Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Secret Histories - Rodzina Drood
Autor Wiadomość
Oksa 
Gawron


Wiek: 33
Dołączyła: 07 Lut 2010
Posty: 1824
Skąd: a cholera go wie
Wysłany: 2012-06-20, 09:07   Secret Histories - Rodzina Drood



1# Człowiek ze złotym amuletem

Opis: Nazywam się Bond. Szaman Bond. Cóż, w zasadzie to moja ksywka. Tak naprawdę nazywam się Eddie Drood, a to był taki mały żarcik. Tak, a propos mojej licencji i tego czym się zajmuję.

Moja rodzina od wieków stoi na straży bezpieczeństwa ludzkości. Taki fach. To my chronimy cię przed paskudami, które panoszą się, gdy zapada noc. Jako agent terenowy Droodów, nosiłem złoty amulet, zabijałem potwory, broniłem świata i kochałem swoją robotę. A przynajmniej robiłem to do czasu, gdy moja własna rodzina, zupełnie bez powodu obwołała mnie renegatem. I zmusiła do ucieczki. Teraz dzięki tym, których przez całe życie tropiłem i likwidowałem, być może zdołam udowodnić swoją niewinność. Ironia, nieprawdaż?


Moja opinia: Nie byłam szczególnie zachwycona wiadomością, że zamiast kolejnej części Nightside fabryka wydaje pierwszą część zupełnie nowej serii autora. Ale, że Simon Green niezwykle przypadł mi do gustu, więc z ochotą sięgnęłam po jego nową powieść.

Nie jestem może rozmiłowana w opisach, ale jak ktoś ma talent, to przyciągnie moją uwagę do każdego napisanego przez siebie słowa.

Sposób narracji, za który uwielbiam Greena, się nie zmienia. Język jest niezwykle plastyczny, opisy kolejnych postaci albo miejsc zajmują niejednokrotnie sporo linijek, ale ilość przymiotników w nich nagromadzona sprawia, że prawie mamy gotowy obraz przed oczami. Aczkolwiek zdarza się, że autor serwuje nam opis istoty tak groteskowej i nieprawdopodobnej, że trudno to sobie w głowie poukładać, a co dopiero wyobrazić! I to jest kolejna rzecz, którą u niego lubię. Następujące po sobie wydarzenia albo pomysły, kreacja świata są nieraz tak dziwne, oryginalne i nieprzewidywalne, że nic tylko ulokować się w jakimś wygodnym fotelu i dać się porwać tym niezwykłym miejscom, w które zabiera nas autor :-D

Seria ta, w pewnym sensie podobna do Nightside (szczególnie jeśli chodzi o wyżej wymienione elementy), jest od niej jednocześnie zupełnie inna. Zdecydowany prym wiodą - w przeważającej części czarny - humor (no jasne! zapomniałabym o kolejnej rzeczy, za którą go ubóstwiam 8-) ) oraz przygoda. Pewnie, że miejscami jest mrocznie, jest brutalnie albo tchnie uczuciem grozy, ale dość szybko wrażenie znika poprzez ironiczny komentarz bądź zachowanie Eddiego - głównego bohatera - albo jakiejś innej postaci. Są wątki poważne, są sytuacje, których nie da się zbyć miernym dowcipem, ale za moment nastrój wraca na właściwe tory. Można ten zabieg w wykonaniu Greena polubić, albo może irytować. Co kto woli.

Kreacja świata to taki miszmasz narozmaitszych gatunków istot oraz mix przeróżnych legend, mitologii, magii i amuletów, że przestałam się nad nią szybko zastanawiać, tylko zwyczajnie chłonęłam kolejne dziwactwa :) Jeśli światem kierują tak pokręcone zasady, to naprawdę trudno w takich warunkach domyślić się, w jakim kierunku rozwiną oraz zakończą się poszczególne wątki. W niektórych przypadkach można było się niektórych spraw domyśleć, w większości na szczęście trzeba było po prostu przeczytać, co się będzie działo dalej.

