Ostatnio przeczytane

Czytałeś ostatnio ciekawą książkę bądź komiks? A może ciekawy artykuł w gazecie? Podziel się tym z nami. Rozpocznij dyskusję na temat ulubionych dzieł literackich i nie tylko.

Moderatorzy: Administratorzy, Moderatorzy, Junior Admini

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Seria: Orły na Kremlu

Samozwaniec cz.I:

Obrazek

Autor: Jacek Komuda
Wydawca: Fabryka słów
Premiera: 04-08-2011
Ilość stron: 486

Opis z okładki:[

Rok 1605. Polskie wojska wkraczają do Moskwy. Fantastyka? Nie! Najprawdziwsza prawda historyczna!

Opowieść o największej, awanturniczej wyprawie Polaków, porównywalnej z podbojami hiszpańskich konkwistadorów. Wyprawie po koronę carów Moskwy, zwanej Trzecim Rzymem. Książka o zderzeniu dwóch światów - wyrosłej na gruncie wolności szlacheckiej Rzeczypospolitej i ksenofobicznej Moskwy, odgrodzonej od Europy murem prawosławia. Opowieść o fenomenie husarii i wojska polskiego, zwyciężających na mroźnych stepach i lodowych pustkowiach Rosji, gdzie wieki później klęskę poniosły armie Napoleona i III Rzeszy.

Moja opinia:

Już od jakiegoś czasu, chciałam przeczytać tą pozycję. Zakup w ciemno mi nie pasował, a biblioteka nie posiadała, ale w końcu się udało. Spodziewałam się czegoś bardziej Sienkiewiczowskiego (uwielbiam). Słownictwo jakim posługuje się Komuda dawno odeszło do lamusa i dość ciężko mi się czytało. Pół biedy jeśli chodziło o nazwy, bo wiadomo o co chodzi, ale wiele było zdań, do których brakło mi wyjaśnień. Niby słowniczek znalazł się na końcu, ale ja nie cierpię w trakcie czytania motać się w poszukiwaniu wyjaśnień. Może inni poczytują to Komudzie na plus, brak lekkiego (Sienkiewiczowskiego) uwspółcześnienia języka, lecz nie ja. Całą resztę należy zaliczyć na plus. Bardzo fajny pomysł na historyczne fantasy. Dymitriady zawsze wzbudzały wiele kontrowersji. Nie wiem czy Komuda ma zamiar stworzyć cykl tylko o jednej czy o wszystkich, bo 4 tom Samozwańca nie jest ostatnim. Będzie jeszcze Moskiewska ladacznica i Car z żelaza. Na pewno przeczytam wszystkie, abym tylko dorwała.

Podobało mi się doskonałe ujęcie szlacheckiej mentalności na przykładzie wykreowanych postaci. I nie chodzi tu tylko o głównego bohatera, ale i o pozostałych. Rozegranie opowieści na tle rodzinnej waśni jeszcze bardziej podkreśla stereotyp polskiego szlachcica. Doskonałe ujęcie tematu, a wplecenie w to wszystko wątku fantasy dodaje tajemnicy. Niedźwiedzi krzyż i tajna organizacja. Jaki ma cel?
[spoiler] Myślę, że Dymitr, tak samo jak Borys byli oddani na wychowanie ludziom, aby potem tajemne bractwo mogło z nich zrobić swoich oddanych żołnierzy. Waarłam, dla własnych celów, postanowił to zmienić, jeśli chodzi o Dymitra. Kim tak naprawdę były oddawane na wychowanie dzieci, o które upominało się bractwo.
Ponadto chciałabym, aby okazało się, że Borys jest jego stryjecznym bratem.[/spoiler]
Główny bohater i autor mają wspólne imię – Jacek. Czyż to nie urocze. Jacek lata za spódniczkami, jak każdy facet, ale ma zaletę. Potrafi je rozgryźć, nie myśli tylko rozporkiem. Widzi, kto chce go wykorzystać czy wyciągnąć informacje. A to czyni go Bondem, a nie Reinmarem z Bielawy, który ciągle wpada przez kobiety w kłopoty.
Mam nadzieję, że dalej będzie więcej Borysa. To mój ulubieniec.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2961
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Wielki Północny Ocean. Morze
Autor: Katarzyna Szelenbaum

