Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: WereWolf
2011-08-15, 19:41
[txt] - Kometa - Killing Game
Autor Wiadomość
WereWolf 
Moderator
...rodem z piekła...


Wiek: 33
Dołączyła: 25 Paź 2009
Posty: 1703
Skąd: sprzed monitora
Wysłany: 2010-06-27, 17:17   

MoÂ?e tradycjonalista.
Ale z tego co moÂ?na znaleÂ??? w sieci to zar??wno taki i taki zapis jest popularny. No chyba, Â?e dziadek Duel byÂ? niezwykÂ?ym tradycjonalistÂ? i miaÂ?a dost??p jedynie do materiaÂ???w pisanych za pomocÂ? tategaki.
_________________
 
     
Czarownica 
Gawron


Dołączyła: 23 Cze 2010
Posty: 2714
Skąd: z planety Ziemia
Wysłany: 2010-06-27, 17:33   kiling game

CzytaÂ?am teÂ? kilka mang wydanych u nas w formie ksiÂ?Â?eczek. TeÂ? sÂ? pisane od tyÂ?u i musz?? przyzna?? Â?e mnie to przeszkadzaÂ?o - wol?? jednak nasz ukÂ?ad pisma. Ale rozumiem Â?e chcieli zachowa?? wiernoÂ??? z oryginaÂ?em.
 
     
AISA 
Moderator


Dołączyła: 10 Sie 2010
Posty: 761
Wysłany: 2010-09-29, 20:07   

Kometa czy te opowiadanie ma jakie? dalsze cz??ci?? Bo przeczyta?am je ju? jaki? czas temu i tak sobie czekam czy co? dodasz a tu nic :-( A dodam ?e mi si? podoba?o to co przeczyta?am i zaciekawi?y mnie losy Duel ( czy te? Nishimoto Kaede).

To jak dodasz co? jeszcze :?:
 
     
Kometa 
Psychodeliczne Ciało Niebieskie
Doppel X


Wiek: 31
Dołączyła: 10 Wrz 2009
Posty: 2620
Skąd: z Kosmosu
Wysłany: 2010-09-29, 23:48   

Um, nie bardzo mam czas ostatnio. Je?li chodzi o dalsze losy to mam stary tekst do gruntownego przerobienia, zako?czenie ca?y czas w g?owie i kilka chaotycznych rozdzia?ów kontynuacji tej opowie?ci, jakby drugiej cz??ci, która nie skupia si? ju? tak na Duel a na rodzinie Adama, a dok?adnie na jednym z jego kuzynów (chocia? i drugi si? tam cz?sto oraz g?sto przewija). Ale Duel ca?y czas jest tam obecna.
_________________
I read a book about the self, Said I should get expensive help.

To są właśnie rzeczy
jakie przychodzą mi do głowy
kiedy siedzę w domu podczas burzy,
czekając na telefon od kuratora sądowego
 
 
     
AISA 
Moderator


Dołączyła: 10 Sie 2010
Posty: 761
Wysłany: 2010-09-30, 11:10   

Nie poganiam ;-) twórz w spokoju... A jak znajdziesz ch?? i czas to podziel si? twoj? prac? twórcz? ;-) ch?tnie poczytam. A teraz cierpliwie czekam na dalsze losy twoich bohaterów...
 
     
Oksa 
Gawron


Wiek: 33
Dołączyła: 07 Lut 2010
Posty: 1824
Skąd: a cholera go wie
Wysłany: 2010-12-02, 19:39   

Kometa tak jakby znikÂ?a na amen. Co dalej Szefowa z tÂ? historiÂ? 8-)
_________________
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.
 
     
Czarownica 
Gawron


Dołączyła: 23 Cze 2010
Posty: 2714
Skąd: z planety Ziemia
Wysłany: 2010-12-02, 19:43   

Szefowa jest zapracowana. Ale moÂ?e kiedyÂ? te histori?? sko??czy. Warto teÂ? zajrze?? na forum Kate - tam teÂ? coÂ? od niej jest - i to dobrego.
 
     
Kometa 
Psychodeliczne Ciało Niebieskie
Doppel X


Wiek: 31
Dołączyła: 10 Wrz 2009
Posty: 2620
Skąd: z Kosmosu
Wysłany: 2010-12-05, 11:27   

Oksa napisał/a:
Kometa tak jakby znikÂ?a na amen. Co dalej Szefowa z tÂ? historiÂ?


ZnikÂ?am bo okres Â?wiÂ?teczny mnie dopadÂ? w pracy juÂ? na poczÂ?tku listopada ;-) Mam w pracy niezÂ?y mÂ?yn i zwyczajnie nie mam nawet kiedy spokojnie usiÂ?Â??? i coÂ? napisa??. A teraz z resztÂ? poÂ?wi??ciÂ?am si?? innemu tekstowi i to wÂ?aÂ?ciwie bardzo nieplanowanemu... No moÂ?e troch?? planowanemu, ale na pewno nie na teraz. Dziewczyny z Daru Vorona mnie nam??wiÂ?y na dalsze pisanie i tak jakoÂ? to wyszÂ?o... Kaede i sp??Â?ka b??dÂ? musieli poczeka??

Tekst do wglÂ?du tutaj: http://www.katedaniels.fa...der=asc&start=0

Cytat:
tam teÂ? coÂ? od niej jest - i to dobrego.


Dorotka troszk?? na wyrost to ocenia ;) ZwÂ?aszcza Â?e opowieÂ??? jest pisana bez Â?adnego planu a ja sama nie wiem jak si?? sko??czy xD
_________________
I read a book about the self, Said I should get expensive help.

To są właśnie rzeczy
jakie przychodzą mi do głowy
kiedy siedzę w domu podczas burzy,
czekając na telefon od kuratora sądowego
 
 
     
Czarownica 
Gawron


Dołączyła: 23 Cze 2010
Posty: 2714
Skąd: z planety Ziemia
Wysłany: 2010-12-05, 15:24   

Wcale tego nie oceniam na wyrost. Po prostu tamta opowieÂ??? bardzo mnie wciÂ?gn??Â?a i baaaardzo mi si?? podoba. Naturalnie, trzeba to jeszcze troch?? poprawi??, ale ja juÂ? jestem zadowolona (bardzo) . Tym bardziej, Â?e dostajemy tekst w miar?? powstawania, czyli obserwujemy proces tw??rczy.
 
     
Kometa 
Psychodeliczne Ciało Niebieskie
Doppel X


Wiek: 31
Dołączyła: 10 Wrz 2009
Posty: 2620
Skąd: z Kosmosu
Wysłany: 2010-12-07, 22:58   

Kilka rozdzia?ów z jednego z moich opowiada?. Kilka wybranych. s? ustawione chronologicznie, ale nie wszystkie stanowi? ?cis?? kontynuacje poprzednich. S? to rozdzia?y jak najbardziej robocze, zawieraj? sporo b??dów, a opisy s? miejscami lakoniczne. Niestety wci?? nie uda?o mi si? z tego skleci? sensownej ca?o?ci. Niestety mam tendencje do porzucania moich opowiada?. Tym sposobem prawdopodobnie zawsz? b?d? pisa? do szuflady...
To opowiadanie to zej?cie si? moich dwóch poprzednich historii. Jednej o Kaede - znanej tak?e jako Duel z japo?skiego klanu morderców - Nishimoto; oraz drugiej o Vincencie Vought'cie, cz?onku rodzinnej organizacji Mask of Sanity. Jest to w sumie kontynuacja powy?szego tekstu...
Zarówno Duel jak i Vincent pod koniec obydwu opowie?ci znajduj? si? w sytuacji krytycznej. Dziewczyna po ?mierci dwóch jej najbli?szych osób - Adama Laurenta i Alex'a Cole'a - pod??a za wskazówkami Adama i odnajduje jego rodzin? we Francji. Zaprzyja?nia si? z kuzynem Adama - Vincentem pogr??onym obecnie, podobnie jak Duel, w ?a?obie po ?mierci bliskiej osoby. Vincent wprowadza dziewczyn? do jego rodzinnej organizacji gdzie rol? przywódcy pe?ni Sebastien de Villepin - drugi z kuzynów Adama. Poznaje tak?e reszt? rodziny, siostr? Sebastiena - Blanche, kuzynk? Vincenta i Adama - Carolyn Gasqet, oraz praw? r?k? de Villepina i wieloletniego przyjaciela rodziny Morrisa Fairbairn'a.

Do??czam drzewo genealogiczne rodziny Adama, bo ?atwo si? w tym pogubi?.





Odrobink? si? tego wstydz?. No dobra w sumie to nawet ca?kiem porz?dnie si? tego wstydz? ;P Chyba z tego wzgl?du, ?e pisz? o rzeczach o których mam w sumie ma?e poj?cie... To wszystko przez g?upie fascynacje ró?nymi rzeczami - ksi??k?, filmem, komiksem. Musia?am da? temu upust. Wyszed? troch? groch z kapust?. Ale pocieszam si?, ?e na tej samej zasadzie Tarantino zrobi? Kill Bill'a xD
Tak czy inaczej du?o tu odniesie? do innych dzie?. Ró?nych. Prosz? o wyrozumia?o?? w ocenach :>


Dodaj? te? krótk? rozpisk? ludzi najwy?ej postawionych w Le Masque d'Equilibre (Mask of Sanity - stan okre?lany przez psychologów jako maska normalno?ci, kiedy mordercy w przerwach od zabójstwa do zabójstwa zachowuj? si? normalnie, jak zwykli ludzie.). To notatki w sumie zrobione dla mnie samej, ale jako ?e dostajecie ?rodek opowie?ci w urywkach, mo?e ten spisik Wam co? rozja?ni.

Imi? i nazwisko: Sébastien de Villepin
Wiek: 31 lat
Pseudonim operacyjny: Ghost / Esprit (Duch)
Sekcja: ---
Status: Dowódca organizacji, g?owa rodu, stoi nad wszystkimi czterema sekcjami. (Odziedziczy? stanowisko po ojcu, prawowity nast?pca.)
Sztuka walki: Kempo Tai Jutsu
Adnotacja: Skryty, ma?omówny. Uparty, zasadniczy, zach?anny. Dra?liwy. Nie ma daru zjednywania sobie ludzi, ale jest na tyle surowy i dobrze zorganizowany, ?e ludzie mu ulegaj?, bardziej ze strachu ni? z poczucia powinno?ci. Osch?y. Zimny.

Imi? i nazwisko: Vincent Vought III Junior
Wiek: 28 lat
Pseudonim operacyjny: Pestilence (Zaraza)
Sekcja: Blanc (Bia?a)
Status: Dowódca (Odziedziczy? sekcje po ojcu, prawowity nast?pca)
Sztuka walki: La Canne, od?am Savate
Adnotacja: Niegdy? pogodny, potrafi?cy cieszy? si? ma?ymi rzeczami. Zawsze robi to co sam uwa?a za s?uszne, nie obchodzi go co ludzie powiedz?. Pedantyczny, porz?dnicki, ale o lu?nym usposobieniu. Obecnie si? izoluje, ma problem z pouk?adaniem sobie ?ycia od nowa. M?ciwy i pami?tliwy.

Imi? i nazwisko: Morris Fairbairn
Wiek: 34 lata
Pseudonim operacyjny: Guerre (Wojna)
Sekcja: Rouge (Czerwona)
Status: Dowódca (Odziedziczy? sekcje po ojcu, prawowity nast?pca)
Sztuka walki: Krav Maga
Adnotacja: Cichy i opanowany. Zawsze w cieniu. Obowi?zkowy, kalkuluj?cy. Potrafi zachowa? zimn? krew nawet w ekstremalnych sytuacjach. Bardzo zamkni?ty w sobie, ale w rzeczywisto?ci opieku?czy.

Imi? i nazwisko: Blanche de Villepin
Wiek: 25 lat
Pseudonim operacyjny: Famine (G?ód)
Sekcja: Noir (Czarna)
Status: Dowódca (Przej??a sekcje Roux'ów z woli prawowitej dowódczyni - Ines Roux)
Sztuka walki: Capoeira
Adnotacja: G?o?na, ha?a?liwa, energiczna. Spontaniczna. Ciesz?ca si? ma?ymi rzeczami. Optymistyczna. Ale te? ?atwo j? zrani?. Wra?liwa, empatyczna, bardzo potrzebuj?ca autorytetu, kogo? na kim mo?e si? oprze? i kogo podziwia?.

Imi? i nazwisko: Carolyn Gasquet
Wiek: 22 lata
Pseudonim operacyjny: Mort (?mier?)
Sekcja: Pâle (Szara)
Status: Dowódca (Przej??a sekcj? decyzj? dwóch rodów, które mia?y do niej prawa - Laurentów i Gasquet'ów - Po tym jak starszy od niej Adam Laurent dobrowolnie zrzek? si? praw do stanowiska)
Sztuka walki: Arnis
Adnotacja: Wynios?a, konkretna, nieprzyjemna, inteligentna. Osoba o wrodzonej bystro?ci umys?u i elegancji. Minimalistyczna, samodzielna, cho? nie broni si? przed protekcj?.


Ciekawostka: Pseudonimy operacyjne wszystkich czterech dowódców sekcji zosta?y im nadane od imion Czterech Je?d?ców Apokalipsy - G?odu, Wojny, Zarazy i ?mierci. Natomiast kolory sekcji od ma?ci koni na których je?d?cy przybyli - Czarny, Czerwony, Bia?y i Szary (lub P?owy w zale?no?ci od t?umaczenia i ?róde?)


