Ostatnio przeczytane

Czytałeś ostatnio ciekawą książkę bądź komiks? A może ciekawy artykuł w gazecie? Podziel się tym z nami. Rozpocznij dyskusję na temat ulubionych dzieł literackich i nie tylko.

Moderatorzy: Administratorzy, Moderatorzy, Junior Admini

Awatar użytkownika
attra
Posty: 99
Rejestracja: 27 mar 2013, 16:51

Post autor: attra »

Obrazek

Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy.
Jarosław Grzędowicz

Liczba stron 336
Data wydania 20 lipca 2012


Opis:
Nie wiadomo, czy istnieją niebiosa. Nie wiadomo też, czy istnieje piekło. Jedyne, co jest pewne, to popiół i kurz zalegające piętro wyżej. Tu każdy przedmiot, myśl, uczucie mają swoje Ka – odbicie świata materialnego. Tu pełzają myślokształty, zbierają się skeksy – demony nagłej śmierci, tu przenika zło chcące pożreć, zawładnąć twoją duszą. Tu wędrujesz Ty, gdy nie zdajesz sobie sprawy, że właśnie umarłeś. Witaj w świecie Pomiędzy! Pod cierniowym krzyżem, na którym wisi rozpięty mnich. Mnich, który poznał tajemnicę tego świata i musiał umrzeć dla niej, pozostawiając swojemu przyjacielowi swoisty testament: sięgaj głęboko i znajduj odpowiedzi.

Moja opinia:

Czy jest coś pomiędzy niebem z ziemią?
Według Jarosława Grzędowicza jest świat Pomiędzy.
A w tym świecie - który jest odbiciem realnego świata - pod czerwonym niebem, główny bohater nazywający siebie Charonem, przeprowadza dusze na drugą stronę.
Sam nie wie gdzie, ale czuje, że tak trzeba.
Przez rodzinę uznany za kompletnego świra, po pobycie w szpitalu psychiatrycznym, czasem sam wątpi w swoje umiejętności i dość często zastanawia się czy to co potrafi, to wynik choroby psychicznej, czy może choroba jest wynikiem jego umiejętności.

Świat Pomiędzy to nie jest bezpieczne miejsce, pełno tam groźnych stworzeń i demonów. W tym świecie każdy przedmiot, roślina, drzewo ma swoje Ka, swoją duszę.
Niektóre przedmioty, w realnym świecie kompletnie zniszczone i bezużyteczne, za sprawą silnego Ka w Pomiędzy odzyskują swoją drugą młodość.


Bohatera książki poznajemy w prologu Obol dla Lilith, gdy pomaga swojemu siostrzeńcowi w rozwiązaniu zagadki morderstwa jego ukochanej.
Krótkie wprowadzenie, a czytelnik ma możliwość poznania głównego bohatera, dowiedzenia się czym prawdopodobnie jest świat Pomiędzy i jak to się stało, że bohater książki potrafi do niego wchodzić, mimo, że nie umarł. Oraz czym się zajmuje w tym mrocznym świecie.

Narracja w książce jest pierwszoosobowa, więc dopiero po pewnym czasie zorientowałam się, że autor nie zdradził czytelnikowi jak nazywa się jego bohater. W świecie pomiędzy on sam nazwał się Charonem.

W dalszej części książki główny bohater zostaje uwikłany w rozwiązanie tajemnicy śmierci swojego przyjaciela – mnicha Michała, co prowadzi go do tajemniczego bractwa Cierni.

Akcja książki jest bardzo dynamiczna. Wiele się dzieje, nasz samozwańczy Charon wiele razy dostaje potężny łomot – w każdym ze światów.
Próbuje poskładać elementy układanki, jednocześnie walcząc o przeżycie.
Jarosław Grzędowicz stworzył niesamowicie ciekawy świat, świetnie prowadził akcję. Muszę przyznać, że kilka razy mnie zaskoczył, trochę przestraszył, a nawet raz czy dwa rozbawił.
Jego bohater nie jest żadnym nadczłowiekiem ani superbohaterem. To człowiek z krwi i kości. Ze swoimi słabościami, dylematami, popełniający błędy.
Mimo wszystko nie sposób go nie polubić. Jego poczucia humoru, sarkazmu i dystansu do samego siebie.

Świat Pomiędzy, to fascynujące, ale i przerażające miejsce. Coś, co mogłabym uznać za czyściec i spokojnie tak go sobie wyobrażać. To przystanek w przejściu dalej.
Miejsce mroczne, gdzie nie każda dusza zdaje sobie sprawę, że jej ciało już nie żyje.

Popiół i kurz, to wyjątkowo wciągająca powieść. Autor ma styl pisania, który bardzo mi się podoba. Taki bez owijania w bawełną, bez upiększania rzeczywistości. Jeśli coś jest białe, to takim ukazuje go autor. Bez zbędnych ceregieli.
Mimo jego upiorności, polubiłam świat Pomiędzy.
Jest to jedna z tych książek, do których wracam co jakiś i z przyjemnością daję się porwać do świata pomiędzy, gdzie wraz z bohaterem przeżywam niesamowite przygody.
książki to mój jedyny nałóg

Moje czytanie
http://miszmasz79.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2945
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Fangirl
Autor: Rainbow Rowell

Tłumaczenie: Magdalena Zielińska
Liczba stron: 464
Wydawnictwo: Otwarte

Opis:
Wren i Cath to siostry bliźniaczki „podobne” do siebie jak ogień i woda. Wren chce w życiu spróbować wszystkiego. Lubi imprezować, randkować i poznawać nowych ludzi. Cath woli siedzieć w ich wspólnym pokoju i pisać fanfiction do książki, która zawładnęła całym jej światem. Jest fanką nastoletniego czarodzieja Simona Snowa. Wróć! Jest Prawdziwą Fanką, która… ma swoich własnych fanów, bo pisze fanfiki o Simonie.

Mimo że tak różne, dziewczyny są nierozłączne.

Gdy bliźniaczki rozpoczynają naukę w college’u, ich drogi się rozchodzą – Wren nie chce już mieszkać z siostrą. Cath musi opuścić swój bezpieczny świat i stawić czoła rzeczywistości. Na swojej drodze spotyka Reagan (Cath prędzej dogadałaby się z Marsjaninem niż z nią) i wiecznie uśmiechniętego Leviego (czy on kiedyś zrozumie, co to jest przestrzeń osobista?) oraz panią profesor od kreatywnego pisania (która wszelkie fanfiki uważa za plagiaty).

„Fangirl” to opowieść o przyjaźni wbrew różnicom i o trudnej sztuce dojrzewania. To historia o ludziach, którzy kochają książki tak bardzo, że stają się one ich całym światem.

Komentarz:
Nie lubię fanficów. Sama idea takich tworów jest mi wstrętna (zwłaszcza od czasu poznania strony Przyczajona logika, ukryty słownik). Szczególną niechęcia darzę te opka, które zmieniają bohaterów heteroseksualnych w postacie homoseksualne na zasadzie „bo tak mi się podoba”, „bo nie mam co innego do roboty” – to jest już, jak dla mnie, zbyt duża ingerencja w kanon. Nie hejtuję tego zbyt aktywnie, bo staram się trzymać z dala od takich koszmarków, ale niestety ta książka nie dała mi wyboru i musiałam obcować z tą nie do końca literaturą (mam na myśli FF, a nie „Fangirl”). Na szczęście – to trzeba przyznać – opka bohaterki są całkiem zgrabne, więc gdy je czytałam, aż tak bardzo mnie nie raziły. Za to już od pierwszej strony lekko mnie zniechęciło totalne zainspirowanie się Harry Potterem w kwestii serii, na punkcie której oszalała główna postać… Ogólnie wszystko było w porządku, to jedynie te elementy mnie dystansowały od całej historii.

Do czasu.

W którymś momencie książka zmieniła wydźwięk, bohaterka zdawała się już nieco mniejszym podziwem darzyć ideę fan fiku. Dalej to lubiła, ale przestała się (z reguły) już w tym zmykać, dzięki czemu i mnie było to łatwiej przełknąć.

Odłóżmy jednak na bok tę sprawę, a przejdźmy do postaci.

Nie można nie wspomnieć, że autorka stworzyła ciekawe charaktery. A przede wszystkim całkiem wierny obraz fanki (no, może bardzo ekstremalnego przykładu tejże). Jejku, naprawdę trudno to ocenić. W końcu wszyscy tu jesteśmy fanami, może nie tak aktywnymi i ingerującymi w twórczość i świat przedstawiony, ale jednak. W każdym razie dobrze, szybko i ciekawie się o tym czytało. :-) Zwłaszcza, że nie ma tu natrętnego, wulgarnego wątku miłosnego. To, co się tu pojawia, jest urocze i przyjemne.

Jestem całkowicie świadoma, że jest to młodzieżówka. I z pełną świadomością stwierdzam, że jest to urocza, interesująca młodzieżówka, którą bez wahania można podetknąć młodszym. I w sumie też tym nieco starszym, którzy lubią takie klimaty.

A, i jeszcze jedno. Podobało mi się znacznie bardziej niż "Eleonora i Park". :-)
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
attra
Posty: 99
Rejestracja: 27 mar 2013, 16:51

Post autor: attra »

Obrazek


Zanim się pojawiłeś. Jojo Moyes
tytuł oryginału Me Before You
data wydania 11 września 2013
liczba stron 384

Opis:
Dwudziestosześcioletnia Lou spotyka na swej drodze Willa. Ona właśnie straciła pracę i rozstała się ze swoim chłopakiem, a on po wypadku samochodowym nie ma chęci do życia i chce je sobie odebrać. Will nie wie jeszcze, że Lou wtargnie w jego życie niczym kolorowy ptak.

Czy wielka miłość, nawet bolesna, naprawdę może przezwyciężyć frustrację, zniechęcenie i natarczywe myśli o samobójstwie? Doskonale rozegrana psychologicznie, sugestywna powieść o sile uczuć i magicznym wpływie człowieka na człowieka.

