Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Czerwona Królowa
Autor Wiadomość
attra 
Wielbiciel Ciemności


Dołączyła: 27 Mar 2013
Posty: 99
Wysłany: 2015-03-03, 08:33   Czerwona Królowa



Czerwona królowa
Autor: Victoria Aveyard
Liczba stron 488


Opis książki
– Mare Molly Barrow, urodzona siedemnastego listopada 302 roku Nowej Ery, córka Daniela i Ruth Barrowów – recytuje z pamięci Tyberiasz, streszczając moje życie. – Nie masz zawodu i w dniu następnych urodzin masz wstąpić do wojska. Chodzisz do szkoły nieregularnie, osiągasz słabe wyniki i masz na swoim koncie wykroczenia, za które w większości miast trafiłabyś do więzienia. Kradzieże, przemyt, stawianie oporu podczas aresztowania to zaledwie początek listy. Ogólnie rzecz biorąc, jesteś biedna, nieokrzesana, niemoralna, mało inteligentna, zgorzkniała, uparta i przynosisz hańbę swojej wiosce i królestwu. […]

– A mimo to jest w tobie coś więcej. – Król wstaje, ja zaś przyglądam się z bliska jego koronie. Jej końce są nieprzeciętnie ostre. Jak sztylety. – Coś, czego nie mogę pojąć. Jesteś jednocześnie Czerwoną i Srebrną. Ta osobliwość pociąga za sobą potworne konsekwencje, których nie jesteś w stanie zrozumieć. Co zatem mam z tobą począć?

Moja opinia:

Zachęcona reklamą i ciekawym opisem sięgnęłam po tą książkę, chociaż staram się unikać literatury młodzieżowej.
Mimo to książkę czytało się zadziwiająco dobrze.
Autorka ciekawie stworzyła świat Srebrnych i Czerwonych. Podoba mi się również jej sposób ukazania magii, którą posługują się Srebrni, a jak się również okazuje i sama bohaterka mimo, że jest Czerwona.
Bo w świecie Mare, to kolor krwi decyduje o tym czy jesteś coś wart, czy jesteś prawie niewolnikiem.

Dziewczyna zostaje uwikłana w polityczne rozgrywki, knowania, spiski. Trafia na dwór królewski, gdzie zaczyna pełnić rolę marionetki króla i królowej.
Poznaje dwóch królewskich synów, choć nie ma tu rażącego wątku miłosnego.
Nie potrafi do końca ocenić, kto jest jej przyjacielem a kto wrogiem.

Akcja książki toczy się dość szybko i sprawnie. Nie ma nużących dłużyzn, a autorka skupia się na tym, co dla jej bohaterów najważniejsze.
W pewnym momencie byłam przekonana, że za chwilę okaże się, że mamy tu klasyczny trójkąt miłosny (dwóch braci i ona jedna - kogo wybrać?). Na szczęście nic takiego nie ma miejsca, co jest dodatkowym plusem tej książki.
Autorka bardzo dobrze przedstawia nam Mare, doskonale znamy jej rozterki, myśli i uczucia. A to za sprawą pierwszoosobowej narracji.
Niestety cierpią na tym inne postacie, bo dowiadujemy się o nich mało. I praktycznie nie dowiadujemy się co jest motorem ich działań.

Kolejny minus, a w sumie nawet nie minus, ale bardzo moim zdaniem nie fair zagranie, to brak informacji, że ta książka to dopiero pierwszy tom nowej serii.
Widziałam sporo informacji o tej książce i nigdzie nie było wzmianki, że to tom pierwszy.
Raz, że to nowość, więc trzeba będzie sporo czasu czekać na kolejny tom, a dwa, że w naszym kraju wydawnictwa nie przejmują się czy to środek serii czy nie i jeśli za mało zarabiają na danej serii, to bez litości zaprzestają jej wydawania.
Co wiąże się z urwaniem jej w połowie i braku możliwości doczytania do końca.
Więc gdybym wiedziała, że to tom 1 serii, to mocno bym się zastanowiła czy czytać ją teraz czy poczekać na ukazanie się całej serii.

Podsumowując:
Książka całkiem dobra. Nie czuć, że bohaterowie to nastolatkowie.
Dobrze i sprawnie poprowadzona akcja. Dobrze nakreślone postacie.
Ciekawe ukazania świata i magii. Sporo zaskakujących zwrotów akcji.
Jestem na plus i polecam.
_________________
książki to mój jedyny nałóg

Moje czytanie
http://miszmasz79.blogspot.com/
 
     
Sophie 
Moderator
Mały Tyran


Wiek: 25
Dołączyła: 24 Sie 2010
Posty: 2813
Skąd: skc
Wysłany: 2015-07-22, 19:58   


Autor: Victoria Aveyard
Tytuł: Czerwona królowa

Tłumaczenie: Adriana Sokołowska-Ostapko
Liczba stron: 488
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: luty 2015

Opis:
– Mare Molly Barrow, urodzona siedemnastego listopada 302 roku Nowej Ery, córka Daniela i Ruth Barrowów – recytuje z pamięci Tyberiasz, streszczając moje życie. – Nie masz zawodu i w dniu następnych urodzin masz wstąpić do wojska. Chodzisz do szkoły nieregularnie, osiągasz słabe wyniki i masz na swoim koncie wykroczenia, za które w większości miast trafiłabyś do więzienia. Kradzieże, przemyt, stawianie oporu podczas aresztowania to zaledwie początek listy. Ogólnie rzecz biorąc, jesteś biedna, nieokrzesana, niemoralna, mało inteligentna, zgorzkniała, uparta i przynosisz hańbę swojej wiosce i królestwu.[…] – A mimo to jest w tobie coś więcej. – Król wstaje, ja zaś przyglądam się z bliska jego koronie. Jej końce są nieprzeciętnie ostre. Jak sztylety. – Coś, czego nie mogę pojąć. Jesteś jednocześnie Czerwoną i Srebrną. Ta osobliwość pociąga za sobą potworne konsekwencje, których nie jesteś w stanie zrozumieć. Co zatem mam z tobą począć?

Komentarz:

Tytuł przelatywał mi przed oczami już nie raz, kojarzyłam go raczej z dobrymi opiniami, więc gdy tylko ujrzałam go w bibliotece, bez wahania wypożyczyłam. I powiem szczerze, że nie jestem pewna, co o nim myśleć. Z jednej strony było wiele świetnych elementów, a z drugiej również kilka takich, które wszystko psuły.
Zacznijmy od minusów.

