Ostatnio przeczytane

Czytałeś ostatnio ciekawą książkę bądź komiks? A może ciekawy artykuł w gazecie? Podziel się tym z nami. Rozpocznij dyskusję na temat ulubionych dzieł literackich i nie tylko.

Moderatorzy: Administratorzy, Moderatorzy, Junior Admini

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Dreszcz 2 . Facet w czerni

Obrazek

Autor: Jakub Ćwiek
Wydawnictwo: Fabryka słów
Data premiery: 27-06-2014

Opis z okładki:
Kontynuacja głośnego przeboju.
Dreszcz potrzebuje muzyki, by ogarnąć wszystko, co dzieje się wokół niego. Potrzebuje naprawdę ostrego grania. Oprócz codziennej walki z kacem i urwanym filmem musi ścierać się z najbardziej przerażającymi tworami śląskiego półświatka: węglowymi zombie, mikołowską mafią, a nawet... z rzeźnikiem z Sosnowca. W niebanalnym zadaniu pomagają mu: kumpel emeryt, młodociany kamerdyner i paru herosów. W tym... super-żule z katowickiego dworca i jedyny prawdziwy Polak. W dodatku czarny. Są pieniądze, są kebaby i jest nowa kapela - żyć nie umierać. Przewrotny (prawie) komiks Ćwieka o superbohaterach w trudnych czasach fejsa, słitfoci i Łan Dajrekszon.

Moja opinia:
Bardzo, ale to bardzo trafny opis. Czytając ten ala komiks zabrakło mi wirtualnego włącznika danej melodii, którą w danej chwili „nucił” sobie Dreszcz. Nawet jak znałam melodię i zespół, to i tak nie słowa. Może książka nie straciła by uroku, żeby na dole strony pojawiało się tłumaczenie na polski, albo w kolumnie obok. (Podobnie było ze Ślepą Plamą Noczkina, tyle, że foniczny ukraiński jest dla mnie o wiele bardziej zrozumiały niż pisany angielski :-) ). Wtedy kontekst byłby o wiele zabawniejszy. To jedyna wada Dreszcza. Bardzo spodobał mi się pomysł na bohaterów już od pierwszej części. Kiedy oglądam albo czytam pozycje z zagranicznymi herosami, pozostaje mi zawsze niedosyt. Dlaczego w Polsce nie może się trafić choć jeden? Kim by był? Czy tak jak w pewnym amerykańskim serialu (Heroes), byłby zwykłym przeciętnym obywatelem, czy też obywatelką. Czy tak jak w „Nie ma mocnych” został by objęty tajnym programem „ochrony świadków”. Z kim by walczył i jakby się odnalazł w realiach dobra i zła. Kto by mu pomagał? Jakby wyglądał? Kuba stworzył nie jednego, a kilku. Same indywidua, do tego ich moce, czy wygląd to poniekąd odbicie polskiej rzeczywistości w krzywym zwierciadle. Mimo to Rysiek gra pierwsze skrzypce. Kiedy patrzę na jego podobiznę w książce, jego wygląd nie pasuje mi do mojego wyobrażenie rokmena, (któremu nie wyszło w życiu). A takiego utożsamiam z serialową gwiazdą rock'n'rolla z lat 90-tych (All Together Now tj. „I wszyscy razem”), któremu kariera nie wyszła, a po śmierci pewnej kobiety dowiedział się, że jest ojcem i musiał się zająć nastoletnimi dziećmi. Taki wokalista powinien mieć długie, szpakowate włosy, kwadratową szczękę (jakżeby inaczej), zniszczoną cerę, przepity głos (inaczej rok nie brzmi jak rok) oraz być słusznego wzrostu. Rychu nie pasuje mi ani do ryciny w książce ani do mojej wizji, ani do śp. Rydla też nie (za młodo umarł). Zastanawiam się czasem nad Krzysztofem Kiersznowskim odtwórcą „Wąskiego” w Kilerze, tylko z długimi włosami. Wtedy wszystko wskakuje na swoje miejsce. Dreszcza nie można brać na poważnie. To jak pastisz o herosach w polskiej rzeczywistości. Trochę przypominający Wędrowycza. Różni, a jednak podobni (światopogląd). Ponadto po przeczytaniu Dreszcza doszłam do wniosku, że jestem chyba strasznie „zła”, albo „niemoralna”, bo chciałam postąpić tak jak Connor, a nie jak Dreszcz, bo nie wierzę w polski czy „inny” wymiar kary. Wiem, jestem strasznie cyniczna, ale prawda jest brutalna. I jeszcze jedno. Amerykańscy herosi zawsze walczą z bardzo paskudnymi czarnymi charakterami. Nasi (polscy) są jacyś trochę wyblakli, za mało krwiożerczy, zbyt mało psychopatyczni. I to by było na tyle.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Seria: Ogień ludzkości

Obrazek
Tom II: Osierocone światy
Autor: Cobley Michael
Wydawnictwo: Mag
Data premiery: 28.02.2014

Opis z okładki:

Darien przestał być ukrytym bastionem ludzkości, stał się nagrodą w galaktycznej próbie sił. Hegemonia kontroluje planetę, podczas gdy Ziemia bezradnie przygląda się sytuacji. Ziemski ambasador na Darienie stanie się graczem w konflikcie większym niż jest sobie to wyobrazić....
Pradawna świątynia skrywa dostęp do więzienia w głębinach hiperprzestrzeni, gdzie czai się największe zagrożenie z jakim kiedykolwiek miało do czynienia inteligentne życie. Przed tysiącleciami, po zakończeniu apokaliptycznego konfliktu, zamknięto tam pradawną rasę. Teraz zbliża się czas uwolnienia obcych, a wraz z nim nowa, przerażająca wojna.

Moja opinia:

Nie mogę za bardzo napisać nic o fabule ani o bohaterach, ponieważ byłby to jeden wielki spoiler w stosunku do tych co jeszcze nie czytali Ziaren ziemi (tom I). Fascynujące jest to, że każdy z frachtowców, dzięki którym ludzie uciekli przed Rojem trafił na zamieszkany Świat i tylko na Darienie ludzie pozostali ludźmi. W drugim tomie już nie tylko mamy do czynienia z pojedynczymi przedstawicielami społeczności, ale z całymi planetami. Każda rozwinęła inną społeczność, inaczej „dogadała” się z autochtonami. Te relacje okazały się istotne dla rozwoju subkultur. To bardzo ciekawe zjawisko z punktu widzenia ewolucji. Ponadto, jak w świecie Honor, nie może zabraknąć również międzygwiezdnych terrorystów. Pojawiają się we wszystkich cyklach s-f z jakimi mamy do czynienia. Nie ważne gdzie dzieje się akcja, oni muszą trwać. To daje domyślenia. Kosmos to o wiele większa skala. A jak do tego dodać inne płaszczyzny? I tu poniekąd wkracza Sniegow i jego epopeja. Wyjaśnia się tytuł serii i podobieństwo do Ludzie jak bogowie. A może tylko ja mam takie skojarzenia. Bardziej od nieznanych światów, w tego typu powieściach fascynuje mnie technika, sztuczna inteligencja, ksenocyd, gdzie przebiega granica. Co czuje człowiek pozbawiony „sztucznej jaźni”? Szybkość budowania technologii przez technologię, niby niemożliwe, ale jak się porówna do replikatorów z GW to pewne rzeczy przestają dziwić. Największym zaskoczeniem był dla mnie Legion. To z czego powstał i czy to będzie miało znaczenie w ostatecznej rozgrywce? Dwójka stawia więcej pytań niż daje odpowiedzi, a psioniczne planety są czymś cudownym, czymś za czym tęskniłam odkąd obejrzałam Avatara.
Ciekawe kiedy uda mi się dopaść 3 tom.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2963
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Rzeki Londynu
Autor: Ben Aaronovitch