Moja opinia:
Książka zaczyna się dość niepozornie, dwudziestosześcioletnia Lou traci pracę w kawiarni. Gdy nie może znaleźć nowej, w akcie desperacji przyjmuje posadę opiekunki trzydziestopięcioletniego Willa.
Mężczyzna na wskutek wypadku został sparaliżowany (porażenie czterokończynowe), a jego rodzice prócz wykwalifikowanego pielęgniarza, zatrudniają również Lou jako towarzystwo i opiekę dla syna.
Mimo trudnych początków, czyli wzajemnej niechęci Lou i Willa, rodzi się między nimi uczucie, które wpłynie na ich życie.
Will nie chce wieść bolesnej wegetacji, a Lou ma pół roku, aby mu pokazać, że życie nawet z jego chorobą, ma swoje szczęśliwe chwile.

Nie można odmówić autorce poruszenia bardzo trudnego tematu. Każdy z nas choć raz pomyślał o tym, jak przerażająca jest wizja całego życia spędzonego w bezruchu i byciu zdanym na nieustającą pomoc innym, bez możliwości decydowania o samym sobie.
A tak właśnie czuje się Will, który ma tylko możliwość poruszania głową i ledwie odczuwalnie jedną dłonią.
Z mężczyzny, który czerpał z życia pełnymi garściami, w ciągu jednej chwili stał się człowiekiem, który stracił nadzieję, a jego jedynym marzeniem jest, aby jego cierpienie się skończyło.
Mimo, że temat jest trudny, to Jojo Moyes poradziła sobie z nim wspaniale.
Bardzo dobrze nakreśliła psychologiczną stronę powieści, dzięki czemu nie jest to ckliwy romans, a niesamowicie poruszająca historia o sile uczucia, życiu jako wartości samej w sobie, oraz pogodzeniu się z losem i decyzjami, z którymi zmagać nie powinien się nikt.


Czytając „Zanim się pojawiłeś” doświadczałam wielu różnych emocji. Od śmiechu, poprzez frustrację, gniew, aż po łzy.
Każdy kolejny dzień, który Lou spędzała z Willem sprawiał, że coraz mocniej ich lubiłam. Autorka świetnie nakreśliła głównych bohaterów oraz tych drugoplanowych – rodzinę Lou oraz Willa. Pokazywała ich wady, smutki i trudności, z którymi zmagali się każdego dnia.
Rodzina Lou z biedą, lękiem przed utratą pracy, a rodzina Willa z jego chorobą, rozpadem małżeństwa oraz decyzjami Willa, na które nie mieli wpływu.

Mimo wielu momentów, które wywoływały uśmiech czy wręcz śmiech, książka jako całość jest przejmująco smutna.
Pokazuje, że nie da się oszukać rzeczywistości, sprawić, żeby choroba była lżejsza, a życie z nią łatwiejsze.

Książka mnie oczarowała, zachwyciła, wzruszała, rozśmieszała. Na końcu doprowadziła do łez, po to, aby wstrząsnąć mną mocny i krzyknąć prosto w twarz „doceniaj życie, doceniaj każdy jeden dzień”.
„Zanim się pojawiłeś” to jedna z tych książek, które sprawiają, że człowiek śmieje się, jednocześnie płacząc. Daje czytelnikowi taki ładunek emocji, że czasem ciężko było je wszystkie w sobie pomieścić.
Zapada w pamięć i jeszcze długo po zakończeniu lektury nie mogłam przestać myśleć Lou i Willym.
Ostatnio zmieniony 07 lut 2016, 20:04 przez attra, łącznie zmieniany 1 raz.
książki to mój jedyny nałóg

Moje czytanie
http://miszmasz79.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2945
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Trylogia Więzień Labiryntu
Autor: James Dashner
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Tomy: Więzień labiryntu, Próby ognia, Lek na śmierć

Opis pierwszego tomu:
Światowy bestseller, na podstawie którego powstał film wytwórni Twentieth Century Fox. Film już w kinach!

"Więzień labiryntu" to pierwszy tom trylogii amerykańskiego autora Jamesa Dashnera, która stała się światowym bestsellerem i jest uznawana za jedną z najlepszych książek tego gatunku, obok takich tytułów jak "Igrzyska Śmierci" czy "Niezgodna".

"Więzień labiryntu" to pełna akcji i nieustającego napięcia książka, która chwyci czytelnika za gardło, i nie puści aż do ostatniej strony, ponieważ każde wejście do Labiryntu może stać się przepustką do koszmaru, i walką na śmierć i życie...

Kiedy Thomas budzi się w ciemnej windzie, jedyną rzeczą jaką pamięta jest jego imię. Kiedy drzwi się otwierają jego oczom ukazuje się grupa nastoletnich chłopców, która wita go w Strefie – otwartej przestrzeni otoczonej wielkimi murami, która znajduje się w samym centrum wielkiego i przerażającego labiryntu.

Podobnie jak Thomas, żaden z mieszkańców Strefy nie wie z jakiego powodu się tu znalazł i kto ich tu zesłał. Czują jednak, że ich obecność nie jest przypadkowa i każdego ranka próbują znaleźć odpowiedź, przemierzając korytarze otaczającego ich labiryntu. Jednak ta droga nie jest łatwa, bowiem labirynt skrywa swoje okrutne tajemnice.

Kiedy następnego dnia po Thomasie windą do Strefy po raz pierwszy zostaje dostarczona dziewczyna przynosząc tajemniczą wiadomość, wszyscy Streferzy zdają sobie sprawę, że od tej pory nic nie będzie już takie jak było. Thomas podświadomie czuje, że to właśnie on i dziewczyna są kluczem do rozwiązania zagadki Labiryntu i znalezienia wyjścia. Ale z każdą chwilą czasu na to jest coraz mniej, a pytań wciąż więcej.

Dlaczego w ogóle znaleźli się w Strefie?
Jaka jest ich rola?
Kim są Stwórcy, którzy sprawują nad nimi kontrolę?
Czym jest labirynt i czy można znaleźć z niego wyjście?
Jaką cenę przyjdzie im za to zapłacić i czy są na to gotowi?

Szansa jest tylko jedna:
Znajdź wyjście albo giń.

Komentarz:
Trylogia „Więzień Labiryntu”, czyli historia o nastolatkach wciągniętych w badania pseudonaukowe oraz wielkiej epidemii. Tutaj opinia z naciskiem na ostatni tom.

Czasem się zastanawiam, po co niektórzy biorą się za pisanie, chociaż w sumie nie mają dobrego pomysłu. O ile „Więzień labiryntu” jeszcze takowy mógł posiadać (zapewne można by te wydarzenia ciekawie rozwinąć), to w kolejnych tomach już go brakowało. Coś tam sobie autor uroił, ale nie było to nic nawet w przybliżeniu prawdopodobnego.

Cały plan na tę książkę był idiotyczny i bezsensowny – James Dashner nie starał się swej książce nadać wiarygodności. Wyglądało to – zwłaszcza w trzecim tomie – jakby autor wymyślał wydarzenia na bieżąco, bo w zasadzie nie wiedział, jak to się powinno potoczyć. Gdy stwierdzał, że coś się powinno zacząć dziać, wywlekał jakieś zdarzenie, nieważne, czy pasowało i było możliwe, czy nie. Byle tylko mógł akcję popchnąć dalej. Ostatni tom to takie totalne pitu-pitu o niczym konkretnym.

Zastanawiam się, co sobie autor myślał, tworząc swój świat i obmyślając szczegóły. Weźmy chociaż to nieszczęsne miasto z trzeciego tomu. Autor zaprezentował teren pełen ludzi zdrowych, którzy jeszcze się trzymają, ale wśród nich pojawiają się obiekty zarażone. I co robią ludzie dookoła, gdy widzą zarażonego? Nic! W takiej sytuacji nie umiem sobie wyobrazić innej sytuacji niż wręcz skrajne przewrażliwienie i zgłaszanie sąsiadów i ludzi dookoła, gdy choć trochę podejrzanie się zachowują. Na pewno nie byłoby możliwe ignorowanie takich przypadków przez zdrowych. Ludzie tacy nie są, a autor musi się chyba tego najwyraźniej nauczyć – człowiek musi się zachowywać jak człowiek, bo inaczej jest tylko papierową kukiełką.

Poza tymi wszystkimi irytująco bezsensownymi elementami nie było najgorzej. Czytało się jako tako – nie było to szczególnie wciągające, ale też nie musiałam się zmuszać do lektury kolejnego rozdziału. W sumie nawet całkiem przyjemne i nieproblematyczne czytadło. Jak ktoś nie ma pomysłu, co ze sobą zrobić, to może sięgnąć po tę książkę, ale jeśli tego nie zrobi, raczej wiele nie starci. Ot, po prostu młodzieżówka.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
attra
Posty: 99
Rejestracja: 27 mar 2013, 16:51

Post autor: attra »

Obrazek

Porwana pieśniarka
Danielle L. Jensen

tytuł oryginału Stolen Songbird
data wydania 13 stycznia 2016
ISBN 9788364297670
liczba stron 432

Opis:
Od pięciu stuleci trolle nie mogą opuszczać miasta pod ruinami Samotnej Góry. Więzi je klątwa czarownicy. Przez wieki wspomnienia o ich mrocznej i złowrogiej magii zatarły się w ludzkiej pamięci. Niespodziewanie pojawia się przepowiednia o związku, który złamie potężne zaklęcie. W Cécile de Troyes rozpoznano kobietę z przepowiedni. Zostaje więc porwana i uwięziona pod górą. Od pierwszej chwili w podziemnym mieście dziewczyna myśli tylko o jednym – o ucieczce. Trolle, które ją uprowadziły, są jednak inteligentne, szybkie i nieludzko silne. Porwana musi czekać na właściwy moment i stosowną okazję.

