Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Łabędzi śpiew
Autor Wiadomość
Sophie 
Moderator
Mały Tyran


Wiek: 25
Dołączyła: 24 Sie 2010
Posty: 2820
Skąd: skc
Wysłany: 2014-08-08, 11:24   


Tytuł: Łabędzi śpiew. Księga I
Autor: Robert McCammon

Tytuł oryginału: Swan Song
Tłumaczenie: Maria Grabska-Ryńska
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Data wydania: 23 października 2013
ISBN: 9788361386346
Liczba stron: 517
Cena det.: 41,90 zł

Opis:
„Łabędzi śpiew” to arcydzieło literatury postapokaliptycznej i niezwykła epopeja grozy, swoim rozmachem przypominająca słynny „Bastion” Stephena Kinga.
„Łabędzi śpiew” uznawany jest za jedną z najlepszych powieści o zagładzie ludzkości w historii literatury. Powieść poraża rozmachem i barwną paletą niezwykle wnikliwie nakreślonych postaci, co sprawia, że jest lekturą obowiązkową dla każdego miłośnika literatury postapokaliptycznej na najwyższym poziomie.
Powieść została uhonorowana prestiżową nagrodą World Fantasy Award dla najlepszej powieści roku i jest uznawana za najlepszą powieść w dorobku Roberta McCammona, amerykańskiego mistrza grozy, znanego polskim czytelnikom z niezwykłej powieści „Magiczne lata”.

W odpowiedzi na bezprecedensowo wrogi atak rząd decyduje się użyć broni atomowej. Ameryka, jaką znaliśmy, przestaje istnieć. Teraz wszyscy, od prezydenta USA po nowojorskich bezdomnych, będą walczyć o pozostanie przy życiu.

Na pustyni rządzonej przez strach i agresję, zaludnionej przez potwory i samozwańcze armie, każdy z tych, którzy przeżyli Apokalipsę, zostanie uczestnikiem ostatniej bitwy między dobrem a złem - bitwy która zadecyduje o losach ludzkości.

Siostra, która w gruzach Manhattanu znajduje dziwny szklany artefakt, będący katalizatorem przemian… Joshua Hutchins, były zapaśnik, który chroni się przed opadem promieniotwórczym na stacji benzynowej w Nebrasce… I ona, dziewczynka obdarzona szczególnym darem, która wędruje wraz z Joshem do miasta w Missouri, gdzie zacznie uzdrawiać.

Lecz przedwieczna moc, która zniszczyła Ziemię, wciąż zaciąga rekrutów do swej nieznużonej armii. Nie zawaha się sięgnąć po uzdrowicielkę…

Komentarz:
Nie było łatwo przebić się przez tę powieść, ponieważ na pewno nie należy ona do najlżejszych. Czytałam ją po trochu, po kawałku, po kilkanaście stron, aż wreszcie dotarłam do końca, który końcem wcale nie jest, ponieważ powieść „Swan Song” została w polskiej wersji podzielona na dwa tomy z racji pokaźnej objętości (każdy z nich ma ponad 500 stron).

„Łabędzi śpiew” to historia o swego rodzaju końcu świata, końcu świata dla ludzi, którzy zostali uwikłani w konflikt, na których odbiła się wojna między państwami. Konflikt między USA a Rosją narastał, narastał, aż dotarł do punktu, w którym oba państwa zaczęły obrzucać się atomówkami, rakietami i w zasadzie całym swoim wojskowym zapleczem, unicestwiając całkowicie Amerykę (i w domyśle również Rosję, ale nie mamy wglądu w tamtejsze wydarzenia). Pierwsza fala ataku zniszczyła wszystkie duże miasta, druga zajęła się bazami wojskowymi, a kolejne zrównały z ziemią wszystko, co zostało. Ostateczny wynik jest taki: trupy, ludzie uwięzieni w miejscach, w których się schronili pod ziemią, głód, pragnienie, morderstwa, walka o władzę, powstanie kultu szaleńca, a także dziwne rzeczy dziejące się niektórym osobom.