*****************************************



Duel wysiad?a z samochodu w ?lad za Vincentem. Wci?? by?a w ma?ym szoku, ?e po tym co w?a?nie zrobi? by? tak cholernie spokojny i opanowany.
- Dok?d idziemy? - zapyta?a wreszcie kiedy to ruszyli wzd?u? ruchliwej ulicy pe?nej eleganckich kawiarni i restauracji.
- Na obiad - odpar? spokojnie - nie wiem jak ty, ale ja ca?y dzie? nic nie jad?em.
Duel przewróci?a oczami, jak rany, co za facet, czy jego to naprawd? nic nie ruszy?o? Po wyk?adzie jaki us?ysza?a by?a pewna, ?e dokona? jakiej? istotnej rzeczy w swoim ?yciu, dla niej akt zemsty by? w?a?nie czym? takim. A on zachowywa? si? tak jakby splun?? na chodnik i ruszy? przed siebie dalej.
Nagle ich uwag? przyku?o jakie? zamieszanie na ulicy tu? przed nimi. Vincent zd??y? tylko podnie?? wzrok w tamtym kierunku, kiedy niespodziewanie jaka? posta? run??a wprost na niego. By?a to istota drobna i chuda, Vincent zd??y? si? zaprze?, wi?c w?t?y napastnik odbi? si? od niego niczym pi?eczka kauczukowa i wyr?n?? jak d?ugi na ziemi?. Wokó? niego posypa?y si? jakie? drobne przedmioty, zapewne wylecia?y z szarej torby któr? mia? niedbale przewieszon? przez rami?.
- Co do...? - sykn?? Vincent ze z?o?ci?, ale zaraz urwa?, bo zda? sobie spraw? na co patrzy.
Osob? gramol?c? si? u jego stóp nie by? wcale ch?opak, a m?oda mocno wystraszona dziewczyna. Krótko ostrzy?ona, o popielatych w?osach przypomina?a wychudzonego ch?opaczka. Nerwowo zbiera?a z chodnika porozsypywane o?ówki oraz liczne kartki z notatkami i szybko upycha?a je w torbie.
Vincent gro?nie zmarszczy? brwi i spojrza? przed siebie, gdzie ju? dostrzeg? dwóch m?odych wyrostków, którzy najwyra?niej gonili niezdarn? nastolatk?.
- Czekaj ty suko! - warkn?? jeden z nich rozpychaj?c sobie ludzi z przej?cia i pogrozi? pi??ci? w kierunku ma?olaty.
Dziewczyna drgn??a, przesz?a kilka centymetrów na czworakach próbuj?c si? podnie?? i ucieka? dalej, ale nie zd??y?a. Vincent ?elaznym u?ciskiem z?apa? j? za kark niczym ma?ego, wystraszonego kota i postawi? na nogi. Dziewczyna otworzy?a usta ?eby co? powiedzie?, ale on zmierzy? ja zimnym spojrzeniem i pchn?? w kierunku Duel.
- Trzymaj j? i nie puszczaj - rozkaza? sucho, a Duel odruchowo wype?ni?a polecenie cho? nie mia?a poj?cia co si? w?a?ciwie dzieje.
- Hej! - m?oda dziewczyn si? gwa?townie szarpn??a próbuj?c wyrwa? z u?cisku Duel ale nie da?a rady - Puszczaj!
W tym samym momencie dwóch goni?cych j? napastników zd??y?o do nich dobiec, ale nie zd??yli si? odezwa? nawet s?owem. Vincent bez ?adnych wyja?nie? z?apa? obydwóch za ko?nierz i jednym zr?cznym ruchem sprawi?, ?e nagle znale?li si? na ziemi. Hukn?li g?ucho plecami o chodnik a? echo rozesz?o im si? po kr?gos?upie i zobaczyli pochylon? nad nimi w?ciek?? twarz Vincenta.
- ?le trafili?cie, mam dzi? naprawd? pod?y nastrój - warkn?? na nich w?ciekle, po czym gwa?townym szarpni?ciem przywróci? ich z powrotem do pozycji pionowej.
Dziewczyna trzymana przez Duel wyda?a z siebie ?a?osny j?k przestrachu kiedy Vincent jednym z napastników rzuci? o pobliski samochód, a drugiego wepchn?? prosto na ma?y bia?y p?otek przynale?ny do ogródka jednej z kawiarni. Jeden z ch?opaków mia? rozkwaszony nos, drugi podbite oko, sami nie byli w stanie stwierdzi? kiedy Vincent zd??y? im to zrobi?.
Duel patrzy?a na ca?e zaj?cie mocno zaskoczona. A jednak go ruszy?o, wida? musia? to jako? odreagowa?, dziwi?o ja jedynie, to ?e wy?ywa si? na jakiej? bandzie ma?olatów.
- Macie pi?? sekund - powiedzia? Vincent ostro do dwóch ch?opaków, którzy w?a?nie zbierali si? z ziemi - Je?eli po pi?ciu sekundach nadal tu b?dziecie pozabijam was jak psy.
Obaj popatrzyli na siebie, potem na Vincenta a? w ko?cu ich wzrok zatrzyma? si? na przera?onej dziewczynie trzymanej przez Duel.
- Daruj Blair - powiedzia? wreszcie jeden z nich - ale tego w umowie nie by?o.
Po czym obaj jak tylko szybko mogli odwrócili si? na pi?cie i uciekli.
- ?winie! - wrzasn??a za nimi dziewczyna próbuj?c na nowo wyrwa? si? z u?cisku Duel - Sko?czone ?winie!
- Co ty wyprawiasz? - zapyta?a Duel z dezaprobat? kiedy Vincent znalaz? si? obok nich.
Vincent milcza? mierz?c zimnym wzrokiem nastolatk?. Ta nie pozostawa?a mu d?u?na, z zuchwa?? odwag? patrzy?a mu w oczy.
- I czego si? gapisz palancie? - wypali?a w ko?cu rozw?cieczona - Radzi?abym wam mnie pu?ci?, w ?wietle prawa to jest napastowanie...
- Prawa? - wydoby? si? lodowaty d?wi?k z Vincenta, a jego lewa brew nieznacznie drgn??a.
Nagle wyszarpn? dziewczynie jej szar? torb? i z impetem zacz?? wysypywa? jej zawarto??.
- Hej! - krzykn??a oburzona - Co ty sobie...
Nie doko?czy?a, bo nagle z torby wypad? czarny, skórzany portfel. Zamilk?a jak zakl?ta kiedy Vincent si? po niego schyli?. Jeszcze dla pewno?ci zajrza? do ?rodka, ale w?a?ciwie nie musia? tego robi?, dobrze rozpozna? swoj? w?asno??.
- Co ja sobie? - zapyta? sucho ustawiaj?c jej portfel niemal przed oczami - A ty? Masz mnie za idiot??
- W pewnym sensie - powiedzia?a nim zd??y?a pomy?le? co w?a?ciwie mówi, zastanawiaj?c si? równocze?nie kiedy on zauwa?y?, ?e podw?dzi?a mu portfel - Cho? jak na idiot? to bystry jeste?.
- A ty jak na z?odziejk? do?? lekkomy?lna - warkn?? w?ciekle.
- Tylko nie z?odziejk?! - fukn??a zirytowana, jakim cudem si? zorientowa??
- Podw?dzi?a ci portfel? - zapyta?a wreszcie Duel rozbawiona, nie rozumia?a ani s?owa po francusku, ale z rozwoju wypadków nie trudno to by?o wywnioskowa? - Daj spokój, nie ma sensu traci? czasu na pierdo?y.
- Owszem nie ma sensu - skrzywi? si? z niezadowoleniem, pozbiera? z ziemi porozsypywan? zawarto?? torby, upchn?? wszystko z powrotem, po czym, nie wypuszczaj?c z r?ki zdobyczy, ruszy? dalej przed siebie - pu?? j?, idziemy.
Duel zgodnie z przykazaniem pu?ci?a i jak gdyby nigdy nic ruszyli dalej przed siebie.
- HEJ! - chudzielec nagle znalaz? si? obok Vincenta - Oddaj mi moj? torb?!
- Podaj mi cho? jeden dobry powód - odpar? oboj?tnie.
- Bo jest moja - zmarszczy?a gniewnie brwi.
- Portfel te? jest mój, a jako? nie mia?a? oporów mi go zabra? - zauwa?y?, a z?o?liwy u?miech pojawi? si? na jego twarzy.
- To jest kradzie?! - fukn??a niczym w?ciek?a kotka.
- No co ty nie powiesz? - Vincent a? si? zatrzyma? i zmierzy? j? z?ym wzrokiem - S?ysza?a? w swoim krótkim ?yciu takie s?ówko jak hipokryzja?
- Nie oceniaj mnie - jaka? gro?ba rozbrzmia?a w jej g?osie, po czym stanowczo za??da?a - tam s? moje bardzo prywatne rzeczy, oddaj mi je.
Vincenta na chwil? a? zatka?o.
- Wspinasz si? na szczyty bezczelno?ci wiesz o tym?
- Oddaj mi torb? - ton jej g?osu dobitnie ?wiadczy? o tym, ?e nie zamierza ust?pi?.
- Potraktuj to jako lekcj? - Powiedzia? wreszcie - mo?e to ci? nauczy jak to jest straci? co? warto?ciowego. Radzi?bym ci zaj?? si? czym? po?yteczniejszym, mo?esz zacz?? od lepszego dobierania sobie towarzystwa, twoi kumple ci? wystawili.
- Chrza? si? - dreszcz sza?u wstrz?sn?? jej cia?em.
- Nawzajem - wycedzi? przez z?by z satysfakcj? po czym min?? j? ju? bez s?owa.
_____________________

