Takeshi. Cień śmierci

Moderatorzy: Administratorzy, Moderatorzy, Junior Admini

Awatar użytkownika
wiedźma z bagna
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 1298
Rejestracja: 13 sie 2010, 14:40

Post autor: wiedźma z bagna »

Takeshi - Cień śmierci
Obrazek


autor: M. L. Kossakowska
data wydania: 10.04.2014
wydawca: Fabryka Słów
seria: fantastyczna fabryka
strony: 460
cena: 39,90

Opis z okładki

Sztuka walki – najważniejsza ze sztuk?

Nie ma ucieczki przed przeznaczeniem. Mroczny cień śmierci wyłania się z każdą chwilą, niespodziewanie.

Samotna wędrówka gościńcem i krótki wypad do karczmy w sekundę może odwrócić porządek świata. I tylko jeden człowiek potrafi zachować spokój. Nawet w trakcie ostatecznej próby. Walki o życie ze wściekłą jak wulkan psychopatyczną Mariko.

Porywające, pełne intryg starcie klanów podkreślone szkarłatnym cięciem katany.

Kadr wycięty z Kill Bill’a .

Moja opinia:

Z góry uprzedzam, że mam duży sentyment do prozy M. L. Kossakowskiej, zatem poniższy tekst raczej nie będzie nazbyt krytyczny. Zresztą nawet nie ma ku temu powodów. Autorka ma styl i charyzmę, które pozwalają jej tworzyć fascynujące światy nawet w nierzeczywistych osnowach. Ma umiejętność snucia opowieści, która przenika do głębi i przesącza się do realnego świata, wyciskając piętno na czytelnikach. Czaruje słowem, zabierając odbiorcę w magiczną podróż, z której nie chce się wracać.
Takeshi to historia silnie osadzona w klimacie feudalnej Japonii i choć akcja toczy się gdzieś hen… na Nowej Ziemi, charakterystyczne wschodnie akcenty sprawiają, że momentami łatwo można o tym zapomnieć. Książka przesycona jest specyficzną wiarą i ideologią Dalekiego wschodu. Jest swoistym etosem męstwa, pogardy dla śmierci i cierpienia, lojalności wobec zwierzchników. Nastroju całości dodaje subtelnie dozowany mistycyzm i wszechobecny pierwiastek sił wyższych. Bardzo specyficzny schemat relacji międzyludzkich, jakby żywcem przeniesiony z epoki szogunatu. Skomplikowane intrygi na wielu płaszczyznach, zarówno ludzkich, jak i mistycznych.

Jest to opowieść drogi – ciernistej i wyboistej. Drogi powinności i cierpienia. Drogi, której niektóre ścieżki zostały nakreślone przez fatum i choćbyś chciał, nie jesteś w stanie odmienić przeznaczenia. To historia człowieka, którego los już mocno doświadczył. Legenda mężczyzny, który próbuje wziąć życie w swoje ręce, ale jego przeszłość nie daje o sobie zapomnieć.
Zauroczyła mnie ta książka. Niesamowicie barwny, plastyczny język sprawił, że całkowicie wtopiłam się w wykreowany świat. Autorka tworzy realne i namacalne wizje Wakuni - Nowej Ziemi, konstruuje wielowymiarową, wielopłaszczyznową scenę, na której umieszcza poszczególne postacie dramatu i z wirtuozerią manipuluje bohaterami, emocjami, zdarzeniami. Jej oręż stanowi zarówno słowo jak i przemilczenie.
Naprawdę jestem pod dużym wrażeniem. To magiczna książka. Pewnie ma jakieś niedociągnięcia i braki, ale mi umknęły, tak głęboko zanurzyłam się w tę historię.
I cóż to zmieni, gdy z młodych gniewnych, wyrosną starzy wk..wieni ???