Główna bohaterka, Mare Barrow, wydaje się porządną dziewczyną, choć złodziejką, acz z idealistycznymi poglądami i zapałem do zapoczątkowania zmian. Tudzież owy zapał wzbudzają w niej pewne okoliczności. Niemniej dziewczyna nie jest z tych, które chowają głowę w piasek i czekają aż książę z bajki je uratuje. I to się ceni. Jednak przy tych wszystkich zaletach w bohaterce można znaleźć też pewną istotną wadę, która wpływa również na fabułę. Otóż w pewnych kwestiach Mare jest bardzo naiwna, tudzież autorka na siłę wpycha ją w sytuacje, które nie mogłyby się w takich warunkach zdarzyć, z tego względu że postać nie powinna się na to w ogóle zdecydować, jeśli ma choć odrobinę wyczucia otoczenia i logicznego myślenia.
Spoiler:

Chodzi mi mianowicie o przekonanie, że królowa o nie dowie się o oszustwach jej otoczenia, że są w stanie się przed nią ukryć, że Mare - która powinna być pierwszym celem królowej - jest w stanie tego dokonać. Przecież to wszystko jest takie idiotyczne - nie rozumiem, jak autorka mogła obdarzyć swą bohaterkę taką naiwnością. Chyba koniecznie chciała, by Mare brała udział w zamachach i przewrotach. Niestety, logicznie rzecz biorąc, jaki przywódca ryzykowałby ujawnienie swoich planów, członków, bazy i ważnych informacji osóbce, która jest tak bardzo narażona na czytanie w myślach przez królową? Otóż żaden. A autorka nie bacząc na to, wepchnęła bohaterkę w sam środek zamieszania.

Już nie mówię o tym, że członkowie - wydawałoby się - poważnej grupy buntowników zamiast obmyślać plany i szczegółowo je dopracowywać, w zasadzie biorą od razu to, co zaserwują im nowe nabytki, dzieciaki w dodatku. No ale że z jakiej to niby racji?

Gdyby tylko królowa nie czytała w myślach, w zasadzie wszystko by tutaj grało, ale w obecnej sytuacji nijak nie można tego wszystkiego połączyć. Autorka w tym punkcie zawiodła.

To wszystko mi nie grało. A niestety owe wszystko jest główną osią powieści.


Na szczęście są inne elementy, które naprawdę mi się podobały. Przede wszystkim cieszę się, że bohaterka nie jest skupiona na swoich miłostkach, nie wraca do nich myślami co drugie zdanie i ogólnie nie romantyzuje tu na siłę. Zaletą jest również fakt, że niemal do końca nie wiadomo dokładnie, kto tu jest wrogiem, poza królową rzecz jasna - Cal, Maven, a może Szkarłatna Gwardia? Wprowadza to nieco chaosu, co nie jest dobre, ale ogólnie wolę takie rozwiązanie, niż czarno-białe charaktery. Ciekawe było, gdy bohaterka opisywała wszystkie postaci w kolorach szarości, w każdym znajdując zalety, jak i wady, z każdego bohatera coś wydobywając.

O akcji już napisałam w spoilerze, więc poza tym tylko dodam, że pomimo tych naiwności, które zaserwowała autorka, pomysł był naprawdę niezły i dający pole do popisu, można było z tego coś wyciągnąć. Oczywiście nie jest on jakoś szczególnie porywający, ale przynajmniej interesujący. Na tyle interesujący, że jestem ciekawa kolejnego tomu - mam nadzieję, że autorka nie pozwoli wciągnąć się w spiralę naiwności.
_________________
Oh yes Daddy is home and he ain’t happy.
 
     
mroczna88 
Wielbiciel Ciemności


Dołączyła: 03 Sie 2016
Posty: 20
Wysłany: 2016-09-10, 21:45   

Pozwolę sobie podłączyć się pod cykl Czerwona Królowa, z mini-recenzją, którą ostatnio wypociłam. Jest pełna SPOILERÓW, także radzę uważać :)

Tytuł: „Czerwona królowa”, „Szklany miecz”
Autor: Victoria Aveyard
Ilość tomów: 2/?


Tak sobie siedzę od kilku godzin i zastanawiam się, ile razy w życiu usłyszałam nieszczęsne "nie ocenia się książki po okładce".
O ile się nie mylę, pierwszy raz znaczenie tego jakże pięknego stwierdzenia wytłumaczono mi po seansie Pięknej i Bestii gdzieś tam w okolicach lat ośmiu czy dziewięciu. Podobno intensywnie (i upierdliwie) domagałam się odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie: co ma piernik do wiatraka? A parafrazując - co ma okładka książki do Disneya? Jak się okazało - nic, co trochę ostudziło mój zapał i jest zapewne źródłem nieustającego braku wiary w mądrości starszych ode mnie. No bo przecież dajcie spokój - tu mi o gadają, że książka o takiej-czy-innej okładce to jakiś tajemniczy sposób na wyjaśnienie dlaczego taka wredna menda, jak Bestia, nagle zmienia się w (zdecydowanie mniej atrakcyjnego) słodkiego księcia.

Potem mi się podrosło. Dorobiłam się okresu, pryszczy, głupkowatej maniery potykania się o słowa i czerwienienia na widok atrakcyjnego przedstawiciela płci przeciwnej, względnie atrakcyjnej przedstawicielki płci własnej, albo i gdzieś tam pomiędzy, a poza tym wszystkim umiałam już porządnie czytać, więc refleksje na tematy treść-a-okładka były mi znane i już nie miałam pretensji do rodziców w kwestii Pięknej i Bestii (miałam je za to w innych sferach życia - przywilej i obowiązek każdej na wpół inteligentnej nastolatki).

Wychodzi jednak na to, że od zawsze łatwo było mnie złapać na powierzchowność. Pomijając już wyżej wymęczoną Bestię i krótki moment przerażenia, w którym obawiałam się, że do listy moich fetyszów będę musiała dopisać furry (a potem umrzeć z zawstydzenia), mam całą kolekcję woluminów, które kupiłam/wypożyczyłam opierając swój wybór li i jedynie na okładce.
Przepadam za prostymi okładkami - ot, jeden dominujący kolorek, jakiś obrazkowy rzeczownik walnięty na sam środek i machnięty ciekawą czcionką tytuł. A że ostatnimi czasy mam czym sycić oko, to i wpadek literackich też mam sporo. Bo, widzicie, o ile nauczyłam się obracać książeczkę i szybko przeskanować opis fabuły, o tyle pomysł zajrzenia do środka i ocenienia poziomu cały czas wydaje mi się kontrowersyjny. (Co brzmi lepiej, niż: jestem głupią, ślepą krową, która nie myśli.)

