Ostatnio przeczytane

Czytałeś ostatnio ciekawą książkę bądź komiks? A może ciekawy artykuł w gazecie? Podziel się tym z nami. Rozpocznij dyskusję na temat ulubionych dzieł literackich i nie tylko.

Moderatorzy: Administratorzy, Moderatorzy, Junior Admini

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Seria Przedksieżycowi

Autor: Anna Kańtoch

Część I

Obrazek

I Wydanie: Fabryka słów 16-03-2009

Opis z okładki:

Bądź wola Wasza, o Przedksiężycowi!
Lunapolis. Miasto w szponach kultu sztuki. Tu nawet mordercy dążą do perfekcji. I są art-zbrodniarzami.
Dzieci zamawia się u duszoinżynierów. W konkurencyjnych korporacjach. Dorosłe beztalencia kasowane są w okamgnieniu, by jako ludzkie odpady zgnić w cuchnących, rozkładających się światach przeszłości. Przebudzenia dostąpią tylko najdoskonalsi, albowiem tak chcą Przedksiężycowi.
- Niesprawiedliwe wredne sukinsyny! - bluźni początkujący artysta.
Jak się okazuje, ten młody malarz nie jest w swym buncie odosobniony…
W dodatku czas dobiega końca, a świat rozpada się i rdzewieje….

Obrazek

II Wydanie: Powergraph 17-04-2013

Część II

Obrazek

I Wydanie: Powergraph 17-04-2013

Opis z okładli:

Poznaj Lunapolis – ostatnią metropolię na samotnej planecie. Miasto artystów i morderców, którzy z zabijania uczynili sztukę, niezwykły tygiel mechanoidów, duszoinżynierów projektujących dzieci na zamówienie rodziców, eksperymentów z ciałem, które pozwalają osiągnąć perfekcję i dają szansę na przetrwanie. Oto Lunapolis – miejsce oczekiwania na Skok, który szczęśliwców przybliży do Przebudzenia, a niegodnych strąci w otchłań przeszłości. Czy Finnen, niespełniony malarz, zdoła wreszcie uczynić dzieło sztuki ze swojego życia? Jaki los zaprojektował ociec dla Kairy, dziewczyny tak zwyczajnej, że aż niebezpiecznej, w mieście w którym wszyscy starają się wyróżniać za wszelką cenę? Dokąd tak naprawdę doleciał wraz z międzygwiezdną załogą Daniel Pantalekis? Oto świat Przedksiężycowych – poznaj ich tajemnice. Piękne i przerażające jednocześnie. Twórcy fantastyki niejednokrotnie, wyjąwszy ciekawy pomysł na przedstawienie świata, nie mają zbyt wiele do powiedzenia. Tylko najlepsi potrafią dodatkowo stworzyć wciągającą intrygę. Kańtoch bez wątpienia należy do tej drugiej grupy.

Część III

Obrazek

I Wydanie: Powergraph 06-12-2013


Moja opinia:

Seria, właściwie 2 pierwsze tomy, zachwyciła mnie pod każdym względem. Jednak największy atut serii to jej niesamowity świat. Kiedy o nim czytałam ciągle się zastanawiałam jakim cudem coś takiego mogło się narodzić w głowie autorki. Kiedy myślę, że czytałam już wszystko, ktoś pisze coś nowego i tym czymś są Przedksiężycowi. Dziwna planeta z trzema księżycami, gdzie ludzie o 300 lat już się nie rodzą ze związku kobiety z mężczyzną, a są tworem korporacji genetycznych. Dzieci się zamawia, określając czy mają być klonami rodziców, czy też mieć np. X% z rodzica i ileś genów starannie dobranych przez urzędników. Pewnie taka metoda tworzenia gatunku ludzkiego wyeliminowała z czasem celowo pierwotny sposób rozmnażania. Kiedyś modne były dzieci Chaosu i Prefectów. Duszoinżynierowie Chaosu tworzyli ludzi dobierając geny bez żadnego planu i nie dbając o to, by zapewnić jakiekolwiek talenty. Czasem z takich ludzi wyrastali geniusze, ale większość była zupełnie przeciętna i została z tyłu po pierwszym dorosłym skoku. Małolaty nie „skaczą”. Prefekci zaś tworzyli ludzi doskonałych pod każdym względem. Doskonałość w wielu dziedzinach również nie gwarantowała sukcesu. To jak w wyścigu szczurów. Jeśli dwie osoby umieją to samo to znaczy , że jedna jest zbędna. Obecnie prym wiodą korporacje Principium (48% przeżywalności) i Ekwilibrium (31% przeżywalności). Ekwilibrium tak dobierają geny, żeby żaden z kilku wybranych talentów się nie wyróżniał, a Principium z kolei tak, aby był tylko jeden talent. Władza rodziców nad dziećmi jest absolutna. Ponadto ludzką duszę można przenieść do metalowej konstrukcji. Mało tego, można kilka dusz przenieść do jednej mechanicznej powłoki, w której dusze walczą o dominację. Dusze zwierząt też są tak przenoszone. Prawdziwe zwierzęta są rzadkością. Pracę rzemieślników, rolników itp. wykonują mechaniczne roboty, bo ludzie z tymi umiejętnościami nie mają szansy przeżycia. Ludzkie geny są też czasem łączone ze zwierzęcymi. Istnieje teoria, że dziwolągom łatwiej jest skoczyć. Niektórzy sami się więc okaleczają lub zamawiają dziwnie wyglądające dzieci (mutanty). Korporacje nie tworzą ludzi za darmo lecz za kasę. I to geny starannie dobrane są tu kluczowe. To od nich zależy przeżycie podczas SKOKÓW. Czym są skoki? Odrzuceniem rzeczywistości w przeszłość. Tylko dzieci i ludzie z niezwykłymi talentami je przeżywają. Najdziwniejsze jest jednak to, że odrzucony świat wraz z ludźmi dalej egzystuje na innym poziomie. Można się do niego udać (zjechać windą). Nie można zrobić tego tylko w odwrotna stronę. Ci których odrzuciło nie mogą pojechać w górę. Ich świat umiera i spala się, jedzenie gnije, a oni sami chorują i umierają. Najlepiej zrozumiale obrazuje ten świat dla czytelnika jeden z bohaterów „(…)jeśli wyobrazić sobie te światy jako rodzaj drabiny, gdzie na dole są światy najbardziej, a na górze najmniej zniszczone, to wychodzi na to, że tamtejsi ludzie mogą tylko iść w dół. Znaczy mogą zejść niżej, a potem wrócić na szczebelek, skąd wystartowali, ale nie mogą wspiąć się w górę.” Spoiwem tych wszystkich światów jest ogniotrwały budynek Archiwum i Studnia. Są jak pionowe elementy drabiny. Czytelnik poznaje ten świat kiedy do jego końca zostało już tylko 59 lat i ludzie zamieszkują już tylko jedno miasto – Lunapolis. Kiedy zostaje tak mało do końca, a zarazem początku tylko dla wybranych rodzą się w umysłach ludzi pytania, a także bunt przeciwko temu co nieuniknione. Tyle o świecie, chodź to dopiero początek. Jeśli chodzi o bohaterów to pierwsza część sprawiła, że się do nich ogromnie przywiązałam, a druga mnie rozczarowała. Jakby zblakli. Ich osobowości się wypaliły, jakby to już nie byli oni. Ale to tylko moje wrażenia, a może zmęczenie „materiału”. Nie wiem czy dane mi będzie doczytać serię do końca, bo biblioteka, podobnie jak wydawnictwa, nie zawsze kończy serie. Nie jest to seria, po którą sięgnę ponownie, ale zrobiła na mnie niesamowite wrażenie wykreowanym światem.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2961
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: W otchłani
Autor: Beth Revis

Tłumaczenie: Łukasz Małecki
Tytuł oryginału: Across the Universe
Tom: 1
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Data wydania: luty 2012
ISBN: 9788324591206
Liczba stron: 392

Opis:
Nieodległa przyszłość. Siedemnastoletnia Amy i jej rodzice biorą udział w misji, której celem jest zaludnienie nowej planety. Podróż ma trwać trzysta lat, dlatego pasażerowie poddani są hibernacji. Któregoś dnia Amy zostaje brutalnie zbudzona z lodowatego snu. Ktoś próbuje ją zamordować! Statek kosmiczny zmienia się w zdradliwą pułapkę. Jego mieszkańcy poddali się władzy Najstarszego, despotycznego i przerażającego przywódcy. Jest jednak jeszcze Starszy - zafascynowany Amy zbuntowany nastolatek i następca Najstarszego. Zdeterminowany, by przejąć władzę. Czy Amy może mu zaufać?

Komentarz:

Eh, no i co tu dużo mówić? To młodzieżówka. Starająca się nieco wybić ponad swój gatunek, ale nadal młodzieżówka, czyli miłość nie wiadomo skąd i młodzież ratująca wszystko i wszystkich. Nie jest to zdecydowanie najgorszy typ, na jaki można trafić w tym gatunku, ale na pewno daleko mu do najlepszych. W wielu momentach jest po prostu naiwny, a bohaterowie nagle zaczynają kontemplować urodę lub inne przymioty tego drugiego.

