Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: WereWolf
2011-08-15, 19:41
[txt] destrakszyn - O wiedźmowatości
Autor Wiadomość
destrakszyn 
Destrukcyjna Esencja Wszechświata
Ostra jak komar


Wiek: 23
Dołączyła: 07 Sie 2010
Posty: 974
Skąd: skc
Wysłany: 2011-01-23, 11:32   

Wredotus Cholerykus Bagnus
Cz??? V


Monika opar?a si? o pie? drzewa, ci??ko dysz?c. Do diab?a, mia?a przecie? ?wietn? kondycj?! Widocznie jej chochlicze cia?o nie. Zerkn??a na wied?m?, której oddech przypomina? ?wist, i, mentalnie, poczu?a si? lepiej.
- Przesadzacie – skomentowa? Igam i ra?no pokonawszy ostatnie par? metrów, stan?? si? na ?ysym szczycie góry, obok D?ejmsa.
- ... a wtedy ja mu powiedzia?em, ?e...
- Daleko jeszcze? - wysapa?a Ewa. Wedymy rzadko kiedy s? wysportowane. Po co maj? si? przem?cza?, skoro maj? miot?y, konie, samochody, motocykle i/lub niewolników? Nawet je?li miot?a si? z?amie, ko? zdechnie, pojazdy popsuj?, niewolnicy og?osz?...
- ... i on na to, ?e jam g?upiec i k?amca...
... strajk, to zawsze znajdzie si? jaki? ch?tny do podwiezienia, ewentualnie poniesienia.
Ale mimo tego, Ewa mia?a dziwne wra?enie, ?e zmiana postaci negatywnie na ni? wp?yn??a. Nie jest przecie? a? tak beznadziejna, ?eby zipa? na byle pagórku.
- Jeszcze w dó? i jeste?my, to niedaleko – pocieszy? j? Igam, kiwaj?c si? w ty? i przód, ze wzrokiem skierowanym w dó?, na drug? stron? wzgórza.
- ... i wtedy ja wyci?gam pistolet...
- Jestem g?odna – j?kn??a Monika, stan?wszy przy chochliku.
- ... zaczynam strzela?, on te?, s?ysz? krzyki...
Chochlik zignorowa? i Monik?, i D?ejmsa, co by?o szalenie nieuprzejme i ma?o przemy?lane (Monika ju? zacz??a knu? zemst?, ale Bonta brak zainteresowania nie obszed? ani troch?), lecz w owej chwili Igam skupi? si? na pa?acu, stoj?cym w dolinie, w samym ?rodku ruchliwego miasta. Przed zamkiem wida? by?o sporych rozmiarów pomnik. Dziewczyna-chochlica pod??y?a za spojrzeniem Iabgkrianbdakluma.
Pa?ac by? bajkowy. Disneyowski. Czaruj?cy. Niesamowity.
- Wielka mi rzecz – prychn??a z lekcewa?eniem. - Kicz i tandeta. Pedofilowaty.
- Te? tak uwa?am – powiedzia? nabo?nie, z zachwytem wpatruj?c si? w budynek. - Obrzydliwy. Okropny. Oble?ny. Tak. Pedofilowaty.
Sztywnymi ruchami zacz?? schodzi? w dó?. Wedyma westchn??a ci??ko, podesz?a bli?ej i z?apa?a go za ko?nierz.
- ... w nagrod? za zas?ugi wybudowali mi pomnik i czcz? jako bóstwo...
- Opanuj si?. Mamy si? dosta? do ?rodka na w?asnych nogach, w nie wci?gni?ci przez stra?ników. I co ci w ogóle jest?
Igam zamruga?, jakby budzi? si? ze snu.
- Tam jest burdel królewski – powiedzia?, lekko nieprzytomnie.
- ... ruszy?em dalej, bo wci?? przecie? nie z?apa?em obiektu...
- No i wszystko jasne – mrukn??a Ewa, obracaj?c chochlika twarz? do siebie. Skrzy?owa?a odpowiednio palce i wyszepta?a jakie? popl?tane, trudne s?owo z du?? ilo?ci? eLek i eRek.
Iabgkrianbdaklum zosta? brutalnie wyrwany z przyjemniej mgie?ki zachwytu i uwielbienia, gdy? niespodziewanie poczu?, jak pewna cz??? jego cia?a sflacza?a. Wrzasn?? cienko, ale nim zd??y? zrobi? co? jeszcze, wied?ma cofn??a nog? z gro?n? min?... Szybko umilk?. Kopni?cie nie nale?a?oby do najprzyjemniejszych.
- Opanuj si? – powiedzia?a Ewa raz jeszcze, surowym, gniewnym g?osem. - To na par? dni, jaki? tydzie?, potem zniknie samo.
Chochlik prawi? si? pop?aka?.
- Tydzie??! Siedem dni! Sto sze??dziesi?t osiem godzin! Tysi?c osiemdziesi?t minut! Sze??set cztery tysi?ce...
- ... i w ko?cu znalaz?am skurczybyka, chocia? by? tak zamaskowany, ?e g?owa ma?a, pies by nie odró?ni? od prawdziwego krowiego placka...
- ... osiemset sekund!
- No i co z tego? - zapyta?a prosto Monika. Igam chwyci? si? za w?osy w przyp?ywie mia?d??cej rozpaczy.
- No jak to co? Taki szmat czasu bez ani jednego numerku! Nigdy nie odbuduj? swojej reputacji! Zostanie mi ju? tylko zakon z seksem raz dziennie i to w dodatku z jedn? przez ca?e ?ycie!
- Zaiste, przera?aj?ce. - Wied?ma przyg?adzi?a w?osy, chwyci?a jeden kosmyk i zacz??a mu si? przygl?da? ze skupieniem.
- Ale przecie? od kiedy pojawi?e? si? na bagnach... - Monika urwa?a, kiedy Igam spojrza? si? na ni? z mieszanin? politowania, niesmaku i urazy. Zrozumia?a, dlaczego od czasu do czasu, gdy traci?a Iabgkrianbdakluma z oczu, po powrocie widzia?a go z ciemnozielonymi plamami na policzkach.
Nie dziwota, pewnie si? zmacha?.
- Ale z kim? - zapyta?a, troch? nie dowierzaj?c. Las wydawa? si? pusty...
- Och, znalaz?o si? par? ch?tnych. Mo?e i król chce wrzuci? do lochów...
- ... zastrzeli?em faceta i wtedy dzwoni do mnie eM., ?e mam znale?? jakiego? Tomka Ridla, pseudo Waldekmorda, i kolesia usun??. My?l? sobie: no spoko, nie ma sprawy, po czym go poznam, a ona mi na to...
- ...ale to tylko zwi?ksza moje powodzenie. Rozumiecie, je?li nam si? nie powiedzie, przez jakie? najbli?sze tysi?c lat b?d? torturowany brakiem dost?pu do samic. – Tu zas?pi? si? troch?, zaraz jednak znów o?ywi?. Ale nie za bardzo. Jego g?ówny organ my?lowy i emocjonalny (nie, to nie to o czym my?licie, serio. NAPRAWD?, nie chodzi o mózg) by? w chwili obecnej ma?o ?ywotny. - Musz? si? wi?c po?wi?ci? i jak najwi?cej przekaza? ?wiatu, nim wtr?c? mnie do wilgotnej piwnicy na d?ugie lata. Niewykluczone, ?e po wyj?ciu b?d? ju? zbyt stary. - Zwiesi? smutno g?ow?.