Seria: Wielki Północny Ocean
Tom: 1
Wydawnictwo: G+J Gruner+Jahr
Data wydania: 2013
ISBN: 9788377782880
Liczba stron: 464

Opis z okładki:
Wielki Północny Ocean to pięciotomowa powieść rozgrywająca się w fikcyjnym Królestwie Eskaflonu. Rin, syn grabarza, którego – z racji pochodzenia i zajęcia – ludzie zaliczają do nieczystych, trafia pod skrzydła Wolnego Kruka – okrutnego żołnierza, mistrza fechtunku i tortur. Rin, uznając w nim pana swego życia i śmierci, wkracza w świat, w którym tylko bezwzględne posłuszeństwo przynosi bladą obietnicę odnalezienia własnego miejsca w gorzkim morzu ludzkości.
Powieść koncentruje się na doznaniach i przeżyciach głównego bohatera, jego relacjach z innymi ludźmi i – co najistotniejsze – jego kształtującym się sposobie odbierania świata. Mówi o niekompletności bytu ludzkiego, o jego mentalnym i duchowym kalectwie.
Wielki Północny Ocean to debiutancka powieść Katarzyny Szelenbaum. Autorka zdobyła trzecie miejsce w I Ogólnopolskim Konkursie Literackim NEOpoeticoN, wyróżnienie w konkursie literackim „Totus Tuus” oraz wyróżnienie w piątej edycji konkursu „Otuleni Natchnieniem”. Jej teksty ukazały się w miesięczniku literackim „Neon” oraz w dwumiesięczniku fantastyczno-kryminalnym „Qfant”, w którym opublikowano także jeden rozdział powieści Wielki Północny Ocean.
Gdyby tylko mógł się poruszyć...Gdyby tylko mógł wrzasnąć...
Tylko ten jeden jedyny raz w życiu...

Nigdy z nikim długo nie rozmawiał, nigdzie na dłużej nie przystawał – jakby gnany wiatrem. Prawie zawsze jadał w odosobnieniu, a jeśli już schodził do sali jadalnej, siadał zawsze na uboczu, jak gdyby celowo odrywając się od reszty. Przestrzeń wokół niego zawsze była pusta i przejmująco zimna. Rin wyczytał w Wielkiej księdze ptaków Eskaflonu, że kruki nienawidzą nie tylko innych ptaków, ale i wszelkich zwierząt w ogóle. Żadnego się nie boją i nie wahają się atakować nawet tych większych od siebie, jeśli tylko coś je rozeźli. Nigdy i pod żadnym pozorem nie łączą się w stada, a życie w grupie jest im zupełnie obce. Ktokolwiek jako pierwszy nazwał porucznika Krukiem, wiedział, co mówił.

Komentarz:

Co to była za mordęga… Z uwagą przeczytałam nieco ponad dwieście stron, resztę już tylko w większości przekartkowałam, nie wczytując się uważnie. „Morze” jest tak piekielnie nudne, że to się w głowie nie mieści, skrajnie monotonne i w dodatku nieciekawie napisane. Opisy są za długie, zanim dotarłam do jego końca, już miałam dość i trudno mi było to sobie wyobrazić. Pewnie miało to coś wspólnego z tym, że początek tak mnie zraził, że potem nie miałam już sił na czytanie w pełnym skupieniu i chciałam po prostu przekręcić wreszcie ostatnią kartkę. Ale to nie jedyne wady – nie zliczę, ile razy pomyślałam „o co tu, kurna, chodzi?”, wielokrotnie nie byłam w stanie ogarnąć sytuacji – ktoś coś robił, ale jego zachowanie i reakcje otoczenia zupełnie nie pasowały do czynności. Jak 2+2=6. Często, gdy ktoś coś mówił, osobne zdania miały sens, ale gdy złożyło się to razem, gdy tworzył się kontekst, wychodził bezsens, przy którym czułam jedno wielkie niezrozumienie. Także bohaterowie mnie nie zachwycili – byli skrajnie nierealni, sztuczni, nieciekawi i nudni, ale to owa nierzeczywistość przeważyła. Nie uwierzę w to, by człowiek (w dodatku dziecko) mógł zachowywać się tak otępiale i beznamiętnie, by mógł mieć pusty wzrok i nie bał się uderzenia – nie wiem, co autorka sobie myślała, tworząc takie postacie. Toć to koszmar. Nie trzeba chyba dodawać, że żaden z bohaterów nie zyskał nawet grama mojej sympatii – nie mówiąc o tym, że często postacie mi się myliły z racji podobnych imion. Poza tym Katarzyna Szelenbaum usilnie starała się uzyskać poetycki język – nie udało się, nie licząc innych przeszkód, zbyt to było nudne i zbyt długie, by nazwać poetyckim. Wyszło bardzo ciężko.

