Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Uciekając spod topora
Autor Wiadomość
Sophie 
Moderator
Mały Tyran


Wiek: 25
Dołączyła: 24 Sie 2010
Posty: 2818
Skąd: skc
Wysłany: 2012-09-21, 18:11   Uciekając spod topora

W temacie będą publikowane karne teksty, które zostały wyznaczone winnym przetrzymania książki Klubu Wędrującej Książki.

____________________________

Wiersz napisany przez wiedźmę z bagna za przetrzymanie Bezwzględnej.

I rzekła jej ciotka: Patrz niewiasto!
Więc wlazła na dach i spojrzała na miasto.
W ognia płomieniach pół Atlanty stało,
A dla Erry to mało, mało, mało...
Wypuściła wśród ludzi Ciemność, Bestię, pożogę
By siały zniszczenie i budziły trwogę.
Kate wrzasnąwszy okropnie za miecz swój chwyciła
I suma sumarum cioteczkę ubiła.
_________________
Oh yes Daddy is home and he ain’t happy.
 
     
destrakszyn 
Destrukcyjna Esencja Wszechświata
Ostra jak komar


Wiek: 23
Dołączyła: 07 Sie 2010
Posty: 974
Skąd: skc
Wysłany: 2012-09-21, 18:17   

Kara za przetrzymanie Pomnika cesarzowej Achai, własności hlukaszuk - anegdota o smoku. :)

Spoiler:

Pacyfow

Rycerz w lśniącej zbroi zsiadł z okazałego, białego rumaka, i, niedbale rzuciwszy pachołkowi wodze, dumnie wkroczył do przydrożnej karczmy, zaś duma owa okazała się dlań zgubą. Miast jak każdy rozsądny człowiek patrzeć pod nogi i uważać na różne niespodzianki, nos trzymał wysoko, zaś spojrzenie oczu błękitnych z obrzydzeniem błądziło po lichych, przeżartych przez korniki belkach, cudem utrzymujących strop i pokrytych grubą warstwą pajęczyn – nic zatem dziwnego, że progu nie zauważył i rymnął na zakurzoną podłogę wprost pod stopy zataczającego się pijaczka.
Pijaczek natomiast przez alkohol pozbawiony został zdrowego rozsądku i zapomniał, by uważać na znajdujące się tu i tam przeszkody, potknął się więc o mniej już lśniący hełm rycerza i, straciwszy równowagę mimo rozpaczliwego machania rękoma, wyłożył się jak długi, do reszty poniewierając kosztowną zbroję.
Garand Waleczny – bo takie miano nosił rycerz – zaklął na widok odwracających się w jego stronę głów tubylców. Zaklął jednakże tylko w duchu, wszak rycerzom nie wypada urągać niebiosom ani gorszyć ludzi; a że przekleństwo wypowiedziane w myślach mniejszą ma moc, zaklął raz jeszcze, by poczuć się usatysfakcjonowanym i dodać sobie animuszu. Pod ciekawskimi spojrzeniami czuł wpełzający na twarz rumieniec. Jak dobrze, że nie odsunął przyłbicy!
Zrzuciwszy z siebie mamroczącego niezrozumiale mężczyznę, podniósł się z niejakim trudem (twórcy zbroi nie przewidzieli, by dostojni rycerze mieli się przewracać) i obrzucił zgromadzonym ciężkim, groźnym spojrzeniem.
Brak reakcji nieprzyjemnie go zaskoczył, blade oczy i rozwarte usta nadal były skierowane w jego stronę. Zaraz jednak przypomniał sobie, że jego twarz zasłania przyłbica. Przeczekał kolejny rumieniec, odetchnął głęboko, choć cicho, i ściągnął powoli hełm. Już chciał obdarzyć klientów karczmy firmowym wzrokiem, lecz w porę spostrzegł, że ci zdążyli stracić zainteresowanie. Zaklął ponownie, ponuro zgrzytnął zębami i rozejrzał się za gospodarzem.
– Coś podać, panie? – zapytało zgrabne dziewczę w zniszczonej, choć czystej sukni, przystanąwszy obok z pustymi kuflami w rękach. Z braku laku to ją postraszył spojrzeniem, mając nadzieję, iż błysk w jej oku był lękiem, a nie rozbawieniem.
– Najlepszego wina, jakie macie, spragnionym po podróży – wyrzekł. Nie, nie powiedział, a wyrzekł. W zielonych ślepiach znów coś błysnęło, ale zignorował to. Ponownie się rozejrzał. – Jeszcze jedno: gdzie znajdę gospodarza tego przybytku?
Dziewczyna odchrząknęła.
– Za wami, panie – i odeszła. Odwrócił się, ale nie zobaczył nikogo. Zmarszczył brwi i już miał złapać dzierlatkę w celu porządnego przetrzepania jej skóry za kłamstwo, kiedy z dołu dobiegł go jęk pełen cierpienia.
– Ty? Ty jesteś właścicielem? – zdumiał się z niesmakiem.
Pijak pozbierał się jakoś i wykonał niemrawy ukłon, przez co ponownie wylądował na klepisku.
– Wissam w moim... psybytfu! – sapnął, a ostra woń przetrawionego alkoholu dotarła nawet do metra dziewięćdziesięciu rycerza. – W Kocim Ogonie ugoscimy kaszdego niszym króla!
Garand spojrzał nań z odrazą.
Nagle jak spod ziemi u jego boku pojawiła się zielonooka dziewczyna, już bez kufli.
– A co, panie, chcecie? – zainteresowała się. – Kwaterę ja mogę załatwić, jak zresztą wszystko w tym miejscu, sami widzicie, w jakim stanie jest ten biedak... panie. Ja zarządzam tą budą, do tego mnie wynajął.
– Sam doprowadził się do takiego stanu – wycedził wojownik z pogardą.
– Isssotnie! – wrzasnął histerycznie gospodarz i, mocno chwyciwszy się krawędzi pobliskiego stołu, dźwignął się na nogi, lecz niespodziewane, gwałtowne czknięcie znów sprowadziło go do pozycji horyzontalnej.
– I kto to słyszał, żeby kobieta zarządzała gospodą... – Przygotował się do umoralniającej rozprawy, ale dziewka przerwała mu.
– Bo poza sołtysem jako jedyna osoba w tej wsi umiem czytać i rachować, a to talenty przydatne do prowadzenia interesu.
Niemal się zapowietrzył, nie mógł tylko zdecydować, co oburzyło go bardziej – jej bezczelność czy wykształcenie. W końcu zdecydował się na niejasną odpowiedź.
– Mądrość nigdy nie jest dla kobiety cnotą – rzekł surowo, ale dziewczyna jedynie przewróciła oczami.
– To czego chcecie, no?
– Informacji, bezczelna dziewucho – warknął. – Na temat spraw, o których kobieta nie ma pojęcia.
Uniosła brew, coś mruknęła pod nosem – brzmiało to jak „ja wiem wszystko” – ale zaraz odezwała się głośniej.
– Jeśli nie będę wiedziała, jaki rodzaj informacji pragniecie otrzymać, panie... przykro mi, ale nie jestem w stanie pomóc. – Odwróciła się obojętnie i przeszła za ladę. Garand prychnął i uderzył dłonią w zaskakująco wypolerowane drewno.
– Gdzie moje wino, kobieto?
Zniknęła na zapleczu i za chwilę wynurzyła się zeń z butelką i kielichem. Bez słowa zdjęła korek i nalała czerwonej cieczy do naczynia. Uważnie patrzył na jej ręce – znał takie jak ta tutaj! Lubiły truć gości, uczciwych ludzi... Wciąż podejrzliwy, ujął czarę i upił łyk. Całkiem niezłe, uznał z niejakim zaskoczeniem. Odstawił kielich ze skrzywioną miną.
– Obrzydliwe. Co to jest? Psie szczyny? Miało być najlepsze!