Ostatnimi takimi wpadkami są właśnie "Czerwona królowa" i "Szklany miecz" Victorii Aveyard. Muszę przyznać, z ręką na sercu, że kupiłam oba tomy ze względu na okładkę. Nawet nie spojrzałam na fabułę, więc gdy w końcu nad nimi usiadłam, odetchnęłam z ulgą, że nie sięgnęłam po pseudo-historyczne wypociny. Choć, z perspektywy czasu, nie wiem, czy nie byłoby lepiej...

Tom pierwszy ma szarawo-biało-srebrne (cholera wie, rozpoznaję jedynie kolory podstawowe) tło, na którym widnieje piękny, srebrny diadem, z którego skapują krople szkarłatnej krwi. Mówiąc wprost - zakochałam się. Cudo. Tom drugi - jeszcze piękniejszy. Taki kolor widywałam jedynie w telewizornii, gdzieś pomiędzy pingwinami, a miśkami polarnymi. Albo w gałach co poniektórych husky. Na tym tle również korona - w końcu ich nigdy za wiele - strzelista, kryształowa i upaćkana kroplami szkarłatnej oraz srebrnej krwi. Eleganckie, zatrzymujące dech w piersiach. Patrzy się na nie, aż miło. No, ale potem zaczyna się zawartość...

Generalnie rzecz biorąc jestem molem książkowym. Pochłaniam, łykam, przeżuwam i tylko niektóre wypluwam. Żebym czytała z przyjemnością wystarczy mi z zasady jeden z następujących elementów - ciekawa fabuła, dobrze przeprowadzona intryga, porządny styl, interesujący bohaterowie oraz ich ewolucja, fajny romans i dobre zakończenie. To, rzecz jasna, tylko piękna zasada. Jak dla mnie fabuła, intryga i romans są jedynie ciekawymi dodatkami do happy endu, dobrze i konsekwentnie poprowadzonych postaci oraz do przyzwoitego stylu.

Tu zaczynają się schody, jeśli chodzi o spacer z Victorią Aveyard. Ostrzegam, że ta recenzja może zalatywać goryczką - byłam bardzo rozczarowana obiema książkami i to będzie widać. Pojawiają się również mocne spoilery.

Wojna to przerypana sprawa, wiadomo. W kraju, w którym przymusowy pobór został zniesiony, można spokojnie odetchnąć, że nie zostanie się rzuconym na front w roli wyjątkowo nieudolnego mięsa armatniego, które co prawda swoją rolę spełnia, ale też wymaga dużej kolejki następców. Produkcji taśmowej, co przydarzyło się w kraju zwanym Nortą. Nie ma co prawda fabryk tworzących ludzi, ale są konsekwencje biedy, ciągłego strachu i braku dostępu do jakiejkolwiek antykoncepcji. Efekt? Rodziny bardzo wielodzietne, a że gąb do wykarmienia więcej, niż by ustawa przewidywała, to ustawodawca łaskawie zgodził się na przymusowy pobór wszystkich odpadków społecznych (czytaj: tych, którzy nie mieli farta załapać się na statystykę 1 do 100 na każde miejsce pracy) do armii i nadania im zaszczytu bycia wysadzonym w powietrze/postrzelonym/zadźganym/uduszonym i co tam jeszcze przeciwnik sobie wymyśli, ku chwale ojczyzny. W końcu wojna wojną, nawet jeśli o pietruszkę.

Wydawałoby się, że przeciętny, szary Joe podniesie wrzask, że jak to?! Jego i jego dzieciaki się tak wykorzystuje? Na barykady!!! Czy to by się udało? Tak. Czy miałoby sens? Nie. Szary Joe szybko by stracił życie, bo pierwszy sort obywateli (brzmi znajmo, nie?) został doceniony przez Boga/genetykę i ma dostęp do potężnego katalogu supermocy. A Joe może co najwyżej wygrać konkurs w pluciu na odległość.

Z polskiego na nasze - świat, w którym mutanci wygrali i teraz rządzą oraz mszczą się za lata prześladowań, które działy się tak dawno, że zemsta zmieniła się w chwalebną tradycję
i poczucie wyższości z dziada pradziada. Ot, ludzka natura w jednym zdaniu.

Jednak jako że zarówno Bóg, jak i genetyka mają spaczone poczucie humoru i największy ubaw, gdy psują czyjeś plany, supernaturalsi - zwani w tym uniwersum Srebrnymi - skichają się ze strachu, gdy w postaci Mare Barrow odkryją szaraczka - zwanego Czerwonym - posiadającego moce, których mieć nie powinien. Haha, teraz radźcie sobie z TYM! - wrzasnął Bóg/genetyka, turlając się po chmurce/spirali i rechocząc jak najęty.

Czerwoni jednak nie chcąc być popychadłem stworzyli swoją Szkarłatną Gwardię, której celem jest wyzwolenie swoich i/lub zniszczenie nie swoich. Partyzantka z zamiłowaniem do działań ekstremalnych, a przy tym kompletny brak przemyślanych działań. Serce mają po dobrej stronie, ale powinni zatrudnić jakiegoś Hannibala (nie Lectera!). Brakuje im mózgów, skoro nie-tak-znowu inteligentna nastolatka jest w stanie ich wykiwać i aspirować do miana tak-jakby przywódczyni.

Strony konfliktu nie grzeszą rozumem - i używając tutaj liczby mnogiej, mam na myśli wszystkie możliwe strony. Król (obaj) i królowa są gwałtowni, nie bardzo znają się na polityce i ekonomii, mylą oligarchię z tyranią co pięć minut, kwestie wojenne również im nie leżą i zdecydowanie powinni popracować nad swoim PR-em. Szkarłatna Gwardia - jak już wspomniałam - jest niezorganizowana, przez co ma więcej dziur, niż skarpety mojego faceta, a do tego próbuje nieudolnie naśladować organizacje paramilitarne, co jest momentami zabawne, a momentami żenujące (kompletny brak konsekwentnego prowadzenia postaci i/lub organizacji jest największą zbrodnią autorki). Co zaś się tyczy tych pośrodku - co to nie chcą ani Czerwonych, ani Srebrnych u steru - przedstawię ich nieco dalej, przy okazji spoilerując obie części.