Vincent ze zrezygnowaniem przekr?ci? klucz w zamku i do?? poirytowany pchn?? drzwi. W mieszkaniu by?o cholernie zimno, znowu zapomnia? zamkn?? rano okno. Odk?d kupi? to mieszkanie nie musia? o tym pami?ta?. A? do teraz. Przez chwil? znowu poczu? si? tak strasznie zrezygnowany i bezsilny. To by?y najgorsze uczucia jakie zna?. Z rozmachem trzasn?? za sob? drzwiami, z?o?? by?a lepsza, wszystko by?o lepsze od tego. Z irytacj? cisn?? o pobliski fotel rzeczy przyniesione z samochodu - niewielki czarny futera? z broni?, teczk? z dokumentami, skórzan? bardzo eleganck? i zapewne bardzo drog? kurtk? oraz szar?, zniszczon? damsk? torb?.
Niespodziewanie z kuchni dobieg? jaki? ha?as. Vincent drgn?? nerwowo i w u?amku sekundy chwyci? bro? z kabury. Wycelowa? w szeroko otwarte drzwi od kuchni gdzie centralnie na przeciwko znajdowa? si? czarny marmurowy blat. Na blacie siedzia? rudy, wielki kocur i mru??c ?ó?te ?lepia patrzy? na Vincenta z czym? w rodzaju kpiny, zupe?nie jakby mówi?: "I co, wystraszy?e? si? fagasie?".
- Nie prowokuj mnie - warkn?? Vincent w?a?nie tak interpretuj?c kocie spojrzenie i odbezpieczy? bro?.
Kocur ziewn?? i u?o?y? si? wygodnie na blacie. U stóp kuchennego mebla poniewiera? si? bia?a popielniczka oraz ca?e mnóstwo petów, zapewne zwalone przez rude zwierz?tko.
- Zawsze musisz narobi? syfu? - Vincent podszed? do niego i po?o?y? bro? na blacie zaraz obok jego ?ap, po czym schyli? si? ?eby uprz?tn?? pobojowisko.
Kocur z wy?szo?ci? podszed? na brzeg mebla i z jak?? dziwn? satysfakcj? przygl?da? si? jego poczynaniom.
- Której cz??ci zdania "nie prowokuj mnie" nie zrozumia?e?? - Vincent czu? na sobie ciekawskie spojrzenie zwierzaka, mia? ch?? go obedrze? ze skóry.
Kocur nosi? zacne imi? Sir Key i by? kotem Ines. Vincent nigdy za nim nie przepada?, ale teraz nie potrafi? si? go pozby?.
- Zobaczysz - Vincent obrzuci? Key'a zimnym spojrzeniem - Kiedy? si? pozb?d? g?upich sentymentów i wylecisz st?d na ten swój rudy ryj.
W ko?cu uprz?tn?? wszystkie pety, wyrzuci? je do ?mieci, a popielniczk? wstawi? do zlewu. Odkr?ci? wod? i przez chwile patrzy? jak niewielkie naczynie si? nape?nia. Popielniczka by?a do?? prosta, plastikowa, tyle tylko ?e na ?rodku zamiast wysepki do gaszenia papierosów mia?a co? na kszta?t ma?ego, plastikowego ty?eczka, a napis na jej dnie g?osi?: "Papierosy, s? do dupy".
- Tego te? w?a?ciwie powinienem si? pozby? - mrukn?? do siebie kiedy popielniczka nape?ni?a si? wod? i si?gn?? po ni?, wyla? zawarto?? i starannie wytar? papierowym r?cznikiem. Ustawi? j? na blacie i si?gn?? do kuchennej szafki gdzie normalni ludzie powinni trzyma? cukier i p?atki ?niadaniowe. Vincent trzyma? tam karton papierosów. Zapali? jednego i odruchowo w??czy? nawiew w okapie nad kuchenk?. Dopiero po chwili zda? sobie spraw? z bezsensowno?ci tego czynu. By? tak samo bezcelowy jak wieczorne wietrzenie mieszkania, w tym domu nie by?o ju? nikogo komu przeszkadza?by papierosowy dym.
Z zamy?lenia wyrwa?o go ciche lecz cholernie poirytowane miaukni?cie u jego stóp. Spojrza? w dó? gdzie siedzia? Key i wpatrywa? si? w niego z wyczekiwaniem.
- Popro? ?adniej - fukn?? Vincent i strz?ch?? mu popió? z papierosa prosto na g?ow?.
Kot z furi? trz?chn?? ?bem i miaukn?? rozdzieraj?co. Vincent westchn?? ci??ko i skierowa? si? w do lodówki. Wyci?gn?? z niej puszk? z kocim ?arciem i da? Key'owi.
- Tylko nie my?l, ?e ci? lubi? - mrukn? z niezadowoleniem, pog?aska? zwierzaka po rudym grzbiecie po czym zostawi? go sama na sam z jego kolacj?.
Vincent powróci? do niemal pustego, olbrzymiego salonu. Meble by?y tam ograniczone do minimum, dodatkowo ustawione tak by uzyska? jak najwi?cej wolnej przestrzeni gdy? Vincent lubi? tam ?wiczy?. Podszed? teraz do barku, wyci?gn?? z niego butelk? koniaku Louis XIII. Nala? sobie trunku do niskiej szklanki, ?ci?gn?? gumk? z w?osów i si?gn? w kierunku telefonu stoj?cego na niskim szklanym stoliku zaraz obok barku. Wcisn?? przycisk, zaszumia?a ta?ma, uruchomi?a si? automatyczna sekretarka.
- Cze??, mamy ju? instrukcje odno?nie hangarów - z urz?dzenia rozbrzmia? niski, m?ski, spokojny g?os; na ma?ym zielonym ekraniku wy?wietli?a si? godzina 10:23 - Sebastien chce ci? prosi? o u?yczenie domu nad Loar?. Kaza? ci tez przekaza? ?eby? dzi? nie szala?. Vincent panuj nad sob?. Jak wrócisz to si? odezwij.
- Pieprz si? Morris - Vincent si? skrzywi? si? ze szczerego serca i obrzuci? telefon wzgardliwym spojrzeniem.
Ciche pikni?cie, kolejna wiadomo??, 12:13:
- W??cz t? pieprzon? komórk? - zimny i ostry g?os. Sebastien.
- Jak zwykle krótko, zwi??le i na temat - Vincent wzi?? ?yka koniaku - Ja te? za tob? t?skni? misiu.
Pik. 15:46:
- Aloha Vinnie! - radosny okrzyk wytr?ci? go z równowagi, zesztywnia?. Blanche - I jak tam ?lub? S?ysza?am od Duel, ?e zafundowa?e? pannie m?odej kreacje w kolorach krwistej czerwieni. Taki z ciebie sukinsyn, za to w?a?nie ci? uwielbiam. Wpadn? wieczorem i to oblejemy, nie my?l sobie, ?e pozwol? ci si? upaja? twoj? pod?o?ci? oraz drogimi trunkami w samotno?ci. I nakarm w ko?cu tego kota.
Piiiiiiiik. Koniec.
Vincent spojrza? w kierunku drzwi kuchennych gdzie w?a?nie pojawi? si? Sir Key oblizuj?c si? po pysznej kolacji.
- Co te baby w tobie widz?? - zmierzy? kota krytycznym wzrokiem.
Key w odpowiedzi przechyli? nieco ?eb jakby chcia? spyta?: "masz z tym jaki? problem?"
Vincent zd??y? si? tylko przebra? kiedy rozbrzmia? dzwonek do drzwi.
- Blanche - sykn?? pod nosem z?y jak diabli i ruszy? do drzwi z mordem wypisanym na twarzy.
- Vinnie! - zakrzykn??a rado?nie na powitanie gdy tylko otworzy? drzwi.
Vincent nie by? w stanie powstrzyma? odruchów, zatrzasn?? jej drzwi przed nosem. Nie wiele to da?o, Blanche nie by?a z tych co pytaj? o pozwolenie ?eby wej??.
- Wiesz, to nie by?o mi?e - poskar?y?a si? otwieraj?c drzwi z rozmachem.
- Bo nie mia?o by? - warkn?? w jej kierunku zmierzaj?c do kuchni po kolejnego papierosa.
- Widz?, ?e humorek ci dopisuje - ruszy?a za nim - my?l?, ?e potrzebujesz towarzystwa...
- My?l?, ?e mnie nachodzisz - przerwa? jej ostro si?gaj?c do szafki po nowego peta.
Blanche usiad?a na kuchennym blacie.
- I jak by?o? - zapyta?a nagle dziwnie powa?nie i przyjrza?a mu si? uwa?nie.
- Normalnie - powoli wydmucha? dym z papierosa i patrzy?a przez chwile jak rozp?ywa si? w powietrzu - To nie pierwszy i nie ostatni raz...
- Ul?y?o ci chocia? troch??
Vincent popatrzy? na ni? zaskoczony. Czy mu ul?y?o? O dziwo wcale, wr?cz przeciwnie czu? si? bardziej ci??ki i w?ciek?y. Dobrze wiedzia?, sam rozdrapa? t? ran?, ale ten fagas sobie na to zas?u?y?. Je?li zrobi? kiedykolwiek co? s?usznego w swoim ?yciu, to w?a?nie to si? do tego zalicza?o.
- Kodeks Hammurabiego - szepn?? cicho, patrz?c w zamy?leniu na kapi?c? wod? z kranu.
- Tak wiem - westchn??a ci??ko - Oko za oko, z?b za z?b to dlaczego dupa za pieni?dze - skrzywi?a si? i spojrza?a na niego krytycznie - ale ja pyta?am czy ci ul?y?o. To czym si? kierowa?e? ma?o mnie obchodzi.
Vincent ockn?? si? z zamy?lenia i lekcewa??c wzruszy? ramionami w odpowiedzi po czym przeszed? do salonu.
- O co to? - us?ysza? za plecami jej zdziwiony g?os, odwróci? si?.
Blanche sta?a nad fotelem okrytym bia?? narzut?, na który zwali? swoje rzeczy gdy tylko wróci? do domu. W r?ku trzyma?a szar? torb?.
- Nie dotykaj nie swoich rzeczy - stanowczym gestem odebra? jej torb? i teraz z kolei rzuci? ni? na kanap?.
- Vinnie ta torba jest damska, chcesz o tym porozmawia?? - zapyta?a z rozbawieniem.
- Na pewno nie z tob? - si?gn? po butelk? koniaku i drug? szklank?.
- Louis XIII ! - ucieszy?a si? i doskoczy?a do Vincenta - No prosz?, a jednak mamy specjaln? okazj?! Polewaj Vinnie, nie ?a?uj.
- Nienawidz? ci? - mrukn?? pod nosem.
- Jako? to prze?yj? - si?gn??a po swoj? szklank?.

Po pó?torej godzinie Blanche kompletnie pijana zasn??a na kanapie w salonie. Vincent spojrza? na zegarek. Dwudziesta trzecia osiemna?cie. Z rezygnacj? z?apa? j? za r?k? i przewiesi? sobie przez rami?, ockn??a si? na chwile, wydoby?a z siebie kilka st?umionych przekle?stw po czym na powrót zasn??a. Vincent przeniós? j? krótkim korytarzykiem do swojej sypialni. Rzuci? j? na ?ó?ko, Blanche wybe?kota?a co? kapry?nie po czym przekr?ci?a si? na drugi bok.
- Przyty?a? skarbie - skrzywi? si? Vincent i przykry? j? ko?dr?. Przysiad? na chwile na brzegu ?ó?ka i skupi? swój wzrok zna grupowej fotografii stoj?cej na niskiej szafce zaraz obok. - A to ja mia?em si? upi?.
Obejrza? si? na Blanche. Jej te? nie by?o lekko. Ale ona mia?a to do siebie, ?e nigdy si? nad sob? nie u?ala?a. Vincent pomy?la?, ?e powinien wzi?? z niej przyk?ad.
W mieszkaniu rozbrzmia? cichy d?wi?k telefonu. Vincent si? podniós? i wyszed? na w?ski korytarzyk, gdzie na ?cianie wisia? drugi telefon z przeno?n? s?uchawk?. Odebra?.
- Czy ta idiotka jest u ciebie? - us?ysza? po drugiej stronie zimny i w?ciek?y jak diabli g?os Sebastiena.
- Tak, ale nie spodziewaj si?, ?e wróci na noc do domu - odpar? Vincent spokojnie.
- Nic mnie to nie obchodzi, jutro rano jest zebranie... - zacz?? gro?nym tonem.
- Spokojnie dopilnuje ?eby si? na nim zjawi?a - Vincent domy?li? si? w czym rzecz.
- Czemu nadal masz wy??czony telefon? - Sebastien momentalnie zmieni? temat.
- Nigdzie nie jest napisane, ?e mam mie? ca?y czas w??czony.
- Ale masz by? dyspozycyjny - Vincent mia? wra?enie, ?e gdyby ch?ód Sebastiena móg? przenikn?? przez s?uchawk? pewnie ju? by mia? odmro?one ucho - Ciebie te? chce widzie? na jutrzejszym zebraniu.
- Je?li chodzi o dom nad Loar? to rób z nim co chcesz - westchn?? ze zrezygnowaniem.
- Nie chodzi. Masz by?. - roz??czy? si?.

Vincent usiad? na kanapie, wyci?gn?? nogi przed siebie i opar? je na niskiej czarnej ?awie, na której sta?a butelka z resztk? koniaku. Wpad?a mu w oko szara torba, któr? zabra? dzi? tej ma?olacie, która chcia?a go okra??. Le?a?a st?amszona w rogu wygodnego mebla, jeszcze przed chwil? Blanche u?ywa?a jej jako poduszki. Vincent si?gn?? po torb? i z zaciekawieniem zajrza? do ?rodka. Panowa? tam okropny bajzel, pe?no pogniecionych kartek, gruntownie zapisanych linijka pod linijk?, kilka zeszytów, pe?no walaj?cych si? luzem o?ówków, jakie? p?yty, ksi??ki, szkicownik, kilka portfeli.
- "No prosz? - pomy?la? Vincent - aktywna dziewczyna, sporo osób skroi?a"
W?ród portfeli by? jeden jasno zielony, z czego? co przypomina?o poszarpany d?ins, obszyty ró?owymi i pomara?czowymi ni?mi. Vincent zajrza? do ?rodka. W przegródce na papierowe pieni?dze zamiast banknotów znalaz? pogniecion? legitymacj? szkoln? ze zdj?ciem ma?ej z?odziejki.
- Blair Milford - przeczyta? na g?os.
Adres zamieszkania, adres szko?y, data urodzenia...
Vincent zajrza? teraz z kolei do przegródki na drobniaki, portfel zadawa? si? by? do?? ci??ki, ale i tam nie znalaz? pieni?dzy. Za to ca?e mnóstwo innych szparga?ów. Dwie dziwne kostki do gry, pier?cionek, ?usk? z ryby, paragon ze sklepu spo?ywczego, drobne rozerwane koraliki na cienkiej ?y?ce i kapsel od piwa. ?adnych pieni?dzy, nawet z?amanego grosza.
Da? spokój portfelowi, si?gn?? z powrotem do torby. Tym razem wylosowa? p?yt? CD w przezroczystym plastikowym opakowaniu, podpisan? po prosty "Blair". Co? go tkn??o, podniós? si? z miejsca i umie?ci? ja w odtwarzaczu. Naganie by?o kiepskiej jako?ci jakby kto? nagrywa? to jakiej? wielkiej hali gdzie sz?o echo i nieco deformowa?o d?wi?k. Rozpozna? jednak do?? star?, ale bardzo znan? piosenk? Cyndi Lauper - Time After Time. Tyle tylko, ?e to nie by?o oryginalne wykonanie. Vincent sta? i s?ucha? jak zaczarowany, nagranie kompletnie amatorskie, z?e warunki akustyczne, ma?e mo?liwo?ci sprz?towe, a jednak przez to wszystko przebija? si? pot??ny kobiecy g?os, ?piewaj?c refren zupe?nie jakby chcia?a nim zdmuchn?? ca?y ?al tego ?wiata.