- Aha – skwitowa?a niedbale wied?ma, wyrywaj?c ze swojej g?owy pojedynczy w?os.
- Jak mo?esz traktowa? to tak lekko! - wybuchn?? chochlik.
- ... i wyskakuj? jacy? trzej faceci z pelerynach i gadaj?, ?e s? ?mieciozjadaczami. Zupe?nie przypadkiem mia?em przy sobie kosz na ?mieci, zaproponowa?em wi?c przek?sk?. A kiedy niczego si? nie spodziewali, bum, bum, bum, zastrzeli?em. By?o ju? ciemno, to te badyle, co przy sobie mieli, wykorzysta?em na rozpa?k?, i wtedy...
- Poniewa? znajd? Oko i dostarcz? tam, gdzie jego miejsce – powiedzia?a sucho wied?ma, odrywaj?c si? na chwil? od dzielenia w?osa na czworo. - W?tpisz w moje kompetencje?
- Nie, ale...
- I tak ma by?. - Ewa pokiwa?a z satysfakcj? g?ow?. Wyrzuci?a w?os i zacz??a schodzi? w dó?, a za ni? sfrun?? D?ejms Bont (o nim w zasadzie wszyscy z zacnego towarzystwa ju? zapomnieli), który g?adko przeszed? do opowiadania o likwidacji tajemniczego, obdarzonego inteligencj? grzyba o imieniu Palpatajn oraz jego ucznia muchomora, Darfa Ma?la.
- ... co? si? popl?ta?o, wpad?em w jaki? wir czasoprzestrzenny i przerzuci?o mnie dwadzie?cia par? lat w przód. Okaza?o si?, ?e muchomor nie ?yje, ale grzyb ma nowego ucznia – konserw? o imieniu Darf Wejder. Grzyba wywali?em za barierk? przy autostradzie. Wejder chyba by? z nim w dobrych stosunkach, bo pope?ni? wielce widowiskowe harakiri. Do dzi? si? zastanawiam, czy mi?dzy t? dwójk? nie by?o stosunków innego rodzaju, no, niewa?ne, wró?my do...
Budynki zbli?a?y si? powoli; wida? ju? by?o niewielkie, ruchome punkciki tu i ówdzie, odleg?y centralny plac sta? si? zbiorowiskiem osób, a nie szar? plam?. Wokó? miasta nie lokowa?o si? du?o zabudowa? i ro?lin, jedynie niska, zielona trawa i szeroka, kamienna droga – obecnie pusta. Raz po raz mijali samotne domki, równie samotne drzewa i stogi siana, które czasem ko?ysa?y si? silnie. Nie ulega?o w?tpliwo?ci co si? w/na nich dzieje.
Monika ogarn??a ch?? wyd?bienia od wied?my jakiego? sprytnego znaku a la zapalniczka, by nieco podgrza? nieznanym go??beczkom atmosfer?.
Pod??aj?ca majestatycznie Ewa wydawa?a si? by? pogr??on? w my?lach, gdy nagle u?miechn??a si? wrednie. Monika nie musia?a by? wied?m?, aby odgadn??, jakie? to weso?ki pl?taj? si? w g?owie wedymy.
Sama te? si? u?miechn??a. Najwredniej, jak tylko potrafi?a.
Po trzydziestu minutach znale?li si? tu z przy zabudowaniach.
- Witam w Okuczinie – powiedzia? Igam uroczystym tonem.
- Poczekaj. – Ewa nios?a d?o?, wypowiedzia?a s?owo, na którym zwyk?y ?miertelnik po?ama?by sobie j?zyk w czterystu sze?ciu miejscach, i wytkn??a Igama palcem. - Teraz nie zobacz? ci? obce oczy. Zamknij jadaczk? i nie jej nie otwieraj, zostaw robot? fachowcom.
Chochlik otworzy? usta, gotów zaprotestowa?.
- Powiedzia?am: nie otwieraj – warkn??a wedyma. Igam zatrzasn?? szcz?ki, niepocieszony. Pami?tanie, ?e zjawiskowo pi?kna chochlica jest ukryt?, perfidn? wied?m?, której trzeba si? bezwarunkowo s?ucha? bez szemrania, bo gotowa rzuci? kl?tw?, toczy?o boje z podej?ciem do p?ci kobiecej. Pami?tanie, a raczej l?k, wygra?o. Zd?awi? w sobie sprzeciwy i skin?? ponuro g?ow?.
Lubi? d?wi?k swojego g?osu, a ona kaza?a mu siedzie? cicho, no ludzie...
D?ejms wyl?dowa? obok wied?my i zdziwi? si? niepomiernie, wys?uchuj?c jej mamrotania i przygl?daj?c si?, jak wygina palce. Postanowi? jednak by? uprzejmy i nie wyra?a? w?tpliwo?ci co dobrego stanu umys?u chochlicy. Na swoje szcz??cie, cho? o tym nie wiedzia?. Kostucha tylko musn??a go swoim bia?ym p?aszczykiem.
- A gdzie jest ten trzeci? - zainteresowa? si?. Z racji, i? nikt nie udzieli? odpowiedzi, a po chwili rozp?yn??y si? tak?e obie dziewczyny, uzna?, ?e ma urlop.
Wzlecia? w powietrze i z entuzjazmem pomkn?? do swojego ulubionego pomnika.
Bont, mimo ogromnej inteligencji, któr? tak zachwala?, nie skojarzy? znikni?cia swoich „wi??niów” z czarami. Pewnie dlatego, ?e jeszcze nigdy nie zdarzy?o mu si? obcowa? z magi?. I chwa?a za to bogom.
Ewa poci?gn??a za sob? Igama i Monik?, która z ciekawo?ci? rozgl?da?a si? woko?o. W zasadzie, miasto jak ka?de inne, ale kto wie, mo?e trafi na co? niezwyk?ego...
- W któr? stron? do pa?acu? - Wied?ma zaczepi?a jakiego? przypadkowego chochlika, który spojrza? na ni? ze zdumieniem. A potem dok?adnie i wnikliwie.
- To mo?e was zaprowadz?? - zapyta?, przenosz?c wzrok na Monik?, która poczu?a si? nieswojo.
- Nie – uci??a wedyma krótko i zbli?y?a twarz do twarzy obcego. - W któr? stron??
Chochlik wzruszy? ramionami, wyra?nie zawiedziony, i wskaza? na prawo.
- W t? ma?k? – po czym odwróci? si? i podrepta?, sk?d przyszed?. A kiedy odwróci? g?ow?, by raz jeszcze spojrze? na chochlice, zdumia? si? mocno. Po nieznajomych pi?kno?ciach nie zosta? ani ?lad. Czary, uzna? ze smutnym westchnieniem.
_________________


Nothing is true, everything is permitted.