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Fanką Kossakowskiej to ja nie byłam, ale po Takeshi na pewno zostanę. Do tej pory przeczytałam Grillbar Galaktyka i Żarna Niebios. Grillbar mi się podobało, ale żadna tam rewelacja. Żarna przeczytałam, bo nie wchodził mi Siewca Wiatru i byłam zachwycona. Mam nadzieję, że teraz lepiej pójdzie mi cykl anielski. Takeshi to całkiem inna bajka. Jestem, byłam i będę fanką Bruca Lee, wszystkich produkcji z dalekiego wschodu utrzymanych w klimacie starego feudalnego świata, klasztorów, shogunów, tajemnych sztuk walki i bóstw (produkcji z gatunku wuxia pian, np. Przyczajony tygrys ukryty smok, Dom latających sztyletów - chyba najbardziej znane). Szczególnie piękne są nowe filmy pełne kolorów i efektów specjalnych. Takeshi jest dla mnie takim właśnie filmem. Kocham dźwięki w tych produkcjach. Wspaniałe krajobrazy i kostiumy. Karma dla oczu, a także dla uszu. Furkoczące dźwięki nie tylko mieczy, ale przede wszystkim wielu metrów materiału. Ich bohaterem przeważnie jest adept sztuk walki. Samotny wojownik /-czka, który nie przejdzie obojętnie wobec krzywdy innych ludzi. To dlatego pewnie tak bardzo podobają mi się stare westerny. Ten sam schemat. „Źli ludzie lubili się mścić więc przyzwoici ludzie powinni ich pozabijać.”

Nie znamy kształtu wykreowanego świata (brak mapy to jedyny zarzut, za to świetne slogany na okładce, bardzo trafne). Wiemy jedynie, że Wakuni to wielka wyspa-kontynent. To na nim dzieje się 95% akcji. Pozostałe 5%, a może mniej, ma miejsce po drugiej stronie cieśniny w drugim najpotężniejszym państwie, Wspólnocie Korporacyjnej Antilii. Przez karty powieści przewija się to, iż Wakuni jest kolonią założoną przez przybyszy z Dawnego Świata, którzy urośli do rangi bóstw, a przybyli spomiędzy gwiazd. Legenda mówi, że „Gdy czas był jeszcze młody, a świat nie znał obecności człowieka, tunelem nad i pod gwiazdami (czyżby Gwiezdne Wrota? :mrgreen: ) przybyła Wielka Bogini Prezes wraz Bogiem Pierwszym Udziałowcem (Kossakowska wyraźnie sugeruje skąd przybyli ;-) ) oraz Świtą Pierwszych Pracowników. Ujrzawszy piękną, rozległą wyspę (…) Rozpoczęli wielkie czary, aby uczynić ją zdatną dla ludzi, gdyż mimo, że piękna i wybrana, nie mogła dać schronienia populacji przybyszów z gwiazd. (…) Przepłynęły wtedy wybrane, święte zwierzęta i rośliny z Dawnego Świata, żeby służyć ludziom. (…) Zwierzęta te nazywamy zatem domowymi, bo ku powszechnemu pożytkowi przybyły mocą pierwszych Bogów z naszego prawdziwego domu (trochę kłania się Schronienie Webera, lubię te klimaty).
Aby uczynić Wakuni kwitnącym ogrodem dla swego ludu, magowie nie zarzucili pracy, lecz świętym, cudownym sposobem wczepili cząsteczki zwierząt i roślin sprowadzonych tunelem nad i pod gwiazdami wybranym tutejszym stworzeniom, aby karmiły nas, odziewały i służyły swą pracą. Te zwiemy odtąd przysposobionymi.
W swej chwale i dobroci Bogini i Bóg pozwolili żyć i mnożyć się większości tutejszych stworzeń, które przetrwały czas Potężnych Czarów Sprawczych, spopieliwszy w swym gniewie jedynie te, które zaprzedały się złu i zagrażały ukochanym dzieciom Bóstw Założycielskich. Ocalone zwierzęta miejscowe zwiemy odtąd dzikimi. (…)
Droga prowadząca tunelem nad i pod gwiazdami ku odległemu Dawnemu Światu wiodła przez splątane korytarze mocy, a była niezwykle długa i trudna do pokonania. Jedynie potęga Pierwszego Udziałowca oraz chwała Bogini Prezes powodowały, że do Wakuni wciąż napływały wieści i towary z prawdziwego domu. Gdy zabrakło Bóstw Założycielskich, więź poczęła słabnąć, aż po wielu dziesięcioleciach zgasła zupełnie.”