– Racja, najlepsze nie jest – powiedziała swobodnie. – Najlepsze znajduje się obecnie albo w żołądku Tranara – to jest właściciela – albo w ziemi pod jakimś drzewem, jednakże wątpię, by Tranar był w stanie wskazać, pod którym konkretnie. Jeśli wam bardzo, panie, zależy, moglibyście poszukać. Mogę przynieść wiadro – zaoferowała się.
Nie bardzo wiedząc, co na to odpowiedzieć, warknął tylko i zażądał pokoju. Schyliła się pod ladę (pomimo kolejnego gorącego rumieńca doszedł do złośliwego wniosku, iż dziewczyna piersi ma okropne), wzięła klucz i podała mu.
– Trzecie drzwi po lewej – rzuciła. – Poza tym powinniście więcej wody pić, panie... Strasznie czerwoni jesteście.
Wyszedł na dwór, zobaczyć, czy giermek należycie zajął się końmi, powtarzając sobie, że zabijanie kobiet – nawet złośliwych – jest niehonorowe.
Następnego dnia, kiedy już porządnie się wyspał i najadł – na szczęście usługiwał mu trzeźwy, choć wyraźnie obolały karczmarz, a nie ta dziewucha – polecił giermkowi odnaleźć dom sołtysa i wrócić za godzinę, sam zaś w tym czasie rozważał, co robić. Nakazać mężczyźnie przyjść do gospody, wzbudzając jego obawę i szacunek usytuowaniem w mrocznych cieniach, czy zjawić się znienacka u jego progu, zbierając podziw i chwałę oszałamiającą wspaniałością jego rycerskiej postaci? Zbroja była po prawdzie wciąż brudna, ale to nie był problem – Borfil, giermek, mógł się tym zająć. Bardziej ważką kwestię stanowiło, czy Garand zdecyduje się wyjść na palące, lipcowe słońce zakuty w blachy.
Cierpienie uszlachetnia, przypomniał sobie.
Podumał chwilę nad tym stwierdzeniem, aż postanowił zostać w karczmie – uznał bowiem, iż granice szlachetności osiągnął lata temu i odrobina jej więcej prędzej poczyniłaby szkodę niż pożytek.
Zatem trzy kwadranse później próg budynku przekroczył krępy jegomość z imponującym nosem, rozejrzał się po pomieszczeniu, zauważył Garanda i skinął mu na powitanie. Pomimo pokaźnej tuszy zręcznie lawirował między stołami, aż bez szwanku dotarł do rycerza. Przywitali się, przedstawili sobie, zamówili po kuflu piwa i zaraz po tym sołtys przeszedł do rzeczy.
– Przejdźmy do rzeczy. Skoro taki wspaniały dostojnik zjawił się w naszej wsi, niewątpliwie wiesz pan, jaki problem tutaj mamy?
Garand upił piwa, zachwycił się głębokim, bogatym smakiem, przełknął.
– Owszem, wiem. Smoka macie.
– Ano mamy – rzekł z niechęcią sołtys Fadelko. Pociągnął trunku, oblizał mięsiste wargi. – Wiesz pan, jeszcze dziesięć lat temu to miejsce – machnął dookoła kuflem – tętniło życiem, kuźwa. Niedaleko szlak handlowy biegnie, a tu u nas mili ludzie, dziewczyny piękne i piwo dobre, to przyjeżdżali. Baby chędożyli i wszystko wypijali, ale nie narzekalim, bo pieniędzy mnóstwo zostawiali, a teraz... – Skrzywił się, pogmerał w ustach językiem, splunął na deski. – Osiem lat temu smokowi coś się uwidziało dziwacznego. Najpierw zrobił się tu ruch. Nie ino kupcy. Panowie z wielkich dworów zjeżdżali, by zobaczyć takie cudo, ale potem wszystkim się znudził – bo ile można oglądać wciąż to samo? To się porozchodzili. I wszystko byłoby jak wcześniej, gdyby ktoś nie puścił ploty, że tu ziemia jakaś dziwna jest, skoro tak na poczwarę wpłynęła...
Zmarkotniał wyraźnie, wbił wzrok w nędzne resztki trunku. Podniósł głowę, zawołał dziewczynę (karczmarz przed paroma minutami zniknął na zapleczu i wynurzył się stamtąd wyraźnie weselszy), by mu dolała. Przyszła z dwoma kubkami.
– Macie, sołtysie, taką minę, jakbyście opowiadali historię naszych drogich Liszotek... znowu. To przyniosłam coś na uspokojenie. – Uśmiechnęła się szelmowsko, Garand zerknął wrogo.
– Ziemia dziwna! – warknął mężczyzna gniewnie, wyjął z ręki dziewczyny kubki; z pierwszego jednym haustem wypił przeźroczystą ciecz, odetchnął i zaraz przepił malinowym kompotem z drugiego. – Se wymyślili, niech to szlag trafi! Potknął się paniczyk o kamień i od razu, że dziwna ziemia! Mało to kamieni w reszcie królestwa? Ale nie, jeno u nas dziwny kamień, dziwna ziemia! Sukinsyn...
Fadelko otarł wargi, przygryzł policzek, westchnął i wziął się w garść.
– To już wiecie, że nam przede wszystkim potrzeba tego, no... pole... polegnata?
– Poliglot? – podsunął Garand.
Sołtys strzelił palcami.
– Tak! Tak. Nie wojownika, ale poliglota. Wcześniej wielu rycerzy próbowało jakoś go mieczem przekonać, ale w ogóle nie wychodziło. Smok twierdzi, że pokojowy jest, to kiedy oni przyjeżdżali, uciekał.
– Uciekał?! – zdumiał się Garand.
– Uciekał – potwierdził sołtys ponuro. – Latał po niebie i czekał, aż im się znudzi. A nudziło szybko. Jak byli łucznicy – latał jeszcze wyżej.
Fadelko potarł energicznie lica, spojrzał na dziewczynę.
– Karaszko, proszę...
Zjawiła się niemal natychmiast z dwoma kubkami. Mężczyzna wypił.
– Skaranie boskie z tą gadziną – burknął.
Racja, pomyślał Garand, patrząc na plecy Karaszki, ale zaraz wrócił spojrzeniem do zaczerwienionego towarzysza.
– To źle, że smok współżyje z ludźmi?
– Panie! - Sołtys poczerwieniał jeszcze bardziej. – Przecież to hańba zwyczajna! Nasza okolica jest pośmiewiskiem w całym królestwie. Wstyd! Na co komu taki smok?! Gada, że śluby złożył, to nie może.