Tytuł oryginału: Rivers of London / Midnight Riot
Wydawnictwo: Mag
Tłumacz wydania: Małgorzata Strzelec
Data wydania: 19 marca 2014
ISBN: 9788374804257
Liczba stron: 384
Cena detaliczna: 35,00

Opis:

Nazywam się Peter Grant. Jestem detektywem i uczę się na czarodzieja – jako pierwszy uczeń od pięćdziesięciu lat.
Zajmuję się gniazdem wampirów w Purley, negocjuję rozejm między walczącymi ze sobą bogiem i boginią Tamizy, wykopuję groby w Covent Garden – a to tylko rutynowe działania.
Duch rozruchów i rebelii obudził się w mieście i na mnie spada obowiązek przywrócenia porządku chaosie, który wywołał.
Albo tego dokonam, albo umrę próbując…

Komentarz:
Książka ta przykuła moją uwagę w tym samym momencie, w którym dowiedziałam się, że należy do gatunku urban fantasy. Trochę to trwało, ale w końcu udało mi się dorwać egzemplarz.

Po przeczytaniu "Rzek Londynu" mogę spokojnie stwierdzić, że z Kate to się równać nie może, ale myślę, że mimo wszystko zasługuje na uwagę. Jest przede wszystkim inne – mamy tu do czynienia z londyńskim policjantem, który odkrywa, że świat jest dziwniejszy, niż sądził, w pierwszym tomie mierząc się z duchami.

Główny bohater wydaje się przeciętnym, sympatycznym, młodym człowiekiem. Niestety nie jest to raczej zbyt pożądana cecha u bohatera UF – niestety Peter Grant nie ujął mnie jakoś szczególnie. Brakuje mi w nim mocnego akcentu, czegoś, co by przykuło uwagę, zafascynowało czy po prostu zapadło w pamięć jako cecha, która go w jakiś sposób wyróżnia. A Peter po prostu jest – ani nie drażni, ani nie zachwyca. Zaletą jest pierwszoosobowa narracja, która pozwala znieść takiego bohatera. Peter ma specyficzny sposób opowiadania, co dodatkowo ułatwia czytanie.

Charakter głównego bohatera istotnie wpływa na akcje. Akcja jest owszem ciekawa, ale brakuje jej czegoś, co by mnie porwało. Jest całkiem szybka, ale czegoś w tym wszystkim brakuje ¬– choć czytałam przyjemnością, nie czułam przymusu, by sięgnąć po kolejny rozdział. Oczywiście, jeśli ktoś nie wymaga od książki, by go wciągnęła bez reszty, z całą pewnością mu się "Rzeki Londynu" spodobają.

Z mniej znaczących elementów przeszkadzało mi trochę to, że bohater rzucał bez przerwy nazwami ulic, a ja jako mało w nich obeznana nie mogłam sobie w żaden sposób ich wyobrazić. Przydałoby się załączenie mapy Londynu. :-)

Krótko mówiąc, jest dobrze, ale mogłoby być lepiej. Brakuje mocnych akcentów, które zapadałyby w pamięć.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
attra
Posty: 99
Rejestracja: 27 mar 2013, 16:51

Post autor: attra »

Futu.re
Autor: Dmitry Glukhovsky

data wydania4 marca 2015
ISBN9788363944483

Opis książki
Nowa powieść Dmitrija Glukhovskiego po latach milczenia!

Co bym robił przez życie wieczne?

Już za naszego życia zostaną dokonane odkrycia, które pozwolę ludziom pozostać wiecznie młodym. Nie będzie już śmierci. Nasze dzieci nigdy nie umrą.

Witaj w przyszłości. W świecie zamieszkałym przez wiecznie młodych, doskonale zdrowych, szczęśliwych ludzi.

Moja opinia:

Nowa powieść autora Metro 2033 zaciekawiła mnie od pierwszej chwili, gdy o niej przeczytałam.
Opis zachęcał jeszcze bardziej.
Byłam nastawiona na powieść w stylu Metra (które mnie zachwyciło).
I cóż się stało jak już przeczytałam książkę?
No więc nie wiem co napisać...
Książka podoba mi się bardzo, wciągnęła mnie, zafascynowała, oszołomiła.
Temat nieśmiertelności ludzi autor pokazał niesamowicie ciekawie.
Obraz społeczeństwa i sposobu życia ludzi w jego wizji, jest dla mnie przerażający.
Glukhovsky sprawnie łączy ze sobą wątki, prowadzi fabułę, kieruje bohaterami.


Nie potrafię jednoznacznie określi tej powieści. Świat jaki pokazał mi autor (w którym żyje główny bohater) jest dla mnie jak senny koszmar, z którego człowiek chce się jak najszybciej obudzić.
Natomiast dla pokazanego w nim społeczeństwa jest czymś, czego pożądają, do czego dążą, dla czego zrobią wszystko aby w nim egzystować, nieśmiertelni i wieczni.
I co ze swoją nieśmiertelnością zrobiło społeczeństwo, świat.

Główny bohater nie przechodzi żadnej spektakularnej przemiany. Mimo, że pewne wydarzenia zmuszą go do prawdziwego rachunku sumienia i zrzucenia klapek z oczu.
I mimo, że decyzje jakie podejmie wydały mi się dobre, to jego motywacja już mniej.


Ta książka zmusza do refleksji nad postępem w medycynie, technicznym, naukowym. Czy to do czego dążymy uświęca sposób w jaki to robimy.
Po jej zakończeniu nasunęło mi się na myśl pytanie "czy dałabym radę żyć"? Nawet za cenę nieśmiertelności i możliwości naprawiania swoich błędów?

Autor dużo uwagi poświęca kwestii śmierci i przemijaniu. Ale głównie temu, czy ludzie na nieśmiertelność zasłużyli i co z nią zrobili gdy już ją osiągnęli..

Dla mnie ta książka jest świetna. Jej fabuła przerażająca.
Zdaję sobie sprawę, że piszę trochę chaotycznie, ale po raz pierwszy nie wiem w jakie słowa ubrać swoje uczucia względem przeczytanej książki.[
Załączniki
dg-f-3d-persp-main1-750x400.jpg
książki to mój jedyny nałóg

Moje czytanie
http://miszmasz79.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2963
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Buntowniczka
Autor: Mike Shepherd

Cykl: Kris Longknife (tom 1)
Tłumaczenie: Justyn Łyżwa
Tytuł oryginału: Mutineer
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: czerwiec 2014
ISBN: 9788375749076
Liczba stron: 504

Opis:
Galaktyka w ogniu wojny.
Kris Longknife, córka premiera odległej planety wstępuje w szeregi Marines, aby wydostać się z cienia swej politycznie wpływowej rodziny.
Czy to los rzuca ją na pokład statku i wplątuje w sam środek negocjacji z flotą Ziemi? Czy spisek, który nie wróży niczego dobrego?
Kris ma niełatwy wybór – zbuntować się, albo przegrać. W Galaktyce wrze. Kosmiczna wojna wisi w powietrzu.