W świcie, który przypomina Kraj Kwitnącej Wiśni z czasów feudalnych są jeszcze pojazdy, maszyny i urządzenia na biomasę (podobne do tych ze świata Paolo Bacigalupiego). Nie może też zabraknąć Dworów, Zakonów, shogunów, a przed wszystkim Yakuzy. Główne role w fabule grają Zakony Osławionego Kunsztu. Pod tą nazwą kryją się klany rzemieślnicze, biegłe w starożytnych sztukach, które kultywują i przekazują zapomnianą, starożytną, często niezrozumiałą już wiedzę następnym pokoleniom. Z biegiem czasu powstały także nowe o szczególnych cechach: Zakon Szeczególnych Receptur, Zaciśniętej Pięści, Strażników Prawa, Rozerwanego Kręgu, Czarnej Wody i Uśpionej Wierzby. W książce poznajemy przedstawicieli każdego z nich. W tym tomie Kossakowska najbardziej skupia się na Zakonie Czarnej Wody poprzez Takeshiego.
Zakon Czarna Woda był bardzo stary, otoczony mroczną legendą. Budził lęk, ale i szacunek. Jego Mistrzowie znali wiele tajników magii i mnóstwo prastarej, zakazanej wiedzy. Wykorzystywali je do „produkcji” niezwykle niebezpiecznych skrytobójców, szpiegów, wojowników i morderców. Adepci byli poddawani od najmłodszych lat treningom, które były bardzo wymagające i okrutne. Tylko nieliczni osiągnęli stopień adepta. Aby go uzyskać musieli przejść straszną, morderczą próbę, która bardzo często kończyła się śmiercią lub popadnięciem w szaleństwo. Mistrzowie klanu chwalili się, że ich adepci, nie wykonują bezmyślnie rozkazów, lecz podejmują samodzielne decyzje. I to właśnie doprowadziło Zakon niemal do upadku. Doszło do rozłamu. Większa część członków wypowiedziała posłuszeństwo i wystąpiła z klanu. Mistrzowie ścigali odstępców, a schwytani byli poddawani okrutnym karom. Mimo to renoma Zakonu została zachwiana. Ludzie uważali, że prawdziwymi zbrodniarzami są sami Mistrzowie, a także, że z klanu odeszli najlepsi. Ci, którzy zostali, nie cieszyli się już zaufaniem ani szacunkiem. Adeptów Zakonu chroniła przed pociskami Obręcz Ashurów wypalona na skórze oraz ochronne znaki dopóki miał on siłę władać mieczem, którego magiczna dusza, zwana kami, wzmacniała potężną magię świętych sutr, lecz nic nie było doskonałe. Tarcza też nie. Zmasowany ciężki ostrzał mógł ja przebić. Tarcza osłaniała tylko z przodu i z boków. Nie domykała się z tyłu, bo adept Zakonu Czarnej Wody nigdy nie odwracał się plecami do wroga. Ucieczka była hańbą. Niestety mistrzowie chyba zapomnieli, że nie wszyscy przeciwnicy są szlachetni, a wielu nie ma nic przeciwko temu, żeby strzelić przeciwnikowi w plecy. A może uznali, że dzięki temu życie adeptów będzie ciekawsze i bardziej emocjonujące. Lata spędzone w Zakonie Czarnej Wody uczyły, jak stać się kimś innym, kimś nieważnym, nieistotnym, niegodnym zapamiętania. Przybrać w razie potrzeby nową tożsamość, osobowość, postawę.
Nie będę przybliżać każdego Zakonu, ani ich przedstawicieli, ale dla zachęcenia opiszę Zakon Księżyca Utajonego. Zresztą oficjalnie klan ten od dawna nie istniał. Nie miał siedziby, chramów, świętych miejsc ani nawet starszyzny. Lecz ten kto umiał patrzeć, wiedział, że istnieją. Od momentu powstania zrzeszał 5 klanów magicznych zwierząt (zmiennokształtni) zamieszkujących Wakuni. Koty, psy, jenoty i węże zjednoczone pod przywództwem lisów. Momentem tym było zyskanie mocy i świadomości, a było to jeszcze za czasów gdy po ziemi chodziła Wielka Bogini Prezes i Bóg Pierwszy Udziałowiec. Do Zakonu nie przystąpił jednak najpotężniejszy z klanów - ród smoków. Smoki uważały się za lepsze, za bóstwa i nie miały zamiaru spoufalać się z magicznymi zwierzętami. Dysponowały ogromną mocą i umiejętnościami, zwłaszcza we wróżeniu. Dzięki swym mocom dostrzegły, że coś w nadświecie zaczyna się dziać, że potężna burza wkrótce przetoczy się przez planetę. Tak potężna, że nawet bogowie będą musieli zadrżeć z przerażenia.
Twierdzili, że "Widmo katastrofy może zostać zażegnane. I tym razem nie smoki, ani nawet magiczne zwierzęta, ale ludzie mają moc zaradzenia złu. Jeśli oczywiście okażą się zdolni do wielkich czynów i jeszcze większych poświęceń. Koło przeznaczenia już się obraca. Kilka zwykłych osób może odmienić losy całej cywilizacji.
Najważniejsza figura układu to pewien człowiek, który pragnie zapomnieć o przeszłości. Lecz wszędzie, na każdym kroku ta przeszłość zaczyna się o niego upominać. Będzie uporczywie powracać, aż przestanie on zaprzeczać swojej naturze i stanie do boju, jak przystało na wojownika, za którym wlecze się potężny, mroczy, Cień Śmierci. Jednak jego serce pozostało czyste. Jeśli nie odwróci się się znów od samego siebie, okaże się zdolny do wielkich czynów. Na swej drodze spotka duchy z dawnych czasów. (…) Wszystko, co kiedyś kochał i czego się boi. Sytuacje, które już przeżywał, i dylematy, jakie kiedyś roztrząsał. Jeżeli wyjdzie zwycięsko z tych prób i nie ucieknie, jak to niegdyś uczynił, ma szansę przyczynić się do zwycięstwa dobra i światła. Ale tylko przyczynić. To nie żaden wybraniec, ukryte bóstwo ani bodhisattwa, lecz zwykły człowiek, zaplątany w trudny węzeł dawnych zależności. Nie oczekujcie bohatera, herosa, który ocali świat. (...)”
Taki dżos.
„Czasem okoliczności składają się tak, jakby niektóre rzeczy po prostu musiały się zdarzyć. Jedni zwą to przeznaczeniem, inni tłumaczą długami karmicznymi, a jeszcze inni zwyczajnie nazywają złym losem.”