Jeśli jednak mowa o głównych bohaterach, Mare Barrow jest - mocno teoretycznie - złodziejką, która weszła na tę jakże trudną ścieżkę życia, by utrzymać rodzinę, która złym okiem patrzy na jej mało bohaterskie czyny. Dziewczyna nie jest w terminie, w związku z czym czeka ją wojsko - co i tak nie przeraża jej aż tak, jak idea jej przyjaciela trafiającego na front. Kilorn - rzeczony przyjaciel - najwyraźniej jest lekko wyrośniętym niemowlęciem, za które Mare, i wyłącznie Mare, odpowiada. Szukając pomocy dla syna, pardon, przyjaciela, Mare przez przypadek trafia do tajemniczej Szkarłatnej Gwardii i musi zdobyć finanse na przeszmuglowanie siebie oraz Kilorna gdzieś-tam. Oczywiście uznaje, że kradzież jest najlepszym wyjściem.

Tutaj wchodzi na scenę moje pierwsze wrażenie o Mare, a mianowicie, że ona jest złodziejką, owszem. Ale bardzo teoretycznie. Ostatnimi czasy zaczynam zauważać w literaturze YA pewien niepokojący trend. Główne bohaterki mają super moce, świetne osobowości, podejrzane ścieżki rozwoju kariery i realistyczne podejście do życia. Niestety, wszystkie te piękne cechy rozsypują się nie dalej, jak w czwartym rozdziale. W pewnym sensie rozumiem, co autor/ka chce nam przekazać - każdy, nawet osoba przyzwyczajona do adrenaliny i życia na krawędzi, pod wpływem silnych emocji i niebezpieczeństwa z zewnątrz może stracić opanowanie. W końcu wszyscy jesteśmy ludźmi i wiadomym jest, że nikt jeszcze nie zareagował w sytuacji stresowej tak, jak powinien. Jednak bohaterki YA najczęściej:
1. wrzeszczą jak opętane na wszystko i wszystkich dookoła
2. oblatuje je taki strach, że nie są w stanie się ruszyć
3. padają na twarz i czekają na łamagę/księcia, który przyjdzie je pozbierać z podłogi
4. 20stronnicowe przemyślenia o tym, jakie to są złe, okropne, jak to świat ich nienawidzi idwtrt. (i dalej w tym radosnym tonie)
Częstym jest obserwowanie wszystkich czterech czynników występujących jedno po drugim.
To mierzi. Mierzi zwłaszcza wtedy, gdy bohaterka jest - tak jak Mare - przedstawiona jako niezależna, opanowana, łatwo wtapiająca się w tłum i samostanowiąca się dziewczyna. Kiedy seria się rozpoczynała - a ja wciąż miałam wielkie nadzieje - nawet całkiem ją lubiłam. Miała trzeźwe, realistyczne spojrzenie na świat i zdecydowanie wyróżniała się spośród wszystkich innych postaci. Nawet na fiasko podczas kradzieży - które zakończyło się okaleczeniem jej siostry, jedynej legalnej żywicielki rodziny - przymrużyłam oczy, sądząc, że oto właśnie mamy przykład bohaterki, która poddana silnym bodźcom zewnętrznym zmienia się w żonę Lota. Następujące wyrzuty sumienia też jeszcze mogłabym zrozumieć, ale to był chyba ostatni moment, w którym miałam do niej jakiekolwiek pozytywne uczucia. Później były tylko dwa: irytacja i niechęć.

Tuż po powrocie z nieudanej akcji, w której siostra Mare została okaleczona w dość średniowieczny sposób nasza dzielna bohaterka postanawia wejść w tryb zombie i pohulać trochę po lesie, bo a nóż widelec znajdzie jakiegoś głupiego, który da się okraść (bo, wiecie, nie można było od tego zacząć). Jak to bohaterki YA mają w zwyczaju, wpadła na niesamowicie przystojnego chłopaka. Czasami chętnie bym się z nimi zamieniła na miejsca jeśli chodzi o częstotliwość i gęstość występowania samców przecudnej urody - ja mam pecha spotykać samych Wieśków w zaawansowanych ciążach piwnych. Wracając jednak do Mare - no, chciała okraść. Niebywała sprawa, nie udało jej się. Zaskoczenie, szok, och-ach. Chłopię jednak ma dobry dzień i postanawia rzucić jej połową farmy w gotówce, a następnie wsiada na motor (dobrze widzicie - motor) i odjeżdża na swym stalowym rumaku w siną dal. Pewnie przez te wszystkie bagna, o których ciągle czytaliśmy. No, ale nieistotne.
Tymczasem Mare ogłupiona - zapamiętajcie ten stan, od tego momentu wraca co trzy strony - szczęściem, niedowierzaniem, strachem, szokiem i innymi rzeczownikami, wraca do domu. Nie ma jednak dziewczyna szczęścia, następnego ranka zawijają ją żołnierze. Wcześniej jednak jest w stanie dokonać wiekopomnego odkrycia - z kilku nieskładnych, średnio poetyckich słów rozrzuconych po wersach Sherlock Mare wydedukowała, iż jej brat należy do [nie]sławnej Szkarłatnej Gwardii. (Przy czytaniu tego momentu tak mocno wzniosłam oczy do nieba w poszukiwaniu cierpliwości, że aż zakręciło mi się w głowie. Nie sądzę, by kryptograf doszukał się tych powiązań, a co dopiero ćwierć-inteligent. A nawet gdyby miała nieco więcej rozumu - poza Shade'em, czyli bratem-poetą, nikt inny z rodziny nie miał powiązań z Gwardią, więc na huk pisać do nich zaszyfrowane credo Szkarłatnych???)

Wracając jednak do fabuły. Oj, praca, ciężka praca. Chciałabym się dowiedzieć jak wsiokowi-złodziejowi udało się pojąć etykietę właściwą służbie (która jest o wiele bardziej skomplikowana, niż ta przypadająca w udziale szlachcie) w krótkim okresie czasu przeznaczonego na wskoczenie w robocze ciuchy i ustawienie się w szeregu z innymi. Niemniej jednak Mare pojęła wszystko - łącznie z tym, że jej wybawca z rumakiem, okazał się księciem z bratem. Porównanie całkiem celowe - Maven, młodszy z braci, wydaje się występować w miejscach publicznych wyłącznie dlatego, że stanowi dobre, gorsze tło dla Cala - wybawcy i, całkiem przypadkiem, następcy tronu. Gdybym kupowała sobie pączka za każdym razem, gdy są nazywani płomieniem i cieniem, który rzuca rzeczony płomień, ważyła bym jakieś... no, w każdym razie więcej. Och, i obaj bracia w ruletce genetycznej otrzymali zdolność kontrolowania płomieni. Oryginalne, wiem.