Trudno mi ocenić tę książkę. Z jednej strony jest całkiem do rzeczy – ci źli nie są źli „bo tak”, ale mają swoje powody, według nich samych robią to, co trzeba, by zapewnić spokój i bezpieczeństwo; te elementy zostały przedstawione całkiem zgrabnie, jednakże były też momenty, które po prostu tam nie pasowały i były ewidentnie podtykane przez autorkę, by bohater się o nie aż potknął, żeby mu nie umknęły. Całe zakończenie, czyli kto jest winny oraz jak to ostatecznie się rozwiąże w sprawie władzy, było całkowicie do przewidzenia i zupełnie mnie nie zaskoczyło; raczej byłam aż zdziwiona, że bohaterowie tak powoli się orientują w sytuacji, choć oczywiście stojąc z boku, jest to dużo łatwiejsze, więc można im to wybaczyć.[spoiler]Nie było zaskoczeniem, że Orion okaże się tym, który kręci i miesza, a także otwiera komory, że jest tym Starszym, który miał zginąć, ale nie zginął, że bohaterowie w którymś momencie zaczną się tulić i wyznawać gruszki na wierzbie. Cała ta sytuacja rozwiązała się ostatecznie bardzo szybko – autorka szybko w zakończeniu pousuwała problematyczne postacie i zostawiła Starszego przy władzy – tutaj przynajmniej jest uzasadnione, dlaczego siedemnastolatek zostaje przywódcą. [/spoiler]Akcja nie była szczególnie wciągająca czy ciekawa, ot, po prostu, zdatna do przeczytania i w sumie bezproblemowo przyswajalna. Autorka raczej nie zrzucała na czytelników ton głupot, dzięki czemu można nawet stwierdzić, że czytało się przyjemnie. Ale niestety bohaterowie za nic nie przypadli mi do gustu – wiem, że tam byli, bo trudno by było inaczej, ale zupełnie się nie wyróżniają i nie zapadają w pamięć, więc jestem pewna, że już za kilka dni nie będę pamiętać, jak mieli oni na imię. Postacie były tutaj w zasadzie tłem, coś robili, coś broili, ale nie ruszało mnie to i na pewno nie zyskali mojej sympatii. Byli zbyt przezroczyści i nudni; pacynki w rękach autorki, wypełnione watą i machające rękoma na zawołanie.

W skrócie, nic niezwykłego, można przeczytać, ale nie należy zbyt wiele się spodziewać; poza tym jest to historia na raz, niezachęcająca, by sięgnąć po nią po raz kolejny – nie była to pozycja szczególnie odkrywcza, porywająca czy po prostu ciekawa.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Droga

Obrazek

Autor: Mccarthy Cormac
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Data premiery: 01-12-2011

Opis z okładki:

Opowieść o skazanej na tragiczny koniec wędrówce, podana zaskakująco pięknym językiem, w najbardziej ponurych momentach osiągającym lotność poezji – jakby cmentarne ballady Nicka Cave’a czy Toma Waitsa przepisać na oszczędną, chirurgiczną prozę. „Droga” to czarna jak węgiel elegia o tym kolorowym raju, w którym żyjemy, nie zdając sobie sprawy z naszego szczęścia. Niewiele znam książek tak silnie grających na emocjach. Jacek Dukaj Ostatnie chwile naszej planety. Ostatni ludzie – krwiożercze bestie. Ostatnie ślady naszej cywilizacji – puszka coca-coli i strzępy starych gazet. Piekło apokalipsy spełnionej w uhonorowanej Nagrodą Pulitzera powieści Cormaca McCarthy’ego. Tę książkę czyta się ze ściśniętym gardłem i pełnym przerażenia zachwytem…
W przyszłości, która może zdarzyć się jutro lub za tysiąc lat, nastąpił straszliwy kataklizm, który zniszczył naszą cywilizację i większość życia na Ziemi. Wszędzie zgliszcza i ciemność. Kamienie pękają od mrozu. Ani jednego ptaka, ani jednego zwierzęcia, gdzieniegdzie tylko bandy zdziczałych kanibali. Na tle martwego pejzażu dwie ruchome figurki – to ojciec i syn przemierzają zniszczoną planetę. Przed nimi pełna niebezpieczeństw droga w nieznane, wokół nich – świat umarłej nadziei, rozpaczy, strachu, a w nich – wciąż tląca się miłość…
Droga – połączenie powieści drogi, powieści przygodowej oraz horroru – jest uznawana za największe arcydzieło Cormaca McCarthy’ego. Przez wiele tygodni była bestsellerem „New York Timesa”, przyjęto ją także do Klubu Książki Oprah Winfrey. Oprócz wspomnianej Nagrody Pulitzera została również wyróżniona najstarszą angielską nagrodą w dziedzinie fikcji – The Tait Black Memorial Prize.

Moja opinia:

Wiele dobrego słyszałam o tej książce i autorze, wiec gdy nadarzyła się okazja przeczytałam. I nie zawiodłam się. Chyba pierwszy raz nie miało dla mnie znaczenia jaki kataklizm się wydarzył i co się dzieje z innymi kontynentami. Najważniejsza była atmosfera. Niezwykle barwny język. Niesamowite sceny i więź ojca z synem. Kiedy chciałam sobie tą pozycje przeczytać nie zdawałam sobie sprawy, że dziecko będzie takie małe. Ponadto nigdy nie czytałam o zagładzie tak totalnej jak ta, która prawdopodobnie zabiła dinozaury. Kiedy nie da się nic uprawiać ani hodować? Kiedy nie ma się przyszłości? Skąd w takim razie brać odwagę by żyć? Autor nam na to nie odpowiada. Pokazuje jedynie scenki, a czytelnik sam wyciąga wnioski. Polecam tą pozycję każdemu.

Nie wiem czy warto oglądać film, żeby sobie nie zepsuć tego co stworzyła moja wyobraźnia.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2961
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Mam zamiar przeczytać tę książkę, leży właśnie na moim biurku i czeka na swój moment. :-)
______________________________

Obrazek
Tytuł: 2312
Autor: Kim Stanley Robinson

Tytuł oryginału: 2312
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ddata wydania: 4 października 2013
ISBN: 9788375747676
Liczba stron: 640
Cena: 49,90 zł

Opis:
Jest rok 2312. Postęp naukowy i technologiczny otworzył niewiarygodne możliwości. Ziemia przestała być jedyną bazą ludzkości, skolonizowano cały układ słoneczny wraz z planetami i księżycami pomiędzy nimi. Jednak w roku 2312 sekwencja zdarzeń zmusza ludzkość do konfrontacji przeszłości z teraźniejszością i przyszłością. Wszystko to w śmiertelnym blasku wschodzącego nad Merkurym Słońca.
Tu zawsze jest przed świtem. Merkury obraca się tak powoli, że można iść po jego skalistej powierzchni wystarczająco szybko, by uniknąć wschodu słońca. I wielu ludzi tak robi. Wielu uczyniło z tego styl życia. Podążają mniej więcej na zachód, wyprzedzając zawsze zbliżający się świt.

Komentarz:
Książkę „2312” zgarnęłam z biblioteki, nie mają kompletnego pojęcia, o czym jest, nie czytając opisu ani nie znając jakichkolwiek o niej opinii. Często mi się to zdarza – książka jest w bibliotece, nic o niej nie wiem, ale dlaczego miałabym jej nie przeczytać? Szczerze, to spodziewałam się raczej młodzieżówki, zważywszy na ostatni trend w Fabryce Słów. Jakie było moje zaskoczenie, gdy nic takiego tu nie spotkałam – młodzieżówką nijak nie można tego nazwać, co z jednej strony jest rewelacyjną wiadomością, a z drugiej powoduje, że oceniam tę książkę na zupełnie innej skali.

Nie była to kolejna głupia powiastka, która by mnie irytowała czy odrzucała głupotą, ale niestety nie mogę powiedzieć, bym oceniała „2312” jako pozycję dobrą. Powieść Kima Stanley’a Robinsona jest koszmarnie wręcz nudna. Ma ponad sześćset stron, a przy wspomnianej nudzie ciągną się one w nieskończoność – autor skupia się na szczegółach, opisuje planety, zachowania, wszystko. I dobrze, świetnie, że skupia się na świecie, ale dlaczego aż tak bardzo? Akcja zupełnie zaginęła, w gruncie rzeczy niewiele się tu dzieje – można by to wszystko rozpisać w kilkunastopunktowy planie i byłby to plan całkiem szczegółowy. Niektóre ze wspomnianych opisów pasowały tam idealnie i nadawały stosownego klimatu, jednak część była zbyt rozwleczona i unicestwiała ewentualne zalążki dynamiki. Jak dla mnie, autor nie wyważył proporcji miedzy akcją a opisem.

Bohaterowie byli poniekąd ciekawi, ale odrzucali mnie swoimi dziwactwami i ostatecznie nie zdobyli mojej sympatii, a co za tym idzie, tym mniej zainteresowała mnie sama akcja, aczkolwiek nie można powiedzieć, by taki dobór postaci był niewłaściwy, ponieważ pasowały one do tego świata idealnie, a jedynie zabrakło im dobrej oprawy i może kilku szczegółów w ich zachowaniu, które przybliżyłyby do nich Czytelnika.