"if you're lost you can look - and you will find me
time after time
if you fall I will catch you - I'll be waiting
time after time"

Na p?ycie by?a tylko ta jedna piosenka nagrana w kilku wersjach. Wszystkie by?y raczej kiepsko nagrane, za cicho, z jaki? trzaskiem lub szumem, w niektórych wersjach w ogóle muzyka na chwile zamiera?a i s?ycha? by?o niewyra?ne rozmowy. Jedynie ostatnia by?a w miar? dobrze nagrana, a by? to sam g?os. Absolutnie bez ?adnego podk?adu muzycznego i bez ?adnych dodatkowych d?wi?ków. Tylko g?os.
Vincent poczu? si? teraz mocno zaintrygowany. Zabra? torb? z kanapy i przeszed? z ni? do kuchni. Zapali? górne ?wiat?o i ca?? jej zwarto?? wysypa? na marmurowy czarny blat. Key przysiad? nieopodali i przygl?da? mu si? teraz z zaciekawieniem.
Lu?ne kartki by?y pe?ne notatek odno?nie lekcji, oraz niedbale zapisanym planem dnia i rozk?adem zaj??. Niektóre pozycje by?y przekre?lone lub podkre?lone. Vincent u?o?y? je równo, na jedn? kupk? i od?o?y? na bok. Ksi??ki. Tylko jedna z nich by?a szkolnym podr?cznikiem od historii, dwie pozosta?e to by? podr?cznik do RPG "Wampir: Maskarada" oraz powie?? autorstwa Arturo Pérez-Reverte'a - "Klub Dumas". Vincent mimowolnie u?miechn?? si? pod nosem, zna? ten tytu?. A jedno z miejsc akcji a? za dobrze. Zamkn?? na chwile oczy i spróbowa? sobie przypomnie? kiedy by? tam ostatni raz. Zdaje si?, ?e zesz?ego lata kiedy planowa? remont posiad?o?ci i pokaza? wtedy Ines zamek. Nie by? pewien czy to przypadkiem nie by?y jego urodziny. Jednego by? natomiast pewien, potem nie pojawi? si? w Meung-Sur-Loire ani razu wi?cej.
Otworzy? oczy. U?o?y? ksi??ki jedna na drugiej i od?o?y? obok notatek. Przegl?da? zawarto?? torby dalej. Stary, zniszczony discman, brakowa?o mu przycisku do cofania, w ?rodku znalaz? p?yt? Placebo "Without You I'm Nothing".
- "Jeste? troch? pokr?cona" - pomy?la? Vincent patrz?c na zestawienie ksi??ek z muzyk? jakiej s?ucha.
Znalaz? kolejn? p?yt?, tym razem znowu co? przegrywanego, podpisane "Bo nie mog? spa?". Vincent bez chwili namys?u umie?ci? p?yt? w odtwarzaczu. Z g?o?nika pop?yn??y pi?kne d?wi?ki utworu Steve'a Conte - Call Me, Call Me. Vincent nie zna? tego utworu, ale musia? przyzna?, ?e to jedna z najpi?kniejszych piosenek jakie w ?yciu s?ysza?. Odruchowo wzi?? g?o?niej. D?wi?k wlewa? si? w jego uszy jakby znosz?c wszelkie emocjonalne blokady, wdziera? si? do wn?trza, rozdziera? serce...
Wystarczy. Prze??czy? na kolejny utwór, mia? wra?enie, ?e za moment nie wytrzyma. Czu? wielk? gule w gardle, oczy go szczypa?y. Jak to mo?liwe ?eby jeden utwór wywo?ywa? w cz?owieku takie emocje?
Powróci? do kuchni i zmierzy? krytycznym wzrokiem pobojowisko na blacie z?o?one z rzeczy niejakiej Blair Milford.
- "A wi?c jeste? ma?? czarownic?" - pomy?la? z irytacj? przywo?uj?c si? do równowagi, teraz z g?o?nika rozbrzmiewa?o dobrze mu znane "Yesterday" The Beatles.
Zebra? krótkie, zatemperowane z obydwóch stron o?ówki, ró?nokolorowe pisaki oraz d?ugopisy i wstawi? do szklanki. Si?gn?? po szkicownik. Na pierwszych kartkach by?y g?ównie szkice budynków, ko?cio?y, katedry, szko?a. Kilka pomników. Potem kilka szkiców jeden osoby - m?odego ch?opaka, bardzo niewyra?nych, w fazie jak najbardziej roboczej, wymagaj?cej dopracowania. Jedynym wyra?nym elementem tych rysunków by?y oczy ch?opca, mocno podkre?lone, nacieniowane, zupe?nie jak prawdziwe, Vincent mia? wra?enie, ?e patrzy na niego ?ywa osoba. Nast?pnie szkic m?odej dziewczyny siedz?cej w szkolnej ?awce podpisany wdzi?cznie "ÉMILIE". Bardziej dopracowany i precyzyjny od poprzednich i tu ponownie posta? z rysunku mia?a mocno podkre?lone oczy. Vincent od niechcenia chwyci? wszystkie kartki i przewertowa? je niedbale. Nagle si? zatrzyma?. Szkic przedstawia? kobiet? w ?rednim wieku siedz?c? przy stole. Jedn? r?ka mia?a podparte czo?o drug? obejmowa? pe?n? do po?owy szklank? i patrzy?a gdzie? przed siebie nieobecnym wzrokiem. Wyraz twarzy mia?a zn?kany, pe?en jakiego? bólu i cierpienia. D?ugie w?osy mia?a w nie?adzie, ubrana by?a w szlafrok, na stole obok niej sta?a butelka. By? to najbardziej dopracowany obrazek z ca?ego szkicownika, dobrze nacieniowany, pe?en smutku, oddaj?cy nastrój kobiety, daj?cy do my?lenia. Podpisany by? w prawym dolnym rogu: "?niadanie z mam?". Dalej kilka szkiców kwiatów i przedmiotów, na samym ko?cu autoportret Blair. Delikatny, w fazie zdaje si? roboczej, niemal same linie i znowu jedynie oczy by?y mocno podkre?lone, b?yszcza?y, patrzy?y na Vincenta jakby wiedzia?y o nim wszystko.
Vincent nawet nie zastanawiaj?c si? nad tym co robi. Wyrwa? rysunek ze szkicownika i od?o?y? go na lodówk?. Do przejrzenia zosta?y mu do?? zniszczony zeszyt. Nie by? on jednak szkolnym zeszytem, Vincent zauwa?y? dziwn? prawid?owo??, ?e dziewczyna ma zwyczaj zapisywa? lekcje na lu?nych kartkach. Zastanowi? si? jak ona potem odnajduje w tym chaosie to, co jest jej potrzebne. Zawarto?ci? zeszytu okaza?a si? by? g?ównie ?piewnik. Mia?a tam pozapisywane s?owa ró?nych piosenek tych bardziej i tych mniej znanych, oraz kilka kompozycji zdaje si? autorskich, pod którymi by?a podpisana swoim imieniem. Obok linijek tekstu o?ówkiem by?y podpisywane chwyty na gitar?. Vincent z uwag? wertowa? ca?y zeszyt a? w ko?cu trafi? na to czego szuka?. ?adnie wypisany tytu? na szczycie kartki g?osi?: "Yoko Kanno; Steve Conte & Seatbelts - Call Me, Call Me". Po drugiej stronie znalaz? t?umaczenie tekstu na francuski. Ponownie niewiele my?l?c jednym zgrabnym ruchem wyrwa? kartk? z zeszytu i od?o?y? na lodówk?. Pod koniec zeszytu natrafi? na notatki. Zaintrygowa? go wpis z Marca:

" 23.III. (Dzie? b??dów, wypacze? i pomalowanych paznokci)
* Nie mia?am si?y znale?? si? dzi? na sprawdzianie z francuskiego - b??d. Rady na permanentny idiotyzm nie widz?. Mo?e za par? lat. Dzi? przyk?adem ni?szych form ?ycia maluj? sobie paznokcie.
* Schowa?am chleb do lodówki - wypaczenie. Albo roztargnienie.
* Wyla?am ca?y alkohol w domu do zlewu - odwaga czy g?upota? Nie mam zamiaru si? tam pokaza? do wieczora. Chc? ?y?.
* Gdyby kto? si? mnie spyta? o artystyczn? wizj? chyba przysz?yby mi na my?l zw?oki mojej matki. Czasem si? boj? tego co o niej my?l?. Chyba w ogóle zaniecham procesów my?lowych.
* Kolejne trzy szkice w koszu. Kolejne trzy kosze od modela : (
* W sumie moje wagary kosztowa?y mnie niedostateczn? z francuskiego (domys?) i jakie? straszne pieni?dze na lakier do paznokci i zestaw w?gli (fakt). A w skrzynce znalaz?am pozdrowienia od komornika. Potrzebuj? gotówki. Du?o i szybko."

Vincent zmarszczy? brwi nad tym wpisem.
- "I co, czujesz si? usprawiedliwiona? - pomy?la? z niezadowoleniem - Ale wizje artystyczne miewamy podobne"

***

Ostry d?wi?k wyrwa?a Blanche ze snu. Poderwa?a si? i nerwowo rozejrza?a. W pierwszej chwili nie mog?a sprecyzowa? gdzie w?a?ciwie jest. Na pewno nie w swoim mieszkaniu. Rozejrza?a si? za czym? co mog?oby wydawa? ten upiorny, wysoki d?wi?k i szybko zlokalizowa?a czarny, niski i pod?u?ny budzik stoj?cy na szafce obok. Zaraz za budzikiem sta?a fotografia sprzed paru lat, co pozwoli?o Blanche zlokalizowa? si? w czasie i przestrzeni.
- O Bo?e, a? tyle wypi?am? - spyta?a siebie na g?os i wy??czy?a budzik, który wskazywa? godzin? szóst? trzydzie?ci.
Sypialnia Vincenta. Odkry?a ko?dr? i zda?a sobie spraw?, ?e spa?a w ubraniu. Skrzywi?a si? z niezadowoleniem.
- Ja naprawd? nie mia?abym nic przeciwko temu gdyby? mnie wykorzysta? - westchn??a z rezygnacj? i si?gn??a pod ?ó?ko po kapcie po czym zda?a sobie spraw? ?e przecie? nie jest u siebie w domu. - Albo przynajmniej rozebra? do spania.
Przesz?a z sypialni do salonu. Zajrza?a do kuchni. Do ?azienki te?. Pusto. Wróci?a do kuchni gdzie na blacie siedzia? ju? Key i przywita? j? przeci?g?ym miaukni?ciem.
- Cze?? rudzielcu - u?miechn??a si? do niego i wzi??a na r?ce - Ci??ki jeste?, jednak ci? karmi. On tak tylko gada, ?e ci? nie lubi.
Nagle zaraz obok kuchenki mikrofalowej dostrzeg?a klucze od mieszkania oraz z?o?on? kartk?. Pu?ci?a kota i roz?o?y?a bia?? p?acht? papieru. Pismo Vincenta.

"Sebastien ci? wczoraj szuka?, o ósmej jest zebranie, lepiej b?dzie dla nas obojga je?li si? na nim pojawisz. Czuj si? jak u siebie i nie zapomnij zamkn?? drzwi jak b?dziesz wychodzi?. I prosz? nakarm to rude ?cierwo, bo nie mam ju? czasu. Vincent."