Komentarz:

„Buntowniczka” Mike’a Shepherda to, moim zdaniem, dość słaba książka. Jest strasznie nudna i niewciągająca, skupia się na tym, jak to główna bohaterka podporucznik Kris Longknife radzi sobie na różnych misjach – i niestety nic z tego nie było mnie w stanie zainteresować. Bohaterka na szczęście nie jest idiotką, ale za to jest niebudzącą sympatii istotą, co to wszystko jest w stanie naprawić i zrobić. W zasadzie nie ma tu żadnej osoby, której chociaż odrobinę bym kibicowała. Z jednej strony Kris jest tak idealna i tak wszystko jej wychodzi, tak bez problemów umie zdobyć sobie posłuch, a reszta jej rodziny jest tylko „och, ach” wielkimi, wybitnymi jednostkami, które nic tylko ratowały ludzi, były prezydentami i geniuszami komputerowymi. No po prostu śmietanka towarzyska kosmosu. A z drugiej strony reszta postaci jest tak przeciętna i nierzucająca się w oczy.

Nie jest to stricte książka młodzieżowa, więc – na szczęście – brak tu nastoletnich dramatów i ckliwych miłostek, ale to jedynie malutka zaleta, która niewiele znaczy przy fakcie, iż miałam wrażenie, że książka ta była tak bardzo o niczym, że to aż boli. A przecież jakieś wydarzenia tam były, autor posyłał bohaterkę to tu, to tam, nawet zamachy i zdrady zaplanował – niestety tu nie pomogło. Być może wina po części leży w mało pociągającej narracji, niekiedy skakaniu w wydarzeniach bez uprzedzenia czy może pojawiającej się chaotyczności niektórych opisów.

Cokolwiek jest winne, spowodowało, że książka mi się nie podobała. Nie była może tragiczna, ale też jest z gatunku tych, które zapomina się niedługo po przeczytaniu. Nie polecam.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Sophie pisze:Tytuł: Niezgodna
Autor: Veronica Roth
Blair pisze:Obrazek

tytuł oryginału: Divergent
Cykl: Divergent tom 1
wydawnictwo: Amber
data wydania: marzec 2012
ISBN: 9780062024022
liczba stron: 352

Opis: W dystopijnym Chicago w świecie Beatrice Prior społeczność jest podzielona na pięć odłamów, każda kształcąca konkretną cechę – Prawość (szczerość), Altruizm (bezinteresowność), Nieustraszoność (odwagę), Serdeczność (spokój, pokojowe nastawienie) i Erudycja (inteligencję). W wyznaczony dzień każdego roku wszyscy szesnastolatkowie muszą wybrać odłam Chicago, któremu poświęcą się na resztę swojego życia. Beatrice wybiera między pozostaniem z rodziną, a byciem sobą – nie może mieć tych dwóch rzeczy naraz. Więc dokonuje wyboru, który zadziwia wszystkich, nawet ją samą.
Mój komentarz:
„Niezgodna” bardzo natrętnie porównywana jest na okładce do „Igrzysk śmierci” (tytuł ten został na niej wymieniony aż cztery raz) – moim zdaniem można to porównanie podsumować mniej więcej tak: buahahahahaha… … Zieeew. Uparli się na to – no i po co? Po co było to sobie robić? Tak wysoko (jak dla tej pozycji) stawiać poprzeczkę? Toż „Niezgodna” ledwo może się lekko z ziemi poderwać.

Zacznijmy od tego, że już sam początek mi nie grał – przede wszystkim w szczegółach, które po prostu się nie zgadzały, czułam w tym fałsz. Starałam się też znaleźć coś większego, ale szło problematycznie (ktoś mi tu namieszał w poglądach - ale wcześniej nie pasowało mi to, jak łatwo podzielili ludzi na grupy, choć przecież nie jest to proste, a już na pewno nie długotrwałe); przeważa drobizna. Instruktor nowicjuszy jest od nich o całe, uwaga, uwaga, dwa lata starszy, a nauka strzelania z broni palnej prowadzona była bez żadnej ochrony na uszy (rozumiem, że ktoś tu nie chce, by nowe nabytki miały dobry słuch). Tak, tak, wiem, młodzieżówka i jej idiotyzmy. Tak sobie debatowałam sama ze sobą i nie tylko nad tym, co można uznać za nieścisłość (jak np. marnowanie zainwestowanego kapitału w dzieciaki, które zmieniają frakcje), ale zapomniałam o tym wszystkim na ostatnich jakichś pięćdziesięciu stronach – tam zaczyna się totalny kosmos (w negatywnym znaczeniu). Nic nie trzyma się kupy, nic do siebie nie pasuje, kompletny brak logiki i realizmu. To jedna wielka abstrakcja w wykonaniu autorki, która najwyraźniej strasznie chciała, by w jej książce znalazło się więcej akcji. I owszem, znalazło się jej więcej, ale niestety tej strasznie idiotycznej i bezsensownej.

O, albo jeszcze to – do frakcji wchodzi 10 osób spośród nowicjuszy, dzieje się to raz na rok, a zakładając, że członkowie żyją średnio 50 lat (bohaterka wspomniała, że nie widziała tam starych ludzi, a w czasie akcji nie opisała nikogo, kto mógłby mieć więcej niż góra dwadzieścia kilka – może z wyjątkiem jakichś dwóch osób) – to daje powiedzmy około 500 osób. Moim zdaniem, coś mała ta frakcja, biorąc pod uwagę to, że połowa z nich ma być czynną ochroną na nie wiadomo jak wielkim obszarze (zważywszy na pociąg i jego całkiem długawe kursy – dość sporawym) to strasznie mało. Autorkę trochę chyba poniosło.

Poza tym gdzie to w ogóle się dzieje? Czy bohaterka choć raz wymieniła nazwę swojego państwa? Albo chociaż miasta? No oczywiście, że nie. Na bank dzieje się to na terenach USA lub „byłych Stanów”, ale autorka nie powinna w tym względzie liczyć na domyślność czytelników, a winna gdzieś na początku to przedstawić. No chyba, że to miasto-państewko bez nazwy. Ok, dopiero w tej chwili przeczytałam opis i dowiedziałam się, że to Chicago – autorka mogłaby być bardziej pomocna. W ogóle ten opis spoileruje wydarzenia z ostatnich 50 stron. Czyżby twórcy opisu uważali tę książkę za tak nudną, że nie mogli obyć się bez spoilerów z zakończenia? Dobra, dość o tym, czas na postacie.