Polubiłam Eddiego Drooda. Jest to raczej niezbędne, żeby móc z ochotą sięgnąć po kolejne książki o przygodach danego bohatera, więc cieszę się, że przypadł mi do gustu. Nie rozmieniając się na drobne chciałam jeszcze wspomnieć o jego relacji z Molly Metcalf. Otóż podobało mi się, że autor oparł ją na początek na ostrożnym zaufaniu, poczuciu zrozumienia i bliskości, a także w końcu przyjaźni.
Spoiler:

Nie wskoczyli sobie od razu do łóżek, chociaż wyczuwało się między nimi napięcie zmierzające w tym kierunku. Na końcu zrobiło się nieco nieprzyjemnie melodramatycznie z tym wyznaniem miłości, na które nawet przewróciłam oczy, no ale da się zdzierżyć :-)


Czasami ich dialogi przypominały przekomarzanie się nastolatków i to też w pewien sposób pokazuje ich charakter. Obydwoje stanęli u progu wielkich zmian, na które wcale nie byli aż tak bardzo psychicznie przygotowani, jak chcieli myśleć. Szczególnie Eddie. U niego jednak nie powinno to dziwić.

No to sobie pokadziliśmy, a teraz o małych zgrzytach :-P

Każda kolejna spotkana przez Eddiego osoba, to boss nad bossami, niebezpieczna istota, niepokonana w ten czy inny sposób oraz budząca zatrwożenie w sercach przeciwników. Zabrakło stopniowania. Jeśli każdy jest bad-assem, to jak mamy poczuć, który jest największym z nich i stanowi prawdziwe zagrożenie? Już niech będzie sobie poważany w danej dziedzinie, ale gdy każdy posiada moc mogącą zmienić świat, to robi się niemały bałagan. Zauważyłam, że taki zabieg to u Greena normalka, co niestety jest w moim odczuciu jego największą wadą.

A, zapomniałabym o tym, że wszelkie zło tego świata lubi sobie pogadać na temat własnego filozoficznego podejścia do życia i własnej szanownej osoby, a także polać nieco wody o swoich zamiarach. Zazwyczaj - git, niech będzie, megalomani, szczególnie szukający poklasku, domyślam się, że cierpią na brak słuchaczy, ale czasami to przeszkadzało i miało się wrażenie, że Eddie za łatwo się czegoś dowiaduje.

Następna kwestia dotyczy samego Eddiego.
W Nightside John potrafi się wykaraskać z największych tarapatów, owszem, ale bardzo często dotykają go sytuacje, na które nie ma już wpływu. Nie wszystko kończy się dobrze, nie wszystkie rany da się uleczyć, a ludzi przywrócić do życia. W tej serii Eddiemu wszystko wychodzi.
Spoiler:

Ma całą masę gadżetów, które ratują mu tyłek - tu spoko, ale naprawdę do samego końca, mimo pewnych niedogodnień, Eddie bez większych problemów w idealnym momencie spotyka osobę, która dostarczy mu w idealnym momencie rozwiązanie do posunięcia akcji dalej. W ostatniej chwili ktoś albo coś się zjawia ratując dzień. Kilka razy ujdzie, ale wiecie, co za dużo to naprawdę ZA DUŻO.



I tyle gorzkich żali, bo reszta to wstrząśnięty megashakerem koktajl oraz świetna zabawa :-D Właśnie, idealne słowo, zabawa. Myślę, że tyle Wam ta książka powinna dostarczyć i można bez oporów po nią sięgnąć ;-)

PS. Teraz już tylko pozostaje czekać, aż wyjdzie kolejne Nightside albo Drood. I tu już wyczuwam przeszkody :-?
_________________
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.
 
     
hlukaszuk 
Nadworny Smok


Dołączyła: 29 Sie 2010
Posty: 1696
Skąd: z nicości
Wysłany: 2012-07-10, 05:57   

Oksa napisał/a:
Każda kolejna spotkana przez Eddiego osoba, to boss nad bossami, niebezpieczna istota, niepokonana w ten czy inny sposób oraz budząca zatrwożenie w sercach przeciwników. Zabrakło stopniowania. Jeśli każdy jest bad-assem, to jak mamy poczuć, który jest największym z nich i stanowi prawdziwe zagrożenie? Już niech będzie sobie poważany w danej dziedzinie, ale gdy każdy posiada moc mogącą zmienić świat, to robi się niemały bałagan. Zauważyłam, że taki zabieg to u Greena normalka, co niestety jest w moim odczuciu jego największą wadą.
Oksa napisał/a:
Następna kwestia dotyczy samego Eddiego.
W Nightside John potrafi się wykaraskać z największych tarapatów, owszem, ale bardzo często dotykają go sytuacje, na które nie ma już wpływu. Nie wszystko kończy się dobrze, nie wszystkie rany da się uleczyć, a ludzi przywrócić do życia. W tej serii Eddiemu wszystko wychodzi.
Spoiler:


Ma całą masę gadżetów, które ratują mu tyłek - tu spoko, ale naprawdę do samego końca, mimo pewnych niedogodnień, Eddie bez większych problemów w idealnym momencie spotyka osobę, która dostarczy mu w idealnym momencie rozwiązanie do posunięcia akcji dalej. W ostatniej chwili ktoś albo coś się zjawia ratując dzień. Kilka razy ujdzie, ale wiecie, co za dużo to naprawdę ZA DUŻO.



