Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Seria Fever
Autor Wiadomość
Oksa 
Gawron


Wiek: 33
Dołączyła: 07 Lut 2010
Posty: 1824
Skąd: a cholera go wie
Wysłany: 2013-08-08, 19:24   

Majster napisał/a:
Po pierwszych tomach jakoś tak kojarzyłem Lorda Mastera jako króla Fae, później wyrósł z niego Darroc, ale nie wiem czy to nie mój błąd, miałem przerwę pomiędzy tomami.

Może i gdzieś tam przewinęło się podejrzenie Mac, że to może być Mroczny Król, ale na pewno LM to od początku był Darroc. Tylko pod pseudonimem :-)
Majster napisał/a:
W pierwszych tomach Mac polowała na Sinsar Dubh, w międzyczasie się upolowały, później Sinsar Dubh polowała na Mac - odwrócenie tej sytuacji nastąpiło bez żadnego sensu, a to był przecież jeden z głównych wątków. Autorka, zdaje się, pierwotnie miała tylko luźno zarysowaną fabułę której później nie trzymała się zbyt rygorystycznie. W wyniku tego dostaliśmy żywą, pełną nieoczekiwanych zwrotów akcji książkę kosztem zgrzytów w ciągłości intrygi. I chociaż momentami nie mogłem się oderwać od lektury, to pewne rozbieżności były dla mnie największą jej wadą.

Mi osobiście nic nie zgrzytało, a może nie chciałam niczego dostrzegać, ale wątek z pogonią, a potem ucieczką przed Sinsar Dubh był dla mnie najsłabszym ogniwem. Nie mogę dojść, o co tak naprawdę księdze chodziło.
Spoiler:

Być może czekała aż Mac stanie się tym, kim się stała po śmierci Barronsa. Aż przyjmie tę mroczną i obcą część samej siebie oraz zacznie korzystać z tej mocy. Dopiero taką jej wersję - potężną i mniej "niewinną" chciałaby przejąć. Nie do końca mi to gra, gdzieś mi kołata po głowie na ten temat myśl, ale nie mogę jej uchwycić.



hlukaszuk napisał/a:
Spoiler:

Cóż pozwolę się z tobą w tym przypadku nie zgodzić. To nie w jego stylu. Okaże się później, że użył na niej swej sex mocy i przeżył, albo coś w tym rodzaju.


Spoiler:

Ale to jest właśnie w jego stylu. A przynajmniej było. Wcześniej był ukazany jako naprawdę porządny chłopak, choć niesamowicie wkurzający. Teraz charakter zmienił mu się diametralnie, ale być może gdzieś jeszcze pozostał w nim tamten chłopak i to uważam, że popchnęło go do poświęcenia siebie. Jak mu ma się udać użycie mocy seksu na wiedźmie, skoro ona specjalizuje się w przetrzymywaniu i torturowaniu całych zastępów książąt również dysponujących taką mocą? Na pewno przeżyje, ale coś czuję, że to Dani ruszy mu na pomoc.



No to fajnie, że Ci się podobało. Mi też, tyle że dominowało w tym odczuciu też sporo rozczarowania. Niestety.
_________________
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.
 
     
Sophie 
Moderator
Mały Tyran


Wiek: 25
Dołączyła: 24 Sie 2010
Posty: 2813
Skąd: skc
Wysłany: 2013-08-14, 15:03   

Skończyłam Iced.

No niestety, zdecydowanie jest gorsze od właściwej serii z punktu widzenia Mac, a to głownie za sprawą bohaterów. Dani mnie wkurza – strasznie i koszmarnie. Jest jak irytujący wrzód na tyłku, który nawija gównie o głupotach, superbohaterach, a także bluźni nieustannie. Uch, nie lubię takiego nagromadzenia bluzgów, a Dani cały czas klnie – no ile można? Dodając do tego jej roztrzepanie, brak jakiegokolwiek zastanowienia nad konsekwencjami i bezmyślne pakowanie się w kłopoty, wychodzi osóbka irytująca. Przy czym jest też na swój sposób ciekawa – ze swoją historią, tym, jak została ukształtowana, a tym samym sposobem patrzenia na świat i ludzkie (i nie tylko) zachowania. Zresztą nie tylko ona mnie denerwowała – praktycznie wszyscy bohaterowie mnie w jakiś sposób wkurzali (z wyjątkiem Lora i Dancera). Christian i Ryodan denerwowali mnie swoimi maniami, a przede wszystkim pedofilią (ten pierwszy zwłaszcza) – jestem przewrażliwiona na tym punkcie, nie lubię ani o tym czytać, ani o tym słyszeć. A tu przez cały tom musiałam się przedzierać przez bardziej lub mniej widoczne ciągoty względem czternastolatki.