Z biegiem czasu dzieje się coś niezwykłego – w sercu Cécile kiełkuje uczucie do tajemniczego księcia, z którym została związana ślubem. Dziewczyna poznaje kolejne osoby, nawiązuje przyjaźnie i powoli uzmysławia sobie, że może być jedyną nadzieją dla mieszańców zniewolonych przez trolle czystej krwi. W mieście wybucha bunt. A Tristan, jej książę i przyszły król, jest jego tajnym przywódcą.

W miarę zanurzania się w świat skomplikowanych intryg politycznych podziemnego świata Cécile przestaje być córką prostego rolnika, staje się księżniczką, nadzieją całego ludu i czarownicą obdarzoną mocą dość potężną, by na zawsze zmienić Trollus, podziemne miasto.


Moja opinia:

Porwana Pieśniarka autorstwa Daniele L. Jensen, to pierwszy tom trylogii Klątwy.
Piękna okładka i opis z tyłu książki zaciekawiły mnie i zachęciły do kupna i lektury.
Od razu się przyznam, że opis nie sugerował, że to książka młodzieżowa.
A taką niewątpliwie jest Porwana Pieśniarka.
Gdy się zorientowałam, że to książka dla młodszego czytelnika, akcja zrobiła się już na tyle ciekawa, że chciałam czytać dalej.

Główna bohaterka – Cecile – ma 17 lat i jest szkolona na śpiewaczkę operową. W dniu swoich urodzin, gdy niedługo ma wyjechać do matki (również śpiewaczki), zostaje porwana i dostarczona do wnętrza góry, w której od pięciu stuleci żyją, uwięzione przez klątwę czarownicy Trolle.
Trolle , to rasa inteligentnych, nadludzko silnych stworzeń, władających potężną magią.
A że są również pięknie, to taki mały dodatek.
Nie mogę opuszczać góry, wewnątrz której zbudowali swoje miasto Trollus. Żyją w wiecznym mroku, a ich jedyną nadzieją na wyjście na światło dzienne, jest realizacja przepowiedni.
Przepowiedni, która mówi, że tylko ludzka kobieta, z którą połączy się syn króla trolli, zdejmie klątwę i uwolni trolle z ich więzienia.
Tą kobietą wg nich jest Cecile, a królewskim synem Tristan.
Młodzi ludzie zostają sobie poślubieni, a cała społeczność wstrzymuje oddech, czekając na spektakularne zdjęcie klątwy.
Dziewczyna wiedząc, że nie ma szans na ucieczkę postanawia więc poczekać, aby wykorzystać odpowiedni moment i uciec z niewoli.


Wbrew stereotypom, trolle to nie brudne i bezmyślne stworzenia rodem z Władcy Pierścieni.
To stworzenia inteligentne, uzdolnione. Mają czucia, marzenia, troski i radości. Tak jak ludzie.
Od ludzi odróżnia ich niewiele, magia, wygląd, okrucieństwo ich arystokracji.
Trolle tworzą społeczność tak samo jak ludzie.
Więc jest król, rodzina królewska, arystokracja, klasa średnia i służący. A każdy mieszaniec – czyli potomek trolla i człowieka – jest wg niektórych czymś gorszym niż śmieć pod ich butami.

Podoba mi się pomysł na pokazanie trolli. Podoba mi się również fabuła. Niestety główni bohaterowie mają po 17 lat i o ile Tristan wydaje się być dojrzalszy jak na swój wiek, o tyle Cecile – przynajmniej początkowo – irytowała mnie swoją bezmyślnością i infantylnością.
Z czasem się to zmieniło, a dziewczyna stała się zdecydowanie ciekawszą postacią.
Wątek rodzącego się uczucia pomiędzy dziewczyną i Tristanem początkowo był mało wyrazisty. Po prostu uczucie się pojawia i jest. Dopiero z czasem autorka nadaje mu głębi. Wydaje mi się, że przyczyną tego może być fakt, że na początku książki, akcja pędzi w niesamowitym tempie. Wszystkie wydarzenia dzieją następują po sobie bardzo szybko, przez co i bohaterowie i akcja wydają się być płaskie i powierzchowne.

Na szczęście w pewnym momencie wszystko zwalnia, a autorka zaczyna więcej uwagi poświęcać wykreowanemu przez siebie światu i bohaterom.
Nie tylko para głównych bohaterów nabiera pewnej wyrazistości, ale również postacie drugoplanowe.
Cecile nawiązuje przyjaźnie, poznaje sytuację uciskanych mieszańców oraz podłość i okrucieństwo arystokracji. Zostaje wplątana w knowanie, spiski i polityczne rozgrywki.
Zaczyna darzyć sympatią i szacunkiem mieszańców, którzy cierpią pod panowaniem arystokratycznych rodów, postanawia również, że będzie dążyła do zdjęcia klątwy za wszelką cenę, aby umożliwić im życie na wolności.

Muszę przyznać, że pierwsza połowa książki, mimo iż ciekawa, to jednak nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia.
Wszystko było poprawne. I tylko poprawne.
Natomiast druga połowa zdecydowanie mnie zaskoczyła pozytywnie. Autorka wprowadziła kilka niespodziewanych zwrotów akcji, w ciekawy sposób rozwinęła wątek uczucia pomiędzy młodymi małżonkami. Na szczęście rodząca się miłość, nie staje się dominującym elementem książki.
Fabuła nabrała pewnej głębi i stała się bardzo wciągająca.
A dodatkowo Cecile nieoczekiwanie rozwiązuje pewne tajemnice, dzięki czemu nie tylko ma szansę zdjąć klątwę z Trollus, ale również odkrywa, że sama jest czarownicą i posiada moc.

Książka, mimo, że to literatura kierowana do trochę starszej młodzieży, przypadła mi do gustu.
To dobry kawał fantasy, z bardzie ciekawie wykreowanym światem i fajnymi bohaterami.
Autorka nie idealizuje trolli, nie ukrywa ich okrucieństwa. Pokazuje, że nierzadko pod piękną powierzchownością, ukrywa się zły charakter i brak serca. Ukazuje również, że rządza władzy, bogactwa i panowania nad słabszymi, to nie tylko domena ludzi.

Książką czytało mi się bardzo dobrze, Daniele L. Jansen ma lekkie pióro i potrafi w malowniczy sposób opisać stworzony przez siebie świat i rządzące nimi reguły.
Pomimo dość nijakiego początku, zbyt szybko galopującej akcji i pewnych zachować Cecile, które wywoływały u mnie zgrzytanie zębami, autorka poprowadziła akcję w sposób ciekawy, pozwoliła pozytywnie zmienić się swoim bohaterom, czym wynagrodziła czytelnikowi swoje początkowe potknięcia.
A zakończenie sugeruje, że kolejny tom ma szansę mocno zaskoczyć czytelnika.
I choć to literatura młodzieżowa – a z tym wiekiem pożegnałam się już dość dawno temu – to na pewno sięgnę po kontynuację Porwanej Pieśniarki.
Bo to dobra rozrywka, niewymagająca wielkiego skupienia, ciekawa historia, bohaterowie, których się lubi, wątek romantyczny, który nie jest zbyt nachalny i nie zagarnia dla siebie całej fabuły.
Moim zdaniem lektura tej książki to przyjemnie spędzony czas i historia do której czytelnik będzie chciał wrócić, więc z przyjemnością sięgnie po koleje tomy.

http://miszmasz79.blogspot.com/2016/02/ ... ensen.html
książki to mój jedyny nałóg

Moje czytanie
http://miszmasz79.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2945
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Wszystkie jasne miejsca
Autor: Jennifer Niven

Wydawnictwo: Bukowy Las
Seria wydawnicza: Myślnik
Tłumaczenie: Donata Olejnik
Data premiery: 21 października 2015
Wymiary: 135 mm × 205 mm
Liczba stron: 424

Opis:
Odważna opowieść o miłości, przeżywaniu życia i dwojgu młodych ludzi, którzy znajdują siebie nawzajem, gdy stoją na skraju przepaści.
Theodore jest zafascynowany śmiercią. Codziennie rozmyśla nad sposobami, w jakie mógłby pozbawić się życia, a jednocześnie nieustannie szuka – znajdując – czegoś, co pozwoliłoby mu pozostać na tym świecie. Violet żyje przyszłością i odlicza dni do zakończenia szkoły. Marzy o ucieczcie od małego miasteczka w Indianie i niemijającej rozpaczy po śmierci siostry.
Kiedy Finch i Violet spotykają się na szczycie szkolnej wieży – sześć pięter nad ziemią – nie do końca wiadomo, kto komu ratuje życie. A gdy ta zaskakująca para zaczyna pracować razem nad projektem geograficznym, by odkryć „cuda” Indiany, ruszają – jak to określa Finch – tam, gdzie poprowadzi ich droga: w miejsca maleńkie, dziwaczne, piękne, brzydkie i zaskakujące. Zupełnie jak życie.
Wkrótce tylko przy Violet Finch może być sobą – śmiałym, zabawnym chłopakiem, który, jak się okazuje, wcale nie jest takim wariatem, za jakiego go uważają. I tylko przy Finchu Violet zapomina o odliczaniu dni, a zaczyna je przeżywać. Jednak w miarę jak świat Violet się rozrasta, świat Fincha zaczyna się gwałtownie kurczyć.

Komentarz:
Zwróciłam uwagę na ten tytuł kilka tygodni temu. „Wszystkie jasne miejsca” były nominowane do nagród Goodreads w kategorii YA. I wygrały, w dodatku sporą przewagą głosów. To w sumie wszystko, co wiedziałam o tej książce, bo oczywiście – jak zwykle – nie przeczytałam żadnej recenzji, komentarza, ani nawet opisu.