Poznajemy rodzinę królewską - a także większą część cyrku na kółkach zwanego szumnie dworem - w chwili prezentowania bydła, znaczy się, potencjalnych narzeczonych. Krówki z nich całkiem śliczne i gibkie, ale nie muszą wdzięczyć wymion czy też rogów, a jedynie siać zniszczenie. Wyobraźcie sobie Randkę w Ciemno, w której wybieracie żonę w zależności od ilości zniszczeń, które jest w stanie spowodować. To jednak - jak większa część imprez masowych - ustawiane zawody i faworytka jest w tak oczywisty sposób faworyzowana, że powinno się ją zdyskwalifikować. Wredny pysk i bezduszne podszywanie się pod Magneto mają zapewnić jej dozgonną nienawiść czytelników. Zabieg ten, przeprowadzony z precyzją i subtelnością ślepego drwala, wywołał u mnie dość mocną irytację. W związku z powyższym postanowiłam polubić Evangeline, bo zdecydowanie wolę typ zimnej, wyrachowanej suki, niż dziewczęcia, które ma być twarde, ale nie jest. (Poza tym ma całkiem interesującego brata - chętnie poznałabym się z nim bliżej, a przychylność potencjalnej szwagierki by się przydała.)

Po raz kolejny wkracza tu ta niekonsekwencja, która wciąż sprawia mi ból. Gdy amfiteatr gnie się ku woli (i radosze) Evangeline, efektem ubocznym jest Mare wystrzelona w powietrze i spadająca na pole siłowe, które powinno było ją spopielić. Gdyby do tego doszło, książka byłaby o wiele ciekawsza. Strach wyzwala u niej jednak super-ekstra moce błyskawicy/elektryczności/ciekawe-kto-płaci-rachunki i ląduje u stóp rywalki. Patrząc na to, jak zareagowała ostatnim razem, gdy jej życie było zagrożone - zmieniając się w słup soli, który nie jest w stanie wydać z siebie choćby jednego dźwięku - należałoby się spodziewać tym razem tego samego, bądź jakiejś innej bliskiej krewnej żony Lota. Być może jednak tym razem Mare miała lepszy dzień i po bliskim spotkaniu ze śmiercią uznała, że wyczerpała limit zagrożeń, więc zaczęła sobie... dowcipkować.

Robiąc duży przeskok fabularny pozwolę sobie na przytoczenie innych reakcji w chwilach zagrożenia - a jest to nielichy repertuar. Nie jestem tylko pewna czy wolę obrażoną księżniczkę, hipokrytyczną histeryczkę, święcie oburzoną sprawiedliwość wcieloną, zdzierającą sobie gardło heterę, chłodną i zdystansowaną potencjalną morderczynię czy też zapłakaną bidulkę. Tatiana Maslany się chowa, proszę Państwa.

Panie na arenie trochę się poprztykały, a w ramach nagrody obie dostały po królewiczu - ta wredniejsza starszego, bo królowa-suka szukała chyba swojego dopplegangera. Mare tymczasem dostaje się w przydziale Maven, który dość szybko spada z pozycji "prawie taki jak brat" do "wymoczka-biedaczka".

Od tego momentu fabuła idzie trzema torami, które spotykają się ze sobą w kilku momentach, prowadząc do kraks skutkujących upadkiem poziomu z kiepskiego na krytyczny.
Pierwszym torem - tym najpiękniejszym i największym - jedzie sobie pociąg na trasie "Od zera do bohatera", w którym mamy przedziały dla treningu ciała, treningu umysłu, treningu idiotyzmu i wtykania nosa gdzie nie trzeba. Choć polałam to sporą dozą sarkazmu, to ta część podobała mi się najbardziej. Jestem fanką Fabuły, zwłaszcza, gdy Postacie kuleją. Świat przedstawiony jest interesujący i na tyle rozbudowany, że można byłoby się pokusić o zgłębienie go. Jednakże ten pociąg nie ma wersji podwodnej, więc ślizgamy się jedynie po powierzchni złożoności świata Srebrnych. Poznajemy trochę postaci, ale spośród wszystkich Srebrnych ilość tych sympatycznych jest niemalże zerowa. Nie wspominając o tym, że jedyna sympatyczna postać żeńska nie ma języka. Nie można sobie pozwolić na miłą, sympatyczną i - na przykład - ładną Srebrną w jednym. Zbyt wielkie zagrożenie. Wszystkie muszą być puste i wyrachowane. Klimaty trochę Trędowate.
Drugim torem sunie prosiaczkowo różowy wagonik o wdzięcznej nazwie "Bo do tanga trzeba dwojga" puszczający czarne serduszka, a spod kół strzelają skrzące się gwiazdeczki. Pod ten konkretny tor bardzo chętnie podłożyłabym dużą ilość ładunków wybuchowych. W literaturze YA nie należy szukać romansu na poziomie, aczkolwiek takie się zdarzają (o ile kiedyś skończę pisać ten esej, być może zrecenzuję i te lepsze). Jednak w "Czerwonej królowej" jest on bardzo, bardzo kiepski. Na skali Kiepskości powiedziałabym, że już nie Ferdynand z przebłyskami geniuszu, ale Walduś. Pozwolę sobie na obsmarowanie tej części proporcjonalną ilością złośliwości w stosunku do zażenowania i irytacji, które czułam cierpiąc katusze scen i rozważań "miłosnych". Niesamowity i - och, ach - jakże niespodziewany trójkąt miłosny rozgrywa się pomiędzy Calem, Mare i Mavenem, z okazyjnym dorzuceniem Kilorna, bo przecież Mare jest taka niesamowita. Sytuacja wygląda następująco - Mare i Cal obściskują się po kątach; Mare usiłuje udawać, że nic do niego nie czuje; Maven ją uwodzi i ona mu się daje, ale jednocześnie jest jej go jedynie żal; Kilorn chce ją ratować, bo jest dla niego ważna, ale to ona chce ratować jego, ale on chce ratować ją itd.; Evangeline w tym wszystkim w ogóle nie ma. To tak w skrócie telegraficznym. Niestety, autorka nie pokusiła się o skrót telegraficzny i mamy wiele szczegółowych opisów odczuć, przemyśleń oraz marzeń Mare. A także tony wyznań ze strony panów (uparcie nazywanych chłopcami, choć Calowi stuknęła już dwudziestka).
Torem trzecim - wąziutkim, malutkim i biedniutkim - zasuwa drezyna o wdzięcznej nazwie Przesłanie Do Czytelników. W przypadku jakiejkolwiek kraksy z powyższymi pociągami, Przesłanie wypada najgorzej i często jest przemalowywane tak, by wtapiało się w kolor przedziału, który akurat znajduje się obok niego. Co ciekawe, tym, co zmusiło mnie do przeczytania nieszczęsnego tomu drugiego, było właśnie owo Przesłanie.