Na pewno należą się autorowi gratulacje za wykorzystane pomysły, które są kontrowersyjne i w jakiś sposób niepokojące. Co ciekawe, pomysły na te mieszanki płciowe i obojnaki niekoniecznie mi się podobają, ale są w jakiś sposób fascynujące. Robinson zresztą nie tylko pod tym względem „urozmaicił” ludzkość – wprowadził on wiele rzeczy, których osobiście nie mogę sobie wyobrazić i przyjąć do wiadomości. Chociażby te kontrowersyjne performance’y, jak siedzenie na lodzie i picie własnej krwi przez ileś tam dni. Poza tym mamy tu qostki, czyli komputery, sztuczna inteligencja, którą można sobie wszczepić w czaszkę, zaludnianie planet i księżyców najróżniejszymi sposobami, a także terraria (czyli biomy przeniesione z Ziemi w wydrążone obiekty kosmiczne, które mogą służyć jako transport), które to szczególnie mnie zaciekawiły.

Autor na pewno miał pomysł, świat wyszedł mu świetnie, więc tym bardziej szkoda, że akcja nie była ciekawa i nijak nie była w stanie mnie wciągnąć. Mam jednak nadzieję, że nie jestem w większości i jest wiele osób, którym jednak ta powieść się spodobała. Ja niestety mam mieszane uczucia, ponieważ świat sam w sobie mi się podobał, ale już cała reszta mnie nie zachwyciła.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Seria: Gwiezdny wojownik

Tom 1. Działko, szlafrok i księżniczka

Obrazek

Autor: Katarzyna Miszczuk Berenika
Wydawca: Uroboros
Data premiery: 02-07-2014

Opis z okładki

Pełna absurdu kosmiczna opowieść w stylu Autostopem przez galaktykę.

Załoga zebrana z łapanki wyrusza rozklekotanym złomem, by uratować Ziemię przed nadlatującą asteroidą. Kto zapomniał przykręcić działko, o co chodzi z czerwonym szlafrokiem i jaką rolę w tym wszystkim odgrywa księżniczka?

Moja opinia:

Kiedy zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach zrobiłam wieeelkie oczy. Tytuł z dzieciństwa, komiksowa okładka, przerysowani bohaterowie. To coś dla mnie – kupa śmiechu w pigułce. Trochę zeszło zanim mogłam to przeczytać, ale nie zawiodłam się. Pełna absurdu kosmiczna opowieść w stylu „Autostopem przez galaktykę” całkowicie oddaje klimat książki. Czytając, miałam ciągle wrażenie, że „oglądam” coś w stylu „Hot shots” czy „Szklanką po łapkach”. Miszczuk Berenika napisała coś, co w ogóle nie przypomina jej wcześniejszych dzieł. Książka gwarantuje doskonałą zabawę, komizm sytuacji, paradia dialogów, strojów, postaci. Pokusiłabym się nawet o to, iż jest to pastisz space opery w bardzo dobrym wydaniu. Niby mamy rok 2463, ale oprócz kolonizacji układu słonecznego i postępującej degradacji ziemi nic się nie zmieniło. Chodzi mi o takie rzeczy jak np. zapasowy kanister paliwa czy inna głupota techniczna. Mamy dwie korporacje Macrosoft i Epple. Groźnych tatusiów stojących na ich czele. Księżniczkę tatusia i syneczka drugiego tatusia. Młodego Harrisona Forda ratującego Leię. Niebezpieczną broń i piratów. Dlatego mówię o pastiszu. Sam tytuł pierwszego tomu wywołuje już uśmiech, a co mówić o treści. Polecam każdemu fanowi Gwiezdnych wojen, space oper i nie tylko, przede wszystkim jednak tym, którzy potrafią się śmiać sami z siebie, bo w tej książce absurd goni absurd. I o to chodzi.
Ostatnio zmieniony 08 sie 2014, 17:36 przez hlukaszuk, łącznie zmieniany 1 raz.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Wolf
Nawiedzony Praktykant Grabarza
Posty: 149
Rejestracja: 26 paź 2009, 08:10

Post autor: Wolf »

Red Rising: Złota krew
Autor: Pierce Brown

Obrazek

Opis

Czasem, żeby pokonać tyranów trzeba stać się jednym z nich…

Darrow jest zwykłym górnikiem w kolonii na Marsie. No, może nie takim zwykłym, bo wykonuje niebezpieczną pracę Helldivera. Jednak należy do najniższej kasty.W dodatku nie ma ambicji, żeby przebić się wyżej, zresztą w jego świecie to zwyczajnie niemożliwe. Człowiek rodzi się i umiera dokładnie w tym samym miejscu, w tym samym układzie. Lecz nagle w życiu Darrowa zdarza się coś, co sprawia, że wszystko staje na głowie, a niemożliwe staje się możliwe. Nieszczęście może człowieka przytłoczyć, ale może też zeń wydobyć niesamowitą energię. Dopiero kiedy chłopak wyrywa się z ciasnych ograniczeń kolonii, zaczyna dostrzegać, jak funkcjonuje świat, w którym przyszło mu żyć. W dodatku może w tym świecie zostać bogiem… a właściwie jednym z bogów. Jednak aby to osiągnąć, musi walczyć, zapomnieć w dużej mierze, kim był przedtem.

Pierce Brown przedstawia uniwersum pełne skrajności. To rzeczywistość obca nam, choć oparta na nieobcych podstawach. Autor nabudowuje świat na doskonale znanych nam mitach, z tym że to ludzie są tutaj zarówno bogami, jak i ostatnią mierzwą, bezwzględnie wdeptywaną w ziemię. Brown w mistrzowski sposób prowadzi akcję, trzymając czytelnika w ciągłym napięciu. I jeśli nawet ktoś podczas lektury zyska pewność, że wie, co się za chwilę zdarzy, tak naprawdę jest w błędzie.


Moja opinia

Ostatnio przeczytałem tę książkę, czekała na swoją kolej chyba z pół roku. Dużo nie brakowało a nie przeczytałbym jej do końca, bo pierwsze kilka rozdziałów, a właściwie cała pierwsza cześć ksiazki mi nie podeszła i po 2 rozdziałach ją odłożyłem. Wróciłem do lektury po kilki dniach z braku czego innego do czytania. Na szczęście im dalej juz było dożo lepiej.
Czytając nie można nie zauważyć że autor mocno wzorował sie na Igrzyskach Śmierci. Tu i tu wiekszośc akcji skupia się na grze wojennej gdzie śmierć jest na wyciągnięcie reki, jednak w odróżnieniu od Igrzysk tu wszyscy są ochotnikami, wszyscy wręcz walczą o możliwość wzięcia udziału w grze.
Jak kiedyś pisałem w Igrzyskach najbardziej raziła mnie nierealność przedstawionego świata, tutaj jest wiele lepiej. Rozwój ludzkości i sytuacja w jakiej sie znalazła jest dużo łatwiejsza do przyjęcia niż to co zostało przedstawione u Collins. Autor nie przegina z możliwościami technologicznymi - pole walki nie jest tak monitorowane i manipulowane jak u Collins, z drugiej strony dostajemy np. opis wiszenia ludzi na Marsie, co nie jest takie proste ze względu na niższą grawitacje.
Kolejnym plusem dla mnie jest to że nie ma tutaj watku romansowego, (no dobra niby jest ale szybko umiera śmiercią naturalną, a drugi jest tylko lekko zasygnalizowany),autor postawił na akcje.
Ze swojej strony moge polecić tą ksiązke jako przyjemy zabijacz czasu na wakacje. Nie jest to arcydzieło, ale pomijając pierwsze rozdziały, dobrze sie bawiłem czytając tę książkę. Pierce Brown pierwszy tom zakończył tak, że jakby komuś lektura nie podejdzie to nie będzie zastanawiał się co dalej, główne watki zostały pozamykane. Z drugiej strony łatwo można przewiedzieć (przynajmniej w ogólnych zarysach) co bedzie dalej i pewnie znajdą się chętni na 2 tom - ja na pewno.
Jeszcze jedna sprawa książkę wydało wydawnictwo Drageus. Dużą zaleta tego faktu - przynajmniej dla mnie jest to, że swoje ksiązki wydaja równocześnie na papierze jak i w formie ebooka. Żałuję że nie postępuje tak więcej wydawnictw
Ostatnio zmieniony 11 sie 2014, 12:09 przez Wolf, łącznie zmieniany 5 razy.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2961
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Sekret Julii
Autor: Tahereh Mafi

Tytuł oryginału: Unravel Me
Tłumaczenie: Małgorzata Kafel
Wydawnictwo: Otwarte/Moondrive
Data wydania: lipiec 2013
ISBN: 9788375151459
Liczba stron: 440

Opis:
Julia z Adamem uciekają z kwatery Komitetu Odnowy i trafiają do Punktu Omega, przystani dla dzieci o szczególnych zdolnościach. Wreszcie są bezpieczni. Sielanka zakochanych trwa jednak krótko. Julia poznaje sekret, który może przekreślić ich wspólne marzenia o szczęściu…

Komentarz:

Jakiś czas temu przeczytałam tom pierwszy, a że w bibliotece dostępny był również drugi i trzeci, nie omieszkałam ich zamówić. „Dotyk Julii” nie porwał mnie jakoś szczególnie – cechy młodzieżówki przebiły ewentualne zalety, a romans ponad wszystko mnie nie kręci – ale z nadzieją na lepsze czasy, zaczęłam czytać „Sekret Julii”. I jakie było moje zaskoczenie, gdy okazał się lepszy od poprzedniczki. A przynajmniej do mniej więcej połowy, ponieważ potem autorka strąciła swą książkę z klifu, niszcząc wszystko, co wypracowała na początku.