„Wszystkie jasne miejsca” to powieść bardzo podobna to twórczości Johna Greena – i pod względem tematu, i wydarzeń, bohaterów i ciekawego pomysłu na tychże. I kolejno mamy tu Wielkie Potwierdzenie, czyli prawie Wielkie Być Może z „Szukając Alaski”, przygodę i poszukiwania z „Papierowych miast”, pewne elementy zbliżone go „Gwiazd naszych wina” i kreację podobną to koronnych bohaterów Greena. To nie jest absolutnie kalka tych pomysłów, a tym bardziej kalka tych powieści. Książka Jeniffer Niven to coś nowego, innego, choć można dostrzec pewne podobieństwa do wspomnianego autora – przy czym każde z nich jest plusem „Wszystkich jasnych miejsc” i podejrzewam, że mogły nie być w ogóle zamierzone. Niemniej jeśli komuś podobał się Green, powinien spróbować Niven.

Kilka słów na temat opisywanej powieści? Ciekawa, wciągająca, inteligentnea, wzruszająca, poruszająca ważne tematy, działająca na emocje. Czyli w skrócie dobrze napisana młodzieżówka. Powiem szczerze, gdybym była osobą, która pozwala sobie na zarywanie nocek, z tą książką na pewno by do tego doszło – czytałam do późna i siłą zmusiłam się do jej odłożenia. Czyta się ją błyskawicznie i bez żadnych problemów.

Autorka &#8211; jak to zawsze bywa &#8211; postawiła na bohaterów z problemami, ale przedstawiła ich w naprawdę sprawny, zgrabny sposób, kształtując ich tak, by wyglądali jak prawdziwi, nie dodając im super mocy i sztucznej obstawy w stylu amerykańskich filmów. Fabuła również jest dobrze pomyślana i, choć może nieszczególnie oryginalna, to nadal ciekawa. Myślę, że &#8222;Wszystkie jasne miejsca&#8221; bez wahania można podkładać młodzieży pod nos. I wiecie co, dla takich książek mam nadzieję, że nie wyrosnę z tego gatunku (chociaż podejrzewam, że już od jakiegoś czasu to się dzieje :< ) &#8211; świetnie się przy nich spędza czas i doładowuje baterie.

Polecam. Młodzieżówka warta przeczytania.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2945
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek Obrazek
Tytuły:
Ten jeden dzień
Ten jeden rok

Autor: Gayle Forman
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 384 i 368

Opis
pierwszej części:
Kolejna książka bestsellerowej autorki "Zostań, jeśli kochasz" i "Wróć, jeśli pamiętasz".
Życie Allyson jest poukładane, zaplanowane, uporządkowane. Ale wystarczy jeden dzień, by wszystko się zmieniło&#8230; Pod koniec swoich europejskich wakacji Allyson poznaje Willema, obiecującego młodego aktora i wolnego ducha. Chłopak różni się od Allyson pod każdym względem. Kiedy jednak namawia ją, aby zmieniła plany i pojechała z nim do Paryża, dziewczyna się zgadza&#8230; Ta spontaniczna, nietypowa dla niej decyzja rozpocznie dzień pełen ryzyka i emocji, wyzwolenia i intymności. Nadchodzące 24 godziny mogą zmienić życie Allyson na dobre&#8230;
"Ten jeden dzień" to romantyczna i wciągająca opowieść o miłości, podróży i niezwykłych przypadkach losu. Już wkrótce ciąg dalszy tej historii w książce "Ten jeden rok".

Komentarz:
Od jakiegoś czasu mam lekkie ciągoty do młodzieżówek i romansów &#8211; są lekkie, przyjemne, szybko się je czyta, a wciągnąć też potrafią. Pozostając w tym trendzie, wypożyczyłam w bibliotece &#8222;Ten jeden dzień&#8221;, a potem &#8222;Ten jeden rok&#8221; &#8211; obie książki należące do tej samej serii napisanej przez Gayle Forman.

Te dwie książki są swoim dopełnieniem. Nic się nie stanie, jeśli przeczyta się sam pierwszy tom, ale w takiej sytuacji pozna się tylko jedną część tej historii. Okres przedstawiony w obu powieściach jest zbliżony &#8211; jedynie narracja książek jest prowadzona z różnych perspektyw (co nie znaczy, że czytamy o tych samych wydarzeniach, co to, to nie). Z powodu takiego, a nie innego zakończenia, z pierwszej książki nie da się poznać nawet fragmentu drugiej strony monety. I tak właśnie po lekturze &#8222;Tego jednego dnia&#8221; nie widziałam tej historii jako rozwiązanej, zakończenie bowiem nic tak naprawdę nie pokazało, nie wyjawiło, jak to się ostatecznie skończy. Jedynie, że bohaterka doszła do ładu sama ze sobą i nie żałuje niczego. Można na tym poprzestać, ale ja wolałam zobaczyć więcej. I tak właśnie zabrałam się za &#8222;Ten jeden rok&#8221;. Może to głupie, ale tak się wkręciłam w tę sytuację, że niemal spodziewałam się, że wszystko może potoczyć się inaczej. W dodatku autorka lubi sobie z czytelnikiem pogrywać i w środku książki tworzyła sytuacje, które prawie że mogłyby rozwiązać wszystko &#8211; a ja tylko mogłam sobie myśleć &#8222;no nie, tak było blisko!&#8221;.

Mając dwie książki, bardzo trudno się powstrzymać od porównania ich. Jednak w przypadku tych dwóch chyba nie jestem w stanie zdecydować, która była lepsza, ciekawsza czy bardziej warta przeczytania. W &#8222;Tym jednym dniu&#8221; wszystko było nowe, nie miałam pojęcia, jak to się potoczy, no i głównym wątkiem była historia z bardziej wyrazistym wątkiem romantycznym &#8211; w żadnym razie nie dominującym, ale istotnym. Z kolei &#8222;Ten jeden rok&#8221; ma owy wątek w tle i ze względu na fakt, że zna się już pierwszy tom, czytelnik doszukuje się go tutaj, ale nie o niego chodzi tu przede wszystkim (poza nim jest masa interesujących wątków i elementów). Gdyby zabrać się do tego tomu, nie znając poprzedniej części, myślę, że wątek Lulu zszedłby na bardzo daleki plan, jako jedynie duch przeszłości. Być może nieco bardziej jestem przychylna dwójce, aczkolwiek nie jestem w stanie określić jednoznacznych powodów takiego wyboru.

Swoją drogą autorka nawiązała tu do swojej innej książki, wspominając jej bohatera, i jestem ciekawa, czy zawsze tak robi. Bo może być ciekawie odkrywać takie szczególiki. :-) Zresztą nie tylko tutaj, ale w każdej książce.

Ogółem obie części są ciekawe, przyjemne, dobrze się je czytało, a co najlepsze nie były to tytuły z tego całego zalewu przeciętnych powiastek dla młodzieży. Moim zdaniem &#8222;Ten jeden dzień/rok&#8221; odróżnia się od reszty, choć to nadal YA z romansem w tle. Myślę, że warto przeczytać. Miłe, przyjemne, bezproblemowe, wciągające i całkiem zgrabnie napisane. :-)
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
attra
Posty: 99
Rejestracja: 27 mar 2013, 16:51

Post autor: attra »

Obrazek
Uczta dusz. Tom 1 Trylogii Magistrów
Celia Friedman


Opis:
W tym świecie magia wymaga największej ofiary. Są nią ludzkie dusze.
Magowie skrywają mroczny sekret. Czerpią moc z dusz ludzi, wykradając im życiową energię. Do tajemnicy dopuszczani są tylko mężczyźni, kobiety mogą być jedynie czarownicami &#8211; korzystając z ognia własnej duszy, każde użycie magii okupują skróceniem życia.
Odwieczny porządek zachwieje Kamala, młoda kobieta, która poznała sekret magów i jako pierwsza chce zostać Magistrem. Ci jednak woleliby ujrzeć ją martwą, niż przyjąć w swoje szeregi.
Tymczasem na północy budzi się dawno zapomniane zło, gotowe znów zagrozić krainie ludzi.

Moja opinia:
Uczta Dusz, to pierwszy tom Trylogii Magistrów.
Książka ta dość długo leżała na mojej półce, bo zawsze miałam coś innego do przeczytania. Aż nadszedł ten dzień, gdy sięgnęłam po nią.
I nie żałuję.

Akcja Uczty Dusz dzieje się w świecie podzielonym na kilka krain, w których najpotężniejszymi osobami są Magistrzy &#8211; czarnoksiężnicy, władający nieograniczoną mocą i nieśmiertelnością. Żyją tam również czarownice i czarownicy, którzy również władają magią. Ale każdy czar i użycie przez nich magii skraca ich życie.
Dzieje się tak, gdyż magia pochodzi z duszy człowieka, który nią włada. A wykorzystana w całości prowadzi człowieka do śmierci.
Dzieje się tak z każdą czarownicą i czarownikiem, ale nie z Magistrami. Oni posiedli sekret wiecznego życia. Również korzystają z magii duszy &#8211; tyle, że innych ludzi.
Jest to najpotężniej strzeżona tajemnica Magistrów, do których dostęp mają tylko mężczyźni.
W przeciągu wieków uznali oni bowiem, że żadna kobieta nie ma możliwości aby stać się Magistrem.
Do czasu pojawienia się Kamali&#8230;

Kamala to młoda dziewczyna, którą matka sprzedawała jako prostytutkę. Dziewczyna wyczuła w sobie moc i postanowiła wbrew wszystkiemu zostać Magistrem.
Dzięki pomocy innego Magistra udaje się jej tego dokonać, ale cena jaką za to zapłaci będzie bardzo wysoka.
W dodatku dawno zapomniane Zło budzi się znów do życia i zaczyna zagrażać wszystkim krainom ludzi.
Nad tym aby to zło nie powróciło, czuwają wojownicy z rodów Protektorów &#8211; ludzie zamieszkujący zimną i surową północ.
Ale nawet oni nie będą w stanie przewidzieć tego co nadejdzie.