Nic není pravda, vše je dovoleno.
 
 
     
Czarownica 
Gawron


Dołączyła: 23 Cze 2010
Posty: 2714
Skąd: z planety Ziemia
Wysłany: 2011-01-23, 11:46   

Destrakszyn, brawo. Te wtr?cenia Bonta s? ?wietne. W ogóle, parodia imion bohaterów ksi??ek niexle Ci wychodzi. A Igam i jego rozterki co lepsze - ?mier? czy seks - dowcipne. Szkoda tylko ?e to do?? krótki fragment.
_________________

Słowianie nie gęsi, swoją mitologię mają!
Przekonaj się sam jak najpotężniejsi potomkowie słowiańskich bóstw
radzą sobie we współczesnym Gdańsku i Warszawie.
Zajrzyj na http://elemental.fan-dom.pl lub odwiedź świat Szmaragdowej Tablicy na Facebook'u.
Jeżeli fascynuje Cię mitologia wszelakiej maści, alchemia i przygodowa, niezobowiązująca fantastyka
to Szmaragdowa Tablica jest opowieścią właśnie dla Ciebie!
 
     
destrakszyn 
Destrukcyjna Esencja Wszechświata
Ostra jak komar


Wiek: 23
Dołączyła: 07 Sie 2010
Posty: 974
Skąd: skc
Wysłany: 2011-01-23, 12:00   

Dzi?kuj?. ;-) W zasadzie to zastanawia?am si?, czy nie przesadzam z tymi imionami i wtr?ceniami D?ejmsa (sama gubi? si? w tym tek?cie), ale uzna?am, ?e jedziemy na ca?ego i basta!
Nast?pny b?dzie d?u?szy, obiecuj?. Mam teraz wolnego czasu po szyj?
_________________


Nothing is true, everything is permitted.

Nic není pravda, vše je dovoleno.
 
 
     
Sophie 
Moderator
Mały Tyran


Wiek: 25
Dołączyła: 24 Sie 2010
Posty: 2814
Skąd: skc
Wysłany: 2011-01-23, 12:01   

Destrakszyn, to jest naprawd? dobre :-P D?ejms wymiata, a jego historia powala na kolana. Mo?e kiedy? stre?cisz jego opowie?? w jakie? jedno krótkie opowiadanie? :-P Czekam na kolejny fragment ;-)
_________________
Oh yes Daddy is home and he ain’t happy.
 
     
wiedźma z bagna 
Redaktor
...zakała rodu...


Dołączyła: 13 Sie 2010
Posty: 1291
Skąd: z błotnistych bagien
Wysłany: 2011-01-24, 13:18   

Ja też czekam, choć skoro inne pomysły Cię atakują, to warto je zapisać zanim gdzieś umkną bezecnie. Szkoda by było...
_________________
I cóż to zmieni, gdy z młodych gniewnych, wyrosną starzy wk..wieni ???
 
     
destrakszyn 
Destrukcyjna Esencja Wszechświata
Ostra jak komar


Wiek: 23
Dołączyła: 07 Sie 2010
Posty: 974
Skąd: skc
Wysłany: 2011-01-27, 01:21   

Powinnam spa? od jakiej? godziny, ale s?uchajcie! wena mnie zaatakowa?a i skopa?a dupsko ?e ho ho!, a potem kaza?a mi stuka? w klawiatur?, od czasu do czasu pop?dzaj?c mnie kopniakiem.
Taka próbka mojego nie?miechowego pisania. Bardziej na powa?nie.
Enjoy.