Z pierwszej połowie wyczuwało się samotność bohaterki, jej skonfliktowanie, które mnie wydawało się raczej uzasadnione, zważywszy na to, co przeszła, a przynajmniej nie czułam z tej strony jakiegoś szczególnego fałszu (acz specjalistą przecież nie jestem i łatwo mnie oszukać :-) ), może jedynie wszystko było zbyt intensywne i przesadzone, ale nie uważam tego za jakąś szczególnie ważną wadę. Początek naprawdę mi się podobał, nawet mimo że bohaterka miała swoje gorsze momenty – jednakże są one tak nieznaczące przy tym, co działo się w drugiej połowie książki, że w zasadzie można o nich zapomnieć. To potem zaczyna się trucie, płacz i zgrzytanie zębami, przesadzanie we wszystkim i nielogiczne zachowanie. „Tak! Nie mów mu tego, co powinien usłyszeć, co pomoże zachować bezpieczeństwo, nie zdradzaj swojego wroga, bo się wstydzisz, choć nie masz czego (mam oczywiście na myśli sytuację z „nie powiem Adamowi, że Warner też może mnie dotknąć”)”. A dlaczego? Bo tak. Bo autorka napchała bohaterkę naiwnością i nieuzasadnionym strachem przed kompletna bzdurą, którego nawet ona sama przed sobą nie może usprawiedliwić – element przyklejony aby-aby, coby się tylko trzymał; wyolbrzymianie problemu, którego tak naprawdę nie ma, by czytelniczki się emocjonowały tym, jak to ten związek ma problemy, jaka to tragiczna miłość. Wiele rzeczy zresztą jest tu bez sensu. Zachowanie bohaterki często powodowało, że żyłka prawie mi pękała – a konkretnie znów wracamy do trójkąta. Nie rozumiem tego. Jak może to czytelnikom nie przeszkadzać? Julka obiecuje to i tamto Adamowi, wielokrotnie powtarza, że go kocha i na inne sposoby to okazuje, ale jak tylko pojawia się Warner od razu o tym zapomina – jak może o tym zapomnieć, jak może jej się NAGLE przypomnieć, że „o nie, jest jeszcze Adam”. To jest tak tragicznie głupie, zwłaszcza że zaraz zaczyna się dręczyć, że jaki to z niej potwór, że nie powinna, że to i tamto. A mnie żyła pulsuje i mam ochotę ją udusić. Rozumiem, że dziewczę to jest najpewniej niezdolne do pewnych reakcji ze względu na swoje doświadczenia z przeszłości, może mieć problem z funkcjonowaniem w sferze uczuciowej, że może mieć problem z rozpoznaniem swoich uczuć, i stąd ten cały trójkąt, ale mogłaby być chociaż mniej naiwna, mniej odpowiadająca standardom słabej młodzieżówki – autorka może wiedzieć więcej, ukrywać motywy gachów, może mieć tam swój plan, ale bohaterka ma tylko ograniczoną ilość informacji i podejmuje decyzje na ich podstawie, a mnie nie przekonują decyzje podjęte na podstawie tego, co w tamtych chwilach wiedziała. Nawet zostawiając ten temat – [spoiler]te wszelkie, nazwijmy to, bitwy – już pal licho, że nieprzygotowana dziewczyna nagle całkiem nieźle sobie radzi, ale z jakiej paki pierwszy atak zostaje zapoczątkowany? Jest zdradzeniem swojej pozycji, swojej siły, ujawnieniem się, które będzie miało poważne konsekwencje. Albo uwolnienie Warnera, które jest tak tragicznie idiotyczne – na zaufanie trzeba sobie zasłużyć, ale widać im to nie jest potrzebne – niech łazi, poznaje naszą bazę, a potem niech wyjdzie z nami walczyć, bo na pewno nie ucieknie i nie wyda naszych sekretów, i nie zdradzi szczegółów, które mogą mieć ogromne znaczenie. Yeah. [/spoiler]„Sekret Julii” czyta się błyskawicznie, w jeden dzień spokojnie można by się uwinąć. Autorka w dalszym ciągu stara się nadać klimat, o którym wspomniałam przy części pierwszej, ale wyczuwalny jest on tylko w pierwszej części tej powieści, ponieważ potem ginie pod głupotą. Został już chyba tylko jeden tom, więc i jego przeczytam, zobaczymy, co to będzie, chociaż jestem pewna, że jakoś szczególnie moja opinia się nie zmieni – książka ze zniszczonym, stłamszonym przez młodzieżówkowość potencjałem.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Seria o Bobbym Dolarze

Część 2. Szczęśliwa godzina w piekle

Obrazek

Autor: Tad Williams
Wydawnictwo: Rebis
Ilość stron: 482
Data premiery: 27-05-2014

Opis z okładki:

Bobby Dolar – anioł w ludzkiej skórze, adwokat świeżo rozłączonych z ciałem dusz – ma poważne problemy. Po pierwsze: jego przyjaciel i do niedawna kumpel po fachu podrzucił mu kiedyś trefny fant: złote pióro z archanielskiego skrzydła, dowód nielegalnego układu między którymś z ich przełożonych a jednym z wysoko postawionych diabłów. Po drugie: niejakiemu Eligorowi Jeźdźcowi, arcyksięciu Piekła, za wszelką cenę chcę odzyskać ów rekwizyt, a jeśli tę cenę będzie musiał zapłacić Bobby, jego osobisty wróg, to tym lepiej. Po trzecie: Dolar miał nieszczęście zakochać się w przecudnej Casimirze, zwanej też hrabiną Zimnoręką, która przypadkiem też jest diablicą i do tego kochanką-niewolnicą Eligora. I po czwarte wreszcie, świadomy problemu numer trzy arcydiabeł porwał dziewczynę do najgłębszych kręgów Piekła, zapowiadając Bobby’emu, że nigdy już jej nie ujrzy, jeśli mu nie odda pióra. Czy przy takich kłopotach warto jeszcze wspominać o ścigającym Dolara na Ziemi zawziętym zombie, który poprzysiągł mu śmierć?
Dla gości jak Bobby, weteran zmagań Góry z Dołem, diabeł nie taki straszny, jak go malują. Wystarczy przecież narzucić diablą skórę, przeszwarcować się przez bramy piekielne, rozwikłać tajemnicę złotego pióra i uratować piękną ukochaną... a potem żyć długo – jak to anioł – i szczęśliwie, oglądając się czujnie przez ramię po kres swoich anielskich dni....

Moja opinia:

Bardzo lubię Tada Williamsa, dlatego gdy się okazało, że Rebis wyda kolejną serię autora, bardzo się ucieszyłam i kiedy tylko ukazała się na rynku przeczytałam. Szczęśliwa godzina w piekle to druga część serii wydana 2 miesiące po pierwszej. Można powiedzieć, że diametralnie różni się od Brudnych ulic nieba, których akcja wbrew pozorom w większej części działa się na ziemi. Założyłam więc, że podobnie będzie się miała rzecz w dwójce. Niestety tak nie było. Prawie cała akcja rozgrywa się piekle. Na początku uważałam to za duży plus. Konstrukcja piekła była bardzo ciekawa, jego wielopoziomowość, różnorodność, upływ czasu. Potem jednak mnogość szczegółów i monotonia sprawiły, że książka zaczęła mnie nużyć, a może to wina mojego czytania na raty (brak czasu). Dopiero pod koniec książki nastąpił mały krok w kierunku tego co uważałam, za temat przewodni serii. Kto w niebie ma konszachty z piekłem i do czego one prowadzą oraz jak ma się do tego trzecia droga? Jednym słowem „Szczęśliwa godzina w piekle” mnie rozczarowała. Jej przesłanką była miłość Bobbiego do Caz. Nie lubię takich motywów. Jako tło owszem, ale nie jako wątek przewodni. Ciekawą istotą jest Śmieszek, w opisie książki nazwany zombi. Jego pojawienie się ma związek z niebem, z kimś potężnym, kto pociąga za sznurki.
Ciekawe, jak szybko Rebis wyda trzeci tom. Na okładce brak jest takowej informacji.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2961
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Dar Julii
Autor: Tahereh Mafi

Tytuł oryginału: Ignite me
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: maj 2014
ISBN: 9788375153057
Liczba stron: 384

Opis:
Julia już wie, że tylko ona może zatrzymać Komitet Odnowy. Ale aby go pokonać, potrzebuje pomocy kogoś, komu nigdy nie potrafiła zaufać – Warnera. Podczas współpracy z nim przekona się, że nie wszystko, co wie o nim i o Adamie, jest prawdą.
Trzeci tom bestsellerowej serii o losach Julii, która podbiła serca czytelników na całym świecie.