Obie te serie są surrealistyczne, ale w ciekawy sposób – normalnie by mnie to irytowało, ale w takim przedstawieniu tego nie robi. Autorka dobrała taki zestaw postaci, że nie razi tak bardzo, że to wszystko jest nierealistyczne i po prostu dziwne, a czasem i nawet nielogiczne. Pisząc „wszystko” mam na myśli bohaterów, jak i wydarzenia. To „wszystko” nie gra do końca, ale ostatecznie książka jest tak przeładowana, że się tego nie zauważa.

Akcja jest szybka, ciekawa i wciągająca, ale silne jednostki nakładają się całkowicie na to wrażenie, przez co przytłaczają nieco samą historię. Powtórzę się – bohaterowie są zbyt irytujący. Barronsa pod tym całym skurwysyństwem dało się lubić już od początku, natomiast Ryodana nie. Już pomijając jego pedofilskie ciągoty, denerwujące były też te wszystkie manipulacje, które uprawiał, a także „skinienia na dziewczyny w klubie” – za bardzo mi to zalatuje alfonsem. Ale też – taki jego urok i nie można mu odmówić złożoności i tajemniczości, przez którą chce się wiedzieć więcej (ostatecznie pewnie i tak guzik dostaniemy, znając autorkę). Tak przy okazji brakowało mi więcej Barronsa – chętnie bym zobaczyła, jak dokładnie widzi go Dani, jak ten się zachowuje i co robi (bo nie da się ukryć, że Mac nie jest odpowiednią osobą, by obiektywnie na niego spojrzeć po tym wszystkim).

Zgadzam się we wszystkim, co w swoim poście zawarła Oksa – doskonale wyraziła moje myśli, zdecydowanie lepiej niż ja mogłabym to zrobić, więc już nie będę powtarzać. :-)
Oksa napisał/a:
Jeśli chodzi o narrację Kat, to jeszcze jestem w stanie to docenić (o tym za chwilę), ale to, co siedziało w głowie Christiana, było chyba najmniej interesującym mnie elementem w książce. Nigdy go nie lubiłam, ale w tej chwili stoi u mnie na szczycie listy najbardziej pochrzanionych i żyjących we własnej iluzji postaci. Ludzie, zatęskniłam za V’lanem! Ja!
Totalnie się zgadzam (klik! Udzieliło mi się! klik!) Christian wkurzał mnie swoją obecnością i tym, co sobie ubzdurał, a także tym jak w jakimś sensie czepiał się człowieczeństwa. No ale jak sobie autorka życzy, Czytelnikowi się podobać nie musi. Tak w ogóle pani Moning ma podejrzaną skłonność do tworzenia skrzywionych postaci.
Cytat:
A poza tym Lor jest zajebisty :-P
Taaaak! Ten facet jest zarąbisty - mam nadzieję, że w kolejnych tomach będzie go więcej - myśli trzeźwo i zdarza mu się powiedzieć coś mądrego, a przy okazji jest zabawny, no i nie jest chory (w Fever się dobrze ukrywał, tutaj rozbłysnął).
Oksa napisał/a:
Świetnie nakreślona postać, ale musi być coś w związku z nim więcej, czuję to.
[to o Dancerze]Z pewnością będzie coś więcej, wystarczy przypomnieć sobie, co zobaczyła w nim Kat - to tylko kilka słów, ale wystarczyło, by rozbudzić moją ciekawość.

Ogólnie polecam.
_________________
Oh yes Daddy is home and he ain’t happy.
 
     
Irina
[Usunięty]

Wysłany: 2013-08-25, 10:15   

Ech, przeczytałam pierwszy tom i jestem gdzieś pomiędzy rozczarowaniem a zachwytem. Świetna fabuła, tło, Irlandia, elfy (zupełna dla mnie nowość! lubię, jak autorzy na nowo przetwarzają znane tematy i postacie literatury). Naprawdę, i bałam się, i jestem zaintrygowana. Szkoda, że bohaterowie mnie denerwują. Przede wszystkim Mac. Jest jakby cała wyjęta z powieści typu Zmierzch. Opisy jej srebrnych sandałków i różowych mini i dopasowanych topów są przytłaczające. Można zarysować jej osobowość bez każdorazowego odnoszenia się do jej aktualnego ubioru, koloru paznokci i dodatków. Czekam, aż się ogarnie. Barrons. Jak na razie jest jednowymiarowy, czekam na inne odsłony. Jego upór i arogancja nie byłyby tak denerwujące, gdyby jego reakcje nie były prawie cały czas takie same. Podczas czytania dało się odczuć nierówność w prowadzeniu bohaterów- raz jesteśmy bardzo dojrzali, a raz jesteśmy w świecie nastolatków. Coś mnie w nich po prostu denerwuje i mam nadzieję, że w kolejnej części to się zmieni, ponieważ sam pomysł i poprowadzenie fabuły- genialne.
 