Muszę powiedzieć, że początek Uczty Dusz zupełnie mnie nie wciągnął. Czytałam niejako z obowiązku, gdyż nigdy nie zostawiam niedokończonych książek.
Cieszę się z tej mojej przywary, bo akcja zdecydowanie się rozkręciła, a fabuła okazała się niesamowicie ciekawa i wciągająca.
Prócz Kamali i jej nauczyciela, pojawiają się inni bardzo ciekawi i fajni bohaterowie, a autorka sprawnie prowadzi akcję, wciągając czytelnika w wykreowany przez siebie świat.
Bohaterowie, których stworzyła Celia Friedman to pełnokrwiści ludzie, są wyraźni, popełniają błędy. Bardzo fajnym zabiegiem jest to, że autorka nie stworzyła obozów &#8222;dobra i zła&#8221;. Pokazała swój świat w jego pełnej krasie z jego jasnymi i ciemnymi stronami, a swoich bohaterów z pełną paletą ich zalet i wad.
Magistrowie, to nie dobroduszni czarodzieje. To pasożyty drenujący innych ludzi z mocy i doprowadzający ich do śmierci, po to aby samemu żyć wiecznie i posiadać nieograniczoną niczym magię.
Kamala &#8211; główna bohaterka &#8211; nie jest potulną dziewczyną, która jest zagubiona i niepewna.
To twarda dziewczyna, które została ogromnie skrzywdzona przez najbliższych, a życie jej nie rozpieszczało.
To dziewczyna mierząca się z problemami, a nie uciekająca przed nimi.
Da się ją lubić i jej kibicować. I mimo, że nie wszystkie jej poczynania wzbudziły mój zachwyt, to jednak polubiłam tą wyjątkową dziewczynę.
Polubiłam też bohaterów drugoplanowych, ale jeśli o nich chodzi, to czuję, że odegrają znaczną rolę w kolejnym tomie.
Nie mogę się już tego doczekać, bo autorka zaostrzyła tym zabiegiem apetyt na kolejne tomy.

Dziś trudno o dobrą powieść fantasy. Wśród królujących wszędzie &#8222;młodzieżówek&#8221; ciężko znaleźć coś dla starszego czytelnika.
Tym bardziej doceniam Ucztę Dusz, o której śmiało mogę napisać, ze to kawał dobrego fantasy, bez cukierkowatości, bez miłosnych trójkątów i młodzieńczych dylematów.
To bardzo ciekawy świat, fajni i wyraziści bohaterowie, sprawnie prowadzona akcja i wyjątkowo zaskakujące zakończenie.
Czytałam z wielką przyjemnością, zwłaszcza, że autorka ma lekkie pióro. W książce nie ma dłużyzn ani zbyt rozwlekłych opisów, za to jest sporo niespodziewanych zwrotów akcji, które niejednokrotnie zaskakują czytelnika.
Celia Friedman dokładnie przedstawia nam swój świat i prawa nim rządzące, więc czytelnik jest w pełni przygotowany na wydarzenia, które rozgrywają się na kartach tej książki.
A patrząc na zakończenie Uczty Dusz, można się spodziewać, że kolejny tom będzie jeszcze ciekawszy.
książki to mój jedyny nałóg

Moje czytanie
http://miszmasz79.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2945
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Misja błazna
Autor: Robin Hobb

Tytuł oryginału: Fool's Errand
Seria: Złotoskóry
ISBN: 978-83-7480-548-3
Tłumaczenie: Zbigniew Królicki
Oprawa: twarda
Ilość stron: 688
Rok wydania: 17 lutego 2016
Cena detaliczna: 49,00

Opis:

Od piętnastu lat, jakie upłynęły od czasu wydarzeń, które położyły kres jego poprzedniemu życiu, Bastard Rycerski z rodu Przezornych żyje na dobrowolnym wygnaniu, uważany za zmarłego przez niemal wszystkich, którzy byli mu bliscy. Nieprawy potomek królewskiego rodu zamieszkał w chacie na pustkowiu, z dala od intryg i niebezpieczeństw stolicy. Jest zadowolony z takiej egzystencji, wychowuje przybranego syna i dzieli swą samotność z wiernym towarzyszem - wilkiem Ślepunem. Chociaż dochodzą go pogłoski o okrutnych prześladowaniach ludzi posiadających magię Rozumienia, nie chce wtrącać się do tego konfliktu. On już oddał wielkie usługi swojemu królestwu i poświęcił dla niego wszystko to, co było mu najdroższe. Zasłużył sobie na odrobinę spokoju. Jednak nie jest mu dane go zaznać, gdyż przeznaczenie znów wyciąga po niego swą dłoń. W środku lata do jego chaty przybywają goście, a wraz z nimi przeszłość. Wróżka Dżina przepowiada mu, że odzyska dawno utraconą miłość. Cierń - starzejący się królewski skrytobójca i dawny nauczyciel Bastarda - ma własne powody, by pragnąć jego powrotu do Koziej Twierdzy. A kiedy Błazen, dawny Biały Prorok, zjawia się ponownie, tym razem jako bogaty i czarujący pan Złocisty, namawia Bastarda do powrotu i podjęcia misji Katalizatora, który czyni innych bohaterami i na zawsze zmienia bieg wydarzeń.

Komentarz:
Sporo czasu minęło od premiery, nim miałam szansę wreszcie sięgnąć po "Misję błazna". Długie oczekiwanie tylko zaostrzyło apetyt, więc gdy wreszcie dorwałam się do tej książki, pochłonęłam ją bardzo szybko.

Wydarzenia z &#8222;Misji błazna&#8221; są bardzo silnie związane z trylogią Skrytobójcy. W zasadzie rozdzielenie tych cykli wydaje mi się dość umowne. Zarówno jeden, jak i drugi cykl jest opowiadany z punktu widzenia Bastarda (czego z jednej strony nieco żałuję, bo miałam nadzieję na lepsze poznanie Błazna, a już nie tak młody Rycerski wcale nie zna go lepiej niż Czytelnicy mieli do tej pory okazję). Ponadto bohaterowie i otoczenie również się powtarza. W zasadzie można określić &#8222;Misję błazna&#8221; jako bezpośrednią kontynuację wydarzeń z trylogii Skrytobójcy &#8211; autorka nawiązuje wprost do tamtych wydarzeń, wiele spraw nadal tkwi w zawieszeniu, nie do końca rozwiązanych. W zasadzie gdybym nie wiedziała, że jest to nowy cykl, mogłabym się tego nie domyślić.

Przy okazji trzeba wspomnieć, że jeśli ktoś nie czytał Trylogii Skrytobójcy, ale jest zainteresowany sięgnięciem po &#8222;Misję błazna&#8221;, powinien dobrze to przemyśleć. Jak już wspomniałam, obie serie są ze sobą ściśle powiązane. W pierwszym tomie Złotoskórego autorka nawiązuje to przeszłych zdarzeń nieustannie i bez żadnego przypominania, kto jest kim i co się wydarzyło. Nawet ja, która czytałam o Skrytobójcy w zeszłym roku, za sprawą fatalnej pamięci miewałam z początku problemy z przypomnieniem sobie szczegółów. Dlatego wszystkim zainteresowanym polecam sięgnąć najpierw po &#8222;Ucznia skrytobójcy&#8221; oraz pozostałe dwa tomy, ale wszystkich, którzy mieli już przyjemność zapoznać się z tym cyklem, gorąco namawiam do sięgnięcia po &#8222;Misję błazna&#8221;. Nie pożałujecie! :-)

(uwaga, spoilery z serii Skrytobójca)
Minęło piętnaście lat od pamiętnych wydarzeń z Sześciu Księstw. Piętnaście lat, od kiedy Bastard Rycerski z rodu Przezornych przez większość ludzi, bliższych i dalszych, został uznany za zmarłego. Jedynie kilka osób wie, że ten jakże zasłużony człowiek, razem ze swym wilkiem Ślepunem, nadal żyje i mieszka w osamotnieniu, w spokojnej okolicy, stroniąc od polityki. Jednakże &#8211; jak przyjdzie nam się dowiedzieć &#8211; Katalizator nie może trwać bezczynnie. Bastard po raz kolejny musi podjąć decyzję, czy dać się wyciągnąć w miejskie życie w cieniu władzy i po raz kolejny poświęcić się dla swego rodu.

W serii o Skrytobójcy poznaliśmy wielu ciekawych bohaterów, z których część pojawia się również tutaj &#8211; zarówno jako wspomnienie, jak i jako żywy osobnik, po raz kolejny stający na drodze Bastarda. Chciałabym tu wspomnieć o dwóch najważniejszych &#8211; Błaźnie i Ślepunie. Pierwszy był do tej pory sporą zagadką &#8211; nic w jego przypadku nie mogło być brane za pewnik, nawet jego płeć. W &#8222;Misji błazna&#8221; mamy okazję poznać go nieco bliżej, lepiej, chociaż nadal jest to jedynie liźnięcie wierzchniej warstwy okrywającej go tajemnicy, ale &#8211; patrząc po kierunku, w jakim to wszystko zmierza &#8211; podejrzewam, że już wkrótce autorka może nam zdradzić nieco więcej, na co z niecierpliwością czekam. Drugą postacią, która naprawdę zasługuje na wspomnienie, jest Ślepun &#8211; wilk, z którym Bastard jest powiązany specyficzną więzią, wśród otaczających ich ludzi rodzącą kontrowersje i strach. Wilczy towarzysz Rycerskiego odgrywa w całej tej historii nieocenioną rolę. Potrafi nadać akcji dynamiki, a także naprostować bohatera, czy zmienić kierunek, w którym ten zmierza. Wspomniana dwójka &#8211; razem z Bastardem &#8211; jest głównym trzonem fabuły, który dzielnie się trzyma i rewelacyjnie radzi z utrzymaniem tak potężnej historii.[spoiler] Autorka od samego początku książki przygotowywało na niechybną śmierć Ślepuna, już starego, zmęczonego, a także w czasie akcji bardzo poharatanego. Mimo tego przygotowania i tak jest mi niebotycznie smutno, że wilk już więcej nie rzuci żartem, nie naprostuje Bastarda ani w żaden inny sposób nie będzie uczestniczył w przyszłych tomach. Wiem, że to było nieuniknione, jeśli nasz bohater miał teraz zamieszczać w Koziej Twierdzy, jednak uważam to też za ponowną okropną niesprawiedliwość w stosunku do Bastarda. Autorka zdecydowanie nie daje mu dobrego i szczęśliwego żywota&#8230;[/spoiler]
Sam Bastard nie jest już dzieckiem znanym z &#8222;Ucznia skrytobójcy&#8221;, ani nawet młodzieńcem z &#8222;Wyprawy&#8230;&#8221;. Wyzbył się swojego uporu i porywczości, dojrzał, uspokoił się, ale nie stracił nic ze swej przenikliwości, przebiegłości i sprytu. To nadal jest ten sam niesamowity, lojalny &#8211; nawet za cenę własnego życia i szczęścia &#8211; bohater o silnym charakterze. Tym razem jednak w nowej wersji, świetnie pasującej do jego nowej roli, pozycji i otoczenia. Autorka popisała się świetnym wyczuciem w kwestii kreacji tej postaci, nadając mu realizmu i nie przesadzając w kształtowaniu jego charakteru.