Widzicie, mam zrypaną siostrę. Lekki off-top, ale zaraz wyjaśnię. Moja Siostra jest wredną pindą, która zawsze traktowała mnie z góry, nigdy w niczym mi nie pomogła, kradła mi każdego potencjalnego chłopaka, a do tego była wiecznie faworyzowana i tłumaczona przez rodziców. Pamiętacie ten moment w "Thorze" gdy Loki miał zamiar zamordować Thora? Boże, jak ja temu gnojkowi kibicowałam! I tak samo kibicowałam - spoilery, spoilery - Mavenowi, gdy zemścił się na bracie i niewiernej narzeczonej. Moment, w którym wychodzi na jaw, że nie tylko ich wszystkich oszukał, nie tylko wykorzystał Mare do przedostania się do Szkarłatnej Gwardii, ale też jego podstawowym celem była zemsta za lata upokorzeń, byłam w siódmym niebie! Zwłaszcza, że przez całą książkę było mi go żal i nie spodziewałam się, że nadejdzie ten moment, gdy będzie mógł się odegrać.
Maven przez całe swoje życie był traktowany przez Cala protekcjonalnie, zawsze był na drugim miejscu, ojciec traktował go jak powietrze - poza momentami, w których przyrównywał go do Cala, z korzyścią dla starszego brata, ludność i kobiety uwielbiały starszego brata, a nawet Mare przez całą książkę śliniła się za Calem, a Mavenowi dawała się uwodzić z litości. I on dał im za to popalić. W chwili, w której Mare wrzasnęła do niego "Przecież to twój brat!" a on odpowiedział "I co z tego?" miałam ochotę paść autorce do stóp i dziękować. (Rzecz jasna, nie zrobiłabym tego, bo chwilę później nagle Mare się zwidziało, że Cal go kochał, że ich ojciec go kochał, a nawet Mare go kochała i już nigdy nie popełni tego błędu, by się w nim zakochać! Tak, wiecie, pięć minut po tym jak się grzała o plecy Cala, a pięć stron później wmawiała sobie, że między nimi stać się nic nie może. Bo, rzecz oczywista, tak bardzo kocha Mavena, że o nim w ogóle dotąd nie myślała w kategoriach romansu. Kto by nie chciał takiej miłości?)

Przesłanie pt. "Na bycie rodziną trzeba sobie zasłużyć" szybko jednak rozsypało się w pył, bo zaraz na początku drugiego tomu z wyrachowanego, inteligentnego poszukiwacza zemsty Maven [de]ewoluował w Maniakalnego Samozwańca TM, który pozostawia liściki miłosne dla Mare przy zwłokach noworodków (nie, nie wymyślam, to naprawdę się zdarzyło) i najwyraźniej chciał zostać królem, bo nie umiał przegrywać, a poza możliwością utraty korony nigdy wcześniej nie przegrał w żadnej kategorii. Na to miałam jeden, jedyny komentarz, a składał się on z: ??????????????????????????????

Zgubiłam sens Przesłania Rodziny, bo nagle Mare nie mogła ufać swojemu rodzeństwu i rodzicom. Zgubiłam sens Przesłania Miłości, bo nawet jeśli coś gdzieś tam mogło się zdarzyć między Mare i Calem, to ich zachowanie było coraz bardziej odrzucające. Przesłanie Polityczne też poszło się bujać, bo zamiast iść na wojnę i walczyć o niepodległość, Mare zajmuje się zbieraniem Pokemonów (tzn. innych Szkarłatnych z mocami Srebrnych) i trenowaniem ich, by wyruszyć na wojnę przeciwko cholernie dużej ilości Srebrnych. Przesłanie Moralności też upada, bo nagle trupy tych złych pokazuje się w telewizji, niczym grupa terrorystyczna, która egzekucje wykonuje na żywo. Przesłanie Rozsądku i Silnej Postaci Kobiecej kulało od samego początku, ale pod koniec części drugiej Mare zachowuje się, jakby żyły w niej trzy, albo i cztery różne osoby. Na jednej stronie płacze i rozpacza nad niesprawiedliwością losu, na następnej ma się za chłodnego generała, a na jeszcze następnej wrzeszczy jak opętana i nikogo nie słucha, by na kolejnej z kolei mordować. Przesłanie Intuicji i Przyjaciół też jest do niczego, bo Mare zawsze ma przeczucie komu można ufać/nie ufać i w 99,99% się myli. Przesłanie Otrzeźwienie Bohatera też jest do niczego, bo nawet gdy Mare zalewa strony hipokryzją i kompletnym brakiem logicznego myślenia, to jedyna osoba, która ją skrytykowała zaraz została uciszona i później przyznała się do błędu w rozumowaniu.

Szkarłatna Gwardia sama w sobie byłaby ciekawym tworem, gdyby nie została potraktowana po macoszemu i gdyby książka była pisana z perspektywy kogoś mniej rozchwianego emocjonalnie. Udało im się podkraść sporą ilość sprzętu wojskowego Srebrnym. Zakosili sobie całą wyspę i spokojnie sobie na niej żyją. Mają mocno militarne zaplecze - pełna dyscyplina, karność i posłuszeństwo. Współpracują z siłami wrogów, z którymi ich kraj od lat prowadzi wojnę (temat tej jatki został porzucony już w połowie pierwszego tomu i od tamtego czasu wspominany jest jedynie w kategoriach "biedni Czerwoni umierają na froncie"). Mają niesamowite laboratoria, zaplecze medyczne i wynalazki. Generał, który tym wszystkim kieruje to trzeźwo myślący mężczyzna, co oczywiście należy szybko naprawić i kazać mu popełnić jeden błąd za drugim, bo przecież Mare Musi Mieć Rację. Farley, która była pierwszym przedstawicielem Szkarłatnej Gwardii jakiego poznajemy, miała możliwość bycia prawdziwą Kobietą W Akcji, ale również popełnia mnóstwo błędów, by ktoś - Mare, Cal, Shade - mógł ją uratować. A na koniec zachodzi w ciążę i nie sądzę by wzorem Grainne mac Conor z trylogii "Kusziela" ruszyła do walki w tym stanie. Kolejny potencjał, który został zmarnowany.