     
Oksa 
Gawron


Wiek: 33
Dołączyła: 07 Lut 2010
Posty: 1824
Skąd: a cholera go wie
Wysłany: 2013-08-27, 10:06   

Nieeee, nie zrobiła tego. Na pewno źle czytam. Na pewno nie przyrównała Mac do bezpłciowej bohaterki Zmierzchu, prawda? Prawda?!
Ale, ale, odkładając żarty na bok i nie rozpisując się za mocno o samej Mac, bo mam wrażenie, że się powtarzam :-P , to odniosę się tylko do konstrukcji jej postaci oraz Belli. Aż mnie dreszcz przeszedł po tym zdaniu. Przede wszystkim Mac ewoluuje. Na początku mamy tę słodką panienkę, która lubi ładnie wyglądać i nie ma poważniejszych problemów w życiu. Ale pod tą uroczą osłoną, co można dostrzec już w pierwszej części, kryje się pazur, który jeszcze bardziej odsłoni swoje oblicze w kolejnych tomach. Mac próbuje przeżyć i odnaleźć zabójcę siostry, nieustannie kombinuje, aby móc radzić sobie samej w chwilach zagrożenia, co nie oznacza, że odrzuca bezmyślnie oferty pomocy. Gdzie tu Bella, ja się pytam? Gdzie ta lelija, której świat obraca się tylko i wyłącznie wokół powietrza zwanego Edwardem, bez którego nie jest w stanie przeżyć? Mac w swoich słodkich sandałkach i różowej sukience ma więcej charakteru w jednym pierścionku niż Bella w całym swym jestestwie.

Bohaterowie nie są absolutnie jednowymiarowi, a kiedy skończysz czytać, to naprawdę czekam na Twoją opinię o Barronsie i zastanawiam się, czy nie będziesz wtedy tęsknić za chwilą, w której myślałaś, że nic więcej nie da się o nim powiedzieć. Muahaha. :twisted: Ale to się okaże dopiero po przeczytaniu całości. Albo nie. Nikt nie twierdzi, że zmienisz zdanie. Ale sama historia myślę, że Ci się spodoba. ;-)
_________________
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.
 
     
Irina
[Usunięty]

Wysłany: 2013-08-27, 11:39   

Hehehe :twisted:
nie chodziło mi tyle o lilijowatośc i generalną życiową mimozowatość, ale taką właśnie kreację "dla amerykańskich nastolatek". Mac ewoluuje owszem i dzięki temu sięgnęłam po drugą część iiiiii..... jest zajebiaszcza :D ewoluuje nie tylko sama Mac, ale i seria. Chociaż naprawdę, mam niską tolerancję na wszelkie wspomnienia o kolorach tęczy i złotych/srebrnych sandałkach. Ale jak w drugiej części Mac sama z siebie szydzi- boskie :D Wrażenia po pierwszej części o bohaterce takie sobie, bardziej wkurza niż intryguje, ale w drugiej jest już świetna, ironiczna i twarda. I faktycznie, to, że ewoluuje, jest jej największym plusem i właśnie staje się intrygująca, ciekawa. Nie bij za bardzo, już się nawracam! ;-)

P.S. Czekam na odkrycie sekretów Barronsa- drażni i ciekawi bardziej niż irytuje swoja arogancją. Ach, błogosławiona druga części!

EDIT: skończyłam drugą część. AAAAAAAAA. Wow. Z bohaterki, która za przeproszeniem wku***a niemożebnie zrobić twardą laskę, która daje radę- wow. Poza tym bałam się. Autentycznie się bałam. To jest mroczne, to jest intrygujące, to jest dobre. Są gorsze momenty (chyba głównie przez tłumaczenie), ale druga część dużo lepsza niż pierwsza, właśnie dzięki magicznemu słowu "ewolucja". Ach. Zaraz zabieram się za trzecią.
 
     
Oksa 
Gawron


Wiek: 33
Dołączyła: 07 Lut 2010
Posty: 1824
Skąd: a cholera go wie
Wysłany: 2013-09-11, 13:27   

No to czekam na Twoją opinię o reszcie tomów. ;-)

Hoł hoł hoł teaser z BURNED o Mac i Barronsie! Nie cieszcie się tak, bardzo enigmatyczny. :-P

Oryginał:
Spoiler:

“Ms. Lane.”

Barrons’ voice is deep, touched with that strange Old World accent and mildly pissed off. Jericho Barrons is often mildly pissed off. I think he crawled from the swamp that way, chafed either by some condition in it, out of it, or maybe just the general mass incompetence he encountered in both places. He’s the most controlled, capable man I’ve ever known.