Przez to wszystko co tu opisałaś Oksa myślałam, że nie przebrnę przez, już nie pamiętam ile, z 200 stron książki. Po prostu wszystko było zbyt błyszczące i idealne. Może po Kornewie bohater Greena wydał mi się nierzeczywisty i trudno mi go było zaakceptować. Kiedy pojawiła się Molly książka zaczęła mi się podobać i tak już było do końca. Suma sumarum wolałabym, żeby to była książka o Molly. To ona przyciągnęła moją uwagę i to o jej przygodach, i uczuciach wolałabym czytać, a nie o rycerzu w złotej zbroi.

Wykreowany świat był strasznie dziwny. Pomieszanie z poplątaniem wszystkiego co techniczne i magiczne. Ciężko było się do tego przyzwyczaić, ale dało radę. Najbardziej można to było odczuć na autostradzie. Trzy zupełnie różne ataki. Co do zakończenia było czysto hooliwoodzkie.
Spoiler:

Chodzi mi o skandowanie imienia osoby wybranej na przywódcę.


Nie podobało mi się. Mimo makabrycznych rzeczy przygody bohatera były strasznie ugłaskane co przełożyło się na takie a nie inne zakończenie. Tytuł idealnie pasuje do książki. Wszystko błyszczy złotem i oślepia. Nie mogłam dostrzec jakiejś przesłanki, drugiego dna, głębszego sensu powieści. Nie znaczy, że nie czytałam z zapartym tchem, ale o żadnej rewelacji nie można mówić.
_________________
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.
  
 
     
Oksa 
Gawron


Wiek: 33
Dołączyła: 07 Lut 2010
Posty: 1824
Skąd: a cholera go wie
Wysłany: 2012-07-10, 08:23   

Niestety fart Eddiego jest też dla mnie dość poważną wadą tej książki. Mimo wszystko, jak pisałam, książka wciąż bardzo mi się podobała, ale uważam, że dobrze jest ją zacząć czytać z pewnym nastawieniem:
Oksa napisał/a:
I tyle gorzkich żali, bo reszta to wstrząśnięty megashakerem koktajl oraz świetna zabawa. Właśnie, idealne słowo, zabawa.


PS. a poza tym hlu walisz w poście spojlerami o zakończeniu.
_________________
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.
 
     
Blair 
Junior Admin


Wiek: 23
Dołączyła: 26 Mar 2011
Posty: 1465
Skąd: I tak nie trafisz
Wysłany: 2012-07-10, 09:33   

Ja miałam odwrotnie niż ty Hlu, mi książka podeszła od razu.
Naprawdę nie wiem jak ten pisarz to robi, ale ma wspaniały styl. Chłonęłam, połykałam tę powieść wręcz. Różnorakie opisy, nawet wydarzeń, które bardzo trudno było sobie wyobrazić, jakoś do mnie przemawiały.

Polubiłam Eddiego jako postać, Molly troszkę mniej. Właściwie cała ta książka jest taka... surrealistyczna. Wiadomo, że gdy autor pisze książkę, bazuje na pewnych fundamentach. Główny bohater musi zmierzyć się z wieloma przeciwnościami losu i chociaż na końcu pozostaje żywy i lśni zwycięstwem, to wszyscy wiemy, że ta wygrana wojna kosztowała go masę przegranych bitew. Tutaj tego nie było Eddie za jednym zamachem, bez większego zmęczenia, pokonywał największych wrogów. Troszkę mi to przeszkadzało, nie powiem. Jednak sądzę, że to taki urok tej książki.