Wredotus Cholerykus Bagnus
Cz??? VI


Weso?a kompania stan??a wreszcie przed zamkni?t? bram?, uprzednio z trwog? (na niebie kot?owa?a si? masa ptaków i nawet wied?ma poczu?a pewien l?k...) wymin?wszy bia?y od odchodów pomnik i przedar?szy si? przez t?um chochlików, zmierzaj?cych w stron? ogromnego, purpurowego budynku, do którego wielu si? wdziera?o (bo wchodzeniem nazwa? tego nie mo?na), lecz niewielu wytacza?o (bo wychodzeniem nazwa? tego nie mo?na). Z bliska pa?ac wygl?da? nieco lepiej, ale nadal kojarzy? si? Monice z domkami dla lalek Barbie. Przynajmniej wydawa? si? mniej pedo.
Brama wygl?da?a solidnie, podobnie ceglany, wysoki mur wokó?. Igam skrzywi? si?.
- Wrota zazwyczaj s? otwarte, ale po kradzie?y postanowiono je zamkn??. - Chochlik pog?aska? ?elazne, grube pr?ty. - Jak dostaniemy si? do ?rodka?
- Nic prostszego. - Ewa z przyzwyczajenia rozejrza?a si?, czy nikt nie patrzy, i zdj??a z szyi wisiorek, który zal?ni?, jakby w prote?cie. Cia?o zakot?owa?o si? pod skór?, wybrzuszy?o si? brzydko i nap?cznia?o, ubrania zafalowa?y i po kilku sekundach nad Monik? i Igamem górowa?a pe?nowymiarowa wied?ma z bagna, w postaci p?omiennow?osej seks-bomby.
Mur si?ga? jej do piersi.
U?miechn??a si? z wy?szo?ci?, chwytaj?c prawie czterokrotnie mniejszych towarzyszów podró?y. Bezproblemowo i bezceremonialnie przerzuci?a delikwentów na drug? stron?, po czym sama z ?atwo?ci? przeskoczy?a nad przeszkod?.
- To rozumiem – orzek?a wielce zadowolonym tonem. Bycie wielkim w kraju chochlików mia?o swoje zalety. Zapi??a naszyjnik i na powrót sta?a si? pó?metrow? istot?.
Monika podnios?a si? z j?kiem, masuj?c obola?y ty?ek. Gdyby wied?ma nie by?a wied?m?, ju? le?a?aby trupem.
- Wstawa?, nie j?cze? – orzek?a wied?ma i wesz?a na ?wirow? ?cie?k?, prowadz?c? prosto do pa?acu. - Chc? obejrze? ten zameczek z bliska. - Ruszy?a ?wawo, nie ogl?daj?c si?. Monice i Iabgkrianbdaklumowi nie pozosta?o nic innego, jak powlec si? za ni?, wyobra?aj?c sobie coraz to bole?niejszy sposób u?miercenia wedymy. Ewa unios?a r?k? i zastuka?a mocno w drewniane wrota, gdy j? dogonili.
- Tak po prostu? - zdziwi?a si? Monika.
- Najprostsze rozwi?zania zwykle s? najlepsze.
Z okna nad nimi wychyli? si? jaki? chochlik. Ze zmarszczonymi brwiami chwil? przypatrywa? si? pustej drodze, potem wzruszy? ramionami i schowa? g?ow?. Wied?ma waln??a w drewno pi??ci?. W oknie zjawi? si? chochlik i znów zobaczy? tylko drog?. Sapn?? z gniewem i cofn?? si?. Wedyma z pasj? kopn??a wej?cie.
- Zaraz tu b?dzie. - Ewa pokiwa?a g?ow? nad swoj? zmy?lno?ci?. Faktycznie, po oko?o minucie wrota j?kn??y i rozchyli?y si?, wypluwaj?c na zewn?trz zirytowanego chochlika.
- Cholerne smarkacze – warcza?. - Od dzisiaj ka?? strzela? do ptaków wokó? pa?acu, zrozumiano? - krzykn??.
Kompania prze?lizgn??a si? obok z?orzecz?cego klucznika i spokojnie wsun??a si? do ?rodka.
- No i jeste?my – skomentowa?a wedyma.
Klucznik, który w?a?nie ich mija?, stan?? jak wryty i spojrza? w kierunku g?osu z og?upia?? min?.
- No id? ju?, id?, bo zaraz dostaniesz w z?by – poradzi?a ?yczliwie wied?ma.
- Czy to rozs?dne? - szepn??a Monika.
- Bo ja wiem? - parskn??a wrednie i ruszy?a do przodu, rozgl?daj?c si? ciekawie. Monika westchn??a, Igam westchn?? i potruchtali za wedym?, zostawiaj?c za sob? os?upia?ego chochlika.
Klucznik odetchn?? i potar? czo?o. Odwróci? si? i pobieg? do swojego komunikatora.
- Mamy w pa?acu obcych – wydysza?, nim szef ochrony zd??y? si? odezwa?. - Dwie chochlice, mo?e wi?cej.
- Przyj??em – odpar? szef.
- Czekaj. Jedna z nich wyda?a z siebie taki... wredny d?wi?k.
Szef przez chwil? milcza?.
- My?lisz, ?e to wied?ma?
- Gorzej – j?kn??. - Mam dziwne przeczucie, ?e go?cimy WChB.
- H?? - zdziwi? si? szef.
- Wredotus Cholerykus Bagnus – szepn?? klucznik z trwog?.
- Ha! - prychn?? szef. - Mam na wied?my sposoby. Nie martw si?, kluczniku. Ju? my jej poka?emy, kto rz?dzi w tym pa?acu.
Szef wyci?gn?? swój drugi komunikator i powiedzia?:
- Przygotowa? zestaw wied?mi?ski.
- Czyli te neutralizatory i te pe? - zapyta? g?os po drugiej stronie.
- Tak. - Szef u?miechn?? si? szeroko i a? zatar? z rado?ci r?ce. To b?dzie próba generalna, pomy?la? z satysfakcj?.
Tymczasem Ewa beztrosko spacerowa?a po korytarzach i salach, przygl?daj?c si? ka?demu przedmiotowi z bliska, a gdy wpadali na s?u??cego czy inn? osob?, podkrada?a si? bezg?o?nie i z dzik? rado?ci? wrzeszcza?a „Buu!” nad uchem delikwenta. Skutkiem zazwyczaj by?o chwytanie si? za serce i okrzyk strachu, albo lot w kierunku posadzki.
- Tak w zasadzie to po co tu przyszli?my? - zapyta?a Monika, tr?caj?c nog? omdla?? chochlic?.
- Po nic. Chcia?am sobie obejrze? dom arcyalfonsa i tyle. - Wied?ma usadowi?a si? wygodnie w fotelu, stoj?cego w pewnym oddaleniu od imponuj?cych rozmiarów kominka. Pog?aska?a mi?kkie obicie z wyra?n? przyjemno?ci?, wyprostowa?a z trzaskiem ko?ci nogi i machn??a d?oni?, sprawiaj?c, ?e stos polan w rogu sali uniós? si? delikatnie w powietrze i drwa p?ynnie sfrun??y do kominka. Kolejne machni?cie i z paleniska buchn?? ogie? tego samego koloru, co w?osy „odnowionej” wedymy.
Monika zamar?a w pó? kroku, zatrzymana nie tyle co gor?cem bij?cym od p?omieni – które wied?mie zdawa?o si? nie przeszkadza? ani na jot? – a s?owami Ewy. Otworzy?a usta, zamierzaj?c co? powiedzie?, zapewne co? ma?o mi?ego, ale Igam nie wytrzyma? i j? wyprzedzi?.
- Jeste?my tutaj dlatego, ?e chcia?a? zrobi? sobie wycieczk?? - zapyta? chochlik z niedowierzaniem.
- No, w zasadzie to chc? jeszcze poogl?da? bro? ochrony i pozna? metody dzia?ania. Jestem tego ciekawa. Jakie? pó? wieku temu jedna z moich znajomych tu go?ci?a i nie wynios?a z sob? przyjemnych wspomnie?. Nie wybra?am si? tu wcze?niej, jako? nie by?o czasu. Chc? na w?asne oczy przekona? si? o skuteczno?ci królewskich jednostek. I – doda?a, wyci?gaj?c usta w u?miechu – przytrze? Konstancji nosa, gdy wyjd? st?d bez najmniejszej ranki. Ta kobieta jest denerwuj?ca. - Prychn??a z rozbawieniem, zmieszanym z irytacj?, i odchyli?a si? w fotelu, zadzieraj?c g?ow?.
Monika i Igam zadali dwa pytania równocze?nie.
- I u wierzy ci? - zapyta?a z niedowierzaniem Monika, dla której przesz?o?? wied?my i natura niej samej stawa?y si? coraz bardziej fascynuj?ce.