After all we’ve been through together, he still calls me Ms. Lane, with one exception: When I’m in his bed. Or on the floor, or some other place where I’ve temporarily lost my mind and become convinced I can’t breathe without him inside me this very instant. Then the things he calls me are varied and nobody’s business but mine.

I reply: “Barrons,” without inflection. I’ve learned a few things in our time together. Distance is frequently the only intimacy he’ll tolerate. Suits me. I’ve got my own demons. Besides I don’t believe good relationships come from living inside each other’s pockets. I believe divorce comes from that.

I admire the animal grace with which he enters the room and moves toward me. He prefers dark colors, the better to slide in and out of the night, or a room, unnoticed except for whatever he’s left behind that you may or may not discover for some time, like, say a tattoo on the back of one’s skull.

“What are you doing?”

“Reading,” I say nonchalantly, rubbing the tattoo on the back of my skull. I angle the volume so he can’t see the cover. If he sees what I’m reading, he’ll know I’m looking for something. If he realizes how bad it’s gotten, and what I’m thinking about doing, he’ll try to stop me.

He circles behind me, looks over my shoulder at the thick vellum of the ancient manuscript. “In the first tongue?”

“Is that what it is?” I feign innocence.

He knows precisely which cells in my body are innocent and which are thoroughly corrupted. He’s responsible for most of the corrupted ones. One corner of his mouth ticks up and I see the glint of beast behind his eyes, a feral crimson backlight, bloodstaining the whites.

It turns me on. Barrons makes me feel violently, electrically sexual and alive. I’d march into hell beside him.

But I will not let him march into hell beside me. And there’s no doubt that’s where I’m going.

I thought I was strong, a heroine. I thought I was the victor. The enemy got inside my head and tried to seduce me with lies.

It’s easy to walk away from lies.

Power is another thing.

Temptation isn’t a sin that you triumph over once, completely and then you’re free. Temptation slips into bed with you each night and helps you say your prayers. It wakes you in the morning with a friendly cup of coffee, and knows exactly how you take it.

He skirts the Chesterfield sofa and stands over me. “Looking for something, Ms. Lane?”

I’m eye level with his belt but that’s not where my gaze gets stuck and suddenly my mouth is so dry I can hardly swallow and I know I’m going to want to. I’m Pri-ya for this man. I hate it. I love it. I can’t escape it.

I reach for his belt buckle. The manuscript slides from my lap, forgotten. Along with everything else but this moment, this man. “I just found it,” I tell him.



Moje tłumaczenie, miejscami trochę kuleje, wiem:
Spoiler:

- Panno Lane.

Głos Barronsa jest niski, delikatnie zabarwiony tym dziwnym akcentem ze Starego Świata i umiarkowanie wkurzony. Uczucie to towarzyszy Jericho Barronsowi akurat dość często. Myślę, że wypełznął z bagna już w tym stanie, poirytowany panującymi warunkami zarówno tam, jak i na zewnątrz, bądź też po prostu ogólną masową nieudolnością, z którą zmuszony był zetknąć się w obydwu miejscach. Jest najbardziej opanowanym i kompetentnym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek znałam.

Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, wciąż zwraca się do mnie per panno - poza jednym wyjątkiem: kiedy jestem w jego łóżku. Tudzież na podłodze, albo w jakimś innym miejscu, w którym czasowo tracę rozum i tkwię w przekonaniu, że nie będę w stanie oddychać, dopóki nie znajdzie się we mnie w tempie natychmiastowym. Zwroty, jakimi wtedy mnie określa są dość urozmaicone, ale to już nie jest niczyja sprawa.

Odpowiadam: „Barrons”, bez zmiany w tonie głosu. Nauczyłam się kilku rzeczy podczas naszego wspólnie spędzonego okresu. Jak tego, że dystans jest jedyną formą intymności, którą najczęściej toleruje. Mnie to odpowiada. Mam swoje własne demony. Poza tym, jestem zdania, że dobry związek nie polega na siedzeniu sobie nawzajem w kieszeniach. Stąd, uważam, biorą się rozwody.

Podziwiam zwierzęcą grację, z jaką wchodzi do pokoju i przemieszcza się w moim kierunku. Preferuje ciemne kolory, co ułatwia mu prześlizgiwanie się niezauważonym w te i z powrotem w cieniach nocy, czy też pokoju, no, chyba, że zostawia po sobie pamiątkę, którą uda ci się, bądź nie, po jakimś czasie odkryć, coś takiego jak, dajmy na to, tatuaż na czyjejś głowie.

- Co porabiasz?

- Czytam – odpowiadam nonszalancko, pocierając tatuaż umiejscowiony z tyłu czaszki. Odchylam wolumin, aby nie mógł zobaczyć jego okładki. Jeśli zorientuje się, co czytam, będzie wiedział, że czegoś szukam. A kiedy domyśli się, jak kiepsko stoją sprawy i co mam zamiar zrobić, będzie próbował mnie powstrzymać.