Bohaterowie nie są szczególnie ciekawi, łatwo domyślić się wątku romantycznego, a także odkryć tajemnice, które stara się odkryć główna bohaterka – w zasadzie autorka podaje wszystko na tacy, więc jest to raczej oczywiste – zwłaszcza, że mamy tu czynienia z przewidywalną, nielogiczną młodzieżówką. Choć nie jest z nią może najgorzej (przynajmniej zanim dotrze się do tych nieszczęsnych ostatnich 50 stron).

Czy jest jakaś zaleta poza tym, że czyta się to szybko? Chyba niekoniecznie. Jest naiwne, przewidywalne, nie zapada w pamięć, zdecydowanie mniej logiczne niż chociażby porównywane „Igrzyska śmierci”. Sam pomysł z podziałami na frakcje już mnie nie ujął, gdyż czuć tu fałszem. Nie jest to co prawda najgorsza pozycja, jaką miałam okazję czytać, ale na pewno daleko jej do najlepszych, nawet na tle młodzieżówek nie wybija się jakoś szczególnie. Ale mimo wszystko można przeczytać jako odmóżdżacz, jednak nic innego spodziewać się nie należy.
EDIT:

W związku z tym iż Sophie miała tyle zastrzeżeń do tej serii, nawet nie spojrzałam w jej kierunku. Ostatnio jednak telewizja "katowała" film Niezgodna i jakoś tak wyszło, że ciągle na niego wpadałam, a to w środku, a to na końcówkę. Postanowiłam więc obejrzeć całość. Strasznie zaintrygował mnie mur wkoło miasta oraz frakcje. Czyżby ludzie zostali zmodyfikowani genetycznie? Mam schiza na temat mutacji. Postanowiłam więc sięgnąć po trylogię. Nie ma to jak ciekawość. Czytało się szybko, wszystkie trzy części. Sophie we wszystkim miała rację: dużo nielogicznych założeń w konstrukcji świata i zachowaniach bohaterów. To co zawsze mnie pociąga w post apo, czyli jego sedno, rząd, plany, sekrety, autorzy młodzieżówek olewają. Jedna rzecz reżyserowi wyszła lepiej. Testy Nieustraszonych. W filmie, żeby oszukać, że nie jest się Niezgodnym trzeba było znaleźć wyjście z sytuacji tj. znaleźć wyjście (drogę) z sytuacji, a nie zachować świadomość i z niej wyjść. W książce było to totalnie bez sensu. Pierwszy raz widzę taki pozytyw w adaptacji.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2963
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Hopeless
Autor: Colleen Hoover

Tom: 1
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
Tytuł oryginału: Hopeless
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 16 czerwca 2014
ISBN: 9788375152814
Liczba stron: 424

Opis:

Czasem odkrycie prawdy może odebrać nadzieję szybciej niż wiara w kłamstwa.
To właśnie uświadamia sobie siedemnastoletnia Sky, kiedy spotyka Deana Holdera. Chłopak dorównuje jej złą reputacją i wzbudza w niej emocje, jakich wcześniej nie znała. W jego obecności Sky odczuwa strach i fascynację, ożywają wspomnienia, o których wolałaby zapomnieć. Dziewczyna próbuje trzymać się na dystans – wie, że Holder oznacza jedno: kłopoty. On natomiast chce dowiedzieć się o niej jak najwięcej. Gdy Sky poznaje Deana bliżej, odkrywa, że nie jest on tym, za kogo go uważała, i że zna ją lepiej, niż ona sama siebie. Od tego momentu życie Sky bezpowrotnie się zmienia.

Komentarz:
Sięgnęłam po tę książkę – jak to u mnie częste – zupełnie nie wiedząc, o czym jest, nie czytając nawet jednego słowa z opisu, za sprawą przewijających się w Internecie wzmianek. A że książka pojawiła się w nowościach w bibliotece – czemu nie spróbować, nic mnie to nie kosztuje. I cóż, już po kilku stronach było w miarę jasne, jak się wszystko potoczy, jeśli chodzi o główny wątek, a także z jakim gatunkiem mam do czynienia. „Hopeless” to młodzieżówka, YA, NA czy cokolwiek takiego, co raczej dobrze się nie kojarzy, a opowiadające o tym, jak to dziewczyna spotyka swojego love interest. Tu na szczęście jest dodany jakiś inny wątek, całkiem ciekawy, ale słodyczomdłość raczej dominuje. Chyba nie ma tu nawet jednej strony, na której nie ma wspomnianego JEGO imienia, na której bohaterka nie wspomina JEGO uśmiechu/zachowania/osoby – tej czy w innej formie jest obecny przez cały czas. Czyli norma dla tego gatunku.

Ogólnie książka jak najbardziej przeciętna – ma swoje słabe strony, czyli sam fakt, że jest młodzieżówką i wszystkim tym, co się z tym wiąże (acz przynajmniej ta młodzież jest ciut bardziej młodzieżowa niż niektóre okazy, które w tej literaturze się przewijają). Ale ma też jakieś tam plusy – chodzi mi tu o to, iż autorka obdarzyła swoją bohaterkę niezwykłymi problemami – może nieco zbyt gwałtownymi i szokującymi, ale z pewnością efektownymi. Para z „Hopeless” nie jest też tak do końca cukierkowa, zdarzają jej się również chwile przekomarzań, co nieco łagodzi słodycz. Niewiele, bo niewiele, ale od czegoś trzeba zacząć. Czyta się oczywiście szybko i bezproblemowo, bo to ten typ. Na pewno jednak nie wrócę do tej książki. Taki to nieszkodliwy zapychacz na jeden raz – do przeczytania i zapomnienia.

PS. Blair, to przez Ciebie! Twoje wpisy sprawiły, że pojawił się u mnie pomysł przyjrzenia się temu gatunkowi.
PPS. Ta okładka jest paskudna…
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Facet z grobu obok

Obrazek

Autor: Mazetti Katarina
Wydawnictwo: Czarna owca
Data wydania: 29-01-2014

Opis z okładki:

Benny jest rolnikiem i marzy o żonie, która zechce dzielić z nim życie. Desirée jest bibliotekarką, dziewczyną z miasta, wykształconą, po studiach, z licznymi zainteresowaniami. Oboje spotykają się przez przypadek na cmentarzu, ona przy grobie tragicznie zmarłego męża, on przy grobie rodziców. Rodzi się między nimi uczucie. Mimo wielu różnic są sobą zafascynowani, jednak ich związek okazuje się trudniejszy niż sądzili. Dlaczego?