- A ja? - zapyta? z przera?eniem chochlik, dla którego ratowanie swojego ty?ka by?o spraw? nadrz?dn?.
Lakoniczne zapytania obojga by?y nieco trudne do rozszyfrowania, ale Ewa nie mia?a problemów ze zrozumieniem, o co biega.
- Oczywi?cie, ?e Konstancja mi uwierzy. - Ewa postuka?a knykciami o kolano i wpatrywa?a si? w wysokie sklepienie z min?, jakby zastanawia?a si?, czy nie pos?a? tam serii zakl??. Albo pocisków z broni maszynowej. Ale chyba najlepszy by?by pocisk przeciwpancerny du?ego kalibru, zdawa?y si? mówi? jej oczy. - Co do ciebie, Igamie... Wkrótce b?dziemy liczy? rany na twoim ciele.
- Co?! - G?os chochlika wskazywa?, ?e erotoman by? na granicy ??cz?cej ?lepe pa?stwo Paniki z chaotycznym krajem Histerii. Ewa zignorowa?a go, wci?? wbijaj?c spojrzenie w sufit. Monika pod??y?a za jej wzrokiem, ale nie dostrzeg?a nic niezwyk?ego.
- Co si? dzieje? - chcia?a wiedzie?.
- Ciekawe... - wymrucza?a Ewa. - Ciekawe... Maj? wyra?ny zamiar doprowadzi? do bezpo?redniej konfrontacji.
- Sk?d to wiesz? - Monika wymin??a dygoc?cego Igama i opad?a na fotel obok wied?my, ale musia?a odwróci? twarz od buchaj?cego ?aru. Dla pewno?ci przesun??a nieco mebel.
- Jestem w ko?cu wied?m?, czy? nie? - odpar?a pytaj?co wedyma.
- Afiszujesz si? z tym tak?
- Skoro i tak ju? wiedz?, ?e tu jestem... - Wzruszy?a ramionami. - Sk?d wiem, ?e pa?ac otoczy?a bariera w kszta?cie kopu?y, która mog?aby by? magiczna, gdyby nie fakt, ?e j? zabija. Kopu?a jest wytworzona przez neutralizatory magii. Kopu?a zabija magi?. - Potar?a brod? w g??bokim zamy?leniu.
Monika przez chwil? my?la?a, ?e si? przes?ysza?a. A wtedy Igam eksplodowa?.
- Na wszystkie... - zacz?? piskliwym wrzaskiem, ale nie dale by?o mu sko?czy?. Monika zaskakuj?co szybkim ruchem poderwa?a si? z fotela, doskoczy?a chochlika i jednym ciosem w szcz?k? powali?a go na ziemi?. Odwróci?a si? i wróci?a na fotel, jak gdyby nigdy nic.
- Ten dupek mnie wkurza. Mów dalej, prosz?.
- Kopu?a b?dzie si? zmniejsza?, a? mnie w ko?cu dotknie i obejmie w mgnieniu oka. Widzia?a? pewnie „Matrixa”? W tym filmie facet dotkn?? lustra i ono obj??o jego cia?o. Z tarcz? jest podobnie. Je?li dotkn? jej cho?by w?osem, rozprzestrzeni si? dalej, jak choroba, jak wirus, po?eraj?cy ka?d? cz?stk? magii.
Na pod?odze Igam poj?kiwa? cicho.
- Je?li mojej magii uda?o si? w ciebie wnikn??, poczujesz co najwy?ej uk?ucie i pieczenie skóry, gdy tarcza z?amie zakl?cie, jakie obecnie na sobie masz. Ale je?li ja b?d? mia?a z barier? kontakt, koniec z Ew? Wuchabsk?. - Wedyma nie wydawa?a si? szczególnie poruszona perspektyw? bliskiej ?mierci, patrzy?a jakby gdzie? w dal. - Mo?e gdybym by?a m?odsza, bariera by mnie nie zabi?a, tylko doszcz?tnie wyp?uka?a z mocy, jak? posiadam. ?yj? zbyt d?ugo i jestem w zasadzie sam? magi?, z pi?cioma komórkami ludzkiego cia?a na krzy?. Nie zostanie po mnie nawet proch.
Monika s?ucha?a uwa?nie. Wredna czy nie, nie chcia?a, by Ewa umar?a.
- Konstancji uda?o si? wymkn??, bo nie ma nawet dwustu lat. Przesz?a przez barier?, likwiduj?c swoj? moc, ale musia?a mie? wsparcie na zewn?trz. Potem powoli si? regenerowa?a. Suka ?adnej z nas nie ostrzeg?a – powiedzia?a wied?ma matowym g?osem. - Zastanawiam si?, dlaczego? Wredota nie ma nic z tym wspólnego. Przysi?ga wyra?nie mówi, ?e nie zwracamy jej przeciw sobie. Jest nas zbyt ma?o, by?my mog?y pozwoli? sobie na mordowanie si?, w?asnymi r?koma czy przez niedopowiedzenia.
Postuka?a paznokciami o fotel.
- Nie zdradzi?a nas, to pewne – rzuci?a w przestrze?. - Jeste?my jednymi z najpot??niejszych istot tej planety, i zapewne tak?e kilku innych cia? niebieskich. Ryjówki przed wiekami zosta?y odepchni?te od w?adzy nad ?wiatem, to Wredotus Cholerykus Bagnus ci?gn? za sznurki.
Podczas swej przemowy wedyma stopniowo zacz??a traci? na oboj?tno?ci. Jej rysy stwardnia?y, spojrzenie wyostrzy?o, a d?onie powoli zaciska?y si? w pi??ci.
- To Wredotus Cholerykus Bagnus ci?gn? za sznurki – powtórzy?a bezlitosnym g?osem. Wsta?a, podesz?a do Igama i przy?o?y?a do jego czo?a pi???, mrucz?? jakie? krótkie s?owo. Chochlik zamruga? kilka razy i podniós? si? chwiejnie. Zerwa?a z szyi medalion i wrzuci?a go do ognia; jej cia?o natychmiast zacz??o si? zmienia?. Zwróci?a si? do Moniki: - Zabierz ze sob? Igama i zacznijcie biega? po korytarzach z wrzaskami o wied?mie szykuj?cej krwaw? rze?. Wzbudzicie panik?. Wybiegnijcie wraz z t?umem, a kiedy tylko przekroczysz barier?, biegnij ile masz si? w nogach, z dupkiem pod pach?. Przed tarcz? zrzu? naszyjnik, inaczej wypali ci ?lad na szyi lub przetnie t?tnic?. Zrozumiano? No to ruszaj!
Monika poci?gn??a za sob? lekko oszo?omionego Igama i tu? za drzwiami zacz??a si? przera?liwie wydziera?:
- Ratunku, tu jest wied?ma! Wied?ma! WIIIEEED?MAAA!!!
Zadawa?oby si?, ?e male?kie wy?adowania elektryczne zata?czy?y na jasnej skórze. To wied?ma wyciska?a na zewn?trz siebie magi?, a? utworzy?a wokó? niej l?ni?c?, krwaw? aureol?. Wyczarowa?a lustro i przyjrza?a si? sobie, kiwaj?c g?ow? z uznaniem. Ewa u?miechn??a si?, a na widok tego u?miechu najdzielniejszy, najdzikszy i najwi?kszy barbarzy?ca czmychn??by na drugi koniec ziemi z przysi?g?, ?e od dzi? b?dzie plót? wianki ze stokrotek i ?piewa? ckliwie pie?ni p?aczliwym g?osem.
Nic dziwnego, ?e lustro ze strachu rozpad?o si? na tysi?ce male?kich kawa?eczków.
- Nadchodz? – powiedzia?a wied?ma g?o?no i wyra?nie, gdy po jej gardle przesun??y si? l?ni?ce iskry magii. A potem wybuchn??a ?miechem.
?miech ten dotar? wsz?dzie, obj?? ca?? Krain?, wype?ni? ka?dy jej milimetr sze?cienny. Ptaki zamar?y w locie, kot znieruchomia? w pó? skoku, mysz zapomnia?a, by ucieka?, ko? zatrzyma? si? jak wryty, ro?liny zaprzesta?y ro?ni?cia. Krople odleg?ego deszczu przemieni?y si? w kryszta?ki lodu, chmury opad?y ci??ko w dó?, wszelka woda znieruchomia?a, ogie? st??a?, lawa przesta?a p?yn??, ziemia zadr?a?a, kamienie zadygota?y, wiatr przesta? d?? i wy?. Inteligentne istoty poczu?y dreszcz na kr?gos?upach, ?ni?cy wybudzili si?, obudzeni zadr?eli.
Wszystko, ?ywe lub martwe, to poczu?o. Wezwanie.
Nadchodz?. Nadchodz?. Nadchodz?. NADCHODZ?!
_________________