Zachodzi mnie od tyłu i spogląda mi przez ramię na gruby pergamin ze starożytnego manuskryptu.

- W pierwszym języku?

- A więc w nim jest to napisane? – udawałam niewinność.

Wie doskonale, które komórki w moim ciele są czyste, a które całkowicie zdeprawowane. Sam odpowiada za większość z tych skażonych. Jeden z kącików jego ust unosi się i dostrzegam błysk bestii w jego oczach, dziki szkarłat ujawnia się, zabarwiając krwiście białka.

Podnieca mnie to. Barrons sprawia, że czuję się gwałtownie i elektryzująco pobudzona oraz pełna życia. U jego boku wmaszerowałabym do samego piekła.

Ale nie pozwolę mu na zrobienie tego samego dla mnie. Bo nie ma wątpliwości, że właśnie do piekła się wybieram.

Łatwo jest odwrócić się od kłamstw.

Władza to inna para kaloszy.

Pokusa nie jest grzechem, nad którym zatriumfujesz tylko raz, kompletnie i jesteś wolny.

Pokusa wślizguje się każdego wieczoru razem z tobą do łóżka i wpływa na słowa twojej modlitwy. Rano budzi cię z przyjaznym kubkiem kawy, doskonale wiedząc, jaką pijesz.

Barrons okrąża sofę i staje przede mną. – Szukasz czegoś, panno Lane?

Moje oczy znajdują się na poziomie jego paska, jednak to nie na nim zatrzymuje się mój wzrok i nagle czuję taką suchość w gardle, że ledwo mogę przełknąć, a wiem, że będę chciała to później zrobić. Dla tego faceta jestem Pri-yą. Nienawidzę tego. Kocham to. Nie potrafię od tego uciec.

Sięgam po sprzączkę na jego pasku. Manuskrypt zsuwa się zapomniany z moich kolan. W podobny sposób odsuwam od siebie wszystko inne, poza tą chwilą, poza tym mężczyzną. – Właśnie to odnalazłam – mówię mu.

_________________
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.
 
     
wiedźma z bagna 
Redaktor
...zakała rodu...


Dołączyła: 13 Sie 2010
Posty: 1291
Skąd: z błotnistych bagien
Wysłany: 2013-11-11, 20:24   

No cóż, właśnie nadrobiłam lekturę - mimo że tyle czasu się ociągałam. Faktycznie Barrons jest... No jest. Typ aroganckiego skurczybyka, niezmiennie pociągający, elektryzujący i podniecający. Na pohybel grzecznym chłopcom. Zawsze twierdziłam, że najbardziej podniecający w mężczyźnie jest intelekt. Jeśli dodatkowo jest odpowiednio opakowany (a wygląda na to, że jak najbardziej) i podany, to... WOW.
Mac jest istotą w procesie rozwojowym. I muszę przyznać, że bardzo mi się podoba tok jej ewolucji. Szybki, jednakże okoliczności w pełni tłumaczą to tempo. Instynkt przetrwania to jednak mocna rzecz.
Podobnie jak Majster, nie bardzo jednak kumam wątek Sinsar Dubh. Co prawda na etapie udziwnień byłam już tak zaangażowana emocjonalnie w bohaterów, że wszelkie uchybienia miałam w głębokim poważaniu, ale...

A tu widzę że cóś jeszcze występuje. Będę musiała czytnąć :twisted:
_________________
I cóż to zmieni, gdy z młodych gniewnych, wyrosną starzy wk..wieni ???
 
     
Oksa 
Gawron


Wiek: 33
Dołączyła: 07 Lut 2010
Posty: 1824
Skąd: a cholera go wie
Wysłany: 2015-01-26, 10:49   

Ano jest, wiedźmo, o Dani, ale to już nie to samo. Może za szybko osądzam, ale jak na razie tak sobie widzę tę nową trylogię.

A propo nowej trylogii - fragment z drugiej części, Burned:
Spoiler:

The king stirred from his reverie and stared down at the unconscious female in his wings.

Half a million years since he’d last seen her. Held her. Touched her.

It was no illusion. She was here. She was real.

She felt as small and gossamer fragile as the new worlds he spun.

He inhaled. She smelled the same as she had on the day he’d met her, of sunshine on bare skin, moonlight on silver oceans and enormous, sky-no-limit dreams. He closed his eyes and opened them.

She was still there.

After an eternity of grief and regret, he held the only thing he’d ever wanted more than he wanted to be God.

A second chance.

He’d imagined this, dreamed it, hungered for it beyond reason.

They are replaceable, one and all, insisted the Fear Dorcha, his dark traveling companion through insanity. You will forget her.