Całość fabuły oraz postaci byłaby może do przyjęcia, gdyby nie infantylny styl autorki. Jest on książkowym przykładem czegoś, co nazywam "stylem YA". Wszyscy cierpią. Wszyscy mają mroczne myśli. Wszystko jest tragiczne. Hiperbolizacje latają po stronach, aż dziw, że nie doszło do tysiąca powtórzeń, bo przecież jak bardzo można stopniować "cierpienie" i ile razy go użyć? W pewnych momentach słowa odnoszące się do danej sytuacji są śmiesznie nie na miejscu, a wielkie słowa tracą na znaczeniu. Wszystkie wyznania miłosne powodują mocne skrzywienie, a przemyślenia nad światem/życiem/własną osobą/miłością walą zażenowaniem po mordzie. Nim postacie się odezwą, już wiadomo co - i w jaki sposób - wyjdzie z ich ust (za wyjątkiem Mavena pod koniec części pierwszej). Sceny akcji idą autorce o wiele lepiej, niż te skupiające się na jakże istotnym życiu wewnętrznym bohaterów - trafiają do wyobraźni, można je sobie wyświetlić w szczegółach i poczuć lekką ekscytację. Nie jest to literatura najwyższych lotów, ale dynamika oraz realizm walk podnosi poziom obu części. Szkoda jedynie, że poza tymi kilkoma momentami całość przedstawia się nieciekawie.

Nie mam pojęcia, jak autorka zamierza zakończyć tę serię. Przypuszczam, że w następnej części weźmie pod lupę dwór Srebrnych i może dojść do mnóstwa obrzydliwych scen. Część druga zakończyła się na niewoli Mare - oddała się w ręce Mavena dla Wyższego Dobra, a on na dzień dobry założył jej obrożę i przysiągł upokorzenie. Nie zdziwiłabym się bardzo, gdyby część trzecia przedstawiała próby gwałtu, a przynajmniej molestowanie seksualne. Jednak jeśli nawet, to ja się o tym nie dowiem. Nie sięgnę po kolejną część. Mało tego, będę trzymała się z daleka od książek Victorii Aveyard.

Spodziewałam się dobrego kawałka fantasy politycznego z romansem w tle, a wyszło na to, że jedynie zmarnowałam trzy dni, w ciągu których mogłam sięgnąć po coś lepszego.

Podsumowując:
Zdecydowanie odradzam. Nie warto.
_________________
Ustami Nynaeve, moje wymagania co do książek:
"Jeśli już skończyłyście plotkować o mężczyznach," syknęła Nynaeve jadowicie, "może wrócimy do tego, co jest naprawdę ważne?"
 
     
Sophie 
Moderator
Mały Tyran


Wiek: 25
Dołączyła: 24 Sie 2010
Posty: 2813
Skąd: skc
Wysłany: 2016-09-11, 12:42   


Tytuł: Szklany miecz
Autor: Victoria Aveyard

Tłumaczenie: Adriana Sokołowska-Ostapko
Oprawa: miękka
Liczba stron: 560
Wydawca: MOONDRIVE
ISBN: 978-83-7515-378-1

Opis:
W kontynuacji bestsellerowej „Czerwonej Królowej” Mare Barrow musi zmierzyć się z mrokiem, który ogarnął jej duszę, stawić czoło bezlitosnemu królowi Mavenowi i własnym słabościom.
Walka pomiędzy rosnącą w siłę armią rebeliantów a światem, w którym liczy się kolor krwi, przybiera na sile. Mare Barrow ma czerwoną krew, taką samą jak zwykli ludzie. Jednak jej zdolność kontrolowania błyskawic – nadprzyrodzona moc zarezerwowana dla Srebrnych – sprawia, że rządzący chcą wykorzystać dziewczynę jako broń.
Mare odkrywa, że nie jest jedyną Czerwoną, która posiada umiejętności charakterystyczne dla Srebrnych. Są też inni. Ścigana przez okrutnego króla Mavena wyrusza na wyprawę, aby zrekrutować Czerwono-Srebrnych do armii powstańców gotowych walczyć o wolność. Wielu z nich straci życie, a zdrada stanie się chlebem powszednim. Mare musi też zmierzyć się z mrokiem, który ogarnął jej duszę. Czy sama stanie się potworem, którego próbuje pokonać?

Komentarz:
Uch, czasem naprawdę się dziwię, jak niektóre książki stają się hitami. „Szklany miecz” do nich należy.

Największą wadą tej książki (taką kolosalną, ogromną, gigantyczną, przesłaniającą wszystko inne) jest główna bohaterka, Mary Sue od siedmiu boleści. Mare to zadufana w sobie, egoistyczna, niekiedy można powiedzieć nawet że szalona, mała suka, która uważa, że zawsze ma rację i że jest najważniejsza. Lubuje się w zabijaniu, jednocześnie mówiąc, iż nie cieszy jej to. Nie cierpię takich niekonsekwentnie budowanych postaci - jeśli autorka daje postaci jakąś cechę, to zachowanie tejże powinno odzwierciedlać ten epitet. To, że napisze się, że bohaterka jest dobrą osobą, nic nie znaczy, dopóki nie poprze się tego czynami. Mamy tu przykład wrednej wiedźmy, która w niepojęty sposób ma posłuch – nawet jeśli ktoś powie Mare, że ta źle robi, to magiczne autorskie rączki za chwilę tak odwracają kota ogonem, że to Mare wychodzi na pokrzywdzoną. Bez trudu można by z niej zrobić czarny charakter. W poprzednim tomie nie było to jeszcze tak widoczne, za to w tym Mare pokazuje się w całej swej paskudnie idiotycznej chwale.

O innych elementach nie ma co pisać – były przeciętne. Nawet jakby były świetne, to raczej główna bohaterka wszystko by zepsuła.