Z resztą od samego początku fabuła skojarzyła mi się z "Facetami w czerni", a tych po prostu ubóstwiam. :mrgreen: Więc jak "Człowiek ze złotym amuletem", mógłby mi nie przypaść do gustu? :roll:

Oksa napisał/a:
I tyle gorzkich żali, bo reszta to wstrząśnięty megashakerem koktajl oraz świetna zabawa Właśnie, idealne słowo, zabawa. Myślę, że tyle Wam ta książka powinna dostarczyć i można bez oporów po nią sięgnąć


Masz rację, Okso. Zabawa to najlepsze określenie całości.
Chociaż autor przeforsował czytelnika przez wiele absurdów, pisarskich wpadek ( no nie powiecie, że Eddie to nie jest taki... Gary Stu? :-P ) to powieść zapada w pamięć, wywołuje masę pozytywnych emocji, a przede wszystkim dostarcza rozrywki.

Osobiście egzemplarz to może sobie nawet zakupię... :twisted:
_________________
One prerson's craziness is another person's reality
- Tim Burton
 
 
     
hlukaszuk 
Nadworny Smok


Dołączyła: 29 Sie 2010
Posty: 1696
Skąd: z nicości
Wysłany: 2012-07-10, 11:38   

Blair napisał/a:
Zresztą od samego początku fabuła skojarzyła mi się z "Facetami w czerni", a tych po prostu ubóstwiam.


Też lubię Facetów w czerni, ale mi fabuła skojarzyła się raczej z James'em Bondem. I przez nazwisko, i przez gadżety, a także Zbrojmistrza i przypadkowe kobiety.

Cytat:
Naprawdę nie wiem jak ten pisarz to robi, ale ma wspaniały styl. Chłonęłam, połykałam tę powieść wręcz.


Od pojawianie się Molly też tak miałam, ale jako podsumowanie całości blask mnie przytłoczył.
_________________
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.
 
     
Blair 
Junior Admin


Wiek: 23
Dołączyła: 26 Mar 2011
Posty: 1465
Skąd: I tak nie trafisz
Wysłany: 2012-07-10, 12:28   

hlukaszuk napisał/a:
Blair napisał/a:
Zresztą od samego początku fabuła skojarzyła mi się z "Facetami w czerni", a tych po prostu ubóstwiam.


Też lubię Facetów w czerni, ale mi fabuła skojarzyła się raczej z James'em Bondem. I przez nazwisko, i przez gadżety, a także Zbrojmistrza i przypadkowe kobiety.


A, zapomniałam. Faktycznie James Bond też mi się przewinął przez myśl.
To wygląda tak, jakby autor zmiksował oba te tytuł i wyszedł właśnie "Człowiek ze złotym amuletem".
Z ciekawości już przeczytałam pierwszy rozdział "Czegoś z Nightside" i powiem szczerze, że jeśli chodzi o fabułę, to widać różnice. Główny bohater też jest tak jakby bardziej... rozżalony? rozgoryczony?
Eddie zachowuje się jak przerośnięty nastolatek :-P

Właściwie to dobrze, że widać taką różnicę. Dzięki temu wiadomo, że autor nie powiela swoich pomysłów i potrafi wykreować pełną postać. Coraz bardziej go lubię 8-)

Co do Molly. Kurcze, w dziewczynie przeszkadzało mi to, że
Spoiler:

niby miała taką dużą awersję do Droodów, ale gdy poznała sekret Eddiego, to nawet nie wywiązało się żadne krwawe starcie :-/



Po drugie, jestem ciekawa trzech rzeczy, jeśli chodzi o kontynuację.
Spoiler:

Autor dość tajemniczo stworzył wątek "mocy" Molly. Nie pamiętam dokładnie, ale jestem pewna, że była tam taka sytuacja, kiedy okazało się, że dziewczyna wiele poświęciła dla swoich umiejętności. Czy to oznacza, że one nie były wrodzone? Że je pozyskała? A może po prostu zwiększyła?
Dwa.
Eddie był przez cały czas taką "czarną owcą". DLatego też trudno mi uwierzyć, że pod koniec wszyscy byli dla niego tacy przyjacielscy i mili. OMG. To wydaje się prawie niemożliwe.
Trzy.
Miałam dziwne uczucie, że każdy, kogo nie lubił nasz główny bohater, to później okazywał się postacią złą do szpiku kości i siejącą zUo :roll:
Najlepszym tego przykładem jest Matt i Alex, ale może po prostu się czepiam...