But he never had.

Grief will pass, lisped the Crimson Hag, one of his more exquisitely terrible creations.

But it never did.

He, who had once been whole was halved without hope of ever being complete again. And when you’ve known that kind of love, to exist without it is to live a half-life where nothing else ever feels real.

He’d fabricated their reunion in countless illusions, slipping in and out of madness for millennia, talking to her as if she were beside him, answering. Drawing to his side one mortal woman after the next that possessed the body, the hair, a pale imitation of the passion, never seeing them, calling them by her name, pretending they were her until they died.

He’d lived lie after lie to escape the unbearable truth: She’d left him by choice, killed herself to escape him. He’d come to believe she’d never loved him at all, or worse—had stopped loving him because of the things he’d done.

Gazing down at her now, he found it easy to pardon Cruce for stealing her, forcing her to drink from the Cauldron and erasing all memory of their time together.

Somehow his soulmate was at long last the very thing he’d struggled to make her: Fae, immortal unless killed in one of a very small number of ways. (He intended to eradicate all of those ways immediately.) Funny how things turned should time enough pass. But the king knew the natural state of Universes was not to list toward entropy, rather wholeness. Universes were healthy. It was sentient beings with free will that were the true disasters.

So what if he’d suffered an eternity of hell without her? If someone had offered him this bargain a half a million years ago, said—you need only endure a half a million years without her to have her for all time—he would have taken it in a human heartbeat. What was a brief time of madness for eternity with her?

Fire to his ice. Frost to her flame.

He was whole again.

The Unseelie king bent his head and kissed her. Lightly. Reverently. He’d sliced open his soul and bled it out over memories of the woman he would never kiss again. Deep in his chest, thunder rolled.

Lashes fluttered. She opened her eyes. He drew back and stared down at her, unable to speak. Creator of worlds, God, Devil, whatever he was, words failed him now. His massive black wings shuddered with the depth of his feeling. He shifted and resettled them.

There was wonder in her gaze as she stared up at him: a moment of precious, pre-conscious dawn where all is dew and promise and anything at all might bloom.

Beginnings are fragile things.

Was it as he hoped? Was the power of true love greater than the power of the Cauldron of Forgetting? Did the body recall despite the damage done the mind? Memory, carved into gray matter, never obliterated. What would she say? What would her first words to him be?

Time ground to a halt and, as a human might hold his breath, the Unseelie king held his existence in silence, filling the frozen moment with tiny miracles: the blush of her skin, the curve of her lips, the arch of her brows.

Was that a flicker of confusion? Of duality preceding recognition? He knew her face intimately, had never forsaken a nuance, yet these were expressions he’d had no cause to learn.

After all she’d been through—eternities about which he knew nothing and might have contained any number of atrocities spent as they were at the Seelie Court with Cruce—but more recently kidnapped, interred in a tomb of ice and nearly killed by the power-hungry prince, he sought to reassure her:

“My love, you are safe. I have you now.” He paused, to lend emphasis to his next words, a pledge he would keep until the end of time, which he was fairly certain he was in some fashion or another. “And I will never let you go again.”

Envisioning their joyous future together as immortals, he waited for the first sound of her voice in half a million years…

She screamed.



PS. A Barrons jest... no, po prostu jest. :mrgreen:

okładka

Opis:
Spoiler:

It’s easy to walk away from lies. Power is another thing.

MacKayla Lane would do anything to save the home she loves. A gifted sidhe-seer, she’s already fought and defeated the deadly Sinsar Dubh—an ancient book of terrible evil—yet its hold on her has never been stronger.

When the wall that protected humans from the seductive, insatiable Fae was destroyed on Halloween, long-imprisoned immortals ravaged the planet. Now Dublin is a war zone with factions battling for control. As the city heats up and the ice left by the Hoar Frost King melts, tempers flare, passions run red-hot, and dangerous lines get crossed.

Seelie and Unseelie vie for power against nine ancient immortals who have governed Dublin for millennia; a rival band of sidhe-seers invades the city, determined to claim it for their own; Mac’s former protégé and best friend, Dani “Mega” O’Malley, is now her fierce enemy; and even more urgent, Highland druid Christian MacKeltar has been captured by the Crimson Hag and is being driven deeper into Unseelie madness with each passing day. The only one Mac can depend on is the powerful, dangerous immortal Jericho Barrons, but even their fiery bond is tested by betrayal.

It’s a world where staying alive is a constant struggle, the line between good and evil gets blurred, and every alliance comes at a price. In an epic battle against dark forces, Mac must decide who she can trust, and what her survival is ultimately worth.