No i nie mogło by się obyć bez miłości. Starej, pogrzebanej i nowej, młodej, nieokiełznanej i nieodwzajemnionej.

Takeshi przypomina mi trochę Geralta (w dobrym znaczeniu). Zakon, próby, sikanie pod wiatr. Takesji mawia, że „Zawsze są jakieś księżniczki do chronienia i potwory do zabicia”. :mrgreen:

W Cieniu Śmierci zakochuje się nastolatka Haru. Podnieca ją myśli, że do zapadłej wiochy przybył ktoś spoza zwykłego wymiaru. Nie kupiec, nie urzędnik, czy nawet dworzanin shoguna, lecz prawdziwy wyśniony wojownik, bóg, starożytny heros. Nie może się z nim równać żaden zwykły facet, bo nieznajomy jest tajemniczy, a jego ciało pokrywają blizny. Haru czuje się pijana szczęściem. Jest pewna, że wszystko potoczy się tak jak sobie wymarzyła. Czyli on spojrzy na nią. Rozpozna (Niby jak? :-P głupiutkie stworzenie). Będzie ją obserwował i wkrótce zrozumie, że są dla siebie stworzeni. Że ona dusi się tutaj, na tej zapadłej wsi. Razem ruszą w świat, ku szaleństwu, przygodzie, wyzwaniu, niebezpieczeństwu. Będą bronić i ochraniać się nawzajem, a w końcu staną się legendą. (W chińskich filmach owszem bronią, ale tyko wtedy gdyby księżniczkę wychowała niania, która była starym zakapiorem, a Haru to lalka).

Haru to nie jedyna kobieta (podlotek) w życiu Takehiego. "Podążają" za nim jeszcze dwie. Jedna przepełniona miłością druga nienawiścią. Jedna należy do Zakonu Uśpionej Wierzby, druga do Rozerwanego Kręgu.

Najlepszym przyjacielem Takeshiego jest Rei. Zawsze łączyła ich szczególna więź, lecz odkąd Takeshi, ryzykując życie, ocalił go, stała się niezwykła. Chodzi o to, że Rei w ogóle nie jest człowiekiem lecz istotą niezwykle starożytną i tak wiekową, że nie pamięta już, kim jest ani skąd przybyła. Rozbitek spoza czasu. Obecnie jest wędrującym mnichem. Wcześniej adeptem Zakonu Czarnej Wody. Niegdyś wyrafinowany i perfidny zabójca. Dysponuje mocami, lecz pozostają one głęboko uśpione. Kryje za sobą potęgę dawnej, nieznanej rasy.