Brr, fuj. Koszmarna postać.

mroczna88 napisał/a:
Nie sięgnę po kolejną część. Mało tego, będę trzymała się z daleka od książek Victorii Aveyard.
Heh, to masz więcej rozumu niż ja. :-P Mam taką przypadłość, że zdarza mi się czytać coś, o czym wiem, że mnie zirytuje i nie będzie mi się podobać. I pewnie z trzecim tomem tej serii też tak będzie, o ile biblioteka nabędzie egzemplarz, bo oczywiście książki, które kupuję, wybieram z nieco większą rozwagą (choć kiedyś miałam podobnie do Ciebie - teraz mam za mało miejsca na taką rozrzutność xd).
_________________
Oh yes Daddy is home and he ain’t happy.
 
     
attra 
Wielbiciel Ciemności


Dołączyła: 27 Mar 2013
Posty: 99
Wysłany: 2017-02-27, 20:31   

Przyznaję, że na kontynuację dobrej Czerwonej Królowej czekałam dość niecierpliwie.
Po tak dobrych wrażeniach po lekturze pierwszego tomu, byłam pewna, że Szklany Miecz będzie równie dobrą książką, jeśli nie lepszą.
Byłam tego pewna.
I rozczarowałam się jak dawno mi się nie zdarzyło…

Drugi tom trylogii Victorii Aveyard rozpoczyna się od brawurowej ucieczki Mare i Cala z wojownikami Czerwonej Gwardii.
Udaje im się dostać do bezpiecznej kryjówki.
Niestety nie jest to gwarantem ich bezpieczeństwa. Splot różnych wypadków sprawia, że Mare, jej brat i kilka innych osób, na własną rękę zaczynają szukać ludzi podobnych do Mare, Czerwonych z umiejętnościami Srebrnych, aby ustrzec ich przed śmiercią z rąk nowego króla i zachęcić do przyłączenia się do ruchu oporu.
Król Mavenow bezlitośnie tropi Mare i Cala oraz Nowych (jak nazywani są Czerwoni z umiejętnościami Srebrnych). Nie zna litości i zrobi wszystko, aby ich schwytać, organizuje zasadzki, morduje, torturuje.


Muszę przyznać, że Victoria Aveyard w drugim tomie postawiła na akcję i dynamikę. Ucieczki, walki, pułapki. Tym wszystkim przepełniona jest książka.
Akcja nie tylko mknie do przodu, ona pędzi sprintem. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie.

Niestety to chyba jedyny plus Szklanego Miecza.
Bowiem autorka zrobiła coś, co wydawało mi się niemożliwe.
Zepsuła główną postać tak bardzo, że już bardziej się nie dało. Z fajnej, choć zagubionej dziewczyny, która zmagała się z sytuacją w jakiej się znalazła, walczącej o swoje życie i wolność, Victoria Aveyard zrobiła młodą dziewczynę, która przez całą książkę użala się nad sobą, robiąc z siebie na zmianę męczennicę, biedną zdradzoną dziewczynkę lub hardą Nową bez litości.
Mare całą książkę powtarza, że nikomu nie wierzy i nie ufa. Robi to non stop, przy każdej możliwej okazji. Jest to tak wyeksponowany element fabuły, że w pewnym momencie nie mogłam już patrzeć na kolejne zdanie, w którym po raz kolejny była zawarta ta informacja.

Kolejnym minusem jest poprowadzenie wątku romantycznego. O ile w pierwszym tomie był on fajnie wpleciony w fabułę, subtelnie, o tyle w drugim tomie jest on zwyczajnie niestrawny. Mare wciąż tęskni za Mavenowem, który ją zdradził, jednocześnie manipulując Calem w imię swoich uczuć do niego i tego, że zwyczajnie jest jej potrzebny w walce.
Wciąż rozpamiętuje, kim był Mavenow, choć wie, że była to tylko przykrywka i oszustwo, jednocześnie trzymając na dystans Cala. Trochę dziwny trójkąt miłosny, podany w tak nijakiej formie, że aż nie chce się o nim czytać. Brak w nim również jakichkolwiek emocji.

Niestety narracja jest nadal pierwszoosobowa z punktu widzenia Mare, co pozwala autorce na ciągłe pisanie o każdym przemyśleniu i dylemacie jakich doświadcza Mare.
O ile do pewnego stopnia jest to potrzebne – w końcu Mare, zwykła dziewczyna z niezwykłymi mocami zabiła na arenie Srebrnych i nie potrafi sobie z tym poradzić - o tyle autorka nie potrafiła znaleźć granicy, która wewnętrzną walkę z samą sobą jaką toczy Mare, odgrodziłaby od ciągłego użalania się nad sobą głównej bohaterki.
Niestety Mare stała się postacią, która zaczęła mnie tak irytować, że straciłam do niej całą sympatię jaką miałam podczas lektury Czerwonej Królowej.
Autorka zrobiła z niej wiecznie użalające się, niedojrzałe dziewczę, oczekujące zrozumienia i nikomu nieufające.

Jedyny plus tak haniebnego zepsucia głównej bohaterki, to fakt, że postacie drugoplanowe i Cal zyskują więcej wyrazistości .

Wydawca umieścił takie zdanie w opisie książki:
„Mare musi też zmierzyć się z mrokiem, który ogarnął jej duszę. Czy sama stanie się potworem, którego próbuje pokonać?”

Uważam, że ten wątek w książce autorce się nie udał. Ba! Zepsuła go całkowicie. Nie znalazłam mroku w duszy Mare, jedynie ciągłe poczucie bycia męczennicą, przez którą giną ludzie.
Mare w moim odczuciu nie staje się potworem, a jedynie irytującą i żałosną dziewczyną, która sama nie wie czego chce.

Jedyne co choć minimalnie ratuje tą książkę, to postacie drugoplanowe i Cal oraz kilka ostatnich rozdziałów książki.
Chłopak nadal jest tajemnicą, widać wyraźnie, że uczucie jakim darzy Mare wpływa na jego decyzje. Czyny do których zmusiła go jego macocha dręczą go bez przerwy, jednak pozostaje on ciekawą postacią, której nie sposób nie lubić.
Jednak mimo uczuć jakie żywi do Mare i on stracił całą swoją wyrozumiałość wobec niej, jej poczynań i decyzji.
Mam nadzieję, że to jest sygnał skierowany do czytelnika, że autorka celowo tak zmieniła postać Mare i w trzecim tomie będzie można pozytywnie się zaskoczyć.

Niestety lektura Szklanego Miecza była dla mnie męcząca. Ciągła irytacja na zachowanie głównej bohaterki zabiła całą przyjemność z lektury i ciekawej fabuły.
Nieustające użalania się na swój los przez Mare miażdżąco zdominowało książkę, skutecznie spychając inne elementy fabuły w cień.
Sięgnę po finałowy tom trylogii, ale z dużą dozą nieufności (o proszę, udzieliła mi się ta nieufność od Mare chyba), mając nadzieję, że autorka nie pójdzie tą drogą, którą zaprezentowała mi w Szklanym Mieczu, a raczej rozwinie to co stworzyła w Czerwonej Królowej.
_________________
książki to mój jedyny nałóg

Moje czytanie
http://miszmasz79.blogspot.com/
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Styl created by enquish from Slums-Attack.org