Opisując tę powieść, nie można nie wspomnieć o akcji. Robin Hobb ma niesamowity talent do tworzenia wciągającej fabuły, od której nie można się oderwać, co tylko potwierdziła w &#8222;Misji błazna&#8221;. Przedstawione wydarzenia tworzyły fascynującą całość, niepozwalającą odstąpić od lektury i sprawiającą, że tak łatwo byłoby zarwać nockę, w ogóle tego nie czując. Autorka świetnie sobie poradziła ze złożeniem starych, znanych już ze Skrytobójcy elementów z nowym otoczeniem, problemami i postaciami, po raz kolejny sprowadzając na czytającego unikatowy klimat świata Królestwa Sześciu Księstw.

Po raz kolejny nie mogę się obejść bez porównań. Skrytobójca był mocno naznaczony polityką i intrygami. Wszystko było z nią związane &#8211; spory wewnętrzne i zewnętrzne Koziego Księstwa sterowały całą akcją serii i wpływały na wszystko, co miało związek z naszym bohaterem. &#8222;Misja błazna&#8221; od tego odchodzi. Mamy tu bowiem więcej problemów społecznych powiązanych z strachem i nietolerancją budzonych przez Rozumiejących. Cała fabuła jest silnie związana z pradawną krwią i to właśnie ten lud staramy się nieco bliżej poznać w tej części. Oczywiście &#8211; zważywszy na to, że spora część bohaterów znajduje się wysoko w hierarchii władzy całego księstwa &#8211; nie można uniknąć polityki, jednak jest ona głównie tłem, a nie napędem dla akcji.

Robin Hobb świetnie sobie radzi ze splataniem różnych wątków tak, aby tworzyły spójną, ciekawą, zrównoważoną całość, do której chce się wracać. Pełną szczegółów, skonstruowaną w przemyślany sposób fabułę z niesamowitymi i cudownie skrojonymi postaciami o wyróżniających się charakterach i uzupełniających się nawzajem, którzy niemal mogliby żyć naprawdę. Tak plastyczne skonstruowanie postaci bez ocierania się o przesadę jest naprawdę trudne, a autorka poradziła sobie z tym śpiewająco. Bohaterowie to jedna z najlepszych zalet tej powieści.

&#8222;Misja błazna&#8221; to po prostu rewelacyjna powieść, składająca się na równie wspaniałą całość. Serdecznie polecam ją wszystkim, przy czym tych, którzy nie sięgnęli do tej pory po Trylogię Skrytobójcy, zachęcam do nadrobienia tego przeoczenia, ponieważ omija ich naprawdę niesamowita przygoda.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
attra
Posty: 99
Rejestracja: 27 mar 2013, 16:51

Post autor: attra »

Obrazek

Komornik
Autor: Michał Gołkowski


Opis:

Nadchodzi Koniec.

Ale taki w cholerę prawdziwy, biblijny. Ziemia zatrzymuje się, gwiazdy spadają, woda zamienia się w krew. Umarli wstają z grobów, otwiera się otchłań. Państwa upadają, brat powstaje przeciw bratu, a dzieci podnoszą rękę na rodziców. Widać, że lada chwila świat spłonie.

Tylko że coś w systemie nie zaskoczyło. Generalnie, zasadniczo i pobieżnie: zamiast bomby termojądrowej wychodzi fajerwerk.

Bo ludzi jest dużo za dużo, o wiele więcej, niż gdy święty Jan spisywał ostatnie wersety swego dzieła. Technologia poszła mocno naprzód, więc przed rydwanem jeźdźca Apokalipsy można uciec, pedałując na rowerze. O dziwo, w ogóle nikt nie chce umierać, nawet jeśli plakaty i ulotki reklamowe obiecują Życie Wieczne w jaskrawych barwach pasteli.

I tak to zostaje - na wpół rozbabrana Apokalipsa.

W końcu ktoś na Górze decyduje, że trzeba ten burdel ogarnąć.

Powołani zostają do życia Aniołowie Apokryficzni. Postawione zostaje przed nimi proste zadanie: jak najszybciej i najskuteczniej rozporządzić masą upadłościową, w którą zamieniła się nasza Ziemia. Mają dokonać inwentaryzacji, zdecydować co zrobić ze stanem zastanym, zlikwidować środki trwałe, upłynnić aktywa, wymieść brudy, zgasić światło i oddać klucz na portierni.

Co robią Apokryficzni, przez ludzi wymyśleni, przez ludzi napisani i myślący częściowo jak ludzie?

Najkrócej mówiąc decydują, że mają to w dupie. Że nie mają kompetencji i im się nie chce. Zwalają czarną robotę na ludzi.

Na ziemię zstępują Komornicy.


Moja Opinia:
Komornik Michała Gołkowskiego zaciekawił mnie odkąd pierwszy raz zobaczyłam zapowiedź tej książki.
Nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać po tym pisarzu, bo nie czytałam innych jego książek.
I muszę przyznać, że w kwestii zapoznania się, Komornik spisał się na medal.

Akcja powieści zaczyna się od wyjątkowo niemiłego wydarzenia.
Nadeszła przepowiadana przez biblie Apokalipsa. Wszystko co najgorsze dotknęło przeludnioną ziemię&#8230;
No właśnie &#8211; przeludnioną. W związku z tym zagłada nie przebiegła tak sprawnie, jak Góra się spodziewała.
Ludzie ginąć nie chcieli, wszystkie składniki zagłady nie do końca spełniły swoje zadanie.
Więc aby wybić ludzi do zera, a tym samym zrealizować zakładaną przez Apokalipsę eksterminację całej ludności, Góra powołała na swoje usługi tzw. Komorników.
Ludzi, którzy zostali obdarzeni magią, bronią i na zlecenie Góry dokonywali egzekucji.

W takich okolicznościach przyrody, czytelnik poznaje Ezekiela Siódmego, legalnie działającego Komornika na usługach Góry.
I zaczyna wraz z nim przemierzać część zniszczonej i wypalonej słońcem planety.
Część, gdyż po tym jak ziemia się zatrzymała, połowa kuli ziemskiej została pozbawiona słońca.
A tam gdzie nie było słońca, zaczął panować Cień i Rewers &#8211; czyli istoty Cienia. W ten rejon nie zapuszczali się nawet Aniołowie, o Komornikach czy zwykłych ludziach nie wspominając.
I tak wraz z głownym bohaterem, strona po stronie, czytelnik zagłębia się w świat po Apokalipsie. Poznajemy lepiej Ezekiela, prawa rządzące obecnie ziemią i resztkami ludzi.

Świat jaki ludzie znali dopadł koniec. Bynajmniej nie jest to happy end&#8230;Nie ma w nim niczego &#8222;happy&#8221;, za to wszystko jest &#8222;end&#8221;.
Wszystko w świecie po Apokalipsie jest zbrukane, zniszczone, sponiewierane. Cudowne niebo oraz piękni i dobrzy Aniołowie okazali się bujdą. Rzeczywistość pokazała coś zgoła przeciwnego.

Muszę przyznać, że powieść zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, wciągnęła mnie akcji, spodobał mi się sposób ukazanie Ezekiela. Nie jest on twardzielem o dobrym sercu. To brutalny zabójca, który ma świadomość tego kim jest i co robi. Jest pozbawiony złudzeń, a rodzaj wykonywanego &#8222;zawodu&#8221; wymaga od niego dystansu i niejako wymusza samotność, bo nigdy nie wiadomo, na kogo dostanie zlecenie. Mimo wszystko nie jest wyprany z uczuć, po prostu egzystuje w takiej rzeczywistości, jaką zgotowała ludziom Góra.
Przyznam się szczerze, że trochę przypominał mi Wiedźmina Geralta.
Język powieści jest bardzo dosadny, nieobce są w nim wulgaryzmy. Ezekiel nie ma za grosz szacunku do Anioła, który jest jego zwierzchnikiem i nie bije przed nim pokłonów.
Niektóre zwroty akcji bardzo mnie zaskoczyły, humor prezentowany w powieści mnie bawił, podoba mi się język jakiego autor używa w swojej powieści.Wyjątkowo pasuje on do tego co czytelnik zastaje na kartach Komornika.
I mimo, że tytułowy Komornik, to nie jest postać tak do końca pozytywna, to nie sposób było go nie polubić.
Podobał mi się jego sarkazm i ironia.
Fabuła wbrew pozorom wcale nie jest prosta jak budowa cepa, wręcz przeciwnie.
Autor umieszcza w swojej powieści kilka wyjątkowych smaczków, niby mimochodem zadaje kilka ciekawych pytań, póki co pozostawionych bez odpowiedzi&#8230;

Tym samym zaciekawił mnie na tyle, że na pewno sięgnę po kolejne tomy przygód Komornika.
Bo to kawał wyśmienitego fantasy.
Bardzo dobrze napisana powieść, ze świetnie skonstruowanym głównym bohaterem, ciekawą fabułą i wartką akcją.