_________________
One prerson's craziness is another person's reality
- Tim Burton
 
 
     
Oksa 
Gawron


Wiek: 33
Dołączyła: 07 Lut 2010
Posty: 1824
Skąd: a cholera go wie
Wysłany: 2012-07-13, 11:05   

Spoiler:

Blair napisał/a:
Autor dość tajemniczo stworzył wątek "mocy" Molly. Nie pamiętam dokładnie, ale jestem pewna, że była tam taka sytuacja, kiedy okazało się, że dziewczyna wiele poświęciła dla swoich umiejętności. Czy to oznacza, że one nie były wrodzone? Że je pozyskała? A może po prostu zwiększyła?

Jestem niemal pewna, że ten wątek zostanie pociągnięty dalej. Molly, mimo tego, że jest dość zdolną wiedźmą, to sama przyznaje, że do swojego obecnego poziomu nie doszła bez "pomocy" innych. Podejrzewam, że z kimś musiała zawrzeć jakiś mały pakcik i w końcu ktoś się upomni o zapłatę.
Blair napisał/a:
Eddie był przez cały czas taką "czarną owcą". DLatego też trudno mi uwierzyć, że pod koniec wszyscy byli dla niego tacy przyjacielscy i mili. OMG. To wydaje się prawie niemożliwe.

Myślę, że zadziałał szok, niedowierzanie i nie do końca posiadanie czasu na przetrawienie usłyszanych informacji na temat prawdziwych dziejów rodu Droodów. A jednak racja, tchnęło to naciąganiem. Mam więc nadzieję, że w przyszłych tomach autor pokaże, że nie wszystko w tej przymusowej unii wypadnie kolorowo.
Blair napisał/a:
Miałam dziwne uczucie, że każdy, kogo nie lubił nasz główny bohater, to później okazywał się postacią złą do szpiku kości i siejącą zUo
Najlepszym tego przykładem jest Matt i Alex, ale może po prostu się czepiam...

Nie ze wszystkimi tak było, ale Matt i Alex byli jak dla mnie takim oczywistym wyborem, że aż przykro.


W pewnej recenzji przeczytałam, że o jakości książki, a właściwie o naszej sympatii do niej, świadczy to, ile błędów jesteśmy jej w stanie wybaczyć. A więc przyznaję, dostrzegam, niejednokrotnie krzywo spojrzę, ale... mimo wszystko to była taka fajna zabawa i wspominam ją miło :-D
_________________
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.
 
     
Czarownica 
Gawron


Dołączyła: 23 Cze 2010
Posty: 2714
Skąd: z planety Ziemia
Wysłany: 2012-07-13, 12:02   

Zgadzam się. Książka mi się podobała więc błędów nie wyłapywałam i przyjęłam ja z dobrodziejstwem inwentarza. Po prostu czytłam, a nie krzywiłam sie, że to mi się nie podoba, tamto nie podoba. Po prostu - całośc była ok.
 