- I gdzie go diabli ponie?li z samego rana? - zapyta?a patrz?c na Key'a, który teraz siedzia? na mikrofalówce i patrzy? na ni? ?ó?tymi ?lepiami.
Blanche wzi??a do r?ki klucze. To nie by? komplet Vincenta, na kó?ku dynda? si? d?ugi brelok z?o?ony z czarno-bia?ych korali oraz srebrnej blaszki z symbolem Section Blanc.
- Ten dom jest pe?en takich pierdo? - powiedzia?a patrz?c na breloczek t?umi?c p?acz - Przecie? to mo?na oszale?.
Da?a kotu je?? i skierowa?a si? do ?azienki. Na pó?ce pod lustrem sta?y równiutko pouk?adane m?skie kosmetyki. Blanche zmarszczy?a brwi z namys?em. Potrzebowa?a si? wyk?pa?, spanie w ubraniu zrobi?o swoje, problem polega? na tym, ?e ka?dy ?rodek czysto?ci by? przeznaczony dla przedstawiciela p?ci m?skiej, na kilometr pachnia? ostro i charakterystycznie. Blanche westchn??a ze zrezygnowaniem i spojrza?a na proste myd?o w kostce le??ce na brzegu wanny. Jak si? nie ma co si? lubi...
Zacz??a grzeba? w szafkach. Co jak co, ale zapasow? szczoteczk? do z?bów powinien gdzie? mie?. W ko?cu to pieprzony pedant, tacy zawsze maj? zapasowe szczoteczki. W ko?cu napisa?, ?e ma si? czu? jak u siebie, wi?c czu?a si? bezkarna buszuj?c po jego ?azience. Wysoka i w?ska szafeczka sta?a w samym rogu ?azienki. Znalaz?a zapakowan? szczoteczk? na górnej pó?ce. Natomiast na dolnej dostrzeg?a czarn? torb? foliow? zawi?zan? mocno na supe?. Zakorci?o j?. Rozwi?za?a.
- Tego te? nie wyrzuci?e?? - wyci?gn??a z torby migda?owy p?yn do k?pieli.
Dalej poniewiera?y si? tam rozmaite kremy, perfumy, szampon do w?osów, dwa du?e bia?e r?czniki oraz ma?a, czarna, zgrabna kosmetyczka. Blanche przysiad?a na brzegu wanny, otworzy?a j?. Chusteczki higieniczne, jedna z ?ladami szminki, br?zowe cienie do powiek, p?seta, tusz do rz?s, kredka do oczu, puder, p?dzelek, i ma?y flakonik tanich perfum o zapachy zielonej herbaty. Blanche obejrza?a flakonik pod ?wiat?o. U?miechn??a si? smutno i znowu zerkn??a do czarnej foliowej torby.
-"Czemu mia?a? a? taki sentyment do tego badziewia? - pomy?la?a z niezadowoleniem i si?gn??a do torby po flakon drogich perfum które kupi?a Ines z jakiej? b?ahej okazji, by? prawie pe?ny - Nie zd??y?a? tego du?o zu?y?..."
Szybko wytar?a ?z? któr? uroni?a zapewne przez nieuwag?. Od?o?y?a kosmetyczk? i perfumy na miejsce. Pozwoli?a sobie skorzysta? z p?ynu do k?pieli i szamponu do w?osów. Reszt? z powrotem szczelnie zawi?za?a w torbie.
Wysz?a z wanny i owin??a si? szczelnie du?ym granatowym r?cznikiem Vincenta. Dzwonek do drzwi. Na chwile si? zapomnia?a. Posz?a otworzy?. Za drzwiami sta? wysoki, pot??ny m??czyzna, o ciemnej karnacji i jasnoszarych oczach. Morris. Blanche poczu?a ze wszystko jej si? wywraca w ?rodku do góry nogami. W odruchu zawstydzenia i przestrachu zakry?a twarz r?k?, tak?e po to ?eby powstrzyma? cisn?ce jej si? na usta soczyste "o kurwa", drug? przycisn??a mocniej r?cznik do cia?a. Morris zmierzy? j? spojrzeniem pozbawionym jakiejkolwiek emocji.
- Jest Vincent? - zapyta? tym swoim spokojnym, niskim g?osem.
- Nie... - odpar?a z pewnym trudem prze?amuj?c za?enowanie i otworzy?a szerzej drzwi ?eby go wpu?ci?. - Co ty tu w?a?ciwie robisz?
Morris min?? j? niczym powietrze i rozejrza? si? po mieszkaniu. Na ?awie w salonie dalej sta?a niedoko?czona butelka koniaku. Na pewno zauwa?y?. Blanche poczu?a, ?e robi si? czerwona...
- Sebastien prosi? ?ebym przypilnowa? ?eby?cie pojawili si? na dzisiejszym zebraniu - wyja?ni? krótko.
Blanche ju? bez s?owa zmy?a si? jak najszybciej mog?a do ?azienki, gdzie zostawi?a swoje ubrania. Ale numer. Morris by? ostatnia osob? na ?wiecie z któr? ?yczy?aby sobie znale?? si? w takiej sytuacji. Co on sobie teraz pomy?li? O Bo?e, jak to w ogóle wygl?da...
Wysz?a z ?azienki, zasta?a Morrisa w kuchni. Sta? przy lodówce i trzyma? w r?ku jak?? kartk?. Blanche my?la?am w pierwszej chwili, ?e to wiadomo?? od Vincenta, któr? zostawi? jej rano, ale kartka by?a du?o wi?ksza. Podesz?a bli?ej i z zaciekawieniem zajrza?a Morrisowi przez rami?, co nie by?o ?atwe bo by? od niej du?o wy?szy, musia?a stan?? na palcach. Trzyma? w r?ku rysunek m?odej dziewczyny o przenikliwym spojrzeniu.
- O, jakie ?adne - stwierdzi?a mimowolnie i na chwil? zapomnia?a, ?e przecie? znajduje si? w kompletnie ?enuj?cej i dwuznacznej sytuacji - Kto to?
Morris zerkn?? na ni? k?tem oka, po czym wzruszy? ramionami i od?o?y? rysunek z powrotem na lodówk?.
- Nie wiesz dok?d on móg? pój??? - spyta? wreszcie, a Blanche domy?li?a si?, ?e chodzi o Vincenta.
- Nie mam poj?cia - fukn??a czuj?c si? coraz bardziej poirytowana.
-"Móg?by? nie by? taki rzeczowy - pomy?la?a równocze?nie - Móg?by? nie udawa?, ?e nic ci? nie obchodzi to, co si? tu dzia?o. Móg?by? by? chocia? troch? zazdrosny. Móg?by? si? chocia? troch? przej?? tym, ?e si? z nim puszczam, nawet je?li tego nie robi?. Móg?by? przesta? udawa?, ?e nie jeste? cz?owiekiem..."
Opanowa?a si?, czu?a ?e jeszcze chwila, a si? zagalopuje i wyg?osi te wszystkie swoje pretensje na g?os.
- Co to w ogóle za Strasznie Wa?ne zebranie? - zapyta?a wreszcie coraz bardziej rozdra?niona sytuacj? - czy naprawd? wszyscy musz? by??
- My?l?, ?e b?dzie g?osowanie - opar? si? o blat i zacz?? ?ledzi? wzrokiem Sir Key'a dumnie przechadzaj?cego si? po salonie.
- Jakie g?osowanie? - popatrzy?a na niego zaskoczona.
- Chodzi o Kaede - odpar? powoli. Key nagle si? zatrzyma? jakby czuj?c na sobie spojrzenie Morrisa, obejrza? si? na niego z takim wyrazem pyska jakby pyta? "I czego si? gapisz?" Morris drgn?? i spojrza? z kolei na Blanche - Ten kot jest dziwny.
Blanche w pierwszej chwili poczu?a si? zdezorientowana jego wypowiedzi?, gdy? nie mog?a sobie zestawi? Duel z kotem, ale po chwili zrozumia?a, ?e Morris mówi o dwóch zupe?nie innych rzeczach. Roze?mia?a si?.
- Powiedzmy, ?e ma osobowo?? - odpar?a z rozbawieniem po czym przykucn??a i zawo?a?a Key'a s?odkim "kici, kici". Kocisko ?wi?skim truchtem przybieg?o do niej i w u?amku sekundy wpakowa?o si? jej na r?ce - Co tam Duel znowu przeskroba?a?
- Sebastien chce j? przyj?? - odpar? bardzo powa?nie, a Blanche a? otworzy?a usta z wra?enia.
- ?e co?
- Chce j? przydzieli? do Vincenta - wyt?umaczy? spokojnie - chce j? mie? w Sekcji Bia?ej.
- Ale przecie?... - sama nie wiedzia?a co powiedzie? - To znaczy ja nic do niej nie mam ale... ona nie nale?y do arystokracji. To kto? w ogóle z zewn?trz, przecie? Sebastien sam postanowi? trzyma? si? starych zasad, czemu teraz mia?by je ?ama??
- Nie tak ca?kiem z zewn?trz - Morris bardzo spowa?nia? - Nie zapominaj, ?e Laurent przekaza? jej talizman.
- Nie zapominaj, ?e Sebastien nie cierpia? Adama - skrzywi?a si?.
- Ale z Sorenem zawsze si? liczy?. Tylko dlatego Adam nawet po dezercji nie wylecia?. Poza tym ona stanowi ju? rodzin? arystokratycznego nazwiska.
- Syn Adama - zauwa?y?a z naciskiem
- Wnuk Sorena - poprawi? j? z równie du?ym naciskiem.
- My?lisz, ?e robi to tylko ze wzgl?du na Sorena? - nie bardzo chcia?o jej si? w to wierzy?.
- Poza tym jest dobra - Morris odruchowo chwyci? si? za kark na wspomnienie po tym jak mu o ma?o go nie skr?ci?a, pokiwa? szyj? na boki a? us?ysza? dwa ciche trzaski - wywodzi si? ze starej, wysoko postawionej japo?skiej rodziny. To taka japo?ska arystokracja.
Blanche si? chwile zastanowi?a.
- Vincent nie b?dzie mia? nic przeciwko temu - powiedzia?a wreszcie z namys?em - ze wzgl?du w?a?nie na Adama przyjmie j?, poza tym on zawsze lubi? ?ama? zasady. Ja nic do niej nie mam, nie przeszkadza mi, mo?e zosta?. Carolyn pewnie dostanie sza?u, z tego co zauwa?y?am nie przepada za ni?, poza tym to pieprzona tradycjonalistka... - urwa?a i popatrzy?a na Morrisa - A ty oczywi?cie poprzesz Sebastiena, prawda?
Morris si? zamy?li?.
- Ta kobieta jest niebezpieczna - powiedzia? w ko?cu powoli.
- Niebezpieczna? - zdziwi?a si? bardzo - owszem troch? ci przy?o?y?a, nie powiem ?e nie, ale w?a?ciwie po?o?y?e? j? z ?atwo?ci?...
- Nie o tym mówi? - przerwa? jej ze zniecierpliwieniem - Ci?gnie za sob? problemy, gra w swoj? w?asn? gr?, u?ywa nas do swoich prywatnych celów. Martwi? si? o Sebastiena.
- Martwisz si??
- Boj? si? ?eby nie sko?czy? tak jak Laurent. Ta kobieta to pieprzona femme fatale, w dodatku uwik?ana w wojn? z pot??n? japo?sk? Yakuz?. Zobaczysz z tego b?dzie jeszcze nieszcz??cie...

_____________________

Blanche w podskokach wysiad?a z samochodu trzaskaj?c okropnie przy tym drzwiczkami.
- To nie lodówka - warkn?? Vincent i wysiad? w ?lad za ni? - Mog? wiedzie? co ty kombinujesz?
- Okropnie dzisiaj jeste? marudny - skrzywi?a si? z niezadowoleniem doskoczy?a do niego, wzi??a pod r?k? i zacz??a wlec w kierunku ich ulubionego pubu, gdzie byli sta?ymi bywalcami - Chod?, napijemy si? razem, w ko?cu nie codziennie si? ko?czy 28 lat.
Vincent przewróci? oczami, absolutnie nie by? w nastroju. Ostatni tydzie? to by? jaki? koszmar, jedyne czego chcia? to by? sam, poza tym nadal mia? ?a?ob?, nie w g?owie mu by?o zapijanie si? razem z Blanche w trupa jak kiedy?. Bo ju? nie b?dzie jak kiedy?. Zbyt wiele rzeczy w ?yciu mu si? zwyczajnie posypa?o.
O dziwo, wbrew temu co my?la?, dok?adnie pami?ta? co robi? równo rok temu. Na samo wspomnienie co? mu si? w ?rodku robi?o i tym bardziej nie mia? ochoty na ?wi?towanie swoich urodzin w jakikolwiek sposób. Chcia? wymaza? ten dzie? z kalendarza.
- Vinnie jest co? co zawsze chcia?am zrobi? - z zamy?lenia wyrwa? go rozentuzjazmowany g?os Blanche - Tak jak na ameryka?skich filmach.
- ?e co? - popatrzy? na ni? bardzo zaskoczony, o czym ona do diab?a bredzi?
- Obiecaj tylko, ?e nie b?dziesz si? gniewa? - zatrzymali si? przed drzwiami do pubu.
Vincentowi po plecach przeszed? zimny dreszcz, mia? cholernie z?e przeczucia.
- Mog? ci obieca?, ?e skr?c? ci kark je?li mi zaraz nie wyja?nisz co ?e? znowu zmalowa?a - warkn?? coraz bardziej w?ciek?y.
Blanche tylko u?miechn??a si? chytrze, z?apa?a za klamk? i z rozmachem otworzy?a drzwi.
- Niespodzianka! - krzykn??a rado?nie, a Vincent poczu?, ?e jeszcze nigdy nie by? tak bliski zamordowania jej jak w?a?nie w tej chwili. Chyba by? tylko na ni? bardziej z?y kiedy to, w czasie ich dawniejszych nocnych wypraw, zwymiotowa?a mu w samochodzie...
Pub by? pe?en dobrze znanych mu twarz, przy d?ugim stole zastawionym tanim winem i w mniejszej ilo?ci piwem siedzia?a ca?a sekcja bia?a, i na jego widok wydali z siebie serie d?ugich gwizdów, kto? chyba nawet zacz?? ?piewa? sto lat kompletnie zapitym i zachrypni?tym g?osem. Dalej, bardziej w rogu dostrzeg? wymieszan? sekcje czarn? i szar?, a miedzy nimi Carolyn siedz?c? w g??bokim fotelu pod drewnian? antresol?, a jej mina wskazywa?a na to, ?e jest jedn? z niewielu trze?wych osób i najwyra?niej ma serdecznie dosy? nia?czenia towarzystwa. Ku zdziwieniu Vincenta dostrzeg? te? kilka osób z sekcji czerwonej w tym i samego Morrisa, który siedzia? wraz z Sebastienem przy niskim stoliku na antresoli. Oczy Vincenta i Sebastiena na chwil? si? spotka?y, nie widzieli si? od czasu tego incydentu, Sebastien mia? szwy na ?uku brwiowym.
-"Jednak przesadzi?em" - pomy?la? Vincent z niezadowoleniem i z oboj?tno?ci? odwróci? wzrok. Sebastien zrobi? to samo i przeniós? spojrzenie zimnych oczu na Duel, która w?a?nie schodzi?a po drewnianych schodach. U?miechn??a si? do Vincenta i podesz?a.
- Nie wierz?, ?e na to pozwoli?a? - Powiedzia? do niej od razu, staraj?c szczerzy? si? w sztucznym u?miechu robi?c dobr? min? do z?ej gry.
- Pomy?la?am sobie, ?e to mo?e by? ciekawe - obejrza?a si? na sale gdzie kto? kategorycznym rykiem zamawia? kolejn? kolejk? piwa - I nie pomyli?am si?, cho? troszk? inaczej wyobra?a?am sobie imprezowanie francuskiej arystokracji.
- Zdaje si?, ?e spodziewa?a si? fraków, krynoliny i drogich, wytrawnych win - zachichota?a Blanche - Jeszcze par?na?cie lat temu tak to by w?a?nie wygl?da?o...
- Ty si? w ogóle zamknij - warkn?? Vincent - Mo?esz czu? si? martwa.
- Tak, tak - przytakn??a dla ?wi?tego spokoju - a teraz idziemy ta?czy?!
Blanche w podskokach ruszy?a na parkiet. Vincent wyda? z siebie ci??kie westchni?cie.
- Daj spokój, bardzo si? stara?a ?eby zebra? wszystkich - powiedzia?a Duel widz?c jego min? - Poza tym z tego co wiem, okazja jak nigdy, Sebastien za wszystko p?aci.
- Co? - Vincent popatrzy? na ni? bardzo zaskoczony.
- Wynajem lokalu, alkohol, jedzenie - wymieni?a spokojnie - Sebastien za wszystko p?aci. Podobno sam tak zadecydowa?. Wydaje mi si?, ?e wyci?ga do ciebie r?k?.
- Albo chce mnie jeszcze bardziej wkurwi? - Vincent mia? wra?enie, ?e ju? go nosi, jeszcze pi?? sekund, a eksploduje.
- Nie widz? powodu dla którego mia?by to robi? - Duel si? na chwile zamy?li?a - My?l?, ?e on ci? rozumie teraz lepiej ni? ktokolwiek inny. To te? nie by?o tak sobie - tu wymownie dotkn??a swojej brwi i przejecha?a paznokciem jakby chcia?a przeci?? ja na pó? w tym samym miejscu gdzie widnia?o rozci?cie Sebastiena - Da? ci si? wy?y? i wykrzycze?. My?l?, ?e kogo? innego by po prostu zabi?.
Vincent tylko wzruszy? lekcewa??co ramionami i zawróci? do drzwi.
- Ej, a ty dok?d - z?apa?a go za r?kaw - tam ju? lec? toasty za twoje zdrowie.
Vincent jeszcze próbowa? si? wywin?? od ca?ej imprezy, ale nie pozwoli?a mu. Zaci?gn??a go do sto?u, gdzie jego ludzie fa?szuj?c okropnie od?piewali mu gromkie "sto lat".