Autor przedstawia nam na samym początku kilku bohaterów, którzy pokazują nam różne spojrzenia na początek konfliktu, mamy tu na przykład prezydenta, bezdomną kobietę z Manhattanu, małą dziewczynkę podróżującą z matką przez kraj do dziadka, zapaśnika oraz byłego wojskowego, zarządzającego jednym ze schronów, który na nieszczęście nie jest zbyt stabilny, a także chłopca, który razem z rodzicami chce schronić się w owym obiekcie. Jest to dość spora ilość postaci, jednak w późniejszych rozdziałach autor usuwa część z tych punktów widzenia, przez co akcja zostaje skupiona wokół tylko paru ścieżek, którymi podążają bohaterowie, a które śledzi czytelnik. Zabieg moim zdaniem jak najbardziej pozytywnie odbijający się na książce i pozwalający skupić napięcie i zwiększyć dynamikę. Gdyby autor tak nie postąpił, myślę, że wielu czytelników – w tym pewnie i ja – zdążyłoby zapomnieć, co się działo u danego bohatera, zanim akcja znów by się na nim skupiła. Oczywiście postacie przychodzą i odchodzą przez całą historię, ale główne trzony raczej zostają i jestem pewna, że spotkają się gdzieś w drugiej części, będąc swoimi wybawieniami lub wręcz przeciwnie.

Upodobałam sobie ścieżkę wydarzeń skupioną wokół dziewczynki o imieniu Swan oraz zapaśnika Josha, których drogi się krzyżują – wydała mi się najciekawsza, a dodatkowo żadne z nich nie sprawia wrażenia szaleńca, co ma miejsce w przypadku byłego żołnierza, Macklina, a także chłopca Rolanda, który – prawdopodobnie by chronić siebie, swoją psychikę – ubzdurał sobie, że jest rycerzem i musi podążać za królem Macklinem, który wpada na brutalne pomysły, nie dba o nikogo prócz siebie i jest opętanym swoją wizją szaleńcem.

Zaciekawił mnie ponadto tajemniczy jegomość, którego nie można nazwać nawet szaleńcem, ponieważ jest czymś więcej, bardziej i nawet chyba nie jest i nie był nigdy człowiekiem. Jaka jest jego rola? Kim jest i dlaczego sugeruje, że to on jest sprawcą całej tej masakry? Z chęcią przeczytam drugą część chociażby po to, by się tego dowiedzieć.

Powiem szczerze, że mam nieco mieszane odczucia w stosunku do tej powieści – historia sama w sobie jest naprawdę ciekawa, ma wielki potencjał, bohaterowie są świetnie dobrani, ale czegoś mi tu zabrakło, czegoś, co by mnie wciągnęło bez reszty; uczucia zwanego „jeszcze tylko jeden rozdział i idę spać”. Pomysł jest rewelacyjny, choć wcale nie odkrywczy, wykonanie ciekawe, ale czegoś brak. Mam nadzieję, że w drugiej części to niezdefiniowane coś już się odnajdzie. :-)
_________________
Oh yes Daddy is home and he ain’t happy.
 
     
Oksa 
Gawron


Wiek: 33
Dołączyła: 07 Lut 2010
Posty: 1824
Skąd: a cholera go wie
Wysłany: 2014-08-13, 21:42   



Autor: Robert McCammon
Tłumaczenie: Maria Grabska-Ryńska
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Wydanie polskie: 11/2013
Tytuł oryginalny: Swan Song
Rok wydania oryginału: 1987
Liczba stron: 520, 500

Moja opinia: Od momentu, gdy natknęłam się na informację o wydaniu w Polsce „Łabędziego śpiewu” Roberta McCammona, z coraz większym zainteresowaniem śledziłam wzmianki o dacie premiery tej powieści. Przede wszystkim byłam to winna, jako fanka, Stephenowi Kingowi, ponieważ po przewertowaniu kilkunastu anglojęzycznych recenzji tej książki, pod powiekami niemal wypaliło mi się jedno słowo – „Bastion”. Nawet jeśli ktoś nie pokusił się o porównanie tych dwóch postapokaliptycznych pozycji, to w mojej pamięci niestety utonął w morzu osób, które tak uczyniły. Nie będę przecież gorsza, też chciałam się przekonać, czy ta dwutomowa (w Polsce) podróbka Kinga/epopeja, do której Stefanek się nie umywa rzeczywiście wstrząsa fundamentami.

Owszem, „Łabędzi śpiew” został u nas podzielony na dwa tomy i skoro już musiało do tego dojść (a wyszłaby zapewne bez tego potężna kniga) to dobrze, że przynajmniej nie odniosłam wrażenia, iż nastąpiło sztuczne przerwanie opowieści. Tym bardziej że drugą część rozpoczyna informacja o upływie kilku lat od wydarzeń wieńczących jedynkę.