Nothing is true, everything is permitted.

Nic není pravda, vše je dovoleno.
 
 
     
destrakszyn 
Destrukcyjna Esencja Wszechświata
Ostra jak komar


Wiek: 23
Dołączyła: 07 Sie 2010
Posty: 974
Skąd: skc
Wysłany: 2011-01-30, 15:00   

Oto ostatnia cz???. Mam co prawda kilka pomys?ów, ale to na pó?niej. Zajm? si? obecnie tym, co dr?czy mnie najbardziej.
End?oj.

Wredotus Cholerykus Bagnus
Cz??? VII


Szef ochrony, który by? nazywany na w?asne ?yczenie ?opat?, stara? si? zachowa? spokój. Nie by?o to ?atwe, gdy prawie ca?y jego oddzia? próbowa? zapanowa? nad oszala?ym ze strachu t?umem chochlików. Neutralizatory by?y w niebezpiecze?stwie; je?li jeden z nich si? przewróci, w kopule powstanie wyrwa, a wtedy nic nie powstrzyma wied?my. Si?gn?? do pasa, gotów u?y? og?uszacza, gdy jaki? cywil zbytnio si? zbli?y?.
Wtedy poczu? to, pomimo bariery. Poczu?, poczu? wibruj?cy magi?, dziki, niemal pierwotny ?miech, który z u?amku sekundy zmrozi? wszystko wokó?. A potem g?os, docieraj?cy z ka?dego magicznego drgnienia, przepe?niony prymitywn? ??dz? mordu, krwi i zemsty, obiecuj?cy niewiarygodne cierpienia.
Nadchodz?. Nadchodz?. Nadchodz?. NADCHODZ?!
?opata mimowolnie zadr?a?, jakby Kostucha przy?o?y?a mu swój zimny palec do karku. Je?li wied?ma si? wydostanie, zabije wszystkich, szepn?? mu jego wewn?trzny g?os. Wszystkich i wszystko.
Wyszarpn?? komunikator i rzuci? ostro:
- Zostawi? ten t?um i pilnowa? neutralizatorów! Nikt nie mo?e zbli?y? si? do nich na odleg?o?? trzech metrów!
Jego g?os rozdar? martw? cisz? jak trzask rozrywanego papieru. Wtedy wszystko znów o?y?o.
I rozp?ta?o si? piek?o.
~ ~ ~
Ewa zaczeka?a, a? umilk?o Wezwanie. Raczej w?tpi?a, by w pobli?u znalaz?a si? wied?ma wystarczaj?co silna, by zd??y? na czas, nim tarcza oplecie cia?o wedymy. Musia?a radzi? sobie sama.
I niech j? diabli wezm?, je?li przegra.
Na jej palcach zamigota?y kule srebrnego ?wiat?a, które natychmiast si? rozpierzch?y, przenikaj?c przez ?ciany. Kule w zetkni?ciu z barier? umr?, a ona b?dzie wiedzie?, gdzie tarcza jest. Czeka?a chwil?, nim poczu?a uk?ucia ?wiadcz?ce o tym, ?e kule dokona?y ?ywota. Wypu?ci?a nast?pn? seri?. Tarcza dopiero dotyka?a ?cian pa?acu i kurczy?a si? bardzo powoli.
Wys?a?a impuls, szukaj?cy wyj?cia. Nie znalaz? go, kopu?a by?a szczelniejsza ni? obj?cia bagiennego mu?u. I równie ch?tna nowego towarzystwa.
- Niedobrze – wyszepta?a wedyma. Podrapa?a si? po skroni i lekko przymkn??a oczy. Popatrzy?a na py?, jaki pozosta? z lustra. Machn??a r?k? i mozaika okruchów sta?a si? jedno?ci?.
- Urz?dzimy przedstawienie – poinformowa?a swoje odbicie i pozwoli?a, by magia wpe?z?a w jej oczy. O tak, o taki efekt chodzi?o.
Podesz?a do najbli?szej ?ciany i lekko uderzy?a, lecz wystarczaj?co, by wys?a? dalej lekkie drgania. ?ciana zamrucza?a zach?caj?co, przekazuj?c wibracje dalej. Idealne, podsumowa?a wied?ma, cofaj?c si? na ?rodek pokoju. Nakre?li?a na swoim czole znak i gwa?townym strzepni?ciem r?k wytworzy?a wokó? siebie ochronne pole.
Pierwsza macka magii wystrzeli?a w gór?, przedar?a si? przez kolejne pi?tra i wynurzy?a si? na dachu. Sp?yn??a w dó? i owin??a si? wokó? najbli?szej wie?yczki. Kolejna wi?. I kolejna. Kolejna, kolejna, kolejna. Setki niewidocznych lin, które chwyta?y, co popadnie, napr??y?y si? niecierpliwie.
- Rozwalmy co? – powiedzia?a do nich Ewa i jednym poci?gni?ciem wessa?a w siebie wszystkie nici. Budynek jakby j?kn?? z bole?ci? i w nast?pnej chwili run?? jak domek z kart. Wie?e zachwia?y si? i pad?y, ?ciany eksplodowa?y, sufit p?k?. Wszystko wali?o si? w jednym kierunku – w kierunku wied?my. Tony gruzu ochoczo pomkn??y ku wedymie.
Pod pole nie dosta? si? ani py?ek, mimo ?e ochrona zab?ys?a i zatrzeszcza?a. Ewa nie marnowa?a czasu na p?awienie si? we w?asnym geniuszu, tylko rozstawi?a szerzej nogi i lekko je ugi??a, przyciskaj?c zaci?ni?te pi??ci do piersi. To b?dzie jedno uderzenie. Nabra?a g??boko powietrza, magiczna aura zg?stnia?a, bole?nie napieraj?c na wied?m?...
BUM!!!
Magia eksplodowa?a. W jednej sekundzie pot??na moc napar?a na zasypuj?ce wied?m? szcz?tki pa?acu, rozpychaj?c si? i szukaj?c uj?cia. Ruiny wylecia?y w powietrze, przebi?y si? przez tarcz?, która u?amek sekundy wcze?niej poch?on??a magiczny wybuch. Nic nie mog?o powstrzyma? p?dz?cych gruzów.