Śluby? W głowie Garanda zaświtał pewien pomysł, ale najpierw musiał się upewni co do słuszności swych podejrzeń u samego źródła. Na razie postanowił się nie zdradzać, tylko ciągnąć dalej rozmowę – istniała możliwość, że dowie się czegoś ciekawego. Popił, pomyślał, zapytał.
– Co nie może?
– Robić tego, co porządne smoki zwykle robią! – Sołtys wyciągnął przed siebie dłonie i zginał kolejne palce podczas wyliczanki. – Ogniem nie zionie, nie pożera bydła, nie żąda dziewic, nie terroryzuje wieśniaków, nie wygłasza mądrości, nie ma skarbów w jaskini, nie chce walczyć ze smokobójcami, nawet łuski mu nie błyszczą i do tego lata krzywo! Za to żre trawę jak krowa i mataduje cały dzień!
– Metaduje? – zdziwił się rycerz. – Pierwszy raz słyszę takie określenie. Co robi?
– Karaszka jakoś tak to nazwała. Siedzi przed tą swoją jaskinią dzień i noc w jakieś powykręcanej pozycji i buczy. Mieliśmy nadzieję, że to będzie coś groźnego, ale Karaszka powiedziała, że on po prostu rozmyśla. To sądziliśmy, że może w końcu wypowie jakąś mądrą sentecyję, ale Karaszka powiedziała, że...
– Karaszka to, Karaszka tamto! – zdenerwował się Garand. – Babie ufacie?
Fadelko zerknął na karczmarkę.
– To nie baba... to kobieta – wyrzekł z uroczystą miną. – Mądra jest, wiedzę ma... Dzięki jej radom lepiej nam się żyje, a i na leczeniu zna się...
– Nie ma mądrych niewiast – syknął wojownik. Zmierzył podejrzliwym wzrokiem smukłą postać, zmrużył oczy. Myśl przyszła mu do głowy i im dłużej nad nią myślał, tym bardziej prawdopodobna mu się wydawała. – Może to wiedźma – odezwał się po chwili.
– No co pan! – obruszył się sołtys. – Wiedźmy i czarownice szkodzą, a ta tutaj jeno nam pomaga! Ziemia lepiej rodzi, krowy więcej mleka dają, owce wełnę ładniejszą, konie wręcz się rwą do pługa i wozu. A w zeszłą wiosnę mój najmłodszy zachorował, tośmy myśleli, że umrze dzieciak, a ona go uzdrowiła za koszyk jajek. Za koszyk jajek!
Garand słuchał w milczeniu i zbierał dowody na winę dziewczyny – takie jak ona zawsze maskowały się za „pomocną” dłonią, zdobywając przychylność wieśniaków, ale rycerz wiedział swoje. Później się nią zajmie, postanowił.
– Panie sołtysie! Zamknij się pan! – niecierpliwie przerwał w połowie wywód na temat niezliczonych zalet Karaszki. – Nie interesuje mnie, jaka to Karaszka nie jest. Wróćmy do smoka.
Sołtys złapał oddech.
– Tak, tak... Poliglot nam potrzebny jest, mówiłem. Smoka ostrzem nie przekonasz, żeby zmienił swój tryb życia, ale Kar... – odchrząknął. – Ktoś mówił, że metadystów da się jedynie słowem nakłonić do zmiany decyzji.
Do karczmy wpadło kilku umorusanych chłopów, jeden z nich roztaczał intensywną woń gnojówki. Garand zmarszczył nos. Smród był powalający, chociaż nikomu poza Garandem zdawał się nie przeszkadzać. Najwyższy z wieśniaków szarpnięciem zerwał z głowy czapkę niezidentyfikowanego koloru i zamiótł nią podłogę, gnąc się w ukłonie przed karczmarką.
– Witamy szanowną panienkę!
Dziewczyna uśmiechnęła się do niego.
Moc rzucania uroków na mężczyzn, odnotował Garand w myślach i czym prędzej odwrócił spojrzenie od faktycznie piękniej osóbki i jeszcze piękniejszego uśmiechu. Wezwał niebiosa na ratunek, wiedźma z każdą chwilą okazywała się coraz silniejsza. Powrócił myślami do gadziny.
– To dlatego szukamy poliglotów – Fadelko podsumował wreszcie nieco chaotyczną opowieść. – Heroldów, posłów i bardów. Ale nikt taki tutaj nie przyjeżdża z własnej woli. Nawet jak rozesłaliśmy wieści, to nie chcieli. Mówili, że się wstydzą, że ich wyśmieją, że przyjazd tutaj jest szczytem złego smaku.
– Przeklęci modnisie – powiedział rycerz pogardliwie. Sołtys pokiwał głową ze smutkiem.
– To teraz po prostu każdemu słownemu oferujemy dwadzieścia sztuk złota – rzucił niby obojętnie. Aha, czyli przechodzimy do kwestii najważniejszych. Garand postanowił jeszcze chwilę zwlekać.
– A czemu ta cała Karaszka nie poszła do smoka? Skoro jest tak niesamowita... – rzucił wyniosłym tonem. Fadelko się przygarbił.
– Prosilim. Na pewno by sobie poradziła! – Spiorunował woja wzrokiem. – Tylko stwierdziła, że ona nikogo ze słusznej ścieżki życia zawracać nie będzie. Cokolwiek to znaczy – wymamrotał pod nosem. – W każdym razie, dwadzieścia to zaliczka... Potem do dwustu sztuk, zależnie od tego, jaki efekt pogromca osiągnie.
– Pogromca to chyba złe słowo – zauważył Garand.
– Pogromca filozofii smoka – mruknął sołtys. – To nieważne. Podejmujesz się pan? Całkiemś wygadany, może ci się uda. I tak nikt się do nas nie zgłasza, to jakoś nie żal tych dwudziestu...
– To chyba jesteś pan jedynym takim człowiekiem – zdumiał się rycerz.
– Ech, to i tak nie moje, od wieśniaków ściągnąłem.
No i wszystko jasne.
– Podejmuję.
Uścisnęli sobie dłonie, zawołali po piwo, by uczcić umowę.
– Tylko musicie mnie zaprowadzić do jaskini gada.
– Tak, jasne. – Fadelko pokiwał energicznie głową. Karczmarka zjawiła się przy ich stole i na blacie postawiła dwa kufle, po które natychmiast sięgnęli. Ale sołtys, w przeciwieństwie do rycerza, nie napił się natychmiast. Dotknął ręki Karaszki, nim odeszła. – Karaszko kochana, czy byłabyś tak miła...