* Zdjęcie jest mojego autorstwa :)
książki to mój jedyny nałóg

Moje czytanie
http://miszmasz79.blogspot.com/

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2945
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Stacja Jedenaście
Autor: Emily St. John Mandel
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Tłumaczenie: Magdalena Lewańczyk
Tytuł oryginału: Station Eleven
Data wydania: 17 listopada 2015
ISBN: 9788361386742
Liczba stron: 426

Opis:
Wstrząsająca, niesamowicie przejmująca "Stacja Jedenaście" to powieść, której akcja toczy się w ponurych czasach po upadku cywilizacji i przedstawia niezwykłą historię hollywoodzkiego gwiazdora, jego niedoszłego ratownika oraz wędrującej grupy artystów, przemierzającej zniszczone tereny Wielkich Jezior i gotowej oddać wszystko w imię sztuki i człowieczeństwa.

Pewnej zimowej nocy znany aktor, Arthur Leander, umiera na zawał serca podczas wystawiania "Króla Leara". Były paparazzi, Jeevan Chaudhary, szkolący się teraz na ratownika medycznego, jest na widowni i rusza Arthurowi na pomoc. Dziecięca aktorka, Kirsten Raymonde, obserwuje w przerażeniu jak Jeevan próbuje bez skutku uratować aktora. Arthura umiera. Tej samej nocy, kiedy Jeevan wraca z teatru do domu, rozprzestrzenia się straszliwy wirus. Szpitale są przepełnione, a Jeevan i jego brat barykadują się w mieszkaniu, jedynie nasłuchując wystrzałów z broni i patrząc z oddali, jak coraz więcej samochodów tamuje ruch na autostradach. Życie wokół nich się rozpada.

Mija piętnaście lat. Kirsten jest aktorką wędrującą z Podróżującą Symfonią. Ta mała grupa artystów przechadza się między osadami tego nowego, odmienionego świata i razem wystawia dzieła Szekspira a oraz gra muzykę dla tych nielicznych, którzy przeżyli epidemię. Z boku ich karawany oraz wytatuowana na ramieniu Kirsten, widnieje kwestia ze "Star Treka": &#8222;Samo przetrwanie nie wystarcza&#8221;. Kiedy jednak Symfonia dociera do St. Deborah Przy Wodzie, napotyka tam nieobliczalnego proroka, wykopującego puste groby dla tych, którzy odważyli się opuścić jego osadę.

Ta wzruszająca, melancholijna powieść, której akcja rozgrywa się na przestrzeni wielu lat, wyjątkowo realistycznie przedstawia życie przed i po epidemii. Arthur rozpoczyna i kończy kolejne związki, Jeevan patrzy, jak prezenterzy telewizyjni żegnają się z widzami, Kirsten wikła się w niebezpieczną sytuację z prorokiem, a my dostrzegamy te przedziwne sploty okoliczności, które ich ze sobą łączą. "Stacja Jedenaście" skupia się na relacjach, które dają nam siłę przetrwania, na znaczeniu sztuki w naszym życiu i na ulotnym pięknie otaczającego nas świata.

Komentarz:
Jestem wielka fanką post apo. W pierwszej chwili nie zdawałam sobie sprawy, że &#8222;Stacja Jedenaście&#8221; należy do tego gatunku. Dopiero już jakiś czas po premierze zostałam oświecona i od tego czasu koniecznie chciałam ją przeczytać. Zajęło to trochę czasu, ale w końcu się udało.
Nie umiem chyba nie polubić książki z tego gatunku. &#8222;Stacja Jedenaście&#8221; nie jest wyjątkiem i bardzo mi się podobała. Jest całkiem podobna do &#8222;Łabędziego śpiewu&#8221; McCammona, również wydanego przez Papierowy Księżyc. Obie książki opisują koniec świata, w wyniku którego tylko nieliczni przeżywają. W &#8222;Łabędzim śpiewie&#8221; mamy do czynienia ze skażeniem nuklearnym, a w &#8222;Stacji&#8230;&#8221; z zabójczą grypą. Obie historie opowiadają o losach wielu bohaterów, których ścieżki się przecinają (lub przecięły w przeszłości).
&#8222;Stacja Jedenaście&#8221; to ciekawie, wciągająco spleciona fabuła, prezentująca urywki z różnych momentów &#8211; zarówno z czasów sprzed Końca, jak i w trakcie, a także na kilka tygodni po. Przede wszystkim jednak ważne są wydarzenia dwadzieścia lat po, które są główną osią wydarzeń. Reszta stanowi dopowiedzenie, wyjaśnienie dla Czytelnika wszystkich elementów i zagadek. Całość składa się na pełną, świetnie poprowadzoną historię. Jej istotą tak naprawdę nie jest nic konkretnego. To opowieść o końcu i o tym, co po nim. O strachu, o przetrwaniu, o tym, że to nie jest jeszcze ostateczny koniec, że ludzie nie muszą stać się bestiami (jak to często jest przedstawiane w post apo).
Książka ta jest bogata w niezliczoną ilość szczegółów, które razem tworzą całość, którą trudno krótko opisać &#8211; dzieje się tak chociażby ze względu na sporą ilość wątków, z których każdy dorzuca swoją cegiełkę do obrazu świata przedstawionego przez autorkę. Komiks &#8222;Stacja Jedenaście&#8221;, historia jego przestania, losy licznych osób, które często nawet nie są wymieniane z imienia. Prorok, Muzeum Cywilizacji, ludzkie przyzwyczajenia, fanatycy, pech i szczęście. Czasy nieświadomości zbliżającej się katastrofy, śmierć w odległych krajach, z dala od bliskich, nieoczekiwane zmiany planów skutkujące przetrwaniem, panika, wyludnienie, koniec cywilizowanego świata. Ale potem być może ponowny wzrost. Sztuka, muzyka, pamięć. Bo samo przetrwanie nie wystarcza.
Ostatnio zmieniony 06 cze 2016, 18:57 przez Sophie, łącznie zmieniany 1 raz.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
attra
Posty: 99
Rejestracja: 27 mar 2013, 16:51

Post autor: attra »

Obrazek


Stacja Jedenaście
Emily St. John Mandel

Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Tłumaczenie Magdalena Lewańczyk
data wydania 17 listopada 2015
liczba stron 426


OPIS:
Wstrząsająca, niesamowicie przejmująca "Stacja Jedenaście" to powieść, której akcja toczy się w ponurych czasach po upadku cywilizacji i przedstawia niezwykłą historię hollywoodzkiego gwiazdora, jego niedoszłego ratownika oraz wędrującej grupy artystów, przemierzającej zniszczone tereny Wielkich Jezior i gotowej oddać wszystko w imię sztuki i człowieczeństwa.

Moja opinia - trochę długa - przepraszam :)

Akcja książki zaczyna się od pogromu ludzkości z powodu wirusa gryp gruzińskiej &#8211; jak nazwano wyjątkowo morderczą odmianę grypy.
Wirus zabija około 90% ludzi na całym świecie. Cała cywilizacja się rozpada, znika internet, elektryczność, paliwo. Miasta popadają w ruinę, a ludzie po pierwszych latach chaosu, zaczynają życie na nowo, zamieszkując w małych miasteczkach i osadach.
Oczywiście świat stał się bardzo niebezpiecznym miejscem. Rozprzestrzeniła się anarchia i przemoc.

W tym świecie, 20 lat po wybuchu epidemii, podróżuje utartymi szlakami wędrowna grupa artystów &#8222;Symfonia&#8221;, dając koncerty i wystawiając sztuki Szekspira.
Próbują tym samym utrzymać w sobie i innych człowieczeństwo, które w zniszczonym i wyludnionym świecie jest zagrożone.
Pewnego dnia, dojeżdżają do miasta St. Deborah Przy Wodzie, a tam spotykają niebezpiecznego Proroka. Człowieka zdolnego do wszystkiego.


Akcja książki biegnie dwutorowo. Autorka opowiada historię kilku bohaterów niedługo przed wybuchem epidemii oraz 20 lat po jej wygaśnięciu.
Ludzie ci, choć w większości ze sobą niezwiązaniu, okażą się w pewien sposób połączeni poprzez swoją przeszłość.
Przez całą powieść autorka skacze pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością. Niestety nie są to płynne przeskoki, czasem wręcz zastanawiałam się, czy one w jakiś sposób łączą się z historią opowiadaną w czasie teraźniejszym.

Podobał mi się wątek podróżującej grupy aktorów i muzyków, przez zniszczony i wyludniony świat.
Ciekawie również rozpoczął się wątek spotkania z Prorokiem w mieście St. Deborah Przy Wodzie i czekałam na jego rozwinięcie. Autorka położyła duży nacisk na ten wątek, nakreśliła pełne niepokoju i niebezpieczeństwa tło, a następnie spłyciła jego rozwiązanie do jednej strony. Rozczarowało mnie takie potraktowanie tego tematu, bo Prorok był jedną z najciekawszych postaci w tej książce.

Również sam wątek Symfonii został jak dla mnie niewykorzystany. Miał ogromny potencjał. Autorka mogła pokazać za jego pomocą jak wyglądało życie 20 lat po zagładzie. Niestety, niczego się nie dowiedziałam, prócz kilku luźnych wspomnień z innych miast, opisanych kilkoma zdaniami.