Nie polecam, tragiczna książka. Najpewniej wiele osób może być zachwyconych tą pozycją, a mnie może zarzucić nieuważne czytanie. I być może moja opinia byłaby inna, gdybym faktycznie się wczytała w treść – choć to mało prawdopodobne, gdyż z miejsca odrzucają mnie same twierdzenia przedstawione przez autorkę. Stworzony przez nią świat jest chory, nielogiczny i sprzeczny z ludzką naturą. Dobra, to tyle. Nudne, nieciekawe, monotonne, bez śladu emocji. Nie polecam.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

World War Z
Światowa wojna zombie w relacjach uczestników


Obrazek

Autor: Max Brooks
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 538
Data premiery: 07.05.2013r.

Opis z okładki:

Hordy głodnych i wściekłych zombie nadciągają!

Jesteście przygotowani na WOJNĘ TOTALNĄ?

Najpierw w Chinach pojawia się pacjent „zero” zarażony dziwną i nieznaną chorobą, która powoduje niespotykaną dotąd degenerację ciała i późniejszą reanimację zwłok. Wkrótce z całego świata zaczynają napływać kolejne doniesienia o podobnych przypadkach. Rządy wielu państw ignorują zagrożenie i skrywają prawdę przed obywatelami. A ta jest szokująca – po całym globie z prędkością błyskawicy rozprzestrzenia się śmiertelny wirus zmieniający ludzi w żywe trupy żądne krwi...

Tak zaczęła się pandemia, którą przetrwali nieliczni. Świat po globalnej hekatombie stał się przerażającym i brutalnym miejscem pozbawionym zasad, gdzie można liczyć tylko na siebie. Dzięki Maksowi Brooksowi poznajemy historie z pierwszej ręki, o których dotychczas milczały raporty wojenne.

World War Z to bijący rekordy popularności i doskonały reportaż, przerażający do szpiku kości, prawdziwy do utraty tchu!

Moja opinia:

Na początku chcę zaznaczyć iż nie oglądałam filmu. Do przeczytania książki skłoniło mnie tylko i wyłącznie to iż na tę pozycję natknęłam się w bibliotece. Moją przygodę z zombiakami zaczęłam od serii Przegląd Końca Świata, która bardzo mi się spodobała, dlatego natknąwszy się na kolejne żywe trupy nie omieszkałam skorzystać z okazji. World War Z jest zupełnie czymś innym. Książka została napisana w formie reportażu i podzielona na 8 rozdziałów, które odzwierciedlają etapy ery zombi:
1) Ostrzeżenia
2) Oskarżenia
3) Wielka Panika
4) Przełom
5) Front wewnętrzny w Ameryce
6) Dookoła świata – i ponad nim
7) Wojna totalna
8) Pożegnania

Etapy obrazują jak zachowywali się ludzie w każdym etapie zetknięcia się z żywymi trupami. Ponadto, …ludzie. Jak sama nazwa wskazuje reportaże musiały zostać przeprowadzone z ludźmi którzy przeżyli wojnę. Kim byli. Różnie. Od dzieci, przez żołnierzy i celebrytów, po głowy państw. Przekrój przez wszystko co możliwe, w tym przekrój przez różne państwa. Z niecierpliwością czekałam na wzmiankę o Polsce. Niestety nie doczekałam się, a były i Czechy, i Białoruś i Ukraina. Mały smuteczek. Reportaże bardzo mi się podobały, były pełne emocji mimo, że zostały napisane po 12 latach od kiedy wszystko się zaczęło. Ludzie, którzy opowiadali o swoich doświadczeniach z zombiakami nadal to przeżywali. Realności reportażowi nadawały przypisy umieszczone w tekście, tuż obok, na widoku. Po raz pierwszy spotkałam się z Quislingami. Nigdy bym nie pomyślała, że ludzie mogą tak reagować na zagrożenie. Tak samo ADS – zespół zgonu bezobjawowego u dorosłych. Reportaż, który wywarł na mnie największe wrażenie został zatytułowany Baza Sił Powietrznych… Memphis, Tennessee USA. Nic bardziej mylnego. Akcja działa się na Florydzie. Bohaterką była pilot Gavin Blaine. Wadą reportażu jest to, iż nie ma wspólnego bohatera. Książka liczy 538 stron, poszczególne wywiady mają od kilku do kilkunastu stron. Wciągasz się w akcję, a tu bum. Koniec. I następna historia. To chyba przez to nie mogę uznać tej książki za świetną. Zabrakło mi kogoś kto by spoił całość, bo przecież bezosobowe żywe trupy nie mogą tego dokonać.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Oksa
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 1824
Rejestracja: 07 lut 2010, 14:34