Ogólnie i bez lania wody rzecz ujmując – nie wiadomo, kto zaczął, ale wiadomo, że w efekcie, pewnego pięknego dnia, USA zostaje zalane nuklearnym prezentem od Rosjan. I nawzajem. Co się dzieje u reszty państw, tego już się nie dowiemy, ponieważ coś takiego jak komunikacja cyfrowa czy radiowa przestaje istnieć. Miasta straszą potężną ilością gruzu, a przerażająca ilość pozostałych przy życiu ludzi brakiem człowieczeństwa. W tym nowym, brutalnym świecie jesteśmy świadkami opowieści o losach kilkorga bohaterów, których drogi nieuchronnie zmierzają do przecięcia. Umówmy się, że wydarzenia, które doprowadziły do zagłady bombowej, cała ta otoczka polityczna, spiski, szpiegostwo i inne takie – nie są istotne. W przypadku tej postapo najważniejszą rolę odgrywa obraz zniszczonej rzeczywistości oraz długi proces próby odbudowy tego, co utraciliśmy – życia na ziemi.

McCammon pisze bardzo pięknie. Używa bogatego słownictwa, ładnie i sugestywnie formułuje zdania, lecz nade wszystko z łatwością potrafi wciągnąć Czytelnika w opowiadaną przez siebie historię. Nie nudzi swoimi długaśnymi opisami, wręcz przeciwnie, ukazuje wymyślony przez siebie świat w przyjemnie plastyczny sposób. Jego słowa zostają w głowie, a tam wyobraźnia działa na pełnych obrotach, projektując jeden obraz za drugim. Zbiorowe mogiły, wszechobecna martwota ziemi, smród na spółkę z brudem, a to wszystko w odcieniach burej, przygnębiającej szarości. Byłoby wręcz idealnie, gdyby nie pewna irytująca skłonność autora. Zadeklarowanym życiowym cynikom niejednokrotnie pomknie w górę zniesmaczona brew na wszelkie bijące niczym jeden organ serduszka czy też nieco zbyt przewidywalne przemiany w charakterach postaci dzięki dobroci innej osoby. Pomimo tego że w trakcie lektury mamy nadzieję na pomyślne zakończenie dla naszych ulubionych bohaterów, to jednak zawodzi delikatna kiczowatość niektórych scen, oczywiste granie na uczuciach Czytelnika. Szczerze przyznam, że przeszkadzało mi to jedynie wtedy, kiedy usilnie takie sytuacje analizowałam, może trochę też na siłę szukałam wad w tej cudownej książce, no bo jak to może być, żeby się tak do niczego nie przyczepić. :-)

Nie da się z przyjemnością śledzić losów protagonistów, jeśli żadnego z nich nie polubimy, prawda? Na szczęście McCammon zapoznaje nas z całym wachlarzem osobowości, do wyboru, do koloru można by rzec. To, co najbardziej spodobało mi się w ich kreacji, to pełnowymiarowość. Nawet poboczne postacie prezentują solidny szlif ze strony autora i nie wywołują odczucia sztuczności. To prawda, że kilku głównym graczom można zarzucić albo zbyt kryształową postawę (jak Swan), albo odwrotnie, jednoznaczne zło bez odcieni szarości, ale z całą resztą bez trudu można się utożsamić. Jeśli chodzi o mnie, to moimi osobistymi wybrańcami są Nawiedzona Siostra (co za twarda babka!) oraz Paul.

Trudno się nie domyślić, że po przeczytaniu obydwu tomów „Łabędziego śpiewu” do głowy przychodziły mi same pozytywne określenia. Autor kupił mnie swoim ujmującym stylem, dopracowaną fabułą oraz świetnymi, żywymi postaciami. I co z tego, że czasem bywało sztampowo, ciągłe zwroty akcji w zupełności mi to wynagradzały, tym bardziej, że, jak wspominałam, mogą na to zwrócić uwagę jedynie równie złośliwe osoby jak ja. :-) Na pytanie, czy ta książka jest lepsza od „Bastionu” Kinga, niestety nie jestem w stanie odpowiedzieć, ponieważ postapo mistrza grozy czytałam dobre kilkanaście lat temu. Szczerze jednak polecam wciągającą i pełną emocji lekturę autorstwa Roberta McCammona.
_________________
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.
 
     
hlukaszuk 
Nadworny Smok


Dołączyła: 29 Sie 2010
Posty: 1696
Skąd: z nicości
Wysłany: 2014-09-15, 13:26   

Bardzo lubię post apo, więc Łabędzi śpiew musiał się znaleźć na mojej liście. Trochę jakoś zeszło zanim się do niego zabrałam (prawie rok). Na początek przeczytałam Bastion Kinga (przecież musiałam wiedzieć dlaczego każdy porównuje Śpiew do Bastionu – a potem się okazało, że Bastion dawno, dawno temu czytałam). Potem były wiriole z serii Przejście Cronin Justin i dopiero teraz Łabędzi Śpiew. Wszystko w dość znacznym odstępie czasowym.