Garand na własne szczęście zdecydował się zrezygnować ze zbroi, dzień był bowiem nieprzyjemnie gorący. Żar lał się z nieba, wyciskając z rycerza siódme poty, a całej sytuacji nie poprawiał fakt, iż znajdował się na otwartej, skalistej przestrzeni. Za to duchota wyraźnie nie imała się postaci młodej dziewczyny, która skakała po skałach i parła pod górę, jakby do tego się narodziła.
Definitywnie wiedźma, pomyślał z niechęcią.
– Rusz się, kupo tłuszczu! Jeszcze spory kawałek do przejścia, a jeśli się nie pospieszysz, do jaskini dojdziemy o zmroku.
Wyobraził sobie, jak chwyta ten smukły kark i łamie go jak suchą gałązkę. Karaszka dziarsko pobiegła kawałek, a Garand szedł się za nią, starając się nie włóczyć nogami i nie dyszeć zbyt głośno. Gdzie jest ta cholerna jaskinia? Z poziomu miasteczka góra wydawała się całkiem niska, ale z każdym krokiem nabierał przekonania, że albo wzrok go zwiódł, albo robi to ta wiedźma.
A sołtys pewnie specjalnie jej kazał go zaprowadzić! Sukinsyn.
– Niech to diabli porwą, jeśli każdy woj w naszym kraju jest tak ślamazarny, to nie wiem, jakim cudem wygrywamy wojny. – Była sto stóp dalej, ale i tak ją słyszał, choć zdawała się nie podnosić głosu. Opierała się o jakiś większy kamień i rozglądała się wokoło. Westchnęła. – Imponujący widok. – Odwróciła się i potruchtała w górę.
Obrócił się przez ramię i w głębi ducha przyznał jej rację, chociaż owe słowa z pewnością były na pokaz – jako wiedźma nie mogła odczuwać piękna, z pewnością nie. Chciała uśpić jego czujność, zabić podejrzenia, ale on się nie da! Z nową determinacją zaczął piąć się pod górę. Ta jednak w palącym słońcu szybko wyparowała. W każdym razie, parł do przodu, starając się nie myśleć o chłodnych piwnicach i orzeźwiających wodach zimnych strumieni, a skupić się na jednostajnym stawianiu kroków i próbach uspokojenia oddechu.
Zwariował gad! Po co mieszkać tak wysoko? Wszędzie daleko... Potknął się o kamień, serce zabiło mocniej – nie chciałby się stoczyć po tych skałach.
Karaszka wreszcie się zatrzymała i spoglądała na głaz o wyjątkowo dziwnym kształcie.
– Jesteśmy na miejscu – zakomunikowała radośnie.
Z trudem i bólem płuc przebył ostatnie kilka stóp, złapał oddech. Rozejrzał się.
– Nic nie widzę.
– Bo nie patrzysz – rzuciła wesoło i podeszła do kamienia, stuknęła kostkami palców w jego powierzchnię. – Hej, Uighaioegbbhrze Kedwszalkypie dran Yuwefkajlewandrewie, obudź się!
Garand aż się zapowietrzył (co nie było specjalnie trudne, jako iż dyszał niczym zagoniony koń), bowiem skała nagle ożyła – poruszyła się nieco, a gdzieś tak w połowie wysokości otworzyło się dwoje żółtych oczu przedzielonych owalną źrenicą. Głaz był smokiem! Smokiem w wyjątkowo dziwnej pozycji, jak rycerz zauważył... Monstrum wyglądało, jakby usiłowało powiesić się na własnym ogonie, uprzednio obróciwszy górną część ciała o trzysta sześćdziesiąt stopni.
– Karaszka! – ucieszył się Uighaioegbgghr . Rozkręcił się z szelestem trących o siebie szarych łusek, opadł na cztery łapy i wówczas Garand mógł ocenić jego prawdziwe rozmiary. Gdyby tylko chciał, byłby postrachem co najmniej połowy królestwa, pomyślał ze zdumionym respektem. Dlaczego nie? Nie był w stanie tego zrozumieć.
– Karaszko kochana, tak się cieszę, że mnie odwiedziłaś! Czasem czuję się osamotniony na tej górze.
Garand skrzywił się.
– Było zamieszkać gdzieś niżej – prychnął, a smok się nim wreszcie zainteresował. Skierował nań żółtawe ślepia.
– A ten to kto?
– Kolejny pogrom...
– Rycerz Garand Pokojowy, miło mi – powiedział szybko.
Dziewczyna rzuciła mu dziwne spojrzenie, ale nie dokończyła. Odetchnął z ulgą, a Uighaer wyraźnie się uradował na dźwięk wymyślonego naprędce przydomka woja.
– Pokojowy! – W ekscytacji rozprostował gwałtownie skrzydła, a Garand podziękował niebiosom za wiaterek, jaki tym ruchem wywołał. – Pierwszy raz widzę rycerza-pacyfistę.
Garand nie był pewny, co znaczy pacyfista, ale uznał, że raczej nic złego.
– A ja smoka – odbił piłeczkę. Dobra odpowiedź, dyplomatyczna, o ile „pacyfista” to nie wyszukanie obraźliwe określenie. Gad wydał z siebie osobliwy dźwięk, coś tak tarcie dwóch kamieni o siebie. Czyżby chichotał? Garand miał taką nadzieję.
– Absolutna racja! Chociaż statystycznie to ty jesteś większym rodzynkiem, drogi Garandzie. Nas, smoków, jest dużo mniej niż rycerzy.
– Za to my żyjemy krócej – odparł. – Lecz, jeśli mogę zapytać... jak brzmi twoje imię, smoku?
Coraz bardziej zachwycona gadzina skłoniła łeb, oczy poczwary lśniły radośnie. Nie mógł uwierzyć! Rycerz, którzy nie zabija, nie walczy...! Czyżby jednak była nadzieja dla ludzkości?
– Uighaioegbgghr Kedwszalkyp dran Yuwefkajlewandrew – rzekł z dumą. – Ale możesz mówić mi Uighaer – wiem, że istoty ludzkie mają trudności z wypowiadaniem smoczych imion.
– Zaraz! – wykrzyknęła Karaszka. Wyglądała jednocześnie na zagniewaną i zdumioną. – Znasz go od pięciu minut, a już zdradziłeś, jak się nazywasz i w dodatku pozwoliłeś mu mówić do siebie zdrobniale?!
– Tak, dokładnie – odparł smok.
– Mnie powiedziałeś dopiero po roku! I do tej pory muszę się męczyć z tym twoim... Uighaioegbgghrem Kedwszalkypem dran Yuwefkajlewandrewem! – wypluła z siebie z oburzeniem. Jej policzki zaczerwieniły się, zacisnęła pięści, a oczy miotały iskry.
– Karaszko... – Smok nie bardzo wiedział, jak wyjaśnić różnicę między rycerzem a dziewczyną tak, aby jej nie urazić. Nie lubił czynić innych smutnymi. Zresztą, śluby zakazywały. – Karaszko, powiem krótko... – zawahał się. – Nie jesteś pokojową osobą.
– On też nie, tylko się tak przedstawił – warknęła. – Ale dobra, skoro to ci się podoba, śmiało! Ty... ty niewdzięczna jaszczurko!
Odwróciła się na pięcie i zaczęła maszerować w dół.
Ha, ucieszył się Garand, ale nic nie dał po sobie poznać.
– Bardzo nieładnie cię nazwała – powiedział ze współczuciem. Uighaer opuścił wąską głowę.
– Przejdzie jej, zawsze przechodzi. To dobra osóbka – zapewnił żarliwie. – Tylko łatwo traci kontrolę nad sobą. Ale jestem pewien, że gdyby zainteresowała się złożeniem podobnych ślubów, co ja, byłoby jej o wiele prościej tę kontrolę zachować. – Wyprostował się, uderzył ogonem w ziemię, skierował pysk do nieba. – Popatrz na mnie! Potwór! Poczwara! Morderca, krzywdziciel, tyran! Pożeracz bydła i dziewic! A mimo to stoję tu z tobą i kulturalnie, spokojnie rozmawiam! – wyrzekł z wyraźną dumą.
I to jest sedno problemu, przemknęło rycerzowi przez głowę. Nie jesteś pokojowy... jesteś ciapowaty, pomyślał pogardliwie. Nic dziwnego, że cała okolica była wyśmiewana.
– Zasługujesz na uznanie, Uighaerze – powiedział Garand. – Tym bardziej zastanawia mnie, dlaczego ty, istota gatunku tak destrukcyjnego, zdecydowała się zostać pokojowym mieszkańcem ziemi? Ja – zgarbił nieco ramiona – porzuciłem wszelką przemoc po tym, jak bandyci... oni... zamordowali moją rodzinę. Ojca, matkę, nawet... siostrę, maleńką, kochaną... Selirę. – Głos mu się załamał, skłonił głowę, zakrył oczy ręką. Wziął drżący oddech, a smok poruszył się ze szmerem łusek. Garand poczuł na sobie ciepły oddech.
– Ty biedaku – westchnął z rozpaczą. – Jesteś o wiele większy niż ja!
– Jestem tylko człowiekiem – wyszeptał.
– Mylisz się! – wykrzyknął gad, jego oczy lśniły smutkiem. – Każdy inny na twoim miejscu chciałby się zemścić, a ty wybrałeś podążanie ścieżką pokoju! Zasługujesz na ogromny szacunek!
Potrząsnął tylko głową. Przez chwilę panowało milczenie.
– Ja... ja natomiast stałem się pacyfistą z bardzo błahego powodu – wyznał Uighaer. – Po prostu... po prostu chciałem odmienić swoje życie, rozumiesz, Garandzie? Miałem dość ciągłego latania, ziania ogniem, straszenia i zabijania... Marzyło mi się sielankowe życie, nie ciągła walka z pogromcami, więc... złożyłem śluby. Od tamtej pory jestem innym smokiem.
Garand odchrząknął. Czas przejść do zdobywania informacji.
– Właśnie, śluby... Jakiego rodzaju śluby? Czy możesz mi je opisać? Nie składałem żadnych przysiąg, a sądzę, że byłoby właściwe...
Tak zatem smok mówił, rycerz słuchał, a w jego głowie krystalizował się plan.