Kishihiro przecisn?? si? pomi?dzy grupk? ludzi z sekcji czarnej, przekrzykuj?cych si? w przechwa?kach, na temat swoich rozmaitych podbojów sercowych. Na widok Japo?czyka umilkli nagle wymownie i zmierzyli go z?ym wzrokiem.
- "No prosz? - pomy?la? Sakuya z jak?? dziwn? satysfakcj? i pos?a? w ich kierunku z?o?liwy u?miech - Kolejne kó?ko moich fanów. Z?a propaganda Pana Bladej Twarzy dzia?a bezb??dnie. Kurwa, ale kole? musi mie? kompleksy..."
Duel dostrzeg?a go w tej samej chwili co on j?. Momentalnie opu?ci?a swoje miejsce przy stoliku gdzie towarzyszyli jej Sebastien i Morris, i ruszy?a w kierunku Sakuyi. Sebastien równie? obdarzy? go spojrzeniem. Zimnym i nieust?pliwym które, zapewne gdyby mog?o, ciska?o by piorunami. Sakuya w odpowiedzi przewróci? oczami. Zaczyna? mie? dosy? tego pierdolni?tego albinosa.
- No co tam Kishi-kun? - zaszczebiota?a po japo?sku, z fa?szyw? s?odycz? Duel i chwyci?a go pod r?k?, odci?gn??a kawa?ek dalej, gdzie by?o mo?e nie tyle ciszej, co mniej t?oczno - Pokazuj?c si? tu ryzykujesz w?asn? g?ow?, wi?c pewnie masz co? mocnego.
- Jeszcze raz nazwiesz mnie Kishi-kun, a b?d? to ostatnie s?owa w twoim parszywym ?yciu. - powiedzia? to powoli i spokojnie, z pe?n? kurtuazj?, zupe?nie jakby w?a?nie powiedzia? do jakiej? damy, ?e pi?knie wygl?da - Co to, kurwa, w ogóle za cyrk?
- Przyj?cie urodzinowe - wyja?ni?a mi?kko, ale jej oczy nabra?y surowego wyrazu, by?a w pe?ni zwarta i gotowa do konfrontacji - Zdaje si?, ?e pierwsze w jakim uczestnicz? w przeci?gu ca?ego mojego parszywego ?ycia. Wi?c prosz?, nie psuj mi tej chwili tylko streszczaj dup? i wypierdalaj.
- Szybko si? uczysz - przekrzywi? nieco g?ow?, niczym pocieszny szczeniak, który w?a?nie po raz pierwszy w ?yciu zobaczy? kota.
Duel ?cisn??o w gardle. Och, jak chcia? potrafi? strzela? s?odkie minki, a? cukrzycy mo?na by?o dosta?. Zastanowi?a si? mimowolnie ile kobiet ju? zd??y?o na to polecie?, sama przed sob? musia?a przyzna?, ?e dzia?a?o niezwykle skutecznie. I kto by pomy?la?, ?e to taki skurwiel?
- Czego si? dowiedzia?e?? - opanowa?a si?, za nic nie da mu si? wci?gn?? w jego brudne gierki.
- Tak od razu, do rzeczy? - skrzywi? si? nieco i si?gn?? do wewn?trznej kieszeni swojej ulubionej kurtki po papierosa - Nie znasz poj?cia "gra wst?pna"? Niczego ci? ten twój francuzina nie nauczy??
Przysi?ga?a sobie, ?e za nic ?wiecie nie da mu si? sprowokowa?, ale on by? w tym mistrzem, nie by?o jeszcze osoby która pozosta?aby oboj?tna na jego zaczepki. Nie mia? oporów dotyka? tematów naprawd? delikatnych, by? tylko zwyk?? mend?, która kocha?a dra?ni? innych, nie wa?ne jakim kosztem.
- S?uchaj no... - sykn??a niczym jadowita ?mija i znalaz?a si? niebezpiecznie blisko niego, gotowa rzuci? mu si? do gard?a i przegry?? t?tnice.
- Nie, to ty s?uchaj, ty niedopieprzona zdziro - przerwa? jej swobodnie, nadal tonem jakby toczy? eleganck? pogaw?dk? o pogodzie - Dzi? akurat niczego od ciebie nie chc?, wi?c mog? sobie pou?ywa?, za to ty masz do mnie powa?ny romans, wi?c spu?? z tonu z ?aski swojej i oka? troszk? pierdolonej pokory oraz wdzi?czno?ci, za to, ?e trac? swój cenny czas na twoje kaprysy. Na przyk?ad mo?esz zacz?? od "prosz?", a sko?czy? na "dzi?kuj?".
Niewytrzyma?a, przegra?a, da?a si? sprowokowa?. Ze wszystkich si? zdzieli?a go w pysk. Oboje doskonale wiedzieli, ?e móg? j? powstrzyma?, mia? lepszy refleks od niej, zd??y?by trzy razy z?apa? jej r?k? w locie i strzeli? j? w twarz z pi?tna?cie nim zd??y?aby mrugn?? okiem, ale nie o to w tym chodzi?o. Mia? swoje trofeum, u?miechn?? si? z satysfakcj?. Mam ci? - mówi? jego wyraz twarzy.
- Kurwa - wydoby? si? z niej w?ciek?y syk, min??a go bez s?owa i szybkim krokiem skierowa?a si? do drzwi. Mia?a wra?enie, ?e jeszcze chwila, a go zabije.
- No to tyle je?li chodzi o "wdzi?czno??" i "pokor?" - westchn?? pod nosem i równie? zawróci? ku drzwiom.

Zasta? j? siedz?c? na schodkach prowadz?cych do pubu. A? ca?a si? trz?s?a ze z?o?ci. Usiad? obok niej i dopiero teraz zapali? wygrzebanego z kieszeni papierosa. Zmierzy?a go morderczym wzrokiem, mia?a go stanowczo dosy?.
- No skoro ju? jeste? w odpowiednim nastroju, to porozmawiajmy o interesach - podj?? beztrosko bawi?c si? zapalniczk? - Nie rób sobie nadziei, odnalezienie Kyojiego Matsuzawy urasta teraz do rangi odnalezienia ?wi?tego Graala - urwa? na chwil? i pu?ci? kulko z dymu - Szczerze mówi?c ten z?oty nocnik chyba nawet by?o by mi ?atwiej odszuka?...
- To po co w ogóle przylaz?e?? - fukn??a ze z?o?ci? - Jeste? bezu?yteczny...
- O, jeszcze odszczekasz te s?owa - u?miechn?? si? perfidnie - Poza tym sama dobrze wiesz, ?e mog? ?atwo sprawi?, ?e Kyoji wylezie ze swojej nory i sam do nas przyjdzie. Ta ma?a, Sato, a? si? prosi na przyn?t?, za niewielk? op?at? móg?bym si? tym zaj??. A nawet j? przelecie? ca?kiem gratis.
- Trzymaj si? z daleka od Kaori - za??da?a gro?nym tonem - Nie mieszaj jej w to. Poza tym on i tak by po ni? nie przyszed?...
- Wiesz, po kogo jak po kogo, ale po ni? akurat by si? pofatygowa? - spojrza? na Duel powa?nie - I sama dobrze o tym wiesz. Sprawdzi?em go?cia, dotar?em nawet do kobiety, która go nia?czy?a i zmienia?a mu pieluchy jak by? dzieckiem. Je?li jest co? dla czego ryzykowa?by ?yciem, to b?dzie to osoba Kaori Sato. Z tego co wiem zawsze mia? hopla na punkcie siostry.
- Co? ty, to nie przejdzie - pokr?ci?a g?ow? w zamy?leniu - on dobrze wie, ?e nie jestem w stanie zrobi? Kaori krzywdy.
- Ty nie... - znowu na jego twarzy pojawi? si? ten rozbrajaj?cy, perfidny u?mieszek. - Ja tak.
- Zapomnij - warkn??a w?ciekle czuj?c, ?e poziom adrenaliny znowu jej si? niebezpiecznie podnosi - Trzymaj ?apska z daleka od Kaori. Je?li tkniesz j? palcem...
- To co? - przerwa? jej i wzruszy? niecierpliwie ramionami - Zdecyduj si? kobieto, m?cisz si? czy nie? Ja tylko robi? to, za co mi p?acisz. Mam odnale?? tego Matsuzaw?, mnie tam wszystko jedno kogo po drodze b?d? musia? zabi?, ale nie oczekuj, ?e b?d? chodzi? naoko?o podczas gdy pod nosem mam gotowe rozwi?zanie problemu. Twoje kaprysy i pierdolone sentymenty gówno mnie obchodz?. Ja nie jestem jednym z twoich francuskich, charcz?cych kole?ków ?eby si? z tob? cacka?. I nie b?d? chodzi? na palcach ?eby nie urazi? twojej delikatnej psyche. Wi?c krótka pi?ka, g?upia babo, m?cisz si? do cholery czy nie?

Blair zatrzyma?a si? przed eleganckim blokiem i zmierzy?a go czujnym i zaniepokojonym wzrokiem. Odnalaz?a w?a?ciwe okno. Ciemno. Gdzie? za jej plecami rozleg? si? gro?ny pomruk, zanosi?o si? na deszcz. Nabra?a powietrza w p?uca i z rezygnacj? zajrza?a to kolorowej torebeczki któr? mia?a ze sob?. W ?rodku by?o niedu?e ciemnozielone pude?ko z czego? imituj?cego skór?.
- "Co ja tu w ogóle robi?? - pomy?la?a beznadziejnie - mia?am tu wi?cej nie przychodzi?..."
W uszach wci?? d?wi?cza?y jej s?owa Vincenta. Stara?a si? rozgry?? o co w tym wszystkim chodzi. Wiedzia?a ju?, ?e Vincent jest osob?, która ma sporo na sumieniu. Bro? w jego domu, sposób w jaki patrzy? na ludzi, kiedy co? mu si? nie podoba?o, to jak sprawnie i zr?cznie si? porusza?. Blair nie mia?a w?tpliwo?ci, ze ten cz?owiek jest zdolny do najgorszego.
- "Pi?knie Blair - pomy?la?a o sobie krytycznie - kochasz si? w potencjalnym psychopacie. Naprawd?, moje gratulacje, mam nadzieje ?e jeste? z siebie dumna."
Zebra?a si? w sobie, ostatecznie chodzi tylko o z?o?enie ?ycze?. Danie mu prezentu. I znikni?cie z jego ?ycia.
Nagle zobaczy?a, ?e kto? wchodzi do budynku. Momentalnie j? odblokowa?o, ruszy?a si? z miejsca i podbieg?a do drzwi. Z?apa?a je w ostatniej chwili, jeszcze moment, a by si? zamkn??y i musia?aby skorzysta? z domofonu, czego z jeszcze nie znanych sobie przyczyn, robi? nie chcia?a. Wesz?a do ?rodka. Jej celem by?o drugie pi?tro. Darowa?a sobie wind? i ruszy?a po schodach. Jeszcze nim zapuka?a do drzwi mia?a dziwne przeczucie, ?e nikogo nie zastanie. W momencie w którym zadzwoni?a dzwonkiem na zewn?trz rozleg? si? g?uchy huk, a z nieba run??a ?ciana wody.
- Czemu zawsze mnie si? co? takiego przytrafia? - j?kn??a ?a?o?nie na g?os.
Spojrza?a na zegarek by?o do?? pó?no, ostatni autobus mia?a o 23:35. Opar?a si? z rezygnacj? plecami o ?cian? na przeciwko jego drzwi i powoli osun??a si? na pod?og?. Przecie? nie b?dzie wraca? w taki deszcz. Przeczeka. Mia?a te? cich? nadziej?, ?e doczeka si? na Vincenta. Musia?a przyzna? przed sam? sob?, ?e nie potrafi?a si? trzyma? od niego z daleka. Nawet gdyby faktycznie by? seryjnym morderc? czy innym zbocze?cem, jej zdrowy rozs?dek zupe?nie jakby mia? w?a?nie urlop. A intuicja mówi?a jej z kolei, ?e tylko gdy on jest blisko mo?e czu? si? naprawd? bezpiecznie.
- "Jeste? totalnie nienormalna - zwróci?a si? do siebie s?uchaj?c w zadumie odg?osów burzy - chyba naprawd? musi ci si? przytrafi? w ko?cu co? z?ego ?eby? posz?a po rozum do g?owy..."