Post autor: Oksa »

hlukaszuk pisze:Reportaż, który wywarł na mnie największe wrażenie został zatytułowany Baza Sił Powietrznych… Memphis, Tennessee USA. Nic bardziej mylnego. Akcja działa się na Florydzie. Bohaterką była pilot Gavin Blaine.
Kurde, dokładnie to samo! Do dziś pamiętam wszystko idealnie, jakby mi się cała ta historia wypaliła w głowie. Samotną walkę, niezwykłą siłę umysłu oraz ogromną wolę przerwania. Naprawdę wspaniały reportaż.

Było jeszcze kilka równie ekscytujących opowieści, jak np. Jesiki Hendricks na Kanadzie (dziecko w trakcie Wielkiej Paniki) - tu mnie przeraził, jako matkę i nie tylko, szczególnie jeden aspekt
[spoiler]tzn. scena, w której Jesika znajduje kość udową malutkiego dziecka, na którym widać ślady ludzkich zębów.[/spoiler]; Sharon (pacjentka Rothman Rehabilitation), której matka stanęła przed bardzo trudno decyzją; losy niczego się nie spodziewających rosyjskich żołnierzy z punktu widzenia Marii Zhuganovej czy też ucieczkę i przemianę wewnętrzną komputerowego nerda Kondo Tatsumi.

Nie lubię opowiadań, więc trochę bałam się tej książki, a jednak brak prowadzącego bohatera oraz nadania powieści jakiegoś takiego poczucia całości, o którym hlu pisałaś, nie przeszkadzał mi. Reportaże kończyły się w odpowiednich momentach, bo zostawiały mnie często z kłębiącą się masą emocji. Dla mnie świetna pozycja, ale to już pisałam kilka stron wcześniej :-P
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Seria: Świat po wybuchu

Część I. Nowa ziemia

Obrazek

Autor: Baggott Julinna
Wydawnictwo: Egmont
Ilość stron: 484
Data premiery: 09-05-2012

Opis z okładki:

W czasach gdy ludzie podzielili się na czystych i zdeformowanych po Wybuchu, gdy w Kopule panuje sterylny totalitaryzm, a na zewnątrz anarchia, choroby i siła pięści, trójka młodych ludzi wyrusza na poszukiwanie, którego kresu i celu sami jeszcze nie znają.

16-letnia Pressia żyje w świecie po Wybuchu. Każdego dnia walczy o przetrwanie wśród zmutowanych po eksplozji kreatur, które kiedyś były ludźmi. Pyły żyją w ziemi, ich oczy pojawiają się nagle gdy wciągają swoje ofiary pod ziemię, za miastem mieszkają okrutne Matki zrośnięte ze swoimi dziećmi.
Pressia nienawidzi lalki, która zespoliła się z jej ręką, przeraża ją wizja, że wiatrak w szyi ukochanego dziadka któregoś dnia przestanie działać, fascynują ją ptaki na plecach towarzysza podróży. Marzy o normalnym świecie, który pamięta z pozostałości zdjęć, tęskni za rodzicami, którzy umarli w czasie eksplozji. Lada dzień zostanie powołana do wojska. Wtedy wszystko się zmieni…
Partridge to 18-letni adept Akademii w sterylnym świecie Kopuły. Jest jednym z ocalałych Czystych. Dowiaduje się, że jego matka być może jeszcze żyje wśród zmutowanych. Postanawia wydostać się z Kopuły i ją odnaleźć. Znajdzie się wśród niebezpieczeństw, których istnienia nie mógł przewidzieć, gdzie jego Czystość jest przekleństwem.
Jego spotkanie z Pressią zmieni bieg historii Nowej Ziemi….