Komentarz:
Buahahahahahahahaha, buahahahahahahahaha hahahaha… Eh.

A wydawało się, że będzie nieźle, a przynajmniej zjadliwie, „Dotyk Julii” nie był najgorszy. Bo najgorsze dopiero miało nadejść. „Dar Julii” jest tak tragiczny, że gorzej już chyba być nie może. I nie chodzi już nawet o trójkąt, na który tak narzekałam przy poprzednim tomie, ponieważ tutaj już się wszystko rozjaśnia – choć w sposób tak idiotyczny, że aż nie chcę o tym myśleć (argumenty Warnera są po prostu kupą bzdur i aż trudno uwierzyć, że autorka zmusiła swoją bohaterkę do ich przyjęcia) – to wszechobecna i obezwładniająca głupota jest największym problemem.

Cały ten tom opiera się o nielogiczne, niemożliwe elementy, a ostatnie rozdziały biją wszystko na głowę i jestem w szoku, że mogły kogokolwiek przekonać do siebie. Są też elementy, w które ostatecznie można uwierzyć, jak czterodrzwiowy czołg, który wygląda raczej na samochód wojskowy, choć nieustannie podpisywany jest jako czołg – niech będzie, że mają taką technologię. Inne są jednak znacznie oporniejsze, jak odbijanie kul od skóry przez Julię, czyli kuloodporność dołączająca do nadludzkiej siły przy idiotycznej odporności na zderzenia (walisz w mur i nic Ci nie jest, woohoo!). [spoiler]Zaplanowanie niemożliwego do spełnienia planu, wierząc, że wszystko się uda, że okoliczne sektory się poddają, że w zasadzie nikt nie wierzy w komitet Odnowy (głupota swoją drogą, bo nie-julkowym świecie od razu pojawiliby się tacy, którzy chcą władzy i nie ma szans, żeby wszyscy zgodnie oparli się Komitetowi), że są w stanie przetrwać, chociaż Komitet istnieje na całym świecie, o ile dobrze pamiętam, a już przede wszystkim śmieszne jest przejęcie władzy przez smarkulę. I to nie byle jaką, ale nieprzystosowaną społecznie, wiezioną przez kilka miesięcy, która rzekomo zyskała siłę do walki, determinację i co nie tylko w ile? Kilka dni? Ludzie się tak nie zmieniają, nie tak bardzo tak nagle, ze skrajności w skrajność w niemal ułamku sekundy. [/spoiler]Miło, że przestała się użalać, płakać i wyszła z cienia, ale stała się przez to przeciętna w porównaniu do innych młodzieżówek i z całą pewnością straciła całą wiarygodność, jaką kiedykolwiek miała. Jest sztuczna, nie budzi mojej sympatii, nie wiadomo kiedy nauczyła się życia wśród ludzi i to w stopniu zaawansowanym – jak na odizolowane przez tyle lat dziewczę, radzi sobie rewelacyjnie – trudno uwierzyć, prawda? No i właśnie w tym problem. Ale wiarygodność to najmniejsza wada. Głupota, o której wspomniałam, bije wszystko na głowę.

Podobno jest to ostatni tom, a przynajmniej coś takiego mi mignęło gdzieś w Internecie. Jednak patrząc po samej książce, do zakończenia jeszcze daleko, a droga do niego usłana by była głupotą, więc to w sumie dobrze, że nie widać nowego tomu na horyzoncie.

Krótko mówiąc: a mogło byś tak miło. Wielka szkoda, że autorka poszła po najmniejszej linii oporu, a tym samym zniszczyła swój pomysł. „Dar Julii” to tragedia, koszmar i mordęga, bijące na głowę wszystko, co można było spotkać w tej serii do tej pory. Nie polecam.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Cykl wojenny

Część 3. Demony wojny cz.2

Obrazek

Autor: Przechrzta Adam
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 468
Data premiery: 13-06-2014

Opis z okładki:

Trwa jedna z ostatnich bitew II wojny światowej w Europie, Festung Breslau spływa krwią w kleszczach najpotężniejszej armii świata. Pułkownik Razumowski przybywa do miasta w poszukiwaniu dokumentów o niezwyklej wadze, ukrytych na rozkaz samego Himmlera. Stalin - kolejny raz - stawia na rywalizację między wywiadem wojskowym a NKWD, tyle, że Beria nie przywykł grać uczciwie, tym bardziej, że stawka jest wysoka: III Rzesza dogorywa, lada moment dotychczasowi sojusznicy zetrą się w bezwzględnej walce o panowanie nad światem. O wyniku tego starcia może zadecydować archiwum Himmlera, dlatego nikt nie ma zamiaru przestrzegać zasad, ani okazywać litości przegranym...

Moja opinia:

Bardzo czekałam na tą pozycję, a kiedy się ukazała to nie miałam jak przeczytać. Już na pierwszej stronie autor przenosi czytelnika z głębokiej Rosji do Wrocławia. Niezły skok przestrzenny i czasowy. Z drugiej strony nie ma co się dziwić do końca cyklu został już jeden tom. Trochę żałuję, bo styl pisania autora jak i wykreowany bohater bardzo przypadli mi do gustu, i ciężko będzie mi się z nimi rozstać, szczególnie, że Fabryka zapowiedziała wydanie Demonów czasu pokoju jeszcze w tym roku.
Fabuła? Znów mamy do czynienia z rozgrywką pomiędzy NKWD a wojennoj rozwiedkoj. Ta druga walczy przeważnie z prawdziwym, nie wyimaginowanym wrogiem. Nie zapełnia więźniami obozów i kopalni złota, nie przeprowadza masowych egzekucji „wrogów proletariatu” ani kolejnej czystki. Nie to, co ludzie o „gorących sercach i czystych dłoniach”. Kto będzie pierwszy? Kto kogo wyprowadzi w pole i jakim kosztem? Kto zginie? I jak to na wojnie – wygrywa ten, kto pierwszy odkryje sekrety przeciwnika.
Bardzo lubię tok rozumowania Razumowskiego. Co i jak trzeba zrobić, żeby przeżyć. Co lub kogo wybrać, a kogo zabić. Jego zasady. A zarazem, co wydaje się niemożliwym, zachowanie wrażliwości i ludzkie uczucia. Zdaję sobie sprawę, że to papierowy człowiek, ale fajnie się czyta o kimś takim. Razumowski zawsze zajmuje się sprawami, które śmierdzą na odległość. Nie jest to dla niego czymś zaskakującym, ale od dłuższego czasu przełożeni „obdarowują” go tylko takimi. Misje wywiadu wojskowego wymagają czegoś więcej niż talentu aktorskiego. Jeśli nie potrafisz wczuć się w rolę – giniesz. Nie można jedynie udawać sympatii dla wroga, trzeba ją poczuć. Dlatego szpiedzy – przynajmniej ci dobrzy – nieustanie balansują na krawędzi równowagi psychicznej. Bo aby wypełnić zadanie, trzeba zdradzić ludzi, których uznało się za bliskich… Wszystkich pracowników wywiadu przestrzega się przed wieloma rzeczami, ale szczególnie przed tym, żeby nadmiernie nie wczuli się w rolę. Odniosłam wrażenie, że autorowi świetnie wyszło pokazanie stanu umysłu pułkownika Razumowskiego z czającym się gdzieś za plecami widmem majora Rotha, które zaczęło niebezpiecznie rosnąć w siłę.
Świetna seria. Polecam.
Ostatnio zmieniony 17 sie 2014, 14:06 przez hlukaszuk, łącznie zmieniany 2 razy.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2961
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

hlukaszuk pisze:Obrazek
Tytuł: Droga
Autor: Cormac Mccarthy

Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Data premiery: 01-12-2011
Ilość stron: 268

Opis z okładki:

Opowieść o skazanej na tragiczny koniec wędrówce, podana zaskakująco pięknym językiem, w najbardziej ponurych momentach osiągającym lotność poezji – jakby cmentarne ballady Nicka Cave’a czy Toma Waitsa przepisać na oszczędną, chirurgiczną prozę. „Droga” to czarna jak węgiel elegia o tym kolorowym raju, w którym żyjemy, nie zdając sobie sprawy z naszego szczęścia. Niewiele znam książek tak silnie grających na emocjach. Jacek Dukaj Ostatnie chwile naszej planety. Ostatni ludzie – krwiożercze bestie. Ostatnie ślady naszej cywilizacji – puszka coca-coli i strzępy starych gazet. Piekło apokalipsy spełnionej w uhonorowanej Nagrodą Pulitzera powieści Cormaca McCarthy’ego. Tę książkę czyta się ze ściśniętym gardłem i pełnym przerażenia zachwytem…
W przyszłości, która może zdarzyć się jutro lub za tysiąc lat, nastąpił straszliwy kataklizm, który zniszczył naszą cywilizację i większość życia na Ziemi. Wszędzie zgliszcza i ciemność. Kamienie pękają od mrozu. Ani jednego ptaka, ani jednego zwierzęcia, gdzieniegdzie tylko bandy zdziczałych kanibali. Na tle martwego pejzażu dwie ruchome figurki – to ojciec i syn przemierzają zniszczoną planetę. Przed nimi pełna niebezpieczeństw droga w nieznane, wokół nich – świat umarłej nadziei, rozpaczy, strachu, a w nich – wciąż tląca się miłość…
Droga – połączenie powieści drogi, powieści przygodowej oraz horroru – jest uznawana za największe arcydzieło Cormaca McCarthy’ego. Przez wiele tygodni była bestsellerem „New York Timesa”, przyjęto ją także do Klubu Książki Oprah Winfrey. Oprócz wspomnianej Nagrody Pulitzera została również wyróżniona najstarszą angielską nagrodą w dziedzinie fikcji – The Tait Black Memorial Prize.
Komentarz:
Napad na bibliotekę skończył się wypożyczeniem „Drogi”; całkowicie przypadkowym wypożyczeniem, ponieważ nie przeczytałam opisu i w zasadzie nic o tej książce nie wiedziałam; pamiętałam jedynie link, który kiedyś hlu wrzuciła do SB, pisząc, że to może być ciekawe. Długo jednak nie mogłam się za nią zabrać, a gdy już to zrobiłam, praktycznie ją wciągnęłam – książka ta nie jest długa, ma mniej niż trzysta stron i została wydrukowana dużą czcionką, więc i prędkość upływania stron jest odpowiednio szybka. Historia taka, jak opisała hlu – wydarzyła się jakaś katastrofa, która doprowadziła do tego, że nie ma żadnych zwierząt (nawet ptaków i – zdaje się – owadów, a to coś znaczy – i można by się do tego w sumie przyczepić, zwłaszcza że ostatki ludzkości jeszcze egzystują), w zasadzie nic nie rośnie, ziemia pokryta jest popiołem, ogromne połacie terenu spłonęły, miasta są wyludnione, rzadko kiedy można znaleźć ostatnie nieznalezione, zapuszkowane jedzenie, więc człowiek jest cały czas głodny, od czasu do czasu napotyka innych ludzi, ale z miejsca traktuje ich jak wrogów i się broni, więc raczej stara się unikać spotkania z innymi ocalałymi. A w tym wszystkim dwójka naszych bohaterów – ojciec i syn. Nie znamy ich imion, przez całą opowieść nie zwracają się do siebie w ten sposób. Chłopiec jest mały, ma może kilka lat, więc we wszystkim polega na ojcu, który stara się podtrzymywać go na duchu. Ich rozmowy są urywane, ograniczone do kilku słów, często sprowadzające się do przytakiwania przez chłopca na wszystko słowem „Dobrze”. Narracja jest trzecioosobowa, ale świat widzimy głownie oczami mężczyzny, z jego punktu widzenia, autor przybliża nam jego obawy o chłopca, o jedzenie, o przeżycie, jego sny o zmarłej żonie, która się poddała i ich zostawiła, wybierając śmierć. W tej historii nie ma wiele akcji, jest tylko droga. Droga naprzód, determinacja mężczyzny, by przeżyć dla chłopca. Cała książka pełna jest znaczących scen, niektórych wzruszających, rzadko kiedy szczęśliwych, przede wszystkim smutnych. Popieram zdanie hlu, książka warta przeczytania. Nie jest to może ideał, ale przeczytania nie będzie się żałować. Polecam.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Seria Kroniki Ferrinu

Autor: Michalak Katarzyna
Wydawnictwo: Literackie

Tom 1 . Gra o Ferrin

Obrazek

Pierwsze wydanie: 2010
Wznowienie: 23-10-2013r.

Opis z okładki:

Wspaniała saga fantasy o zwykłej dziewczynie, w niezwykłym świecie.
Intryga, miłość, fatum i zaskakujące wybory. Gra o Ferrin nie pozwoli ci wrócić do rzeczywistości!
O czym jest „Gra”? Jest o emocjach… Emocjach tak silnych, że czytających porywają za sobą jak cyklon. Jest o Miłości odbierającej zmysły i rozsądek, i Nienawiści, zapierającej dech w piersiach. Jest o Przyjaźni. I o Wielkiej Zdradzie, a zdrajcą okaże się zupełnie kto inny, niż się od początku wydaje. O Wyborze, który wyborem nie jest, bo nie można wybierać między złem, a złem. O uczuciach i wygranej, która staje się porażką...
W „Grze” nic nie jest łatwe i proste.
Katarzyna Michalak
Karolina, lekarka pogotowia, jedzie ratować młodą samobójczynię. Nie przypuszcza, że za chwilę straci wszystkie bliskie osoby i cały jej świat legnie w gruzach. Nie mogąc się z tym pogodzić, postanawia uciec do Ferrinu – magicznego świata, który znała z opowieści z dzieciństwa. Wpada jednak w sam środek krwawej wojny. Karolina, która w Ferrinie zmienia się w Anaelę dell’Iderei, Gwiazdę Ferrinu, Pierwszą z Przepowiedni, staje się zakładnikiem sił dobra i zła. Kto stoi za Wielką Wojną, kto jest sojusznikiem, a kto wrogiem? Prawda, którą dziewczyna powoli odkrywa, mrozi krew w żyłach. Przepowiednia jest prawdziwa, ale jej wypełnienie będzie kosztować Anaelę, więcej niż może ona dać. Anaela pozna niszczącą siłę uczuć i stanie przed najtrudniejszym wyborem: jak kochać kogoś, kogo się nienawidzi; jak rozróżnić przyjaciela od śmiertelnego wroga …
Świat Ferrinu jest przesiąknięty mocnymi emocjami, których zwykłe serce może nie wytrzymać.



Tom 2. Powrót do Ferrinu

Obrazek

Data premiery: 12-02-2014

Opis z okładki:

Tajemniczy i okrutny świat Ferrinu, upomni się o Anaelę po raz drugi. Będzie musiała stawić czoła brutalnym wrogom, mrocznym wyzwaniom i intrygom. Czy tym razem uda się jej uratować Ferrin przed zagładą? Czy przezwycięży klątwę Szarej Śmierci? Czy kiedykolwiek znajdzie szczęście u boku Sellinarisa?
Niezapomniana uczta dla wszystkich miłośników fantasy, którzy cenią sobie epicki rozmach i nieposkromiona wyobraźnię.


Tom 3. Serce Ferrinu

Obrazek

Data premiery: 18-06-2014r.

Opis z okładki:

Przepowiednia wypełniła się po raz kolejny, gra okrutnych bogów zakończyła się według ich zamysłów. Czy Anaela znowu zawiodła? Czy wszystko stracone?
Tym razem to nie ona będzie Wybawicielką - próbę podejmie jej córka Gabriela. Pamięta słowa matki ”Ocal serce Ferrinu”. Czy sprosta temu trudnemu zadaniu kiedy nadejdzie jej czas? Czy będzie potrafiła powstrzymać wojnę i zagładę? Ale najpierw musi odkryć czym tak naprawdę jest serce Ferrinu i co nadaje mu moc…

Tom 4. Wojna o Ferrin

Obrazek

Data premiery: 15-10-2014

Opis z okładki:

Autorka ponad dwudziestu bestsellerów po raz kolejny zabiera nas do tajemniczego świata magii i zmysłów.
„Słowa bogini sprawiły, że Anaela uniosła na nią pociemniałe ze zgrozy oczy.
- Nadchodzi wojna. Najkrwawsza jaką znał ten świat. Jedna z was musi poprowadzić do niej Ferrin: ty, albo twoja córka. Wiedz, że tym razem nie będzie to Wielka Gra, a wielka rzeź. I to tobie wielkodusznie dajemy wybór. Więc, Anaelo dell’Idarei…?”
Jaką decyzję podejmie Anaela? Kto poprowadzi Ferrin i sprzymierzeńców do decydującej bitwy? Kto zwycięży? I za jaką cenę?
"Wojna o Ferrin" to czwarta część pięciotomowego cyklu fantasy, o bogatej i żywej fabule, zaskakujących zwrotach akcji, której bohaterowie są intrygującymi i niepokojącymi postaciami. Targają nimi wielkie namiętności: żądza władzy, miłość i nienawiść.