Cóż świat wykreowany przez McCammona jest zupełnie inny. Co innego gdy na świecie zostają jednostki, a wszystko wkoło nadaje się do użytku, a co innego jak świat nie nadaje się do życia po wojnie nuklearnej, a ludzie chorują na chorobę popromienną. To wielka różnica. Nie będę się o nim rozpisywać bo koleżanki wyżej zrobiły to bardzo dokładnie. ;-)

Podobieństwo z Bastionem polega na czym innym, na wątku metafizycznym, (akurat tym co mi nie leżało w Bastionie). Dobro i zło walczą do końca. U McCammona, po przeczytaniu pierwszej części nie jest jeszcze tak źle. Sny zostały zastąpione snami na jawie. Jednak to finisz zdecyduje czy te metafizyczne „g” nie zaważy na ocenie całej książki. Zobaczymy jak skończy „Pan zło”. Zaczął nie najlepiej. Przecież "nie urodził się", jak sam zaznaczył, w dniu apokalipsy. To on powinien stać za wciskaniem czerwonych guzików. Tego mi właśnie zabrakło w tym wątku. W Bastionie w ogóle nie pasował mi „Pan zło” do niczego, ani do świata, ani do epidemii. Tak samo matka Abigeil. Dlaczego ona? U McCammona zastępuje ją siostra "ze szkiełkiem". W obu książkach zabrakło mi jakiegoś wyjaśnienia, nawet metafizycznego – dlaczego mamy dwa bieguny, dobra i zła, po co one są? Bo równowaga musi być w przyrodzie? Banał. Ale pole kukurydzy musi być. ;-)

Sposób zapoznania czytelnika z bohaterami jest identyczny jak u Kinga, ale McCammon mu nie dorównuje. W Bastionie widzimy losy bardzo wielu ludzi, nie wiedząc których King uśmierci od razu (zabije ich wirus), a którzy przeżyją, ale nie koniecznie do końca (to że nie do końca jest takie samo u obu autorów). Z kolei McCammon od razu wskazuje nam bohaterów, którzy odegrają istotną rolę. I mimo tego, że bohaterowie Łabędziego śpiewu mi się podobali to i tak bardziej zżyłam się z tymi z Bastionu. To pewnie jest moje subiektywne odczucie, bo tym z Łabędziego śpiewu nie można nic zarzucić. Bardzo wyraziste postacie, różnorodne psychicznie i wiekowo. Od dwunastolatki po kilkudziesięcioletniego mężczyznę. Każde ma silną osobowość (niektórzy nawet dwie :-P ). Świat się zmienił, dla mięczaków nie ma miejsca. Nie znaczy to jednak, że nie można postępować uczciwie, ale taki czas wyzwala w ludziach bestię, to czas wojny i prawo silniejszego.
_________________
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.
 
     
Sophie 
Moderator
Mały Tyran


Wiek: 25
Dołączyła: 24 Sie 2010
Posty: 2820
Skąd: skc
Wysłany: 2014-09-16, 10:47   

Tytuł: Łabędzi śpiew. Księga II
Autor: Robert McCammon
Tytuł oryginału: Swan Song
Tłumaczenie: Maria Grabska-Ryńska
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Data wydania: listopad 2013
ISBN: 9788361386377
Ilość stron: 545

W poprzednim tomie zabrakło mi czegoś, co by mnie wciągnęło bez reszty i co by powodowało, że z wielką przyjemnością bym po niego sięgała, aby przeczytać kolejny rozdział. W tej części już to jednak znalazłam.

Bardzo podoba mi się to, że choć książka została podzielona tylko przez polskie wydawnictwo, kiedy oryginał był jednotomową historią, nie czuć zupełnie tej przerwy jako sztucznej. Między jedną a drugą częścią mamy siedmioletni odstęp w fabule – księga pierwsza pokazuje wojnę, katastrofę nuklearną, a także zmagania ludzi w początkowej fazie po ataku, natomiast dwójka to opowieść o tym, co działo się, gdy ludzie już swoje wycierpieli, mamy tu próby ożywienia ziemi, próby odrodzenia świata po długiej zimie. Tym razem śledzimy tylko dwie, ewentualnie można powiedzieć, że trzy, ścieżki – tych dobrych i tych niekoniecznie. Jak dla mnie jest to dużo lepsza forma, ponieważ między poszczególnymi drogami nie było długiego odstępu, więc akcja toczyła się dość wartko i tych przerw prawie nie było czuć. Poza tym nie podobała mi się zbytnio jedna ze ścieżek, a konkretnie ta „niekoniecznie dobra” (nie lubię szaleńców, fanatyków, a już na pewno takiego idiotycznego zabijania bez potrzeby i niepotrzebnego okrucieństwa, którego jest tam ogrom) – dzięki takiej formie, wiedziałam, że szybko wrócę do przyjemniejszego obozu, więc dużo łatwiej było mi przetrwać mniej ciekawe historie Rolanda i pułkownika Macklina.