Moja opinia:

Jakoś tak ostatnio ciągnie mnie do postapo i na razie, pomimo różnego poziomu literatury, temat ciągle mi się podoba. Już kilka razy trafiłam na utarte schematy. Na zniszczonej ziemi żyją ludzie po katastrofie, a w sztucznie stworzonym miejscu (różne określenia, tu Kopuła) wybrańcy tj. ci którzy mieli chody i się załapali z racji zajmowanych stanowisk lub tacy co zapłacili za miejsce. Normalka. Drugi schemat dotyczy bohaterów. Przeciwne płcie. Jedno mieszka wśród wybrańców a drugie na zewnątrz. Okoliczności powodują, że się spotykają. I tu kończą się schematy. Z opisu książki i z utartych szablonów można by wnioskować, że bohaterów połączy wielka i płomienna miłość. I tu mamy odstępstwo od reguły, ale nie powiem jakie, ale na pewno jest zaskakujące przynajmniej do pewnego momentu. Dziewczyna wypada o wiele lepiej od chłopaka. Dzięki jej relacjom z otoczeniem: dziadkiem, dzieckiem, sprzedawcą, zabawkami, wspomnieniami, poznajemy ją o wiele lepiej od Czystego, który wypada trochę blado. Mam wrażenie, że jest nijaki. Kilka relacji ze współlokatorem czy Ładygą (rówieśnicy z Kopuły) mało wnoszą. Trochę więcej dają relacje Partridge z ojcem. Chłopak jest bardzo wyobcowany, czy to przez ojca, czy przez śmierć brata, a może system panujący wewnątrz Kopuły, a może przez kodowanie, któremu jest ciągle poddawany. Mam wrażenie, że określenie Czysty tj. bez blizn i zdeformowań po wybuchu jest też pewną metaforą - czysty jak niezapisana tabliczka – a może tylko to sobie wyobrażam. Przemyśleń chłopaka na temat jego uczuć jest bardzo mało. Np. niby nie zna Ładygi, nic do niej nie czuje, jest dla niego tylko środkiem do kradzieży noża, a później jak się ponownie spotykają mam wrażenie, że jednak coś do niej czuje. (Wydaje mi się, że takie zachowania są charakterystyczne dla mieszkańców Kopuły.) Bardziej rozbudowaną postacią z ukształtowanym poglądem na świat i z wyraźnie określonymi uczuciami jest Bradwell, przyjaciel Pressi ze zniszczonej ziemi. Wie na czym stoi i potrafi pchnąć innych do działania. To samo tyczy El Capitana. To jednak nie bohaterowie sprawiają, że książka jest wyjątkowa. To wykreowany świat. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby iluś ludzi postanowiło zniszczyć świat dla chorej idei (nadludzi i niewolników), a jeszcze bardziej kto na to pozwolił i gdzie był rząd. Jak można było ukryć budowę Kopuły przed rządem? Jakoś tak dziwnie się składa, że mamy do czynienia tylko z naukowcami, którzy wydają rozkazy żołnierzom, a w zasadzie jest to władza jednego człowieka – ojca Partridge’a. A jeszcze bardziej niewiarygodnie są bomby, które doprowadziły do zniszczenia całego świata. Bomby, zawierające w sobie coś co sprawiło, że ci którzy przeżyli spoili się zarówno z materią nieożywioną jak i ożywioną. Wydaje się to bardzo, bardzo niewiarygodne, wprost niemożliwe, ale nie mnie to oceniać. To powieść s-f. Nie musi być realna. Zaakceptowałam tą anomalię. Ludzi z wtopionym metalem, plastykiem, zmutowane zwierzęta, Pyły, Bestie a nawet Grupony, ale Matki z dziećmi, które nigdy już nie dorosną wywróciły mój żołądek na drugą stronę. Z każdej kartki wieje smutkiem. Jest wszech- i wszystko-ogarniający. Chwile radości to małe promyki i dotyczą błahych, niepozornych rzeczy. Atmosfera jest ciężka od napromieniowania i to się czuje przez cały czas. Na ludzi stale coś czyha, nawet inni ludzie. Autorka nie daje o tym zapomnieć ani na moment. Kiedy zabierałam się za Nową Ziemię myślałam, że będzie to lekka młodzieżówka jakich wiele. Cieszę się, że się myliłam. Pomimo wad, z miłą chęcią sięgnę po drugą część.