Sołtys uprzejmie czekał, aż rycerz zje, by dopiero potem wypytywać go o szczegóły spotkania ze smokiem. Miał nieprzyjemnie wrażenie, że wojownik doskonale wyczuwa jego zniecierpliwienie i specjalnie je wolniej, niż zazwyczaj. Fadelko nie byłby zbytnio zaskoczony, całą rycerską kastę uważał za bandę darmozjadów i nierobów, w dodatku pozbawionych krztyny inteligencji. Niemniej jednak, miał nadzieję, że tym razem się udało. Nikłą nadzieję – rycerz wyglądał raczej na osiłka, a nie myśliciela, ale Liszotki nie mogły sobie pozwolić na wybrzydzanie. Pieniędzy wciąż było całkiem sporo, ino chętnych do odpacyfowania poczwary nie.
Pacyfow jebany, zdenerwował się sołtys.
– No dobrze – powiedział w końcu Garand. Przeciągnął się, trzasnęły kości. – Mam plan, który może się udać.
Fadelko milczał, patrząc wyczekująco. Rycerz odchylił się na krześle.
– Ogólnie chodzi o to, żeby zmusić smoka do złamania ślubów, nie?
– No ta... – Kiwnął głową. – To od tego się zaczęło. Się mu ubzdurało... – rzucił z goryczą.
Garand postukał palcem w brodę, a na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech.
– Wie pan, drogi sołtysie... Młodość spędziłem w Akademii Rycerskiej w otoczeniu przeróżnych młodzików, takich, jak ja. Wiele wspaniałych wspomnień i imion wyniosłem z tej szkoły, ale najbardziej upodobałem sobie jedno miano...
Pewnie Pogromca, pomyślał Fadelko. Bo słabsze dzieciaki bił, skurwysyn.
– Mówili na mnie Dratewka – rzekł Garand uroczyście.
Zapanowało milczenie.
– No... Nie mówi to panu coś?
– Nieszczególnie.
– Jakieś skojarzenia może...?
Zastanowił się krótko.
– Kojarzy mi się z... butami.
– Z butami?! –zirytował się rycerz. – No co pan, zwariował?! Z butami? Głupi czy co?
– A mnie z drętwym, naiwnym nudziarzem – rzuciła złośliwym głosem Karaszka, która jak spod ziemi wyrosła tuż obok ich stołu, dzierżąc kufle piwa.
– O, z tym też, muszę przyznać ci rację, Karaszko, dotarło to do mnie dzięki tobie – zawołał uradowany sołtys, ale zaraz oderwał uwagę od dziewczyny (taki skarb!), bowiem wojownik był dziwnie czerwony na twarzy. Zaniepokoił się, w końcu gdyby rycerz umarł w Liszotce, już w ogóle nikt by nie przyjeżdżał. – Kiepsko pan wyglądasz, czerwonyś strasznie... Karaszko, przynieś rycerzowi chłodnej wody! – poprosił.
– Nie chcę żadnej wody! – huknął Garand. W karczmie zrobiło się cicho, kilka głów odwróciło się w ich stronę. Karaszka (taki skarb!) zmrużyła oczy, cmoknęła z dezaprobatą.
– W mojej karczmie się nie wrzeszczy, szanowny panie, tutaj ludzie przychodzą, by odpocząć, a nie słuchać krzyków – warknęła.
Woj odetchnął, odchrząknął.
– Nie chcę żadnej wody – powtórzył ciszej, wciąż zagniewanym głosem. Co za niewdzięcznik, pomyślał z urazą Fadelko. Ja się o niego martwię, pomóc chcę, a on... – Nie chodziło o buty i... nudziarza, wprost przeciwnie.
– Bosy nudziarz? – zasugerowała Karaszka. – Szewce chodzą boso.
– Szewc Dratewka?
– Pamiętaj, że był młody wtedy – zauważyła. – Prędzej szewczyk.
– Czy możecie mnie przez chwilę wysłuchać? – wycedził wojownik gniewnie, Karaszka mrugnęła okiem.
– Jasne, szewczyku.
Mężczyzna poczerwieniał.
– Dratewka – rzekł powoli. – Kojarzy się z drwami. Drwa są sztywne.
– A wierzby? – zapytała Karaszka (skarb!). Rycerz ją zignorował.
– Nazywali mnie Dratewką dlatego, że potrafiłem łamać największych sztywniaków w całej Akademii – oznajmił zirytowanym głosem, spod którego przebijała się duma.
Sołtys zmarszczył brwi.
– No, to akurat jest proste.
– Proste? – wycedził woj.
– No. A próbowałeś pan kiedyś złamać witkę wierzby?
Garand milczał przez chwilę. Upił piwa, otarł wargę z piany, westchnął, uniósł oczy do sufitu, jakby błagał niebiosa o pomoc albo oglądał pajęczyny.
– Zostawmy to przezwisko...
– Dlaczego? Zabawa w skojarzenia jest interesująca. – Taki skarb!
– ...zasadniczo chodzi o to, że umiałem skłonić ludzi do łamania najróżniejszych przyrzeczeń, jasne?
– Czyli... wiesz, jak skłonić smoka do porzucenia jego przekonań? – zapytał niepewnie sołtys. Karaszka spojrzała podejrzliwie.
– Nie chwaląc się... owszem, doszedłem do tego bez większego trudu. Dziwię się, że nikt wcześniej na to nie wpadł.
– Ale co? Mówże, człowieku! – zdenerwował się sołtys.
Rycerz uśmiechnął się, wyraźnie ucieszony, i powiedział.
Przez kilka chwil panowała cisza, a potem rozległ się nagły huk, który przerwał wszystkie rozmowy w pomieszczeniu. To Karaszka walnęła pięścią w stół, aż na blacie pozostało wgłębienie.
– Mowy nie ma! – wrzasnęła, a Sołtys skulił się nieco.
– Myślałem, że w karczmie nie można krzyczeć – powiedział Garand z triumfem. Oczy dziewczyny miotały błyskawice, wbiła palec w pierś rycerza.
– Nie zgadzam się, w żadnym wypadku!
– Nie ma innego wyjścia. – Garand wzruszył ramionami, wciąż się uśmiechając.
– Ale mnie i mojej karczmy do tego nie mieszajcie, podoba mi się, jak jest!
– Ale, Karaszko... – jęknął Fadelko.
– NIE!
– Drogi sołtysie – rzekł Garand słodkim głosem – obawiam się, że bez zgody... karczmarki nie możemy działać. Nie dopuści nas do zasobów, chociaż to miejsce nawet nie jest jej własnością.
Fadelko miał błagalną minę.
– Karaszko kochana, no...
– NIE!
Garand cmoknął językiem, rozkoszując się powszechną uwagą – cała sala skupiła się na ich trójce.
– Chcę jednak zauważyć, że dziewczynę definitywalnie trzeba związać i ukryć.
Uczyniła się jeszcze większa cisza niż poprzednia.
– Co?! – zapytała Karaszka.
– Co?! – zdumiał się sołtys.
– Definitywalnie?!
– Związać?!
Rycerz wyprostował się.
– Obawiam się, że twoja wspaniała Karaszka jest w zmowie ze smokiem, sołtysie – oznajmił grobowym głosem. – Prawdopodobnie ostrzeże go o naszym zamiarze.
– Chyba sobie żartujesz – powiedziała dziewczyna z niedowierzaniem.
– Poza tym, jeśli będzie związana – ciągnął dalej – nie będzie mogła przeszkodzić nam w pobraniu niezbędnej broni do pokonania pacyfizmu smoka.
Sołtys milczał, tylko wpatrywał się zaszokowanymi oczami to w woja, to w dziewkę.
– Fadelko, ty chyba nie myślisz o tym poważnie.
Mężczyzna otworzył usta, ale ktoś inny podjął decyzję. Garand wrzasnął:
– TERAZ!
I z krzeseł zerwało się dwóch drabów, którzy natychmiast powalili karczmarkę na ziemię i w kilka sekund związali jej ręce i nogi. Nie zdążyła nawet choć raz zakląć, bo jeden wepchnął jej w ustach gałgan, tłumiący wrzaski.
Rycerz odwrócił się do zdumionej, obruszonej publiczności.
– To była konieczność – powiedział dobitnie. – Konieczność! Tylko w jeden sposób możemy przewrócić Liszotkom dawne znaczenie, a ten sposób znajduje się pod tą podłogą.– Tupnął mocno. Obecni skierowali spojrzenia w dół. – Do którego karczmarka nie chce nas dopuścić.
– Mhmmnhymn ny mhy! – rozległo się wściekłe mamrotanie.
– Wiem, że ten pomysł wam się może nie spodobać w pierwszej chwili...
– Mnhmn!
– ...ale jestem pewny, że z pewnością szybko uda się wam uregulować straty. W końcu, kiedy poczwara wreszcie stanie się poczwarą, zaczną zjeżdżać się turyści, a wraz z nimi... złoto – zakończył.
W niewielkim tłumie zaszemrało.
– No ale o co chodzi? – rzucił ktoś.
I Garand powiedział.