Moja opinia:

Reklama tej książki swego czasu raziła mnie po oczach w necie. Byłam bardzo ciekawa realiów szwedzkiej wsi widzianej oczami rolnika. Jak o sobie myśli, co myśli o branży, o innych. Jak wygląda życie towarzyskie na szwedzkiej wsi. Wokół czego się kręci. Jaki są różnice między szwedzką, a polską wsią. Czy może ich nie ma. Tani romans z bibliotekarką raczej mnie nie interesował. I nie zawiodłam się. Dostałam to czego chciałam. Wspaniała książka o zderzeniu dwóch kultur?, a może raczej światopoglądów. Wcale nie odniosłam wrażenia, że akcja ma miejsce w Szewcji. Gdyby zmienić imiona, nazwy miejscowości, śmiało można by było odnieść wrażenie, że akcja ma miejsce w Polsce.
Wymierająca wieś. Samotny kawaler na roli. Matka suszy mu głowę, żeby wyszedł i kogoś poznał, jakąś miłą dziewczynę. Jakby takie w ogóle istniały, jakby wystarczyło wyjść i wybrać sobie jakąś. Tak jak w sezonie polowań bierze się strzelbę i strzela do zająca. Wszystkie panienki wyjechały do miasta. Przyjeżdżają tylko na weekendy, z dziećmi i mężami do rodziców. Wypisz wymaluj polska sielanka. Tak jak u nas. Kiedy zniknie ostatnie gospodarstwo, wieś umrze. Umrze wieś taka, jaką znamy. Stanie się przedmieściem. Już teraz powoli ma to miejsce. Konkluzja. Wszędzie jest tak samo.
Ona wykształcona, snobka i ekofobka. Uważa, że miłość wynika z potrzeby genetycznej wymiany, inaczej samice mogłyby po prostu rozmnażać się przez pączkowanie. Przystojni faceci zwykle zwracają na nią tyle uwagi co na wzór tapety w urzędzie gminy, a jej biologiczny zegar tyka.
Książka przesycona jest humorem, który tchnie przemycony w zwykłych prostych zdaniach. Ona marzy o zapachu kwiatów jabłoni, a on ugina się pod ciężkim koszem jabłek. Moim zdaniem to zdanie oddaje nastrój książki oraz różnicę światów w jakich żyją bohaterowie. Desiree Willin uważa, że jej Leśnik jest wrażliwy na zmiany nastroju. Dlaczego? Ponieważ to konieczne, jeśli się ma wokół siebie niemych przyjaciół (czytaj – krowy). Jej życiowe przemyślenie można zamieścić w ogłoszeniach drobnych: "Wyrosłam ze swojego życia. Szukam innego – może być używane."

Książka o samotności, szukaniu miłości i kompromisu, o nadziei i stereotypach. O dwójce ludzi, którzy próbują być razem, mając na dzieję, że to drugie zrezygnuje z dotychczasowego życia. I wszystko by było w porządku, gdyby nie ostatnia scena.
[spoiler]Zgoda na dziecko. Po co mu to? Jest przecież realistą, nie marzycielem. Sam myśli o sobie, że postępuje jak Ricardo, robiąc to Anicie. I mimo wszystko podejmuje taką, a nie inna decyzję.[/spoiler]
Na tle relacji męsko-damskich pokazane są nie tylko realia życia, ale aspekty ekonomiczne, stosunki społeczne, urbanistyka, priorytety i dramaty ludzi, wybory, motywy działania.

Martwi mnie druga część. Jako jednotomowy twór – Facet z grobu obok – sprawdził się świetnie. Boję się, że cokolwiek więcej może to zepsuć.

[center]Obrazek[/center]
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2963
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Księżyc nad Soho
Autor: Ben Aaronovitch

Tytuł oryginału: Moon over Soho
ISBN: 978-83-7480-437-0
Tłumaczenie: Małgorzata Strzelec
Oprawa: miękka
Ilość stron: 384
Rok wydania: 11 lipca 2014
Cena detaliczna: 35,00

Opis:
[spoiler]Nazywam się Peter Grant i jestem detektywem posterunkowym w potężnej armii sprawiedliwości znanej jako policja londyńska (tudzież psiarnia). Szkolę się także na czarodzieja, jestem pierwszym takim uczniem od pięćdziesięciu lat.

Jako dzieciak zajmowałem się zmienianiem płyt ojca, podczas gdy on wylegiwał się, popijając herbatę – dzięki temu nauczyłem się odróżniać wytwórnie płytowe, choćby Argo od Tempo. I dlatego, kiedy doktor Walid wezwał mnie do kostnicy, żebym posłuchał trupa, rozpoznałem melodię - to było „Body and Soul”. Coś brutalnie nadnaturalnego przydarzyło się ofierze, dostatecznie silnego, żeby zostawić swój odcisk na zwłokach, jakby to był woskowy cylinder fonograficzny. Poprzedni właściciel ciała, Cyrus Wilkinson, grywał jako jazzowy saksofonista, chociaż na pełen etat pracował jako księgowy; padł na atak serca zaraz po koncercie.

Nie był pierwszy, ale nikt nie pozwoliłby mi ekshumować ciał, żebym mógł się przekonać, czy nie usłyszę melodii, więc wróciłem do staromodnej rutynowej policyjnej roboty w terenie, zaczynając od Soho, serca muzycznej sceny, wraz z cudowną Simone – byłą kochanką Cyrusa, zawodowym jazzowym kociakiem, równie kuszącym jak rubensowski portret – w roli przewodniczki. Nie potrzebowałem zbyt wiele czasu, żeby pojąć, że w Soho grasują potwory, stworzenia żerujące na tym nadzwyczajnym talencie, który odróżnia wielkich muzyków od kogoś, kto jest w stanie zagrać przyzwoitą melodię.[/spoiler]Komentarz:
Dość trudno mi ocenić tę książkę, z jednej strony czytało się ją przyjemnie, ale z drugiej strony to nadal nie jest dokładnie to, czego oczekiwałabym od gatunku. Główny bohater mnie wkurzał swoim zachowaniem, acz w sumie całość została ciekawie wymyślona. Autor miał naprawdę wiele interesujących i zaskakujących pomysłów, które wyróżniają tę powieść spośród innych. Nieźle też sobie radził z tworzeniem fabuły – było naprawdę ciekawie, aczkolwiek niekoniecznie wciągająco czy porywająco. Raczej po prostu poprawnie, choć z przyjemnością wracałam do książki. Niestety powieść trafiła ta taki okres, w którym nie mogłam jej poświęcić wystarczająco dużo czasu, przez co przerwy między kolejnymi fragmentami bywały długie, ale nawet mimo to bardzo dobrze się czytało. Zaletą jest też fakt, iż bohater dysponuje dyskretnym poczuciem humoru, dzięki któremu otrzymuje się rozbawienie, ale głupotę. Ogólnie na plus, choć książka na pewno nie zostanie zaliczona do moich ulubionych.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Chłopcy. Tom 3. Zguba

Obrazek

Autor: Jakub Ćwiek
Wydawnictwo: SQN
Data wydania: 19-11-2014

Opis z okładki:

„Gdzie są moi Chłopcy?!”

Krótkie wakacje Dzwoneczka nieomal kończą się tragedią. Gdy wróżka budzi się po wielomiesięcznej śpiączce, odkrywa, że całe życie, jakie znała, to tylko twór podświadomości, a prawda jest… zupełnie inna. Jaką rolę w intrydze odgrywa Cień i sam Piotruś Pan? I gdzie podziali się Chłopcy? Za odpowiedzi na te pytania Dzwoneczek będzie musiała zapłacić wysoką cenę. O ile w ogóle zdąży je poznać...

"Zguba" to książka, przy której czytelnik będzie miał poczucie, że opuścił stary, poczciwy lunapark i właśnie pędzi skrótem na złamanie karku. Świat "Chłopców 3" jest bezwzględny i brudny (tak jak bezwzględna i brudna bywa dorosłość), a jednocześnie niebywale pociągający. Najlepsza część bestsellerowego cyklu!