Część II. Nowy przywódca

Obrazek]

Ilość stron: 560
Data premiery: 08-05-2013

Opis z okładki:

Świat po Wybuchu. Bezpieczni są tylko Czyści, żyjący spokojnie pod Kopułą. Na zewnątrz pozostali zmutowani. Partridge, syn Willuksa, dowódcy Czystych, ucieka spod kopuły, by na zewnątrz odnaleźć matkę. Dołącza do grupy Wyrzutków, na których czele stoi El Capitan. Żeby odzyskać syna, Willuks nie cofnie się przed niczym. Żeby ocalić pozostałych, Partridge będzie musiał wrócić pod Kopułę i zmierzyć się z najstraszniejszym wyzwaniem. Pressia zaś, uzbrojona tylko w tajemniczą skrzynkę ze wskazówkami, wyruszy w drogę tam, gdzie nie prowadzą żadne mapy. Jeśli tej dwójce się powiedzie – uratują świat, jeśli nie – ludzkość zapłaci przerażającą cenę…
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2961
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Tytuł: Niezgodna
Autor: Veronica Roth
Blair pisze:Obrazek

tytuł oryginału: Divergent
Cykl: Divergent tom 1
wydawnictwo: Amber
data wydania: marzec 2012
ISBN: 9780062024022
liczba stron: 352

Opis: W dystopijnym Chicago w świecie Beatrice Prior społeczność jest podzielona na pięć odłamów, każda kształcąca konkretną cechę – Prawość (szczerość), Altruizm (bezinteresowność), Nieustraszoność (odwagę), Serdeczność (spokój, pokojowe nastawienie) i Erudycja (inteligencję). W wyznaczony dzień każdego roku wszyscy szesnastolatkowie muszą wybrać odłam Chicago, któremu poświęcą się na resztę swojego życia. Beatrice wybiera między pozostaniem z rodziną, a byciem sobą – nie może mieć tych dwóch rzeczy naraz. Więc dokonuje wyboru, który zadziwia wszystkich, nawet ją samą.
Mój komentarz:
„Niezgodna” bardzo natrętnie porównywana jest na okładce do „Igrzysk śmierci” (tytuł ten został na niej wymieniony aż cztery raz) – moim zdaniem można to porównanie podsumować mniej więcej tak: buahahahahaha… … Zieeew. Uparli się na to – no i po co? Po co było to sobie robić? Tak wysoko (jak dla tej pozycji) stawiać poprzeczkę? Toż „Niezgodna” ledwo może się lekko z ziemi poderwać.

Zacznijmy od tego, że już sam początek mi nie grał – przede wszystkim w szczegółach, które po prostu się nie zgadzały, czułam w tym fałsz. Starałam się też znaleźć coś większego, ale szło problematycznie (ktoś mi tu namieszał w poglądach - ale wcześniej nie pasowało mi to, jak łatwo podzielili ludzi na grupy, choć przecież nie jest to proste, a już na pewno nie długotrwałe); przeważa drobizna. Instruktor nowicjuszy jest od nich o całe, uwaga, uwaga, dwa lata starszy, a nauka strzelania z broni palnej prowadzona była bez żadnej ochrony na uszy (rozumiem, że ktoś tu nie chce, by nowe nabytki miały dobry słuch). Tak, tak, wiem, młodzieżówka i jej idiotyzmy. Tak sobie debatowałam sama ze sobą i nie tylko nad tym, co można uznać za nieścisłość (jak np. marnowanie zainwestowanego kapitału w dzieciaki, które zmieniają frakcje), ale zapomniałam o tym wszystkim na ostatnich jakichś pięćdziesięciu stronach – tam zaczyna się totalny kosmos (w negatywnym znaczeniu). Nic nie trzyma się kupy, nic do siebie nie pasuje, kompletny brak logiki i realizmu. To jedna wielka abstrakcja w wykonaniu autorki, która najwyraźniej strasznie chciała, by w jej książce znalazło się więcej akcji. I owszem, znalazło się jej więcej, ale niestety tej strasznie idiotycznej i bezsensownej.