Dużo czasu autorka poświęca temu, co się działo przed wybuchem epidemii. Najważniejszym elementem historii, jest słynny aktor Arthur, który - jak się okazało - jest czynnikiem łączącym wszystkie wątki z przeszłości i teraźniejszości.
Co ciekawe, aktor ten umiera na scenie w nocy, gdy wirus przepuszcza atak na całą ludzkość. Mimo to, będzie młia duży wpływ na bohaterów, którzy przeżyją epidemię.

Co mnie mocno &#8222;uwierało&#8221; w tej historii?
Zdecydowanie chaos. Ciągłe przeskoki z przeszłości do teraźniejszości, odbierały akcji ciągłość i siłę przekazu.
Tym bardziej, że w większości wspomnienia dotyczyły osób, które nie przeżyły uderzenia epidemii.
Nie potrafiłam przez to przejąć się losami żadnych bohaterów.
Wydarzenia dziejące się w teraźniejszości, wydawały mi się nijakie. Akcja toczyła się pomału, jak mały strumyczek w letni dzień, gdzie ja oczekiwałam, że porwie mnie jak wzburzona rzeka.
Zabrakło mi w tej powieści emocji, jakichkolwiek.
Nie udało mi się przywiązać do bohaterów, ani jakoś szczególnie ich polubić, bądź znielubić.
Dla mnie po prostu byli. Nic więcej.
Nie czułam strachu bohaterów przed Prorokiem, nie czułam ich osamotnienia i tęsknoty za dawnym światem.

Natomiast co mi się podobało w Stacji Jedenaście, to dość obrazowe oddanie obrazu społeczeństwa u schyłku cywilizacji. Pędzący świat, wszelkie osiągnięcia nauki i techniki.
Korporacyjne życie, blichtr i blask sławy Hollywood, skupianie się ludzi na tym co posiadali, a nie na tym co czuli, na samym życiu.

Czytając Stację Jedenaście, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że o tym wszystkim już gdzieś czytałam.
W głowie kołatało mi się kilka tytułów z tego samego gatunku, z podobnymi wątkami. I choć motyw wędrownej trupy aktorów i muzyków jest czymś nowym, to akurat ten wątek nie został w pełni wykorzystany.
Powieść reklamowana była jak melancholijna, niesamowicie przejmująca, wzruszająca, wyjątkowo realistycznie przedstawiająca życie przed i po epidemii.

Nie zgadzam się z takim opisem. Właśnie tego mi w tej powieści zabrakło, tych wszystkich emocji, tego przedstawienia życia po przejściu epidemii.
Zakończenie Stacji Jedenaście, to otwarta furtka. Daje pewną nadzieję na przyszłość i szansę dla pozostałych przy życiu ludzi.
I jest to najlepszy moment w całej książce. Jest w nim niepewność, lęk, ale i nadzieja i rodzący się entuzjazm i chęć do życia.

Stacja Jedenaście nie jest książką złą. Nie jest niestety również książką dobrą.
Jest poprawna, chwilami ciekawa. Ale mimo wszystko, to jednak trochę za mało, aby mnie zachwycić.
książki to mój jedyny nałóg

Moje czytanie
http://miszmasz79.blogspot.com/

leszu88
Posty: 1
Rejestracja: 20 cze 2016, 09:24

Post autor: leszu88 »

ja wczoraj w nocy skończyłem czytać ksiażkę Grahama Mastertona - Białe Kości, dobra pozycja, to chyba 1 wydanie z panią detektyw w tle ide dziś po kolejną :D Taka pogoda za oknem ze tylko czytać można :) (oczywiście z przerwami na mecz)

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2945
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Wojna o dąb
Autor: Emma Bull

Wydawnictwo: Mag
Tłumaczenie: Anna Reszka
Tytuł oryginału: War for the Oaks
Data wydania: 2003
Liczba stron: 348

Opis:
Bohaterka "Wojny o dąb", Eddi McCandry, gitarzystka i wokalistka rockowa, zrywa - i to ze sporym hukiem - ze swym chłopakiem, nieodpowiedzialnym dupkiem i sukinsynem. A że dupek i sukinsyn kieruje grupą rockową, ta rozpada się w diabły. W rezultacie Eddi McCandry staje przed perspektywą życia z zasiłku. Gdy wziąwszy gitarę pod pachę wędruje w stronę domu nocnymi ulicami rodzinnego Minneapolis, zostaje napadnięta. Napastnikami są glaistig i phouka, które oznajmiają jej, ze została "wybrana" i będzie musiała wziąć udział w wojnie, jaką w jej rodzimym Minneapolis zamierzają stoczyć mieszkańcy Faerie - Zaczarowanej Krainy.

Eddi, której osoba ma ogromne znaczenie dla konfliktu, staje po stronie Jasnego Dworu. Do czasu ostatecznej rozgrywki ma ją strzec przed zakusami Mrocznego Dworu dopiero co poznany phouka - na zmianę ciemnowłosy człowiek i czarny pies, w ludzkiej postaci wyszczekany aż do czarującej, choć niekiedy trudnej do zniesienia impertynencji.

"Wojna o dąb" Emmy Bull zdobyła nagrodę Locusa i jest jedną z książek, które ukształtowały współczesną, miejską fantasy.

Komentarz:
Często książki, które zostały napisane wiele lat wcześniej, wyraźnie pokazują, że są niedzisiejsze, co czasem &#8211; przynajmniej dla mnie &#8211; nie jest zaletą. &#8222;Wojna o dąb&#8221; została wydana w oryginale w 1987 roku. I wiecie co? Zupełnie tego nie czuć. Co i rusz zapominałam, że akcja nie jest osadzona w czasach obecnych.
Książka ta opisywana jest jako silnie oddziałująca na kształtowanie się urban fantasy. Trudno mi to ocenić, jednak jedno jest pewne &#8211; wiele z elementów zastosowanych w tej powieści zostało potem przez całkiem spory tłumek autorów zastosowane; czy to przez przypadek, czy to celowo, trudno stwierdzić. Nie ma jednak wątpliwości, że wspomniane zagrania się po prostu sprawdzają w praktyce.
&#8222;Wojna o dąb&#8221; nie jest może książką rewelacyjną, ale na pewno zwraca uwagę i zaciekawia. Czyta się ją bardzo szybko i bardzo przyjemnie. Bohaterowie są interesujący, zabawni i budzą sympatię. Można by im jednak zarzucić zbytnią łzawość w ostatnich rozdziałach, choć na ogół autorka powstrzymywała się od podkreślania wątku romantycznego &#8211; najważniejszy był konflikt między dworami fae, w który zostali zaangażowani śmiertelnicy, a romanse stanowiły jedynie dodatek.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2945
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Osobliwy dom pani Peregrine
Autor: Ransom Riggs
Cykl: Pani Peregrine (tom 1)
Wydawnictwo: Media Rodzina
Tytuł oryginału: Miss Peregrine&#8217;s Home for Peculiar Children
Data wydania: 7 listopada 2012
ISBN: 9788372786463
Liczba stron: 400

Opis:
Życie Jacoba nie zapowiadało się ekscytująco. Pogodził się z myślą, że nigdy nie zostanie odkrywcą i nigdy nie będzie miał wielu przyjaciół. Ważne miejsce w jego życiu zajmował dziadek. To on najbardziej mu imponował i to on opowiadał mu najlepsze historie na dobranoc o pogodnym sierocińcu na walijskiej wysepce, ukrytym przed złem, wojną i potworami&#8230; Aż pewnego dnia dziadek Portman umarł w niejasnych okolicznościach. I wtedy wszystko się zaczęło&#8230;

Jacob wyrusza na odciętą od świata wyspę, by zgłębić jej tajemnice. Czy zmierzy się z potworami ze swoich snów? Czy osobliwe dzieci ze starych fotografii naprawdę istniały? Co jest bajką, a co prawdą? Co jest faktem, a co urojeniem?

"Osobliwy dom pani Peregrine" to trzymający w napięciu thriller nie tylko dla młodzieży. Rdzeń książki stanowią niezwykłe, dziwne fotografie, od których trudno oderwać wzrok, choć sprawiają, że ciarki chodzą po plecach i zasnąć jakoś trudniej. Całości dopełniają niesamowite zwroty akcji, klimat grozy i postacie&#8230; cokolwiek osobliwe.
Może ta książka jest dziwaczna, może jest ekscentryczna, ale uważaj! &#8212; pochłonie Cię bez reszty.

Powieść przez 56 tygodni znajdowała się na liście bestsellerów New York Timesa.

Prawa do ekranizacji zostały sprzedane wytwórni 20th Century Fox, a reżyserem filmu ma być Tim Burton, znany m.in. z reżyserii filmów: "Batman", "Alicja w Krainie Czarów" czy "Charlie i fabryka czekolady".

Komentarz:

Z racji zbliżającego się filmu na podstawie tej książki, postanowiłam wziąć się za pierwowzór.
Historia sama w sobie była ciekawa, całkiem wciągająca. Może nie porywająca, bo jestem już jednak trochę za stara na takie opowieści, ale mimo wszystko mi się podobało. Choć niekoniecznie wszystkie decyzje bohaterów przypadły mi do gustu i chyba wolałabym, by była to samodzielna książka, a nie część cyklu, który swoją drogą ma w Polsce tylko dwa tomy, zamiast trzech. Może jednak premiera filmu (który koniecznie muszę obejrzeć) zachęci wydawcę do ponownego pochylenia się nad tą serią.
Fotografie zamieszczone w powieści nadawały jej charaktery, dodawały tajemniczości i niepokoju, tworzyły klimat. Nie tylko pomagały wyobrazić sobie konkretne rzeczy, ale też przekazywały emocje. Co ciekawe, wykorzystano najprawdziwsze stare zdjęcia, dopowiadając do nich tło.
Tak czy inaczej, zważywszy na to, że niebawem wychodzi film, może warto sięgnąć wcześniej po książkę. Względnie na odwrót &#8211; najpierw adaptacja, potem powieść &#8211; bo film też zapowiada się naprawdę dobrze.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

ODPOWIEDZ

Wróć do „Literatura”