Neutralizatory mia?y wielko?? ludzkiej g?owy, wi?c wedle chochliczych standardów by?y dostatecznie du?e, by musia?o je d?wiga? co najmniej trzech delikwentów. Ochrona posiada?a ich osiem, ustawionych w kr?gu wokó? królewskiego pa?acu. Dzieli?y si? na pary; para musia?a sta? na przeciwko siebie, by z?apa? kontakt i utworzy? ni?. Kolejne nici wytwarza?y pomi?dzy sob? antymagiczn? b?on?. Zniszczenie jednego urz?dzenia powodowa?o powstanie dwóch dziur po przeciwnych stronach kopu?y.
Pierwszy kamyk mia? wielko?? fasolki. Uderzy? w pó?nocno-wschodni neutralizator, powoduj?c g??bokie wgniecenie. Nast?pny, wielko?ci pi??ci, nie by? tak delikatny i po prostu przeszy? maszyn? na wskro?. A potem kamienie dotar?y do kolejnych neutralizatorów. Tarcza opad?a w jednej chwili.
Wied?ma rozejrza?a si? woko?o.
- Tak to jest, gdy zadziera si? z wedym? Wredotus Cholerykus Bagnus – warkn??a do opadaj?cego kurzu i spokojnym krokiem ruszy?a, by odnale?? Monik? i Igama.
Znalaz?a ich poza miastem, kul?cych si? za jak?? ska??.
- Ma si? rozumie?, ?e umowa nadal obowi?zuje – powiedzia?a Ewa do Igama, góruj?c nad nim.
Chochlik wygl?da? jak dygoc?cy worek kartofli. Monika zreszt? te?.
- No co z wami? - zdenerwowa?a si? wied?ma.
- Mamusiu – j?kn??a Monika, przyciskaj?c blad? twarz do kolan. - Chc? do mamy.
Ewa westchn??a, chwyci?a towarzyszy i zarzuci?a ich sobie na plecy. Eksplozja magii j? wyczerpa?a, ale warto by?o. Obejrza?a si? przez rami?. Jeszcze nigdy nie widzia?a tak pi?knego zrujnowanego miasta. Odbudowanie go zajmie wiele lat.
Równym krokiem zacz??a zmierza? w odpowiednim kierunku. Mia?a nadziej?, ?e po drodze, tym razem wiod?cej prosto do celu, nie spotkaj? ich ?adne przeciwno?ci. Jej obecny zapas magii by? na minusie i ewentualny ratunek móg? by? wy??cznie w jej naj?wie?szej reputacji Niszczyciela.
U?miechn??a si? do siebie.
~ ~ ~
- O?yli?cie? - zapyta?a Ewa, grzebi?c wytrwale po kieszeniach. Niestety, drugiego medalionu nie znalaz?a. Zreszt?, uzna?a, po co si? kry?? I tak pewnie wszyscy ju? wiedz?, ?e w Okuczinie grasowa?a wied?ma. Pewnie stolica zostanie przeniesiona. I król zmieniony, jako ?e królewskie burdele tak?e uleg?y zniszczeniu. Mo?e nawet króla jaki od?amek waln??? Szkoda, chcia?a go pozna?, pogaw?dzi? przy flaszce...
- Ja tak – j?kn??a Monika, przewracaj?c si? z pleców na brzuch i nieudolnie staraj?c si? podnie??. Sz?o jej opornie, gdy? nogi dziewczyny nadal przypomina?y galaret?.
Igam nie odpowiedzia? na pytanie wied?my. Nawet si? nie poruszy?. Bezczelno??!
- Co z tob?? Wstawaj, sflacza?y impotencie! - wykrzykn??a wedyma ura?ona. Chochlik nadal nie reagowa?, pomimo tak dosadnej obelgi. Ewa zmartwia?a odrobin?. Wypowiedzenie s?owa na „i” w odniesieniu do chochlika by?o jak wyrzucenie z siebie wszystkich znanych przekle?stw w przeci?gu sekundy. Dodanie do s?owa na „i” s?owa na „s” równa?o si? wypowiedzeniem tak?e nieznanych bluzgów.
- S?dz?, ?e jest w szoku – powiedzia?a Monika, prostuj?c si? niepewnie.
- Dlaczemu? to? To by? ?liczny, czysty wybuch obj?? tylko Okuczin?!
- My?l?, ?e dlatego w?a?nie. - Dziewczyna uczyni?a kilka chwiejnych kroków. ?mier? by?a blisko. W ostatniej sekundzie Monika wybieg?a poza budynki, gdy nast?pi?a eksplozja. Od?amki zatrzyma?y si? na niewidzialnej ?cianie, metr od niej, mia?a wi?c prawo czu? si? rozstrojona. - Jakby nie by?o, tam by?, podkre?lam by?, burdel królewski, w którym tak mu si? podoba?o.
- Och, faktycznie. Nie pomy?la?am. - Wied?ma z frasunkiem spojrza?a na nieruchome cia?o. - Masz jakie? pomys?y ocucenia go?
Monika od razu si? zje?y?a.
- Nie ma mowy!
- Ale co? - zdziwi?a si? Ewa.
- Nic, nic. To znaczy, nie mam pomys?ów.
Umilk?y, g?owi?c si? nad problemem.
- Chyba musimy po prostu go ci?gn?? za sob? – mrukn??a Monika po dwudziestu minutach ciszy. To naprawd? jest cisza, u?wiadomi?a sobie dziewczyna. Co prawda by?y w lesie, powinny wi?c s?ysze? ?wiergot ptaków, a nic takiego wokó? nich si? nie rozlega?o. Dziwne.
- Nie, zostawimy go tutaj i pójdziemy po klejnot. W tych lasach nie ma du?ych drapie?ników. - Wied?ma odwróci?a si?, by i?? dalej.
- Zaraz, chwila, moment. - Monika powstrzyma?a j? uniesieniem r?ki. - Skoro nie ma ju? pa?acu, stolica jest w ruinie, panuje bezkrólewie... Kto si? b?dzie przejmowa? jakim? kamieniem?
Ewa spojrza?a na ni? dziwnie.