Jestem jednocześnie zła na tę książkę i zadowolona z wielu jej aspektów. Czuję, że w końcu wiem, w jakim kierunku to wszystko zmierza i więcej rzeczy ma dla mnie sens, pomimo tego, że masa tajemnic nie została jeszcze odkryta. Lepiej rozumiem motywy Ryodana wobec Dani oraz jej udział w walce z przeciwnikiem z Iced. Podobało mi się to, że decyzje postaci, które zostały przez nie podjęte w poprzednich częściach mają swoje konsekwencje – dobre, złe, ale są i ciągną się za bohaterami, zamiast w magiczny sposób zniknąć. Cieszę się, że zmieniłam zdanie wobec Kat i Christiana, a ewolucja tej dwójki zaczęła mnie interesować, gdzie w Iced Kat wydawała mi się totalnie mdła, a Christian zwyczajnie obrzydliwy. Rozumiem więcej, przyznaję, i wiele chętniej łykałam POVy z ich punktami widzenia.

Na samym jednak początku powinnam napisać o zmianach, jakie wprowadziła aktorka względem trylogii Dani. Wychodzi na to, że nie będzie z tego żadna trylogia Dani, a raczej będzie, tylko całość została potraktowana po prostu jako kontynuacja sagii Fever. W Burned narracja powraca w głównej mierze do Mac, z dodatkiem Króla Unseelie i Lora (ooooł yeah).

Przeczytałam kilka opinii o Burned i jest parę zarzutów, z którymi się zgadzam, przy czym inne wydają mi się naciągane. Np. ten o braku fabuły. Hmm. Popatrzmy z czym zmagają się bohaterowie: konsekwencje walki z przeciwnikiem z Iced oraz decyzja Christiana, układ sił w Dublinie oraz nieustanne jego zmiany, Mac oraz jej własny, osobisty demon w głowie, Dani (tego nie można zdradzać :-) ) oraz wiele różnych wątków pobocznych. Przede wszystkim jednak, w mojej opinii, jest to walka o przywrócenie porządku na świecie, a nawet zapobiegnięcie jego zniszczeniu. Dani miała bardzo ograniczony dostęp do wiedzy o najistotniejszych graczach obecnego Dublinu, a dzięki Mac dowiadujemy się na ten temat o wiele więcej. I bardzo dobrze, bo samo ganianie za Unseelie nie wystarczy, kiedy na ulicach toczy się o wiele ważniejsza próba sił.

Kolejny zarzut – monolog Mac. Niestety tak. Podoba mi się, że za jej postacią jest jakaś głębia, historia, ale jak zwykle jest tego za dużo. Są takie fragmenty, w których Moning mogłaby sobie darować odpływanie u Mac myślami. Nie jestem za jakimś poważnym uszczupleniem tej książki, ale znalazłabym kilka scen, których obcięcie znacznie upłynniłoby akcję i nie irytowało. Np. fragment, w którym Mac wyjaśnia ważność zawleczki (serio) oraz zachwyca się czyimś przyrodzeniem (jeszcze bardziej serio).

Autorka zniszczyła to, co osiągnęła Mac w poprzednich częściach, czyniąc z niej ponownie mało istotnego gracza. Grrr. Jedna z rzeczy, która mnie bardziej właśnie zdenerwowała. Jej brak odwetu ma sens, ale kurde, ile razy będą nią wycierać podłogę? Co gorsza, Moning ogłupiła ją. Jest taka scena, w której Mac niechcący zdradza przy wszystkich pewną tajemnicę, co pociąga za sobą szereg komentarzy o jej rozumie. WTF? Jedną z rzeczy, którą Mac przyswoiła najlepiej będąc w obecności Barronsa, to trzymanie języka za zębami. Ile to razy nie zdradziła się ze swoją wiedzą? A teraz nagle mam uwierzyć, że chlapie na lewo i prawo tak ważnymi rewelacjami? Ponadto, autentycznie wkurzały mnie docinki w stronę jej inteligencji, np. Dancera. To był jedyny moment, w którym mnie ten dzieciak wkurzył. Generalnie Moning zrobiła wtedy z Mac półgłówka, a z Dani jakiegoś pieprzonego geniusza, który bez problemu zrozumie nieważne jak zawiły naukowy bełkot. Ponownie, WTF? Ja tego nie kupuję. Wiele można Mac zarzucić, ale patrząc na jej drogę, którą przeszła od 1 tomu do 5, to byłam z niej cholernie dumna. A teraz mam obserwować z założonymi rękami jak znowu nią pomiatają? Ooo nie.
Autorka zastosowała 2 najważniejsze zabiegi, które rozwiązały największe problemy jej bohaterów. Z jednej strony mam mieszane uczucia, ale muszę przyznać, że miały one solidne podstawy, nie wzięły się z powietrza i na pewno narobią postaciom wielu problemów. To mi się podoba :-)

Nie zmieniłam zdania co do Jo, jej wątek – choć muszę przyznać, że bardzo zabawny, jest średnio ciekawy. Czuję wobec niej zerowy poziom zainteresowania, jej naiwność i kiepska ocena sytuacji (np. opinia o Lorze) tylko mnie od tej postaci odstraszają. Proszę, niech jej osoba będzie jeszcze bardziej marginalna niż w tej części, bo nie zdzierżę.