Muzyka hucza?a tak g?o?no, ?e a? zatyka?o w uszach. Vincent ?eby chocia? na chwile odetchn?? uciek? do ?azienki. Przemy? twarz zimn? wod? i spojrza? z rezygnacj? w lustro. Wcale du?o nie wypi?, ale czu? ?e si? upi?. Sam nie móg? doj?? jak to si? w?a?ciwie sta?o, mo?e to dlatego, ?e by? tak koszmarnie zm?czony i wyczerpany, nie tyle fizycznie co psychicznie.
- Ej, wszystko w porz?dku? - us?ysza? za plecami, odwróci? si? i zobaczy? Blanche stoj?c? w lekko uchylonych drzwiach.
- To m?ska ?azienka - fukn?? na ni?.
Blanche nie zwa?aj?c na to wesz?a do ?rodka zamykaj?c za sob? starannie drzwi.
- Bardzo jeste? na mnie z?y? - zapyta?a cicho z min? skrzywdzonej niewinno?ci. Vincent zna? j? zbyt dobrze ?eby si? na to nabra?.
- Dobrze wiesz, z ?e jestem i przesta? udawa?, ?e si? tym przejmujesz - nie s?ysza?a w jego g?osie z?o?ci, bardziej smutek i ogóln? rezygnacje.
Podesz?a i opar?a si? obok niego o eleganck? umywalk?.
- Co ci? gryzie? - popatrzy?a na niego powa?nie - tu nie chodzi o t? ca?? imprez?. Co jest grane Vinnie? Od kilku dni chodzisz nakr?cony jak ma?a zabaweczka, gotów zdmuchn?? z powierzchni ziemi wszystko co stanie ci na drodze.
- Sam ju? nie wiem - odpar? cicho - Mam wra?enie, ?e co bym nie zrobi? pope?niam b??d, którego ju? nie b?d? w stanie naprawi?.
- Chodzi o t? dziewczyn?? - zapyta?a, a Vincent drgn?? jakby w?a?nie kto? go strzeli? w twarz.
- "A wi?c tu ci? boli" - pomy?la?a i przyjrza?a mu si? z zainteresowaniem.
- W ogóle nie jestem w stanie si? skupi? - powiedzia? wreszcie pod presj? jej wyczekuj?cego spojrzenia - Sam kaza?em jej zje?d?a?, a teraz nie ma dnia ?ebym nie pomy?la?, ?e chcia?bym j? zobaczy?... Jest irytuj?ca. Pyskuje, m?drzy si? i zadziera nosa. Wydaje jej si?, ?e wszystko jest takie ?atwe i proste, zmienia zdanie i nastroje w przeci?gu pi?ciu sekund, trudno mi za ni? nad??y?. Jest rozchwiana emocjonalnie i nieprzewidywalna, miewa dzikie pomys?y i co chwila pakuje si? w k?opoty. I nie cierpi? jak na mnie patrzy jakby wiedzia?a o mnie wszystko...
Blanche stara?a si? jak mog?a zachowa? powag? sytuacji, ale nie wytrzyma?a i zacz??a si? ?mia?.
- O Bo?e, Vinnie! - chichota?a - Nie wiem czy zdajesz sobie spraw?, ale masz prawdziwego hopla na punkcie tej dziewczyny. Wpad?e? po uszy.
Vincent zmierzy? j? z?ym wzrokiem.
- Poza tym jest za chuda i za smarkata - doda? po?piesznie jakby w swojej obronie, ale Blanche nie da?a si? ju? zwie??.
- Ja my?l?, ?e to wcale nie tu le?y problem - stan??a naprzeciwko niego i popatrzy?a z politowaniem - Vinnie jej wiek czy wygl?d nie ma tu ?adnego znaczenia. Ani to, ?e na ogó? doprowadza ci? do sza?u. Boisz si? tego, ?e na ni? reagujesz. Ale musisz sobie u?wiadomi?, ?e nie ma w tym nic z?ego. Nie mo?esz ci?gle by? w tym letargu, ocknij si?. Ines nie ?yje, a ty tak, jeste? tu i teraz, i nie ma nic z?ego w tym, ?e lubisz t? dziewczyn?. Nie mo?na zdradzi? kogo? kto nie ?yje. Nie ka?e ci zapomnie? o tym co by?o, ale musisz pogodzi? si? z tym, ?e to nie wróci. I im szybciej to zrobisz tym lepiej dla ciebie.
Vincent milcza?, nieobecnym wzrokiem patrzy? w pod?og?. Blanche dobrze widzia?a, facet si? kompletnie pogubi?. Westchn??a ci??ko, podesz?a do niego, obj??a za szyje i przytuli?a.
- No co jest Vinnie? - zapyta?a z trosk? - Nikt ci? nie ocenia i ty sam te? nie musisz. Zawsze przecie? robi?e? to na co mia?e? ochot?, nie ogl?daj?c si? na nikogo. Co si? nagle sta?o?
Vincent opar? si? na jej ramieniu ci??ko.
- Jestem naprawd? tym zm?czony - powiedzia? cicho.
- We? si? w gar?? ty babo - pog?aska?a go czule po plecach.
Nagle drzwi od ?azienki skrzypn??y i pokaza? si? w nich Martin z sekcji czerwonej. Na scenk? jak? zasta? wzdrygn?? si? bardzo, wybe?kota? pod nosem niewyra?ne "sorry" i czym pr?dzej si? zmy? zamykaj?c na powrót gwa?townie drzwi.
- Co to by?o? - Blanche obejrza?a si? na drzwi nieco zaskoczona takim obrotem sprawy.
- Martin z czerwonej - wyja?ni? Vincent uprzejmie - Zdaje si? ?e niew?a?ciwie odebra? sytuacj?...
- Bo?eeee... - j?kn??a rozdzieraj?co i beznadziejnie - I tak ju? wszyscy my?l?, ?e z tob? sypiam...
Vincent popatrzy? po sobie, a potem na ni? nieco oburzony.
- Co? ci nie pasuje? - zapyta? podejrzliwie
- Czy ja wiem? - skrzywi?a si? i zmierzy?a go krytycznym wzrokiem - No ostatecznie, jakby nie by?o nic innego...
- Dam ci kiedy? w z?by, przysi?gam - obieca? jej uroczy?cie po czym oboje parskn?li ?miechem.
_________________
I read a book about the self, Said I should get expensive help.

To są właśnie rzeczy
jakie przychodzą mi do głowy
kiedy siedzę w domu podczas burzy,
czekając na telefon od kuratora sądowego
 
 
     
Kometa 
Psychodeliczne Ciało Niebieskie
Doppel X


Wiek: 31
Dołączyła: 10 Wrz 2009
Posty: 2620
Skąd: z Kosmosu
Wysłany: 2010-12-07, 22:58   

_________________________________

Sebastien zatrzyma? samochód niedaleko bloku Vincenta, nie gasz?c nawet silnika. Deszcz dalej la?, Vincent wyjrza? z rezygnacj? przez okno.
- A nie móg?by? podjecha? bli?ej? - zapyta? z nadziej?.
- Nie móg?bym - odpar? zimno - Wysiadaj, spieszy mi si?.
Duel u?miechn??a si? pod nosem, a Vincent spojrza? w lusterko na odbicie jasnoniebieskich oczu Sebastiena.
- Czy?by? si? martwi? o swoj? siostr?-idiotk?? - zapyta? nie kryj?c ironii - Czy ona jest aby troch? za du?a ?eby? pilnowa? jej cnoty?
- Powiedzia?em: "wysiadaj" - powtórzy? Sebastien dobitnie ogl?daj?c si? na niego, a jego wyraz twarzy mówi?, ?e je?li b?dzie zmuszony powtórzy? raz jeszcze to si? sko?czy krwawo.
- Ju? mnie nie ma - westchn?? i otworzy? drzwi, od razu uderzy? go w twarz zimny wiatr i ostro zacinaj?cy deszcz. - Dzi?ki za podwózk? misiu.
- Jeb si? Vought - sykn?? krótko Sebastien i ruszy? od razu, Vincent ledwo zd??y? wysi??? z samochodu.
- Czemu jeste? taki zdenerwowany? - odezwa?a si? wreszcie Duel i spojrza?a na niego z ukosa.
Nic nie odpowiedzia?. Jecha? do?? szybko w?sk?, o tej godzinie kompletnie pust? uliczk?. Nagle z lewej strony ulicy dostrzeg? czarne, eleganckie, czarne BMW. Zd??y? jedynie k?tem oka dostrzec osob? wysiadaj?c? z samochodu, dwaj pozostali pasa?erowie stanowili dla niego jedynie dwie czarne plamy, ale twarz tego jednego dostrzeg? do?? dobrze. Przyspieszy? jeszcze bardziej, Duel drgn??a i spojrza?a na niego pytaj?co. By?o tu stanowczo za w?sko i za mokro na tak? jazd?, czy on chce si? koniecznie rozbi?? Wyczu?a w nim jakie? dziwne napi?cie, oczy mia? skupione jedynie na drodze przed sob?. Zupe?nie niespodziewanie i ca?kowicie bezsensownie zdaniem Duel, skr?ci? w prawo w pierwsz? lepsz? uliczk?. Nie ujecha? wi?cej jak dwadzie?cia metrów poczym gwa?townie si? zatrzyma?, szybkim ruchem r?ki pogasi? wszystkie ?wiat?a samochodu, wrzuci? wsteczny i zacz?? powoli cofa?.
- Co ty wyprawiasz? - zapyta?a mocno zaniepokojona.
- Zamknij si? - rozkaza? szorstko, ale dziwnie cicho, jakby si? ba?, ?e kto? go us?yszy.
Duel mia?a jakie? dziwne przeczucia wi?c pos?usznie milcza?a. Sebastien cofa? samochód a? do uliczki, któr? przed chwil? jechali. Zaparkowa? na niej ostro?nie w g??bokim cieniu drzewa, umy?lnie omijaj?c miejsce w ?wietle latarni. Zgasi? silnik i zacz?? si? uwa?nie wpatrywa? w czarne BMW zaparkowane kilkadziesi?t metrów od nich.
- Co si? dzieje? - zapyta?a Duel tym razem bardzo stanowczo, zirytowana takim rozwojem wypadków i w?asn? dezorientacj?.
Sebastien nie spuszcza? samochodu z oczu, w ?rodku siedzia?y dwie osoby. Z tej odleg?o?ci i przez ogólnie panuj?c? ciemno?? trudno by?o okre?li? cho?by ich p?e?, trzecia osoba sta?a nachylona przy przednim oknie z prawej strony i zdawa?a si? w ogóle nie zwraca? uwagi na lej?cy deszcz.
- Zdaje si?, ?e Vincent b?dzie mia? dzi? kilku nieproszonych go?ci - odezwa? si? wreszcie.
Duel otworzy?a usta ?eby o co? zapyta?, ale w tym samym momencie osoba przy oknie oderwa?a si? od samochodu i ruszy?a w stron? bia?ego, eleganckiego bloku.
Duel widzia?a co? takiego jak dot?d tylko raz, ale zapami?ta?a bardzo dobrze. Dzi? by? ten drugi raz. Ju? teraz by?a pewna, ?e osob? id?c? wzd?u? ulicy w stron? domu Vincenta by? m??czyzna i to m??czyzna którego ju? raz widzia?a. W prawdzie z du?o wi?kszej chyba nawet odleg?o?ci ni? teraz, ale porusza? si? on specyficznie. Krok mia? w prawdzie szybki i zdecydowany, ale delikatnie utyka? na praw? nog?.
- Ten facet... - powiedzia?a cicho.
- Charles Claude - wyja?ni? Sebastien patrz?c jak obiekt ich obserwacji znika za ?ywop?otem.
- On by? na ?lubie... - zacz??a z przej?ciem powoli pojmuj?c sytuacj?.
- Bo to wierny pies Donata - odpar? jej - To on zdemaskowa? Ines jako szpiega, ostro wtedy oberwa?...
Duel przypomnia?a sobie sytuacje z treningu, kiedy to Blanche potraktowa?a swojego przeciwnika dziwnym chwytem. Zapewne gdyby walka by?a toczona na serio facet mia?by strzaskan? nog?. Ale Blanche chwytu nie doko?czy?a. Z tego co by?o Duel widome, to zarówno Ines jak i Blanche pos?ugiwa?y si? Capoeir? w stopni bardzo zaawansowanym. Obie sp?dzi?y razem kilka lat w Brazylii i by?y jedynymi dwiema osobami w organizacji, które pos?ugiwa?y si? t? sztuk? walki w taki sposób. Nieliczni znali podstawy, jednak nikt nie potrafi? wyprawi? takich rzeczy jak Blanche, przez co sporo osób ba?o si? starcia z ni?, pomimo wi?kszego do?wiadczenia i ogólnej przewagi fizycznej.
- Ines go tak za?atwi?a? - zapyta?a w ko?cu Duel maj?c na my?li to, ?e facet kula?.
- Ines i Blanche pod wieloma wzgl?dami by?y do siebie bardzo podobne - odpar? spokojnie - Ines w prawdzie mia?a wi?cej klasy, ale je?li chodzi o pos?ugiwania si? Capoeir? to by?y tak samo nieobliczalne. Przez d?ugie miesi?ce Claude nie móg? w ogóle chodzi?. Po?ama?a mu obie nogi, lewa zros?a si? dobrze, ale prawa by?a strzaskana. Podobno przeszed? szereg skomplikowanych operacji. Wygl?da na to, ?e uda?o mu si? wróci? w miar? do formy.
Duel poczu?a du?y respekt dla techniki jak? pos?ugiwa?a si? Blanche. Wygl?da?a bardzo niepozornie, a jednak w?ada?a czym? tak skutecznym i zabójczym.
- Co robimy? - zapyta?a wreszcie w napi?ciu i obejrza?a si? na tylne siedzenie gdzie le?a? jej miecz - Mikaboshi.
- Sied? spokojnie, na razie jeszcze nic si? nie dzieje - odpar? i si?gn?? do kieszeni po papierosa - Wygl?da na to, ?e Claude poszed? si? na razie rozejrze?.
- My?lisz, ?e ci? widzia? jak przeje?d?ali?my obok?
- Bardzo mo?liwe, ale to i tak bez znaczenia - w?o?y? peta do ust i przypali? - On nie kojarzy mojego nazwiska z moj? twarz?...
- Jak to?
- Nigdy w ?yciu mnie nie widzia? - wyja?ni? i schowa? zapalniczk? do kieszeni - Ja znam jego wredn? g?b? ze zdj??, Ines mia?a ?eb na karku i tego swojego fotograficznego fio?a, na bie??co dostarcza?a nam podobizny ludzi z otoczenia Donata. I nie przecz?, ?e by?o to bardzo po?yteczne.
- My?lisz, ?e czekali tu a? Vincent wróci? - znowu zerkn??a na tylne siedzenie, ju? j? nosi?o, czu?a jak poziom adrenaliny powoli si? podnosi, uwielbia?a to uczucie.
- Tego jestem pewien. Nale?a?o si? tego pr?dzej czy pó?niej spodziewa?, Vincent rozpoczynaj?c t? swoj? prywatn? wojn? nie zdawa? sobie sprawy w jakie gówno si? pakuje.
- Zosta?o ich tu dwóch, mogliby?my... - zacz??a z dziwnym entuzjazmem, Sebastien widzia?, ?e na sam? my?l o zabijaniu ?renice jej si? niebezpiecznie powi?ksza?y, a g?os przybiera? zupe?nie inny ton.
- Nie mogliby?my - przerwa? jej oschle - Powiedzia?am ci, teraz to jest wojna Vincenta. Jego prywatna sprawa.
- No nie ?artuj! - oburzy?a si? - Ich jest trzech, a Vincent...
- Masz racje, to troch? niesprawiedliwe - wszed? jej w s?owo i u?miechn?? si? z?o?liwie pod nosem - Mo?e gdyby by?o ich pi?ciu...