- Widocznie nie jeste? taka g?upia jak my?la?am... - Wróci?a do Igama i obróci?a go na plecy. Zamruga?, ale jego wzrok pozosta? szklisty, gdy rykn??a mu do ucha: - My ju? idziemy, umow? uwa?am za rozwi?zan?! Zatrzymaj sobie t? przepustk?, ju? nikomu nie zale?y na Oku, a ja raczej nie b?d? mile widzianym go?ciem. Do widzenia.
Wedyma wyprostowa?a si? i skin??a na Monik?.
- Chod?, portal jest i tak w t? stron?.
Kilka minut pó?niej...
- Posz?y sobie? - szepn?? gil.
- Chyba tak... - odszepn??a sikorka.
- Ale chochlik zosta? – oznajmi? wróbel.
- Chochlik? Chochlik? Ten, które je tu sprowadzi?? - zapyta? jastrz?b. Wychyli? si? nieco zza ga??zi i swym jastrz?bim wzrokiem zacz?? przypatrywa? si? nieruchomemu Igamowi.
- On ?yje? - chcia?a wiedzie? jaskó?ka.
- ?yje, ?yje. Jest tylko w szoku – mrukn?? go??b.
- Po zniszczeniu burdelów – powiedzia? sokó? dr??cym g?osem.
Obecni samce za?kali bole?nie.
- Trzeba go za to ukara? – powiedzia? m?ciwie dudek.
- Za co? - Dzi?cio? otar? ?zy skrzyd?em.
- Za sprowadzenie wied?my i zniszczenie Okucziny! - wysycza? bocian czarny, ko?cz?c sw? wypowied? efektownym, gniewnym klekotem.
- Dobrze kuzynie mówisz! - odpar? gniewnie bocian bia?y, prostuj?c skrzyd?a.
- No to bierzmy si? do roboty – powiedzia? król przestworzy i w nast?pnej sekundzie usiad? na w?t?ej piersi chochlika. Igam zakaszla? i jego wzrok zyska? na ostro?ci. Zdumiony wpatrywa? si? w dziób or?a. Potem rozejrza? si? i poblad?. Wokó? niego gromadzi?o si? coraz wi?cej ptaków.
Nie wygl?da?y zbyt przyja?nie...
~ ~ ~
- Nigdy nie jad?am czego? tak smacznego – powiedzia?a Monika z pe?nymi ustami.
- To zas?uga zió? i przypraw, która dosta?am od znajomej czarownicy. No i oczywi?cie w?a?ciwo?? chochlików. - Wied?ma pa?aszowa?a kolacj? z równie wielkim apetytem.
Po bagnach niós? si? zapach pieczonego na ognisku mi?sa i palonego drewna, ogie? roz?wietla? ponur? sceneri?, nadaj?c jej tajemniczo?ci. Gdzie? niedaleko s?ycha? by?o dyskretne bulgotanie. A gwiazdy mruga?y i migota?y, jakby wszystkiemu si? przypatruj?c.
- Nie ?al ci tej przepustki? - zapyta?a Monika, ocieraj?c usta.
- Niee. Mog? si? tam dosta? i bez tego. Nic prostszego. - Wied?ma przeci?gn??a si? leniwie, a? strzeli?y jej ko?ci. Znów by?a w swojej starczej postaci. - Chcia?am tylko obejrze? pa?ac króla. Nie zachwyci? mnie.
Ewa si?gn??a po w?ski, d?ugi nó? i zacz??a nim d?uba? w z?bach, wpatruj?c si? w Monik?. W jej ge?cie by?o co? niepokoj?cego. U?miechn??a si? szeroko. Niczym rekin. Dziewczyna poczu?a, jak po jej plecach sp?ywa w?ska stru?ka potu.
- Co mnie zdradzi?o? - zapyta?a Monika z rezygnacj?. - Nawet w my?lach by?am postaci?, któr? gra?am!
- Nic nie zdradzi?o. Gra?a? idealnie. - Wied?ma wzruszy?a ramionami. - Poza jednym. Zbyt gorliwie podesz?a? do bycia wredn?. Wygl?dasz na zbyt mi??, by tak ?atwo porzuci? uprzejmo??.
- Wyt?umacz mi jedn? rzecz, nim mnie zabijesz, mimo ?e jestem tylko pionkiem w tej waszej grze. - Monika si?gn??a po mi?so. Skoro mia?a umrze?, mog?a przynajmniej rozkoszowa? si? ostatnimi chwilami ?ycia. - Co takiego jest w tym klejnocie, ?e chc? go dosta??
- A bo ja wiem? Z ryjówkami nigdy nic nie wiadomo. A teraz... - Wied?ma ruszy?a szybko nadgarstkiem i rzuci?a no?em, który wbi? si? w gard?o dziewczyny. - Wybacz.
Monika wycharcza?a co?, co brzmia?o jak „Spoko”, z jej ust pociek?a krew, oczy stan??y w s?up i, zsun?wszy si? z krzes?a, uderzy?a o ziemi? z g?uchym ?omotem.
Wedyma wsta?a, podnios?a targane po?miertnymi konwulsjami cia?o, przesz?a kilka kroków i wrzuci?a je do bagna. Chlupn??o, cmokn??o i trup znikn??, wessany.
- Parszywe ryjówki – powiedzia?a Ewa do najbli?szego komara. Ten zabrz?cza? smutno. - Tylu przez nie ginie...
Wróci?a do ogniska z zamiarem doko?czenia posi?ku, ale przypomnia?a sobie, ?e nie wyj??a no?a z szyi Moniki.
Po bagnach jeszcze d?ugo nios?y si? przekle?stwa.

♦ KONIEC ♦
_________________


Nothing is true, everything is permitted.

Nic není pravda, vše je dovoleno.
 
 
     
wiedźma z bagna 
Redaktor
...zakała rodu...


Dołączyła: 13 Sie 2010
Posty: 1291
Skąd: z błotnistych bagien
Wysłany: 2011-01-30, 17:58   

Hehehe...
Ładne, bardzo ładne i krwiożercze... Monika mi działała na system trochę.
Interesujące i przewrotne :-P
Pisz dalej ;-)
_________________
I cóż to zmieni, gdy z młodych gniewnych, wyrosną starzy wk..wieni ???
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Styl created by enquish from Slums-Attack.org