O, albo jeszcze to – do frakcji wchodzi 10 osób spośród nowicjuszy, dzieje się to raz na rok, a zakładając, że członkowie żyją średnio 50 lat (bohaterka wspomniała, że nie widziała tam starych ludzi, a w czasie akcji nie opisała nikogo, kto mógłby mieć więcej niż góra dwadzieścia kilka – może z wyjątkiem jakichś dwóch osób) – to daje powiedzmy około 500 osób. Moim zdaniem, coś mała ta frakcja, biorąc pod uwagę to, że połowa z nich ma być czynną ochroną na nie wiadomo jak wielkim obszarze (zważywszy na pociąg i jego całkiem długawe kursy – dość sporawym) to strasznie mało. Autorkę trochę chyba poniosło.

Poza tym gdzie to w ogóle się dzieje? Czy bohaterka choć raz wymieniła nazwę swojego państwa? Albo chociaż miasta? No oczywiście, że nie. Na bank dzieje się to na terenach USA lub „byłych Stanów”, ale autorka nie powinna w tym względzie liczyć na domyślność czytelników, a winna gdzieś na początku to przedstawić. No chyba, że to miasto-państewko bez nazwy. Ok, dopiero w tej chwili przeczytałam opis i dowiedziałam się, że to Chicago – autorka mogłaby być bardziej pomocna. W ogóle ten opis spoileruje wydarzenia z ostatnich 50 stron. Czyżby twórcy opisu uważali tę książkę za tak nudną, że nie mogli obyć się bez spoilerów z zakończenia? Dobra, dość o tym, czas na postacie.

Bohaterowie nie są szczególnie ciekawi, łatwo domyślić się wątku romantycznego, a także odkryć tajemnice, które stara się odkryć główna bohaterka – w zasadzie autorka podaje wszystko na tacy, więc jest to raczej oczywiste – zwłaszcza, że mamy tu czynienia z przewidywalną, nielogiczną młodzieżówką. Choć nie jest z nią może najgorzej (przynajmniej zanim dotrze się do tych nieszczęsnych ostatnich 50 stron).

Czy jest jakaś zaleta poza tym, że czyta się to szybko? Chyba niekoniecznie. Jest naiwne, przewidywalne, nie zapada w pamięć, zdecydowanie mniej logiczne niż chociażby porównywane „Igrzyska śmierci”. Sam pomysł z podziałami na frakcje już mnie nie ujął, gdyż czuć tu fałszem. Nie jest to co prawda najgorsza pozycja, jaką miałam okazję czytać, ale na pewno daleko jej do najlepszych, nawet na tle młodzieżówek nie wybija się jakoś szczególnie. Ale mimo wszystko można przeczytać jako odmóżdżacz, jednak nic innego spodziewać się nie należy.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Druga szansa

Obrazek

Autor: Katarzyna Miszczuk-Berenika
Wydawnictwo: Uronoros
Ilość stron: 330
Data premiery:06-11-2013r.

Opis z okładki:

Kolejna trzymająca w napięciu powieść Katarzyny Miszczuk. Tym razem autorka miesza ze sobą jawę i sen, a marzenia zamieniają się w koszmary, z których nie sposób się obudzić.

Młoda dziewczyna budzi się w pokoju, którego nie zna – co gorsza, nie poznaje własnego odbicia w lustrze i nie może przypomnieć sobie swojego imienia. Z czasem okazuje się, że nazywa się Julia Stefaniak, a w pożarze zginęła cała jej rodzina – jedynie Julii udało się przeżyć, choć na skutek odniesionych obrażeń straciła pamięć. I choć nazwa ośrodka powinna dodawać dziewczynie otuchy, Julia nie potrafi pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak. Jedna z pacjentek nieustannie przepowiada jej śmierć, w pokoju Julii pojawia się tajemnicza dziewczyna, a tuż przed zaśnięciem słyszy szepty. Co zrobić w sytuacji, w której nie możesz zaufać nawet sobie?