Moja opinia:

Wspierając czytelnictwo w wiejskiej bibliotece wypożyczyłam dwa pierwsze tomy serii. O dziwo przeczytałam nawet bez kartkowania, normalnym tempem. Zawsze bardzo ostrożnie podchodzę do fabuły, w której głowna bohaterka przenosi się z naszego świata do innego wymiaru. Tym razem było podobnie. Oczywiście przepowiednia, ba… żeby to jedna. Przepowiednie nie są jeszcze takie złe. Dobra książka fantazy musi mieć, albo świetnych bohaterów, albo świetnie skonstruowany świat. Magia musi od czegoś zależeć, nie wystarczy pstryknąć palcami. W tym przypadku autorka dała plamy. Pani doktor przenosi się przez portal do innego wymiaru. Jej aura jaśnieje niczym supernowa, więc jeden z bohaterów postanawia ją magicznie nauczyć używania mocy, żeby stłumić jej aurę i ukryć przed wrogami. Nauka jest teoretyczna, ale wystarczy parę godzin dziennie przez tydzień, aby wcielić wszystko w życie. Kolejną bezsensowną rzeczą, która pozbawia fabułę sensu są bogowie. Postanawiają się założyć o to jak zmieni się losy Ferrinu, kiedy wkroczy w nie Karoloina. Nic ich nie obchodzi, alni ludzie, ani świat, a nawet bym powiedziała – ten kto wygra. Karolina, żeby wrócić do domu musi umrzeć. Kiedy robi to pierwszy raz jeszcze o tym nie wie. Drugi raz wydaje się jeszcze bardziej idiotyczny. Dla kogo to jest zabawa, po co i komu potrzebna. A zapomniałabym. Oczywiście, wszyscy faceci lgną do niej jak do muchy, a ona ich kocha różnymi miłościami. Tylko dla niektórych jej platoniczna miłość nie odpowiada, a tylko jeden załapuje się na cielesną.

Z czystej ciekawości poczytałam sobie opisy trzeciego i czwartego tomu. Dalej nic się nie zmienia. Durnota goni durnotę.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2961
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Magiczne lata (wcześniej wydane przez EM jako "Chłopięce lata")
Autor: Robert McCammon
Tytuł oryginału: Boy's Life
Tłumaczenie: Maria Grabska-Ryńska
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Data wydania: maj 2012
ISBN: 9788361386155
Liczba stron: 652

Opis:
„Magiczne lata” to kronika życia dwunastoletniego Cory'ego Mackensona, mieszkającego w miasteczku Zephyr w Alabamie.

Pewnego marcowego ranka Cory jest świadkiem tajemniczego wypadku: w głąb miejscowego jeziora stacza się samochód z zamkniętymi wewnątrz zmasakrowanymi zwłokami. Prześladowany myślą, że w jego wspaniałym Zephyr ukrywa się morderca, chłopiec postanawia zdemaskować sprawcę zbrodni. Nie dysponuje jednak żadnymi śladami, więc próbuje odnaleźć mordercę, analizując życie i zwyczaje mieszkańców swojego miasteczka.

Ogromną rolę w rozwikłaniu zagadki odegrają sny, które nawiedzają ojca Cory'ego – również świadka wydarzeń, oraz Damę – ponadstuletnią Murzynkę, uważaną przez miejscowych za kogoś w rodzaju czarownicy.

Jednak „Magiczne lata” to nie tylko zajmująca powieść sensacyjna i interesująca powieść grozy, ale także spostrzegawcza, pełna fantazji i uczucia opowieść o życiu i dojrzewaniu, umieszczona na tle fascynującego portretu Ameryki lat sześćdziesiątych XX-wieku.

„Magiczne lata” to jedna z tych powieści, do których sięgamy z łezką w oku, aby przypomnieć sobie jak piękne i niezapomniane emocje rodziły się w nas, gdy byliśmy młodzi. Jak wyjątkowy był świat, gdy patrzeliśmy na niego naszymi młodzieńczymi oczami.

Komentarz:
„Magiczne lata” to historia o małomiasteczkowych przygodach chłopca w latach sześćdziesiątych; rok z życia dwunasto-/trzynastolatka, ale nie taki zwyczajny rok, ponieważ trafiamy na czas, gdy zaczęło się w okolicy dziać więcej tajemniczych wydarzeń niż zwykle. Główną osią jest sprawa morderstwa, która rozpoczyna całą książkę i ciągnie się aż do końca. „Magiczne lata” mają jednak 650 stron, a etapów „śledztwa” nie ma tak wiele – kolejne odkrycia i powiązania faktów są poprzedzielane wydarzeniami, które zupełnie nie mają z tym związku, ale które same w sobie tworzą opowieści, wątki często krótsze, ale nie mniej ważne niż ten, który określiłam jako główny. Ta powieść to po prostu rok wyjęty z życia chłopca, wyjęty w całości, bez odsiewania wydawałoby się mniej istotnych elementów, jak choćby problemy w szkole i niemili nauczyciele, przygody przeżywane z przyjaciółmi, silny związek z psem, zatargi z dwójką łotrzyków, którzy lubią znęcać się na innymi, czy okropne dziewuszysko, mające skłonność do dłubania w nosie. Oczami Cory’ego, bo tak ma na imię główny bohater, widzimy jak odbiera on związek między rodzicami, jak radzi sobie z wrogami i jak w tym wszystkim się odnajduje, a także poniekąd jak dorasta.

Nie ma tu szybkiej akcji, która nie ustaje nawet na chwilę – ważniejsze i szybsze momenty przeplatają się z chwilami zastoju czy zupełnego zboczenia z toru. Większość wydarzeń w ten czy inny sposób pozwala się połączyć, pokazując, że miały jakieś znaczenie dla głównego wątku, nie jest to jednak zasada, ponieważ część to wydarzenia zupełnie nie powiązane z osią, ale też wnoszące coś do książki – przede wszystkim pokazujące, że Cory się uczy oraz to, jakie mądrości z tego wynosi. Pokazują też zmiany, jakie wtedy zachodziły w Ameryce i jak to wpływało na takiego zwykłego obywatela i społeczność małomiasteczkową.

To nie jest jedynie powieść obyczajowa, jak można by się spodziewać po powyższym opisie. Autor czy to bohater – wciąż nie mogę dojść, jak bardzo ta książka oddaje dzieciństwo McCammona i jak bardzo pokrywałaby się z jego wspomnieniami (na ostatnich stronach nawet poznajemy bohaterów, którzy mają nawet takie same imiona jak osoby w prawdziwym życiu autora i są z nim tak samo spokrewnione) – już na samym początku stwierdza, że ta historia jest złożona ze wspomnień i niekiedy została zmieniona, gdyż piszący uznawał, że tak właśnie powinno się to potoczyć. Znajdują się tu też elementy fantasy, które w delikatny sposób sprawiają, że historia staje się ciekawsza i nieco bardziej nieprzewidywalna. Nie znajdzie się tu wielkich magów, są za to potwory, a przynajmniej tak wyglądają one w oczach dziecka; można też dojrzeć drobne sugestie i sny, które pomagają w rozwoju akcji.

„Magiczne lata” to piękna, wielowątkowa historia o dorastaniu; świetnie napisana i poprowadzona, ciekawa, wciągająca, niekiedy wzruszająca, niekiedy zabawna. Mimo że została wydana przez Papierowy Księżyc, który czasem ma problem z korektą, w przepadku tego tytułu nie trzeba się tego obawiać.

Tak swoją drogą, dalej mnie ciekawi, jaki jest związek McCammona z Polską – to już druga z dwóch przeczytanych przeze mnie jego książek, w której widać polski akcent. Jeśli ktokolwiek wie, byłabym wdzięczna za informację. :-)
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

[center]ObrazekObrazek[/center]

Wybranka bogów cz. I i II
Autor: P.C. Cast
Wydawnictwo: Mira
Data wydania: 25-07-2012

Opis z okładki I części:

Jedyną atrakcją, jakiej Shannon Parker spodziewa się podczas letnich wakacji, jest wyprawa na aukcję niezwykłych przedmiotów. Nie wie jeszcze, że to początek największej przygody w jej życiu. Kupiona przez nią antyczna waza nagle ujawnia swoje magiczne moce. Shannon zostaje przeniesiona do mitycznego Partholonu, gdzie przez wszystkich jest traktowana jak bogini. W dodatku bardzo wybuchowa i nieprzewidywalna…

Wczoraj była przeciętną nauczycielką, a dziś jest Wielką Kapłanką i wybranką bogini Epony. W jednej chwili wszystko stanęło na głowie. Oszołomiona Shannon szuka racjonalnego wyjaśnienia, ale przyznaje, że takie życie jest kuszące. Która kobieta nie lubi czuć się jak królowa?

Jednak szybko okazuje się, że życie bogini nie jest usłane różami. W najbliższym otoczeniu budzi paniczny strach i wrogość, a Partholon staje na krawędzi wojny. Na domiar złego Shannon musi wziąć rytualny ślub. Postanawia więc za wszelką cenę znaleźć drogę powrotną do domu. W Partholonie zarówno jej życie, jaki i zdrowe zmysły są nieustannie zagrożone…

Opis z okładki II części:


Życie Shannon Parker zmieniło się w jednej sekundzie. Skromna nauczycielka jest teraz boginią, która rządzi mitycznym Partholonem. Z czasem odnalazła się w nowym świecie i w nowej roli. Zasmakowała w nieograniczonej władzy, ale też wie, jak z niej korzystać. Z każdym dniem zdobywa coraz większe zaufanie i miłość poddanych. Ku jej zaskoczeniu zaaranżowane małżeństwo z szamanem ClanFintanem okazało się nad wyraz udane.