Moja opinia:

Kiedy wzięłam 3 tom do rąk myślałam, że mam przed sobą zakończenie zabawnej historii. Kiedy jednak pojawił się Cień, a potem Wieczny Chłopiec zrozumiałam, że to dopiero początek. A historia nie jest historyjką o tylko z pozoru dorosłych chłopcach, a poważną opowieścią, pełną okrucieństwa i niespodziewanego zwrotu akcji. Klimat w trójce zmienia się drastycznie. Znika śmiech, zabawa i beztroska, dogania życie. Ale jakie życie?!
Piotruś Pan, Dzwoneczek, Nibylandia – to moja nostalgia za utraconym dzieciństwem. Latanie przy pomocy szczęśliwych myśli - cudo. Kiedy Ćwiek napisał pierwszy tom „Chłopców” nie mogłam uwierzyć w to co przeczytałam. Czym mają być te wesołe opowiastki? Dokąd to prowadzi? Chłopcy, jako bohaterowie, (nie seria, chociaż seria też ;-) ), zawsze mi się podobali. Byli bardzo wyraźni, a można nawet powiedzieć, że ich wygląd i cechy charakteru były celowo przejaskrawione. To czyniło ich oryginalnymi i wyjątkowymi. Zapadali szybko w pamięć. Ujmowali swoją „dorosłością”. Ich język, humor sprawiały, że historie o nich czytało się świetnie. Dwójka wprowadziła nieco zamieszania. Powiało tajemnicą, grozą, katastrofą która nadchodzi, ale dalej nie wiadomo dlaczego. Co ma z tym wspólnego Cień i Piotruś Pan. Trójka nadal nie daje odpowiedzi, ale wiele wyjaśnia. Czekam na dalsze wyjaśnienia. Mam jednak wrażenie, że wszyscy obudzimy się w Nibylandii po spożyciu syrenich łez. A ja chcę pamiętać!
Ostatnio zmieniony 15 cze 2015, 19:20 przez hlukaszuk, łącznie zmieniany 1 raz.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2963
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: W niewoli zmysłów
Autor: Nalini Singh

Tytuł oryginału: Slave to Sensation
Seria: Psi i zmiennokształtni
Tom: 1
Tłumacz wydania: Ewa Siarkiewicz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: listopad 2011
ISBN: 9788376489919
Stron: 432
Cena detaliczna: 34,00 zł

Opis:
Poznaj świat podzielony przez potężną rasę o fenomenalnych mocach umysłu, ale pozbawioną serca…
Człowiek i zwierzę jednocześnie, Lucas Hunter, jest zmiennokształtnym – głodnym tych wszystkich wrażeń, którymi Psi – rasa rządząca – pogardzają. Po wiekach niełatwej koegzystencji, obie rasy znajdują się na granicy wojny z powodu brutalnych morderstw, których ofiarami padły zmiennokształtne. Lucas jest zdeterminowany znaleźć zabójcę Psi, który zaszlachtował kobietę z jego Sfory, a Sascha mogłaby go wpuścić do jej strzeżonego świata. Wkrótce jednak odkryje, że zimnokrwista Psi jak najbardziej zdolna jest do namiętności – i że tkwiące w nim zwierzę jest nią zafascynowane.
Uwięzieni między walczącymi światami, Lucas i Sascha muszą zachować swoją tożsamość – albo poświęcić wszystko i ulec najmroczniejszej z pokus.
„W niewoli zmysłów” to pierwsza część wielotomowej serii o rasie Psi i zmiennokształtnych.

Komentarz:

Od bardzo dawna to tu, to tam widziałam wspominaną przez wiele osób nazwę tej serii, okładka również nie raz migała mi przed oczami. Zatem, gdy nadarzyła się okazja, oczywiście sięgnąłem po ten tytuł (jak zwykle nie czytając opisu). Zaczęłam czytać i już od pierwszej strony ukazał się moim oczom widok na tandetne paranormal romance, które nawet nie chciało zachować pozorów realistyczności. No ale jak się zaczęło, to trzeba skończyć. I w sumie dobrze się stało, gdyż dalej pojawiło się kilka całkiem ciekawych elementów i pomysłów. Na tyle interesujących, że myślę, że to mogłaby być naprawdę dobra książka, gdybym nie została ubrana w tandetę PR, w tym idiotyczne myśli bohaterki, absolutne skupienie tylko na NIM oraz miłość i zaufanie od pierwszego wejrzenia (bo przecież gdy jesteś osóbką, która musi ukrywać, kim jest, niemal od razu jesteś w stanie komuś zaufać).
Warto jeszcze wspomnieć o kiepskawym tłumaczeniu. To, że zauważyłam ten fakt, nie mając styczności z wersją oryginalną, jest już pewną podpowiedzią, jak jest słabo. Tłumaczka nie zwracała uwagi, czy w danym miejscu winno pojawić się słowo warczeć czy mruczeć, albo czy "sensation" na pewno powinno zostać przełożone jako "sensacje" zamiast "doznanie".
Ogólnie nie jest to literatura najwyższych lotów. Takie sobie czytadło ze zbyt mocno zaznaczonym (i zbyt naiwnym) wątkiem romantycznym. Chociaż i tak jest lepiej niż w przypadku niektórych przedstawicieli tego gatunku.

PS. Powyższy komentarz pisałam z miesiąc temu. W tym momencie nie jestem w stanie sobie przypomnieć, o czym była ta książka i co się w niej działo. To na pewno nie dodaje tej pozycji plusów.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Echopraksja

Obrazek

Autor: Watts Peter
Wydawnictwo: MAG
Data premiery: 24-09-2014

Opis z okładki:

Zbliża się XXII wiek. Jest to świat, w którym ci, co odeszli, wysyłają żywym pocztówki z Nieba, wierni wprowadzą się w ekstazę religijną, dokonując rewolucji w nauce; w którym genetycznie zrekonstruowane wampiry rozwiązują problemy nierozwiązywalne dla zwykłych ludzi, a żołnierze mają w głowie przełącznik trybu zombie, odcinający im samoświadomość podczas walki. A wszystko to monitoruje obca inteligencja, która nie zamierza się ujawnić.

Moja opinia:

Ślepowidzenie bardzo mi się podobało. Ponadto jako fantastyka naukowa było zrozumiałe. Echopraksja to inna bajka. Fantastyka naukowa bazująca na biologii i na jej o wiele bardziej „rozwiniętych siostrach” przyprawia mnie czasem o gól głowy. Zbyt wiele pojęć w ogóle niezrozumiałych, co umniejsza przyjemność z czytania. Pomijając te szczegóły, początek i koniec wymiatają, środek „samotność w kosmosie” już nie tak.
Echopraksja zaczyna się w ośrodku eksperymentalnym dla Vampirów, które oczywiście (ten kto czytał Ślepowidzenie wie) nie mają nic wspólnego z klasycznymi wampirami w literaturze. Homo sapiens vampire jako wymarły gatunek, sprowadzony do XXI w. z plejstocenu bardzo mnie zafascynował. Byłam bardzo rozczarowana zbyt krótkim epizodem z jego udziałem w pierwszej części. Myślałam, że tu będzie go więcej. Owszem, w zasadzie można powiedzieć, że było, ale nadal Vampiry Watts’a pozostały dla mnie tajemnicą. Tym razem ich przedstawicielką była Valerie. Kim była? Antropologiem, stopniowo przyzwyczajającym członka jakiegoś prymitywnego plemienia do swojej obecności? Prymatologiem, wkradającym się w łaski skazanej na zagładę kolonii bonobo, przeprowadzającym ostatnie badanie behawioralne, zanim gatunek zniknie na dobre? A może jednym i drugim, a może zupełnie kimś innym? Sprawiała, że wierzyłam, na różnych etapach czytania, że zagrożenie czai się wewnątrz, a nie na zewnątrz. Zapomniałam, że to nie w stylu Wattsa. U niego zagrożenie zawsze czai się na zewnątrz, ale tego wewnątrz również nie można lekceważyć.