     
Sophie 
Moderator
Mały Tyran


Wiek: 25
Dołączyła: 24 Sie 2010
Posty: 2827
Skąd: skc
Wysłany: 2012-07-19, 11:45   

Początek był straszny i myślałam, że szlag mnie trafi ilekroć Edwin wyciągał za pazuchy jakąś "zajebistą i całkowicie niepokonaną" broń czy też umiejętność/dar, których nikt, absolutnie NIKT, nie potrafił zwyciężyć. Bleh. Dostawałam kurwicy prawie za każdym razem, gdy pokazywał nową zabawkę lub opisywał swą jakże zajebistą bondowską bryczkę czy też Rezydencję rodzinną, wokół której wesoło hasały jednorożce oraz inne fantastyczne istotki. To wszystko było ostrym przegięciem. Rozumiem, że miał być to w jakimś stopniu pastisz lub parodia, pokazanie Bonda, Rodziny Soprano, Supermana, Batmana oraz innych manów i herosów w przejaskrawionym miksie. Jednakże... Kurde no, nie musi mi się to podobać. Było tego zdecydowanie za dużo, zbyt mocno wyeksponowana niezwyciężoność, celność, siła i jakże nadużywana "bondowość" (mięsożerne samochody, wehikuł czasu w zegarku, broń z nieskończenie dużą ilością naboi samonaprowadzających, złota zbroja zapewniająca szybkość, siłę i niezniszczalność). Dziwaczne przezwiska (bo mam nadzieję, że prawdziwe imiona to nie były) takie jak Doktor Delirium, Szaman Bond, Archie Odrzyskóra, Karma Katacheta, Joe Szarlatan, Duch Indygo, które być może w oryginale były zabawne i ładnie brzmiały, jednak po polsku mogą budzić śmiech i to nie ten pozytywny. Już nie wspomnę o nazwach broni i miejsc - Dłoń Chwały (od tego to już się chyba nie uwolnię :-? ), Skarbnica Apokalipsy, Uniform Unicestwienia... Dopiero może po stu stronach wreszcie wszystko się ustabilizowało, a Eddie nie wyskakiwał z nowymi zabawkami, i mogłam cieszyć się lekturą. Było całkiem ciekawie, akcja szybka, żadnych mdłych scenek. Niestety, w zakończeniu znów powróciły nader zabójcze zabawki oraz pojawiły się dodatkowo patetyczne przemowy. Jak to zwykle w fikcji bywa czarne charaktery zdradzili cały swój plan przed naszym bohaterem, wyspowiadali mu się od A do Z. Co jest takiego pociągającego w zdradzaniu swego misternego planu, że autorzy usilnie starają się doprowadzić do rozmowy tuż przed ostatecznym starciem?
Drood strasznie mnie irytował na początku oraz końcu książki. Zbyt łatwo mu szło pokonywanie przeszkód, zbyt łatwo wychodził z opresji w jednym kawałku (A jeśli jakaś ranka się mimo wszystko pojawiła? Od ręki się uleczył lub zrobił to ktoś inny. Poharatane wnętrzności? Żaden problem.) Podobała mi się za to postać Molly, mimo iż była niespójna i, że tak powiem, przejawiała objawy jakowegoś rozdwojenia osobowości (a może to właśnie dlatego mi się spodobała?). Przyznam też, że zdarzały się miejsca, gdy się uśmiechnęłam albo nawet zaśmiałam i to jest zaleta, dobrze że znalazły się elementy komiczne, ale nie żałosne. O wpadkach autora już wspominać nie będę, ponieważ wszystkich nie spamiętałam.
No cóż, liczyłam na coś lepszego, aczkolwiek tak fatalnie to nie było. Gdyby zmniejszyć zajebistość oraz fart Eddiego i odebrać mu część zabawek... Kto wie, co mogłoby z tego wyjść.
_________________
Oh yes Daddy is home and he ain’t happy.
 
     
destrakszyn 
Destrukcyjna Esencja Wszechświata
Ostra jak komar


Wiek: 23
Dołączyła: 07 Sie 2010
Posty: 974
Skąd: skc
Wysłany: 2012-07-22, 23:47   

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony książka mi się podobała, lektura była płynna i szybka, ale z drugiej strony - zbyt płynna, zbyt szybka.

Czytało się przyjemnie ze względu na styl autora - taki, jaki lubię, pełen niekonwencjonalnych porównań i skojarzeń, niejednokrotnie umilał te chwile, w których zaczynałam wątpić w sens tej powieści. Plusuje także to, iż było wiele momentów, w których się śmiałam bądź tylko uśmiechnęłam, rozbrojona czarnym humorem i ironią, jakie tryskały z myśli Eddiego, a także wypowiedzi innych bohaterów.

No cóż... i w sumie tyle.

Fabuła rysowała się obiecująco, zatem niedziwne, iż byłam straszliwie rozczarowana za każdym razem, kiedy Edwin wychodził cało ze starcia z jakimś superprzeciwnikiem. Tak, jako główny bohater i narrator musiał przeżyć, ale czy nie mógł salwować się ucieczką? Każdy kolejny antagonista na jego drodze rysował się jako praktycznie ktoś niepokonany, a jeden Drood i szalona wiedźma na pewno nie dadzą mu rady... Ojej, to antagonista jest już trupem? Krótko - wszystko szło zbyt gładko, Eddie był zbyt potężny, zbyt sprytny, zbyt zajebisty. Może i miała to być parodia wspomnianych przez was dzieł, ale ja tego tak nie odczułam, niestety.

Wg mnie ta historia miała ogromny potencjał i gdyby autor darował sobie te wszystkie wyjścia z sytuacji bez wyjścia, namnożył nieco problemów z dogadywaniem się z potencjalnymi sprzymierzeńcami Eddiego, nasłał na niego łowców głów i różne poczwary, po prostu wydłużając całą sprawę, książka miałaby się lepiej. W zasadzie widziałabym to raczej jako cały cykl, może trylogia? Droodowie niby tacy potężni, a jeden człowiek w zasadzie bez większych problemów ich pokonał. A koniec... zbyt ugłaskany.