Tymczasem magiczną przygodę zakłócają mroczne siły. Do granicy Partholonu zbliżają się okrutni Fomorianie. Gdy rozpocznie się decydujące starcie, Shannon przekona się, ile tak naprawdę jest w niej zwykłej nauczycielki, a ile walecznej bogini…

Moja opinia:


Pisząc posta i kopiując obrazki zauważyłam, że przygód Sharon jest więcej - Powrót bogini też w dwóch częściach, a autorka, to ta która napisała serię Dom nocy. Dom nocy to młodzieżówka. Czym jest zatem Wybranka bogów? Nie mam pojęcia, kim miał być docelowy czytelnik tych pozycji. Niby książki podchodzą pod Harlekin, ale daleko im do tego gatunku. Styl książek całkowicie infantylny. Nadciąga zagrożenie, szast prast i zostaje pokonane. Rozmowy z boginią. Centaur przybierający ludzką postać, żeby zaspokoić potrzeby ludzkiej kobiety. Wierzcie nie zostało mi dużo w głowie po przeczytaniu tych cieniutkich dwóch tomików.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2961
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Milion słońc
Autor: Beth Revis

Tytuł oryginału: A Million Suns
Seria: W otchłani
Tom: 2
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Data wydania: październik 2013
ISBN: 9788324591367
Liczba stron: 376

Opis:

Po obaleniu dyktatury dotąd kierujących misją na pokładzie "Błogosławionego" znów panuje radość i spokój. Wkrótce Starszy dowiaduje się jednak, że załoga statku skrywała przed nim tajemnicę, która może przesądzić o ich przyszłości. Tymczasem Amy, dusząc się coraz bardziej wśród stalowych ścian, rusza tropem wskazówek pozostawionych dla niej przez tajemniczego Oriona, a nowa fala morderstw niespodziewanie staje się zalążkiem buntu… Rozpoczyna się walka o przetrwanie, w której stawką jest życie wszystkich pasażerów.. Czy kiedykolwiek dotrą do obiecanej im nowej Ziemi?

Komentarz:
Nie podobało mi się. Bardzo. „Milion słońc” to jedna z najgorszych książek, jakie czytałam ostatnimi czasy – jest tragicznie głupia i straszliwie sztuczna. Nieścisłości i nielogiczności jest tu na pęczki, a idiotyzmów autorka przemyciła mnóstwo. Najgorsi są jednak bohaterowie i to wokół nich zbiera się najwięcej głupot.

Wszystkie, dosłownie wszystkie postacie są słabe, najgorsza oczywiście jest główna para, ale szerzej o niej za chwilę. Najpierw ogółem: wszyscy są naiwni, w różnym stopniu głupi, niektórzy na siłę utrudniają, bo autorka chyba nie miała pomysłu, jak ich ładnie wkomponować w krajobraz – zamiast tego wcisnęła ich na chama i się nie przejmowała, że wyglądają tam w takiej postaci koszmarnie. Wielokrotnie mamy też motłoch, ale nie zwykły, ale paskudnie sztuczny – autorka stwierdziła chyba, że motłoch nie musi mieć nawet zalążka rozumu; jej tłum jest pustogłowy, w dodatku na siłę kształtowany tak, by pokazać, jak to ci ludzie nie słuchają Starszego. A sam Starszy? Jest dzieciakiem, który sądzi, że może rządzić, co jest w ogóle absurdalnym pomysłem, gdyż od razu widać, że nie ma on najmniejszych zdolności przywódczych (a jeśli coś mu się udaje, to jest to nieprawdopodobne i zdarzyło się tylko dlatego, że autorka stwierdziła, że musi, i niech szlag trafi logikę) – chłopaczek nie umie wygłosić przemówienia, byle kto może go przegadać, bo on sam nie umie siebie bronić, nie potrafi i nie chce uzasadniać swoich decyzji – brak tu świadomości, że samo wydanie rozkazu nie wystarcza, dopóki nie zaskarbisz sobie szacunku, a chłopaczek chyba o tym nie wie, a szacunku też raczej nie ma (w końcu kto by był posłuszny szesnastolatkowi?). Jeśli ktoś go słucha to tylko dlatego, że teoretycznie on powinien być Najstarszym. Chłopaczek daje sobą manipulować, nie jest w stanie obronić swojego stanowiska – mówiąc krótko, nie powinien pchać się na tę funkcję. Rozumiem, że myślenie „urodziłem się po to” ma wielką rolę w jego postrzeganiu, ale autorka mogła dużo lepiej to wszystko rozplanować. Żaden z niego lider – pani Revis niekiedy sztucznie go z niego robi, choć innymi razy pokazuje, jak bardzo on się do tego nie nadaje – co oczywiście jest nielogicznością, gdyż nagina jego charakter do swoich potrzeb, nie zachowując spójności.

Od Starszego gorsza jest jednak Amy – jej głupota jest na tyle sposobów porażająca, że aż trudno mi uwierzyć, że ktoś stworzył tak bardzo idiotyczną postać. Ona również nie jest spójna – jak przez większą część powieści jest kompletną kretynką, która nic nie umie zrobić dobrze – miota się tylko i zawraca Starszemu głowę – ale gdy autorce wygodnie, nagle bohaterka rozwiązuje duży problem, ot, tak, po prostu. Mary Sue, ehm, znaczy się Amy zachowuje się często jak rozpuszczony bachor, który lubi wszystko utrudniać – gdy trzeba powiedzieć o swoich podejrzeniach albo o ataku, milczy jak grób. Podobno wychowała się na Ziemi, a jest na tyle głupia, by nie pomyśleć, że swoim doświadczeniem mogłaby się podzielić z załogą statku, który potrzebuje gruntownych reform – wolność ma swoje wady i wymaga zbudowania wokół społeczeństwa odpowiedniego systemu, który nie będzie naruszał wolności, ale zapewni bezpieczeństwo (system kar, prawo, więzienie, policja, sąd, opieka medyczna, pomoc socjalna dla tych, którzy nie mogą pracować). Ale nie! Ona zajmie się swoimi sprawami, będzie się dąsać i pałętać, bo jest oczywiście taka samotna i och, ach, co ona pocznie. O tym, że chroniła faceta, których ją dręczył i chciał zgwałcić, już nie wspomnę – bo oczywiście nasza biedna bohatereczka nie jest w stanie otworzyć ust, gdy trzeba. Za to gdy nie trzeba (na końcu książki), zaczyna wyłazić z niej bardzo samolubna osóbka. Nie zgadzam się na to, by uznać ją za postać pozytywną – nie można nagradzać takiej głupoty i manipulacyjnych, samolubnych zapędów. W dodatku dziewczę to nie potrafi zajmować się książkami – starymi, trzystuletnimi tomami rzuca i szoruje nimi po podłodze, zagina rogi i nie chcę wiedzieć, co robi jeszcze. Wyjaśnienie „mój ojciec tak robił” zdecydowanie mnie nie przekonuje. To dzieciuch, a nie bohaterka.

Jeśli chodzi o fabułę, mam silne przekonanie, że autorka nie miała na nią jakiegokolwiek pomysłu. Stąd też wyszedł ten idiotyczny ciąg zagadek do rozwiązania pozostawiony przez Oriona – bo oczywiście nie można tych informacji przekazać w skompresowanej formie – wtedy autorka nie miałabym żadnego głównego wątku, wokół którego mogłaby zbudować cały ten tom. Wyjmując ten idiotyczny ciąg tajemnic, który jest po prostu pomysłem potwornym i sugerującym, że autorka nie miała nic konkretnego, a posłużyła się byle czym, wyjmując to, nie zostaje w zasadzie nic.
[spoiler]Ponarzekam jeszcze może na nielogiczności.
Przez grubo ponad 300 lat (zapewne z przynajmniej 100 więcej, choć pewnie dużo więcej) książki się nie rozpadły, trochę zniszczone, stare, ale się trzymają, do tego skafandry też są ładne, czyste i działają poza uszkodzeniami, które ktoś zrobił celowo. Nie mam aż takiej wiary w technikę, by sądzić, że ot tak, po prostu, wisząc sobie na ścianie, nic im się nie stało (kto by się przejmował specjalnym przechowywaniem). Najśmieszniejsze jest przekonanie, że zapakowano załadowaną broń, gotową do użycia, a także że przez te setki lat się ona nie zniszczyła i nie trzeba jej było nawet ciutkę czyścić, żeby znów ładnie strzelała. [/spoiler]
„Milion słońc” mi się nie podobało. Bohaterowie byli sztuczni, naiwni i do bólu głupi, do tego przywódca bez najmniejszych zdolności przywódczych i głupia, samolubna dziewuszka bez rozumu. Jak to się może komukolwiek podobać? Nawet jeśli pomysł byłby lepszy, ci fatalni bohaterowie zniszczyliby wszystko. Nie znalazłam chyba nawet jednej zalety w tej książce – paskudni bohaterowie, brak konkretnej fabuły (sztuczny ciąg zagadek mnie do siebie nie przekonał), nudny i na siłę problematyczny wątek miłosny, a także fakt, że akcja nie jest ani ciekawa, ani wciągająca. Wynudziłam się i wymęczyłam przy tej książce. Nie polecam.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

ODPOWIEDZ

Wróć do „Literatura”