Ten tom dużo bardziej niż poprzedni zawiera w sobie elementy konkretnej fantastyki, więcej tu szczegółów, które po prostu nie mają realistycznego uzasadnienia, często mają na celu po prostu popchnięcie opowieści dalej, dużo bardziej niż w jedynce, gdzie przede wszystkim mieliśmy pierścień i wizje. Tu mamy dodatkowo ożywianie ziemi, rośliny-sprinterów, twarze duszy… Ten tom jest też o wiele bardziej pozytywny, może można nawet użyć słowa „słodki”, niż poprzedni.

Ponadto czytało się go o wiele lepiej i szybciej. Z księgą pierwszą miałam spore problemy i męczyłam ją dość długo, natomiast dwójka weszła bardzo gładko i nie raz zdarzało się, że nie mogłam się oderwać i miewałam nawet syndrom jeszcze jednego rozdziału. Pomysł z większym udziałem magicznych uzasadnień niekoniecznie zyskał sobie moją sympatię, ale też nie mogę powiedzieć, by nie pasował on do tej historii – w jakiś sposób stała się ona nierealna w pozytywny sposób.

Krótko mówiąc, polecam.
_________________
Oh yes Daddy is home and he ain’t happy.
 
     
hlukaszuk 
Nadworny Smok


Dołączyła: 29 Sie 2010
Posty: 1696
Skąd: z nicości
Wysłany: 2014-09-28, 18:56   

Druga część za mną. Lubię postapo, ale wątek metafizyczny, dobra i zła - jako sił we wszechświecie, nie mających podstaw kulturowych - do mnie nie przemawia. Tak samo jak dar Swan, który miała od urodzenia, a nie np. jako efekt mutacji, choroby popromiennej. 7 lat i wyszło słońce - co za optymizm, a ostania strona: dzieci, bliźniaki. Obrona miasteczka przed armią w postaci wilczych dołów - są ok - ale jak w nie, nie wpadli piesi zwiadowcy, którzy nie znali ich rozmieszczeni i dowlekli się ostatkiem sił? Szczęście? Pierwsza część podobała mi się znacznie lepiej. Prawdziwe postapo. Dwójka o wiele mniej, ale również. Może zawinił tu Bastion. Po prosu Łabędzi Śpiew się do niego nie umywa, a kiedy się czytało coś lepszego, trudno docenić coś równie fajnego napisanego.
_________________
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.
 
     
attra 
Wielbiciel Ciemności


Dołączyła: 27 Mar 2013
Posty: 99
Wysłany: 2015-09-30, 16:52   

Przerażająca wizja USA po wybuchu wojny atomowej z Rosją.

Książka wciągnęła mnie bez reszty od pierwszych stron.
I trzymała w napięciu do samego końca.
Autor sprawnie i obrazowo prowadzi czytelnika po ruinach miast, pustkowiach i bezdrożach USA.
Bardzo dobrze kreśli postacie i wciąga w fabułę. Dodatkowo prócz wizji zagłady nuklearnej dokłada wątek metafizyczny.
Przez to wciąż odnosiłam wrażenie, że bohaterem brakuje czasu, że co by nie robili, to są na straconej pozycji.
Bohaterowie muszą zmierzyć się nie tylko z obłąkanymi szaleńcami, mordercami, dzikimi zwierzętami, głodem i zimnem. Ale również z czymś, co wydaje się być wszechmocne i niepokonane.
Akcja jest bardzo dynamiczna, wciągająca. Autor zaserwował czytelnikowi kilka zagadek, które w żaden sposób w pierwszym tomie nie zbliżają się choćby do częściowego wyjaśnienia.

Świat jaki powstał po wojnie jest zniszczony, zły, pogrążony w śmierci i braku nadziei na cokolwiek.

Ten klimat końca świata autor ukazuje w sposób perfekcyjny.
Książka na pewno nie jest lekka, ale jest na prawdę dobra.
Polecam.
_________________
książki to mój jedyny nałóg

Moje czytanie
http://miszmasz79.blogspot.com/
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Styl created by enquish from Slums-Attack.org