Vincent po opuszczeniu samochodu Sebastiena ruszy? szybkim krokiem w kierunku swojego domu, w mi?dzyczasie grzebi?c po kieszeniach w poszukiwaniu kluczy. W momencie w którym namaca? w wewn?trznej kieszeni kurtki zimny, metalowy przedmiot zobaczy?, ?e z jego bloku kto? wychodzi. M?oda dziewczyna w powycieranych d?insach, z kapturem od czarnej bluzy naci?gni?tym na g?ow? i z przewieszon? przez rami? szar?, zniszczon? torb?, sz?a w jego kierunku ze wzrokiem utkwionym w ziemi. Vincent znieruchomia? na chwil? nie wierz?c w?asnym oczom.
- Blair... - powiedzia? cicho do siebie, co ona tu do diab?a robi? I to o tej godzinie?!
Dziewczyna równie? si? zatrzyma?a, zupe?nie jakby go us?ysza?a, co by?o fizycznie niemo?liwe i podnios?a na niego wzrok. Przez u?amek sekundy zdawa?o mu si? ?e ona si? ?mieje, ale po chwili dostrzeg? dziwny grymas na jej twarzy. Ruszy?a szybkim krokiem w jego kierunku, zupe?nie jakby mia?a ch?? mu przyla?.
- O której to si? wraca do domu?! - wyrwa? si? z niej niespodziewanie poirytowany okrzyk.
- Dobre pytanie - uda?o mu si? w ko?cu doj?? do siebie i zda? sobie spraw?, ?e nie ma delirium ani nic w tym rodzaju, ona tu naprawd? jest - Czy ty masz poj?cie g?upia dziewucho, która jest godzina? Co ty tu w ogóle robisz?
Blair odruchowo spojrza?a na zegarek, by?o pi?tna?cie po pierwszej. Czu?a si? jakby co? j? nagle trzasn??o, nie mia?a poj?cia, ?e a? tyle czasu min??o, ?e a? tak si? zasiedzia?a, ostatni autobus ju? dawno odjecha?. B?dzie musia?a i?? do stacji na piechot?, nie wiedzia?a tylko czy ma to jakikolwiek sens, by?o wysoce prawdopodobne, ?e poci?gu te? ju? nie z?apie. A deszcz dalej la? i ani my?la? przesta?. Szlag j? trafi?.
- Nie martw si?, nie mia?am zamiaru ci? nachodzi? - warkn??a ze z?o?ci?, w ko?cu to wszystko jego wina - Wszystkiego najlepszego, palancie.
Po tych s?owach wepchn??a mu w r?ce kolorow?, papierow? torebeczk? kompletnie przemoczon? przez deszcz, po czym min??a go z dumnie podniesion? g?ow?, kieruj?c si? w stron? stacji.
Vincent niewiele my?l?c wcisn?? podarunek do kieszeni i ruszy? za ni?. Oczywi?cie, ledwie si? pojawi?a, a ju? podnios?a mu ci?nienie, jak ona si? w ogóle zachowuje? Czy ta dziewczyna jest powa?na?
- "Przecie? to Blair - odpowiedzia? sam sobie - Czego si? spodziewa?e??"
A jednak gdzie? tam w ?rodku cieszy? si?, ?e przysz?a. Przypomnia? sobie s?owa Blanche. Nie ma w tym nic z?ego. A je?li nawet jest, to przecie? jego nie musi to obchodzi?. Prawda by?a taka, ?e t?skni? za t? pyskat? z?o?nic?. I wbrew temu co mówi? czy robi? nie chcia? jej traci? z oczu.
- No i gdzie si? wybierasz? - dogoni? j? i stanowczo chwyci? za rami?.
- Do domu - fukn??a, ale ku jego zdziwieniu nie próbowa?a si? wyrwa?, patrzy?a na niego tylko tymi wielkimi, br?zowymi oczami jakby próbowa?a go prze?wietli? i wyczu?.
- O tej godzinie? W tak? pogod??
- Mo?esz mnie odwie?? - przyzwoli?a ?askawie.
- Nie mog?...- odpar? z rezygnacj? - jestem bez samochodu, troch? dzi? wypi?em i...
- Wiem, czuj? - skrzywi?a si? z niezadowoleniem po czym wzruszy?a ramionami i ruszy?a dalej przed siebie stanowczym gestem zrzucaj?c z siebie r?k? Vincenta - Nie to nie.
No przecie? jej na to nie pozwoli. Do stacji by? kawa? drogi, deszcz la?, by?a pierwsza w nocy, a dzielnica do bezpiecznych nie nale?a?a.
- Blair - zawo?a? za ni?, a ona si? obróci?a z takim wyrazem twarzy jakby pyta?a "co znowu?" - Zosta? dzisiaj u mnie.
Blair o tworzy?a usta mocno zaskoczona tym co us?ysza?a. Mur z?o?ci i pozornej oboj?tno?ci run?? w u?amku sekundy. Poczu?a, ?e uszy i policzki j? piek?, pomy?la?a sobie, ?e to jednak dobrze, ?e jest ciemno i pada. Inaczej by?o by wida?, ?e jest czerwona jak burak.
- No wiesz... - zacz??a m?tnie, co mia?a odpowiedzie??
- No daj spokój, jest pó?no, a pogoda jest pod?a, nie chce mi si? ci? odprowadza? na stacj?. - powiedzia? to z premedytacj?, z rozbawieniem obserwuj?c jej reakcj?.
- No wiesz! - wybuch?a momentalnie i momentalnie odbudowa?a mur z?o?ci, jeszcze grubszy i jeszcze wy?szy - Bez ?aski!
- "Bezczelny!" - pomy?la?a z furi? i odwróci?a si? na pi?cie, ale nie zd??y?a zrobi? nawet dwóch kroków.
Vincent zarzuci? jej na plecy swoj? kurtk? i ramieniem przyci?gn?? j? do siebie. Blair zesztywnia?a.
- Nie d?saj si?, ?artowa?em - us?ysza?a w ko?cu w jego g?osie to co tak lubi?a, to co tak rzadko jej prezentowa? i tak bardzo sk?pi?, zwyk?? czu?o?? - Chcia?bym ?eby? zosta?a. Ale je?li nie chcesz, to idziemy na stacj?.
Blair si? opanowa?a, cho? jego blisko?? rozbraja?a j? ca?kowicie. Zastanawia?a si? o co chodzi. Czemu stara si? ni? tak zamanipulowa?, w co ten facet gra? Zmarszczy?a gniewnie brwi i skierowa?a lustruj?ce spojrzenie na niego.
- Jeste? a? tak pijany czy bawi ci? ko?owanie mnie? - zapyta?a bardzo powa?nie - Najpierw mówisz mi, ?e mam si? do ciebie nie zbli?a? i odczepi? si? raz na zawsze, a teraz prosisz ?eby zosta?a. Jeste? niepowa?ny.
- O prosz?, i kto to mówi - u?miechn?? si? i jednym ruchem r?ki zawróci? j? z powrotem w kierunku swojego domu, nie protestowa?a, cho? doskonale wiedzia?a, ?e powinna - Nie my?l sobie, ?e tylko ty mo?esz zmienia? zdanie co sekund?.
- Odgrywasz si? na mnie? - w tym momencie chcia?a si? zatrzyma?, ale nie pozwoli? jej.
- Nie - odpar? ?agodnie - po prostu nie chc? ?eby? wraca?a do domu taki kawa?, w tak? pogod?.
Dotarli do oszklonych drzwi budynku. Vincent wyci?gn?? klucz, otworzy? i spojrza? na ni? pytaj?co. Ona równie? popatrzy?a na niego z czym? w rodzaju niezadowolenia wypisanego na twarzy.
- Zachowujesz si? jak rasowy pedofil - stwierdzi?a wreszcie krytycznie.
Vincent parskn?? ?miechem.
- Jasne, chod? ze mn? naiwna dziewczynko, mam mleko i ciasteczka w domu - odpar? zach?caj?co - Nie obra? si?, ale jak na moje pedofilskie zap?dy to jeste? troch? za stara. A jak na upodobania zdrowego faceta troch? za chuda i zbyt p?aska.
Wyra?nie widzia? jak brew jej drgn??a, a w oczach b?ysn?? sza?. Vincent powoli zaczyna? pojmowa? schemat jej dzia?a?, podstawow? jego zasad? by?o robienie wszystkiego na odwrót i na przekór drugiej osobie. Zw?aszcza tej, która czym? jej zalaz?a za skór?. A z?o?? by?a motorem nap?dowym wszelkich jej ryzykownych dzia?a?, post?powa?a na zasadzie "ja ci jeszcze poka?? na co mnie sta?!" i zupe?nie nie zwraca?a uwagi na to, ?e sensu w tym za grosz nie ma.
- Strzeli?abym ci? w pysk - powiedzia?a wreszcie g?osem dr??cym od furii - ale jestem dam?.
Po tych s?owach min??a go z dumnie podniesion? g?ow? i ruszy?a po schodach na gór?. Jednak nie by? w stanie przewidzie? do ko?ca jej dzia?a?.
- ?e co ty jeste?? - zapyta? w ko?cu, oszo?omiony jej wypowiedzi?.
- Nie przeginaj! - us?ysza? jej w?ciek?e warkni?cie gdzie? przed sob? i si?gn?? do kontaktu na ?cianie.
Pstrykn??, ale nie da?o to ?adnego efektu. Poczu? co? zimnego w okolicy serca. Zna? to uczucie dobrze. Pieprzony niepokój.
- "To burza - pomy?la? - pewnie gdzie? zrobi?o si? spi?cie i wywali?o korki."
Jednak mimo to czym pr?dzej ruszy? za Blair po schodach, nie chcia? jej traci? z oczu nawet na sekund?.
_________________
I read a book about the self, Said I should get expensive help.

To są właśnie rzeczy
jakie przychodzą mi do głowy
kiedy siedzę w domu podczas burzy,
czekając na telefon od kuratora sądowego
 
 
     
wiedźma z bagna 
Redaktor
...zakała rodu...


Dołączyła: 13 Sie 2010
Posty: 1278
Skąd: z błotnistych bagien
Wysłany: 2010-12-08, 21:33   

Zgadza się. Wcale nie na wyrost. Się Autorka niech nie kryguje, ino bierze pióro w łapę, czy tam laptopa na kolana (to ponoć rakotwórcze) i pisze dalej, bo tu (tzn. raczej tam) zachłanne czytelniczki czekają :-P . Poprawki to kosmetyka.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Styl created by enquish from Slums-Attack.org