Dwa dni później tłumek stał w niewielkim oddaleniu od płonącego budynku, z wyraźną, choć zaskakującą przyjemnością obserwując szalejący pożar. Kawałek dalej ziemia była obficie zbroczona krwią rozszarpanych na kawałeczki zwierząt, a w tych kałużach krwi stał starszy mężczyzna, tulący do twarzy kawałek oderwanego białego materiału, mamrocząc coś w rodzaju „moja córeczka... co za zaszczyt”.
Wśród grupy stał sołtys i rycerz, zaś tego drugiego strasznie bolała głowa i gardło domagało się wody.
– Zaprosiłbym pana do karczmy, ale obawiam się, że nie ma po co – odezwał się w końcu Fadelko. – Cały alkohol poczwara wychlała.
Garand machnął ręką.
– Ino mig się wszystko zwróci, tego możecie być pewni, do końca tygodnia wieść po całym kraju się rozniesie o smoczym ozdrowieniu.
Sołtys zamyślił się.
– A patrz pan, zawsze mi mówili, że z alkoholu to nic dobrego nie wynika, tylko choroby.
– Przydaje się w podobnych sytuacjach, to pewne. – Garand uśmiechnął się, mimo iż nawet taki drobny ruch sprawiał ból. – Po pierwszej beczce było już z górki, potem to już tylko sugestie i prowokacje... i z własnej, nieprzymuszonej woli poleciał zachowywać się, jak na smoka przystało. Najpierw, bo pijany, a potem z wściekłości, że złamał swoje śluby. Już ja mu pomogłem zrozumieć, co też nabroił. – Z chęcią zatarłby ręce radośnie, ale obawiał się, że to może się źle skończyć dla jego samopoczucia. – Jak wygląda bilans?
– Dotychczas porwane trzy dziewice, spalone siedem budynków, rozszarpane lub zjedzone dwadzieścia dwie sztuki bydła, ponadto zniknęło kilka cennych przedmiotów. – Sołtys był wyraźnie uszczęśliwiony.
– Zaczyna się – rzekł Garand z satysfakcją. Fadelko pokiwał energicznie głową, wyraźnie rozradowany.
– Po ośmiu latach, wreszcie mamy prawdziwego smoka – westchnął z rozrzewnieniem.
– Co mi po smoku, kiedy mój interes stoi? – zapytała z goryczą Karaszka, która pojawiła się za nimi, znów jak spod ziemi. Fadelko poczerwieniał.
– Karaszko, my...
– Dość – ucięła. – Powiem wam jedno: zmywam się stąd w spokojniejsze miejsce, teraz będzie tu istne piekło.
– Przesadzasz, przecież to tylko smok – rzucił Garand z lekceważeniem, dziewczyna zgrzytnęła zębami. Zwróciła się do sołtysa.
– Oczekuję odszkodowania dla Tranara za zawłaszczenie mienia, wydanego jeszcze dzisiaj. – Złapała Fadelka za ramię. – Chodźmy, śpieszy mi się, koń już gotowe.
– Ale, Karaszko – jęknął sołtys. – Chcesz wyjechać? Teraz będzie się nam wiodło najlepiej! Turyści, kupcy, rycerze...
Dziewczyna westchnęła ciężko. Sięgnęła do torby, zawieszonej na ramieniu, i szukała wewnątrz czegoś przez dłuższy czas. Wepchnęła pakunek w ręce sołtysa.
– Ostatni akt miłosierdzia, szanowny sołtysie.
– Co to takiego? – Powąchał podejrzliwie, gdyż zapach był... osobliwy.
– Jak uznacie, że wolicie smoka-pacyfistę, to spalcie te zioła w jego jaskini i pogadajcie z nim o pokoju, tęczach, miłości i różnych takich – powiedziała. – Nie zmarnujcie tego na byle co, inaczej krucho będzie.
Gdzieś w oddali rozległ się wściekły, zrozpaczony ryk. Tłum zaczął wiwatować, kapelusze i czapki poleciały w górę, nawet skrawek ubrania w dłoniach staruszka śmignął w niebo.
Karaszka wzdrygnęła się wyraźnie, westchnęła ze smutkiem, spojrzała na Garanda.
– Żegnaj... pogromco pacyfisty – wycedziła, odwróciła się i odeszła.
Garand prychnął.
– Niedługo się zobaczymy, czarownico – warknął w kierunku smukłych pleców i dalej obserwował ogień. Miał prawo być z siebie dumny, w końcu przywrócił temu miastu znaczenie, a on sam zasłynie jako Pogromca liszotkowego smoka. Już wyobrażał sobie te pieśni... Będzie sławny do końca świata! I nie tylko dzięki mięśniom i zdolnościom bojowym, a zapamiętają go jako spryciarza o twardej głowie.
Nie mógł jednak wiedzieć, jak przyszłe pokolenia przeinaczą historię pokonania pokojowego gada – może to nawet lepiej?
Nie byłby zachwycony interpretacją przezwiska.
Odbiło mu się znienacka, czknięcie miało dziwaczny posmak siarki.
Sołtys tymczasem zaś odgarnął płótno i z ciekawością przyglądał się osobliwej, siedmiolistnej roślinie.