W Echopraksji pojawiają się jeszcze inni, oprócz Vampirów, nieumarli. Są nimi zombi. I znowu zombi Watts’a nie mają nic wspólnego z klasyką gatunku. Jak powstały? Zostali zbudowani, stworzeni. Może poprzez przypadkową modyfikację genetyczną wyłączającą receptory nerwów ruchowych i odpalającą jakiś zabłąkany ciąg poleceń motorycznych. I jak to zombi – nie nadają się na jednostkowego bohatera (choć w literaturze istnieje beznadziejny wyjątek – oglądałam ekranizację).

W Echopraksji autor powołał do życia zwyklaka tj. przeciętnego człowieka, a można by powiedzieć, że skamienielinę homo sapiens, bez żadnych ulepszeń w porównaniu do szeroko pojętej transformacji ludzi na ziemi. Dzięki niemu naukowe terminy były dla mnie bardziej zrozumiane, ponieważ pozostałe inteligentne jednostki tłumacząc coś Danielowi Brüksowi, jednocześnie udzielały wyjaśnień i mi. Mimo to niektórych i tak nie zrozumiałam. Autor na przykładzie biologa pokazuje zjawisko opuszczania ciała podczas świadomego snu. (Dla mnie bomba, przecież kiedyś sama umiałam to robić :-P ) Na tle innych ludzi Brüks to prawdziwy out saider. Ulepszone pokolenia ludzi mogą w ogóle nie spać. Różne części ich mózgów pracują na zmiany, a to dopiero wierzchołek góry lodowej, jaką są np. Dwiuzbowcy. Zbiorowy umysł ludzi, którzy przeszli transcendencję tj. wynajęli mózg, żeby opłacić czynsz w Świadomości Zbiorowej i wycofali się ze świata zewnętrznego w wewnętrzny, pozostawiając łącze do kontaktu z realnym światem. Stolica Apostolska uznała ich za zagrożenie dla instytucjonalnej religii na całym świecie. Przecież nie można urządzać pogaduszek stojąc nad brzegiem Styksu. Dla mnie Dwuizbowcy skojarzyli się z Ori z Gwiezdnych Wrót (przynajmniej tak ich sobie wyobrażam).
Przez całą wyprawę razem z Danielem zastanawiałam się dlaczego on? Przypadek? Jednego dnia siedzi sobie na badaniach terenowych w Rezerwacie Prinevill, a drugiego trafia w krzyżowy ogień na wojnie nadludzi, a trzeciego budzi się na statku kosmicznym z wielką tarczą wymalowaną na kadłubie. Zakończenie daje odpowiedź jakiej nie przewidziałam, a zarazem nadzieję na część trzecią, która może być niezwykle interesująca. Brüks bardzo przypomina mi Lenie Clarke z trylogii Ryfterów. Czemu? Sami się domyślcie.

Pozostałe pierwszoplanowe postacie odysei kosmicznej to pilotka Rakshi Sengupta – wdowa, która w błogiej nieświadomości „sypia z wrogiem” i wojskowy, Jim Moor (ojciec Siriego Keeton’a).

W Echopraksji poznajemy powód wyprawy Tezeusza ze Ślepowidzenia. W jaki sposób 13.02.2082r. zmienił się świat. Noc pierwszego kontaktu, 62 tys. obiektów niewiadomego pochodzenia. „Siła, która przyszła w sekundę i w sekundę zniknęła, przyłapała całą planetę z opuszczonymi gaciami i zrobiła nie wiadomo ile kompromitujących zdjęć, na Bóg jeden wie ilu długościach fal, po czym pozwoliła swoim paparazzim spalić się w atmosferze na okruchy nic niemówiącego żelaza, polatujące w stratosferze. Siła, której nie widziano ani wcześniej ani później, mimo ogromnych wysiłków włożonych w poszukiwania.” Dokąd zaprowadzi ludzkość wycieczka na słońce? Czy jest tylko okazją do zerknięcia na ślady obcej inteligencji? Co znaczy obcej w świecie, gdzie członkowie własnego gatunku szczepiają się w umysły zbiorowe, albo wskrzeszają własne najgorsze koszmary, żeby kręciły giełdą. Jak bardzo intrygujące jest oblicze nieznanego? Jaki naukowiec, chciałby coś takiego przegapić.

Zakończenia we wszystkich książkach Wattsa, przynajmniej w tych które czytałam są oparte na tej samej zasadzie – ewolucji gatunków, transformacji (ciała, umysłu) lub techniki (wirusów, kodów), nieuchronnych zmianach dla przyszłości ludzkości.
Wszystko to jednak jest tylko narzędziem, środkiem do wydobycia i przedstawienia tych zagadnień z całkiem odmiennego punktu widzenia. Dla Petera Wattsa fantastyka jest tylko tłem dla jego bohaterów. Na jej kanwie kreśli zachowania i relacje międzyludzkie. To o nich są jego książki.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2963
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Cień i kość
Autor: Leigh Bardugo

Tytuł oryginału: Shadow and Bone
Seria: Trylogia Grisza, tom I
Data wydania: czerwiec 2013
Tłumaczenie: Anna Pochłódka-Wątorek
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 380

Opis:
„Cień i kość”, amerykańskiej autorki Leigh Bardugo to jeden z największych bestsellerów młodzieżowego fantasy ostatnich lat. Książka trafiła na listę bestsellerów New York Timesa, prawa wydawnicze zostały sprzedane do kilkunastu krajów, a prawa do wersji filmowej wykupił sam producent filmów o Harrym Potterze. „Cień i kość” to pierwszy tom trylogii Grisza, która urzeka niezwykle barwnym światem i wciągającą miksturą przygód, magii i emocji.

