręką w stronę siedzącej pod drzewem Blanki. Oczy dziewczyny wyrażały niewypowiedzianą złość.

- Zatem słucham panów specjalistów z doświadczeniem – zasyczał zjadliwie Rudi, nic sobie nie robiąc ze złych spojrzeń małej telekinetyczki. – Jak mam go nakłonić żeby przyszedł?

Corbin uśmiechnął się nieznacznie pod nosem, ale skwitował to tylko wzruszeniem ramion. Ivo jak zwykle okazał się tą bardziej wylewną połową duetu Medvene.

- Mój brat ma zbyt dużo taktu, żeby wyjawiać wam taką wiedzę tajemną – zaśmiał się jadowicie. – Ale ja wam zdradzę ten wielki sekret. Już pomijając, że te śmieszne koniki mają bardzo niską tolerancję na złość i agresję... tak o was dwóch tu mówię – wskazał na Rudiego i Adriana – oraz fakt, że szczujecie go wilkołakami i wampirem, także obecność mojej kobiety, Roba czy Januszka jest tu cokolwiek nie na miejscu, to jeszcze zapomnieliście o najważniejszym. Jednorożce przychodzą do osób czystych. I nie chodzi tutaj o waszą poranną toaletę. Nieskalnych i niewinnych, o czystym ciele i umyśle...

- Mówisz... - Adrian popatrzył na niego z namysłem i parsknął, po czym klepnął Rudiego w ramię. – Stary, potrzebna ci dziewica.

- Ja nie bardzo wiem, jak ja mam to rozumieć. – Maria wyszczerzyła zęby w stronę jednorożca. Koń, pomimo że i tak stał daleko, cofnął się w głąb lasu zaniepokojony. – To znaczy, że on się gorszy na mój widok?

- Raczej chodzi o gwałtowną naturę wilkołaka i zamiłowanie do krwi i śmierci wampira. – Corbin w zamyśleniu kreślił jakieś runy na leśnej ścieżce. - Ja i Ivo za dużo mamy wspólnego z czarną magią. Rudi i Adrian mają agresywne usposobienie, zbyt dużo złości nosi w sobie też Blanka. Jedynymi osobami tutaj na miejscu są Tomasz, Lambert i Judyta, ale niestety my z negatywną energią ich zagłuszamy. Chociaż faktycznie, dziewica w dużej mierze by ułatwiła sprawę.

- Klecha! - Rudi z wigorem klasnął w dłonie. – Ruszaj ten swój świątojobliwy tyłek. Sam słyszałeś, jest robota, jak szyta dla ciebie.

- Jeśli chodzi ci o moje dziewictwo, to muszę cię rozczarować. - ksiądz z lekkim zakłopotaniem poczochrał się po głowie. – No nie patrz tak na mnie. Ty myślisz, że ja zawsze chciałem być księdzem?

Adrian natomiast od razu wiedział, gdzie ma patrzeć. Judyta z kolei próbowała się niepostrzeżenie oddalić.

- A ty gdzie się wybierasz dziewczynko? - zawołał uprzejmie, kiedy Judyta już skręcała w pobliskie krzaki.

Na odzew ze strony Adriana zareagowała gwałtownym wzdrygnięciem.

- To w ogóle nie jest wasza sprawa! - warknęła purpurowa na twarzy, nie wiadomo czy bardziej ze złości, czy ze wstydu.

Zapadła chwila niezręcznej ciszy, jakby towarzystwo nie wiedziało jak ma odpowiedzieć na to jej oświadczenie. Sama Judyta natomiast się zreflektowała, że jeszcze nikt nie zadał jej kluczowego pytania i trochę wyrwała się z tym okrzykiem przed szereg. Poczerwieniała jeszcze bardziej.
Ostatecznie mogłaby się upierać, że odpowiedź dotyczyła niewinnego pytania Adriana a propos tego, gdzie się wybiera, ale nikt tu nie był idiotą.

Niemniej jednak, zamierzała się upierać.
_________________
I read a book about the self, Said I should get expensive help.

To są właśnie rzeczy
jakie przychodzą mi do głowy
kiedy siedzę w domu podczas burzy,
czekając na telefon od kuratora sądowego
 
 
     
wiedźma z bagna 
Redaktor
...zakała rodu...


Dołączyła: 13 Sie 2010
Posty: 1291
Skąd: z błotnistych bagien
Wysłany: 2010-10-19, 20:27   

Hihihi... też bym się upierała :-P .
Podsumowując Kometo, zostaje Ci siąść na ekhm... czterech literach i napisać cóś większego. Początek masz, kawałek środka się zrobił, łap wenę za ogon i ciśnij skubaną.
_________________
I cóż to zmieni, gdy z młodych gniewnych, wyrosną starzy wk..wieni ???
 
     
AISA 
Moderator


Dołączyła: 10 Sie 2010
Posty: 761
Wysłany: 2010-10-19, 20:32   

No KalorJA ;-) rozbudzi?a? moj? chor? ciekawo?? ...
?ycz? weny, to naprawd? dobry materia? na co? wi?kszego...
Zdrad? nam sekret co dzia?a na Twoj? wen? mo?e b?dziemy mog?y Ci jako? pomóc ;-)
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Styl created by enquish from Slums-Attack.org