O Dani nic tu nie napiszę, tylko w spoilerze, bo każda myśl zdradza za dużo. :-)

Dobra, trzeba coś o plusach, bo zniechęcę wszystkich na dobre. :-) Jest o wiele ciekawiej niż w Iced, fabularnie czuję, że wróciło na lepsze tory i jak pisałam wcześniej – czuję większy sens i logikę we wszystkim, co przeczytałam w Burned. Sporo się dowiadujemy dzięki Mac, oj sporo, a co najlepsze o tajemniczej Dzięwiątce. Ryodan wypadł w tych odkryciach trochę miłosiernie, ale niech będzie, wiadomo było, że nie jest taki jednowymiarowy, jak było to przedstawiane. Lor – nie mam słów na tego kolesia. To jest po prostu jedna z moich ulubionych postaci – nie przeprasza za to kim jest, ma proste spojrzenie na świat i jest cholernie zabawny. Każda scena z jego udziałem wywoływała banana na mojej twarzy. :-) O właśnie to. Wiele scen, kłótni i interakcji rozśmieszało i człowiek sobie myślał, kurde, fajnie jest znowu poczytać o tym, jak Ci ludzie drą ze sobą koty. :-) Bardzo chętnie czytałam też wszystkie POVy Króla Unseelie. Świetnie oddawały głos tak prastarej postaci, aczkolwiek były strasznie przepełnione samotnością i smutkiem.

Podobała mi się interakcja Mac i Barronsa. To, że nie jest cukierkowo i wciąż się ze sobą docierają, jak również to, że tylko Barrons jest w stanie osiągnąć coś, czego inni nie potrafią – zmusza Mac do uznania prawdy, choćby nie wiem jak niewygodnej i pogodzenia się z nią. Nie rzuca jej się do stóp i nie przynosi czekoladek w ramach przeprosin, ale kilkoma dobrze dobranymi słowami opisuje jej stan rzeczy takim, jaki jest. A Mac może i się nakrzyczy, obrazi, potupie, ale na sam koniec spojrzy prawdzie w oczy i jest ze sobą szczera.

Spoiler:

Przyzwyczaiłam się do myśli, że ukrył pamięć Mac na temat ich pierwszej nocy razem, bo pod pewnym względem miał rację. To jest, rozumiem jego punkt widzenia, nie do końca się z nim zgadzając. Ponadto, muszę też przyznać, że po zastanowieniu alternatywny rozwój wydarzeń, w którym chciał się z nią bzykać zaraz po spotkaniu o wiele bardziej mi do niego pasuje. Pasuje mi do wyobrażenia faceta, który bierze to, co na co ma ochotę i nie przeprasza, ale gdy odkrywa w Mac coś więcej niż próżna powierzchowność, decyduje się na pociągnięcie tej znajomości w inny sposób.

A teraz o Dani. Wychodzi na to, że czytelnicy dostali to, czego chcieli. Dziewczyna zagubiła się w lustrach i dorosła, powracając jako zupełnie inna postać. Wiem, że pisałam wcześniej, że wolałabym aby była starsza, ale nie mogę też odżałować straconej opowieści jej dorastania. Chciałabym zobaczyć, w jaki sposób się to odbyło, bo obecny kierunek wydał mi się takim trochę łatwym zabiegiem. I tak to z nami czytelnikami jest, mieć ciastko i zjeść ciastko. :-)

Jest taka scena z nią i Ryodanem, kiedy stoją do siebie przytuleni nie robiąc nic więcej, podczas gdy Mac ich obserwuje. I zgadzam się z nią. Patrząc na przeszłość tych dwojga, to była naprawdę bardzo intymna, delikatnie erotyczna, ale i sentymentalna scena.

Niewidzialność Mac to drugi z trików autorki, o których pisałam. Ok, dowiedzieliśmy się dzięki temu o naprawdę wielu rzeczach, ale ograniczenie udziału Mac w wydarzeniach do samego obserwatora kolejny raz dało mi odczucie umniejszenia jej wpływu na obecne wydarzenia. I chyba dlatego mam problem z tą niewidzialnością.

Dzięki Bogu, Christian wrócił do swoich zmysłów. A Dageus najwidoczniej stał się członkiem tajemniczej Dziewiątki. No patrzcie… Myślę, że ostatnia część okaże się całkiem ciekawym tomem. :-)

_________________
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Styl created by enquish from Slums-Attack.org