Spoiler:

Cholera, jestem naprawdę tolerancyjną osobą z otwartym umysłem, unikającą uprzedzeń i stereotypów, ale mam problemy z szybkim zaakceptowaniem kogoś, kogo wcześniej nie darzyłam sympatią, nawet jeśli ten ktoś się znacząco zmienił. Zaś Rodzina to wielka organizacja, pełna tradycjonalistów i konserwatystów, która niejednokrotnie potępiała Eddiego za jego postępowanie (wystarczy sobie przypomnieć, co Edwin mówił o walkach z Molly), by na końcu przyjąć go do siebie bez szemrania? Najpierw ogłoszono go renegatem, czyli kimś, jak zawsze uczono ich wierzyć, pozbawionym sumienia i zasad, zdrajcę. Potem wdarł się do ich domu, zaczął go niszczyć, część mieszkańców zranił lub zabił, zaatakował męża Matrarchini, rozbił przedmiot najwyższego kultu!, a oni spokojnie go wysłuchali i od razu przyjęli z powrotem. Zgadzam się z wami, coś tu poważnie nie gra.



Jestem ciekawa kolejnych tomów, głównie ze względu na osobę Molly - myślę, że ta postać może okazać się kimś więcej i poważnie skomplikować sytuację. Oby tylko znów Eddie nie znajdował tuzina rozwiązań na każdym kroku. Mimo wszystko czytało się całkiem przyjemnie, choć ani nie polecam, ani nie odradzam. Myślę, że po tę pozycję mogą spokojnie sięgnąć osoby, które szukają przede wszystkim rozrywki, podobnej do tej czerpanych z seriali i podrzędnych filmów, a mniej stawiają na wysoką jakość w każdym aspekcie lektury.
_________________


Nothing is true, everything is permitted.

Nic není pravda, vše je dovoleno.
 
 
     
wiedźma z bagna 
Redaktor
...zakała rodu...


Dołączyła: 13 Sie 2010
Posty: 1293
Skąd: z błotnistych bagien
Wysłany: 2014-03-16, 11:20   

Ej, to ja jestem dziwna jednak. Mnie Molly wkur... wkurzała sakramencko przez większość czasu.
Nie to, żeby Eddie nie. Eddie był tak zajebisty w każdym calu, że ten blask, co od niego bił, normalnie przepalał neurony. Ale i tak wolę jego od Molly. Jako bohaterka-spiskowiec, oaza doświadczenia, mistrzyni wywoływania burd różnorakich i wykorzystywania metod ze wszech miar innowacyjnych (no wszy łonowe - szpiegi bezcenne :-P ), wykazała się kilkukrotnie tak skrajnym infantylizmem i naiwniactwem, że sorry bardzo. Od kobiet jednak więcej wymagam. Faceci - wiadomo - towar felerny z gatunku :twisted:
Jej postać była/jest tak niespójna, że niestety trącająca jakimś rozpięciorzeniem osobowości. I jeszcze te ekspresowe uczucie - bleeee.
Ogólnie jak dla mnie było po prostu za szybko, za łatwo, za pięknie. Wszystko o czym już pisałyście. Nawet mi nie przeszkadza, że się Eddie z każdej sytuacji wykaraskał, ale, do cholery jasnej, mógłby chociaż parę razy dostać jakiś porządny łomot, dać plamę, spocić się porządnie, a nie tak... Ciekawe pomysły, które sposób prowadzenia akcji całkowicie odarł z napięcia. A mogło być tak pięknie, eh.

Ja naprawdę przeczytałam tę książkę z przyjemnością. Bo właśnie styl, bo humor, bo szybkie tempo. To są rzeczy, które sprawiają mi przy czytaniu dzika frajdę. Naprawdę niejednokrotnie się uśmiałam. W przeciwieństwie do Zofiji, nie raziły mnie nazwy - osobiście jestem zafascynowana nazwami artefaktów w Diablo i Dłoń Chwały to takie tam... I, jeśli kiedykolwiek wydadzą dalsze części, z pewnością przeczytam. Z przyjemnością. Pozostaje jednak pewien niedosyt, bo naprawdę mogło być fascynująco.
_________________
I cóż to zmieni, gdy z młodych gniewnych, wyrosną starzy wk..wieni ???
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Styl created by enquish from Slums-Attack.org