Mam nadzieję, że was zachęciłam do przeczytania. Książka kończy się tak, że już nie mogę doczekać się kolejnych części. Mam nadzieję, że nie przyjdzie się czekać kilka lat, co najwyżej rok.
Ostatnio zmieniony 19 maja 2014, 19:56 przez hlukaszuk, łącznie zmieniany 1 raz.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Majster
Starszy Asystent Balsamisty
Posty: 257
Rejestracja: 10 lut 2010, 09:06

Post autor: Majster »

Takeshi - jeśli miałbym do czegoś porównywać to do Kill Billa, a być może jakiejś mangi czy animy z której ściągał Quentin Tarantino. Ten sam klimat miecza (samurajskiego), pistoletów i starych, zwariowanych mistrzów równie pokręconych zakonów unosi się pomiędzy kartkami powieści który wcześniej serwowała nam Uma Thurman i s-ka. Do tego pani Kossakowska osadziła to w uniwersum podobnym trochę do cyklu Pan Lodowego Ogrodu swojego męża (Grzędowicza)- czyli w koloni typowo technologicznej cywilizacji założonej w świecie rządzonym przez magię. Cała intryga, momentami się komplikowała, momentami upraszczała, ale zawsze żwawo gnała do przodu, choć w dość przewidywalny sposób. Czyli rzecz została zrobiona w myśl zasady dla każdego coś miłego. No cóż, początkowo czytając Takeshi miałem wrażenie, że za dużo grzybków w tym barszczu, że składniki trochę chaotycznie dobrane. Ale szybka akcja ale i pewna schematyczność powoli zaczęły mnie wciągać, no i mniej więcej tak od połowy dałem się porwać dynamice zdarzeń. Jak dla mnie książka im dalej czytałem tym była lepsza. Podsumowując: 1-szy tom nie umywa się do Pana Lodowego Ogrodu, ale czyta się go szybko i miło, no i poziom powoli się podnosi. Mam nadzieję, że tom 2 będzie lepszy od całkiem niezłego 1-szego. Przydałoby się też coś autentycznie nowatorskiego od siebie, chociaż dotychczasowe inspiracje też są niczego sobie. Także czekam na ciąg dalszy, choć nie tak niecierpliwie jak np na PLO.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2898
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Hlu „nawróciła się” na prozę Mai Lidii Kossakowskiej, ze mną jednak nie jest podobnie. Fanką tej autorki nie byłam i po „Takashim” na pewno nie zostanę; można nawet stwierdzić, że powieść ta tylko mnie oddaliła od takiego pomysłu.
Nie podobało mi się, w ogóle i zupełnie. W zasadzie to cud, że dotarłam do końca – miałam ogromne trudności z pokonywaniem kolejnych stron, a gdy dotarłam do końca, cieszyłam się, że to już koniec. Muszę się pogodzić z faktem, że książki Mai Kossakowskiej po prostu nie są dla mnie – żadna z tych, które dotychczas przeczytałam, nie zaciekawiła mnie szczególnie, w zasadzie jedynie „Siewca wiatru” był dla mnie znośny. Problem zapewne tkwi m.in. w sposobie prowadzenia narracji, który niekiedy przypomina bredzenie szaleńca, a który zupełnie do mnie nie przemawia.
Okropnie wynudziłam się przy „Takeshim”, nic mnie tu nie zainteresowało, za to wiele drażniło. Niesamowicie wkurzali mnie głupcy i szaleńcy wykreowani przez Kossakowską – nie mogłam znieść ani jednych, ani drugich. Głupcy sprawiali, że nóż mi się w kieszeni otwierał i wyobrażałam sobie ich śmierć na wiele różnych sposobów, a szaleńcy sprawiali, że odechciewało mi się wszystkiego i tylko przekręcałam kartki aż zniknęli ze sceny. Są tu albo głupcy, albo sprytni geniusze, albo mili i bezbronni, albo maszyny do zabijania i szaleńcy – nie ma nikogo pomiędzy, co również mi przeszkadzało.
Zauważyłam kilka porównań do filmów, więc widzę, że nie jestem sama – ja także to zauważyłam. Niestety. Zupełnie mi się to nie podoba – przede wszystkim dlatego, że nie lubię wyreżyserowanych książek, a jak będę chciała obejrzeć film, to włączę telewizor. Przyczyną jest też fakt, że po prostu nie przepadam za taką tematyką, nigdy nie mogłam znieść filmów w stylu Kill Billa, a na Bruce’a Lee nawet patrzeć nie mogłam. Daleki Wschód, gejsze, samuraje, szoguni, tajemne zakony w takim wydaniu to zdecydowanie nie moje klimaty.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

ODPOWIEDZ

Wróć do „Książki”