_________________


Nothing is true, everything is permitted.

Nic není pravda, vše je dovoleno.
 
 
     
AISA 
Moderator


Dołączyła: 10 Sie 2010
Posty: 761
Wysłany: 2013-01-11, 22:17   

I moja karna praca za przetrzymanie 9 Maga. Prezentuje Wam ognistego smoka
 
     
hlukaszuk 
Nadworny Smok


Dołączyła: 29 Sie 2010
Posty: 1696
Skąd: z nicości
Wysłany: 2013-01-12, 10:29   

Ja pierdziu... nigdy bym nie zgadła, że to smok, żeby nie było wyraźnie napisane, że tak.

AISA: To nie jest zwykły smok, to jest smok ognisty, pogromca małych ssaków :-P

kara663: Ja nic nie widze...

AISA: Karuś, Słoneczko, no nie widzisz smoczka??[/b]

Hluk: Miał być smok a nie smoczek. :evil: :-P
_________________
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.
 
     
WereWolf 
Moderator
...rodem z piekła...


Wiek: 33
Dołączyła: 25 Paź 2009
Posty: 1715
Skąd: sprzed monitora
Wysłany: 2013-01-12, 20:35   

Ehhh, no co Wy? Smoka tam nie widzicie? Co prawda Aisa podeszła do zadania dość niekonwencjonalnie, no ale dzieciaki, nie załamujcie mnie. Toż tam smo(cze)k jak byk. I jeszcze w płomieniach.
_________________
 
     
kara663 
Weteran
vampiria


Wiek: 24
Dołączyła: 30 Maj 2010
Posty: 457
Skąd: z trumny
Wysłany: 2013-01-13, 07:53   

Ale na serio, wy poważnie czy jaja sobie robicie? O.o Widze tylko to co Aisa napisała:
AISA napisał/a:
I moja karna praca za przetrzymanie 9 Maga. Prezentuje Wam ognistego smoka

Reszta postu jest pusta, żadnego odnośnika też nie widze coby na inną stronę przejść...

EDIT:
Editnełam posta Aisy i rzeczywiście jest tam jakiś link w ramce IMG, ale nie chce mi się otworzyć :-(

EDIT2:
Skorzystałam z innej przeglądarki i tam widzę obrazek :-) Jest świetny
_________________
- Wyglądasz, jakby palił ci się dom – zaobserwowała Rene.
- Po prostu myślę o tym, że kiedy Wszechświat decyduje dać ci w zęby, to nigdy nie
poprzestaje na tym – kopie cię jeszcze kilka razy w żebra i zrzuca ci błoto na głowę.
- Jeżeli masz szczęście to jest to błoto.
 
 
     
wiedźma z bagna 
Redaktor
...zakała rodu...


Dołączyła: 13 Sie 2010
Posty: 1291
Skąd: z błotnistych bagien
Wysłany: 2013-01-13, 11:21   

Hłe hłe elegancki smok, gdzie się takie kupuje? Miałabym delikwenta do zapoznania z takim smokiem :-P
_________________
I cóż to zmieni, gdy z młodych gniewnych, wyrosną starzy wk..wieni ???
 
     
AISA 
Moderator


Dołączyła: 10 Sie 2010
Posty: 761
Wysłany: 2013-01-13, 22:41   

hlukaszuk napisał/a:
Hluk: Miał być smok a nie smoczek. :evil: :-P

No ale każdy smoczek to mały smok :mrgreen: no i ten w końcu nie jest taki całkiem mały, zajmuje prawie cały obrazek :-P A w poleceniu nie było sprecyzowane jaki smok ma być ;-)

Cytat:
Hłe hłe elegancki smok, gdzie się takie kupuje? Miałabym delikwenta do zapoznania z takim smokiem :-P


Tajemnica zawodowa :-P
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Styl created by enquish from Slums-Attack.org