Ravka, niegdyś potężna i dumna, jest dziś otoczona przez wrogów i rozdarta przez Fałdę Cienia: pasmo nieprzeniknionej ciemności, w której czają się przerażające potwory. Niespodziewanie pojawia się nadzieja: samotna, młodziutka uciekinierka jest kimś więcej, niż się wydaje…
Alina Starkow nigdy w niczym nie była dobra. Kiedy jednak pułk, z którym podróżuje przez Fałdę, zostaje zaatakowany, a jej najlepszy przyjaciel Mal odnosi ciężkie rany, Alina musi coś zrobić. Odkrywa w sobie uśpioną moc, która ratuje Malowi życie – moc, która może też okazać się kluczem do wyzwolenia wyniszczonego przez wojnę kraju.
Potęga ma jednak swoją cenę.
Przemocą oderwana od wszystkiego, co jej znane, Alina trafia na dwór królewski, aby uczyć się na Griszę, członkinię władającej magią elity pod wodzą tajemniczego Darklinga.
W tym pełnym przepychu świecie nic nie jest takie, jakim się wydaje. Podczas gdy światu grozi ciemność, a całe królestwo liczy na nieujarzmioną i nieprzewidywalną moc Aliny, dziewczyna będzie musiała się zmierzyć z sekretami Griszów… i własnego serca.

Komentarz:
W sumie to jest całkiem nieźle. Niby mamy do czynienia z młodzieżówką, ale z drugiej strony nie są to zdecydowanie szkolne klimaty i w zasadzie nie odczuwa się tej młodzieżowości. W zasadzie, jeśli o bohaterów idzie, to nawet trudno jakoś względnie chociaż określić wiek. Pewnie można by postawić na jakieś 20, ale jest to dość luźno oszacowane.
Bohaterowie byli sympatyczni, całkiem ciekawi, a do tego autorka chciała czytelnika zaskoczyć. Szkoda tylko, że tłumaczka tak się wygadała na samym początku, pisząc o charakterze tez „zaskakującej” postaci. Jednak z drugiej strony – słowa tłumaczki spowodowały, że przez połowę książki byłam bardzo ciekawa, czy to ja coś źle przeczytałam (a nie sprawdzałam tego ponownie), czy może właśnie autorka zaraz wyciągnie z rękawa jakiegoś fabularnego asa.
Powiem szczerze, że dość trudno mi ocenić tę książkę – z jednej strony mi się podobała i czytało się ją przyjemnie, a z drugiej jestem świadoma, że nie jest ona w żadnym stopniu odkrywcza, główne elementy fabularne wielokrotnie się już przewijały w literaturze.
Drugi tom być może przeczytam, choć po rozmowie z Blair jakoś mój entuzjazm osłabł. Aczkolwiek jeśli tytuł wpadnie mi w ręce, pewnie bez wahania po niego sięgnę.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
attra
Posty: 99
Rejestracja: 27 mar 2013, 16:51

Post autor: attra »

Obrazek

Córka Zjadaczki Grzechów
Melinda Salisbury


tłumaczenie Michał Kubiak
tytuł oryginału The Sin Eater’s Daughter
data wydania 3 czerwca 2015
liczba stron 336
OPIS:
17-letnia Twylla żyje w pałacu. Ale chociaż jest zaręczona z księciem, dziewczyna nie jest zwykłym mieszkańcem dworu. Jest katem.
Będąc wcieleniem bogini, Twylla zabija swoim dotykiem. Każdego miesiąca jest zabierana do więzienia i kładąc rękę na skazańcu, wykonuje egzekucję. Nikt nie pokocha takiej dziewczyny. Nawet książę, którego królewska krew chroni przed skutkami dotyku Twylli, unika jej.
Jednak na dworze pojawia się nowy strażnik – chłopak, który pod uśmiechem ukrywa śmierć. Tylko on, w przeciwieństwie do innych, widzi w Twylli po prostu dziewczynę, nie tylko kata i boginię. Jednak Twylla została przyrzeczona księciu i zdaje sobie sprawę, co czeka tego, kto sprzeciwi się królowej.
Ale zdrada to ostatni problem Twylli. Królowa planuje zniszczyć swoich wrogów. To plan, który wymaga ogromnego poświęcenia. Czy Twylla wykona przeznaczone jej zadanie, by ochronić królestwo? A może porzuci swoje obowiązki w imię niespodziewanej miłości?



Moja opinia:
Pomysł mnie zachwycił i zaciekawił, dlatego bardzo chętnie sięgnęłam po tą książkę.
Początek był całkiem wciągający.
Niestety im dalej tym gorzej.
Akcja chaotyczna, nudna, przewidywalna.
Głowna bohaterka nijaka, intrygi jakieś takie nieciekawe. Brak napięcia i wartkiej akcji.
Książka miała ogromny potencjał. Który nie został nijak wykorzystany.
Watek romantyczny nudny i bez widocznych uczuć.
Bohaterowie płascy i papierowi.
A wątek Śpiącego Księcia potraktowany haniebnie.
Początkowo książka mnie wciągnęła, ale im dalej tym gorzej.
Odniosłam wrażenie, że autorce zabrakło pomysłu, jak poprowadzić akcję, więc ją ucięła i zakończyła książkę.
Na plus zaliczam jedynie okładkę.
Nie polecam niestety.
książki to mój jedyny nałóg

Moje czytanie
http://miszmasz79.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2963
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Siedem minut po północy
Autor: Patrick Ness, Siobhan Dowd

Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Tłumaczenie: Marcin Kiszela
Tytuł oryginału: A Monster Calls
Data wydania: 2013
Liczba stron: 216

Opis:

Odważna, pełna czarnego humoru, głęboko poruszająca opowieść o chłopcu, jego ciężko chorej matce i niezapowiedzianym, potwornym gościu.
Jest siedem minut po północy, gdy trzynastoletni Conor budzi się i odkrywa, że za oknem jego sypialni czai się potwór.
Jednak to nie tego potwora Conor się spodziewał – sądził, że odwiedzi go raczej ten z dręczącego go koszmaru, powtarzającego się niemal każdej nocy od dnia, kiedy matka chłopca rozpoczęła leczenie.
Potwór z jego podwórka jest inny. Sędziwy. I dziki. I chce czegoś od Conora. Czegoś niebezpiecznego i przerażającego.
Żąda prawdy.
Na podstawie ostatniego pomysłu wielokrotnie nagradzanej pisarki Siobhan Dowd – która zmarła na raka i nie mogła sama napisać tej historii – Patrick Ness stworzył mroczną, przejmującą powieść o nieszczęściu i stracie, a także o potworach: tych realnych i tych wyobrażonych.

Komentarz:

To dość… specyficzna książka. O dosyć – w sumie można powiedzieć – znanej i nieznanej tematyce. Z jednej strony temat choroby, dokładniej raka, nie jest obcy, a z drugiej w tej konkretnej powieści została ona przedstawiona od nieco innej strony, wykorzystując zupełnie inne zabiegi niż to spotykane. Tutaj mamy o zaprzeczaniu, samotności, chorobie bliskiej osoby, wypieraniu faktów. I o tajemniczym, unikatowym nieznajomym potworze. Nie będę się rozpisywać, to nie jest książka, o której można coś jednoznacznie powiedzieć – jednym się spodoba, innym niekoniecznie. Na pewno jednak trzeba docenić bardzo dobre wydanie – z grafikami, śliskimi stronami, choć może niekoniecznie dopracowaną korektą (choć z drugiej strony to Papierowy Księżyc, a jak na nich te nieliczne błędy to w zasadzie cud).
Niemniej książka warta uwagi, choć specyficzna i raczej nie dla co prostszych gustów. Na szczęście takich to u nas chyba nie ma. :-)
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

ODPOWIEDZ

Wróć do „Literatura”