Moja opinia:

Od pierwszych stron książki jeden fakt nie daje spokoju. Na początku dotyczy Julii, a potem pozostałych kuracjuszy. To nie przypadek, że wszyscy nie mają rodzin, które by się nimi interesowały. I kto za to wszystko płaci, bo przecież nie NFZ. Później to wszystko obgasa, aby na konie wybuchnąć na nowo. Czytelnik wie, że coś nie gra, tylko nie wie co. I o to chodzi.

Mały niuans. Julia jako zagorzały kinoman wiedziała do czego służy piaskownica z grabkami na stole w gabinecie psychiatry. Ja bym nie wiedziała. To źle czy dobrze. Źle bo taka nieoczytana jestem, czy dobrze, bo jeszcze całkiem nie ześwirowałam od czytania książek.

To tyle jeśli chodzi o przemyślenia w trakcie pochłaniania książki. Po przeczytaniu nasunęły się zupełnie inne. Naszło mnie deja vu. Tak jakbym oglądała film z podobnymi założeniami. [spoiler]Razem byli w śpiączce. Śnili to samo. Zakochali się w sobie. Kiedy się obudzili uczucie przetrwało, bo pamiętali to o czym oboje śnili. Na tym jednak podobieństwa się kończą, albo tyle tylko pamiętam, albo tyle mi tylko majaczy, albo to naprawdę deja vu.[/spoiler]

A teraz zacznę od tego od czego powinnam na początku. Śledzę karierę Miszczuk-Bereniki dość dokładnie. Czytałam wszystko co napisała w kolejności chronologicznej i muszę przyznać, że autorka cały czas szlifuje swój warsztat. Wilk i Wilczyca jak na nastolatkę były świetne, ale książkom wiele brakowało, za to bohaterowie byli wiarygodni, zachowywali się tak jak ludzie w ich wieku. Cykl Ja diablica, Ja anielica i Ja potępiona to już inna bajka. Ich poziom był nierówny. To wykreowany świat, pomysł na fabułę, drugoplanowe postacie Beleth, Azazel, czy Kleopatra były atutem. Główni bohaterowie zaś, szczególnie Piotruś byli trochę niedorobienie. Z kolei w Drugiej szansie wszystko zagrało, przynajmniej ja nie mogę niczego się dopatrzeć. Książka była świetna. Powiało grozą, horrorem, cały czas czuło się napięcie. Główne i drugoplanowe postacie świetnie przemyślane. Nie ma do czego się przyczepić. Zakończenie jest dwuznaczne w stylu: Czytelniku dalszą historię napisz sobie sam, a jak nie potrafisz to mogę ci w tym pomóc, jeśli oczywiście chcesz.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
wiedźma z bagna
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 1298
Rejestracja: 13 sie 2010, 14:40

Post autor: wiedźma z bagna »

Ej, no zaintrygowałaś mnie. Po co te grabki? Się nie spotkałam w swej karierze, znaczy, że co? Mam do czynienia z samymi niedouczonymi psychiatrami? Normalnie będę musiała przeczytać. I to ze względu na grabki. Czy to znaczy, że ześwirowałam, skoro mam taką motywację? :-P
I cóż to zmieni, gdy z młodych gniewnych, wyrosną starzy wk..wieni ???

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Oksa pisze:Autor: Sherrilyn Kenyon
Tytuł: Rozkosze nocy
Obrazek
Cykl: Mroczny Łowca
Tom: I
Tłumaczenie: Małgorzata Strzelec
Liczba stron: 432
Rok wydania polskiego: 08/2010
Wydawca: MAG
Cena: 35 zł

Opis: Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się, jak to jest być nieśmiertelną? Wędrować wśród nocy, polując na wampiry, które żerują na ludziach? Mieć nieograniczone bogactwa, nieograniczoną moc? Oto moje życie, mroczne i niebezpieczne. Odgrywam bohatera dla tysięcy, ale nikt mnie nie zna. I uwielbiam każdą minutę swojego życia.

A przynajmniej tak myślałem, dopóki pewnego dnia nie obudziłem się przykuty do najgorszego koszmaru: konserwatywnej, zasadniczej kobiety. W przypadku Amandy - zasadniczej aż do bólu. Jest bystra, seksowna, dowcipna i nie chce mieć nic wspólnego ze światem paranormalnym - innymi słowy, ze mną.


Czas w jakim przeczytałam: 5 dni

Recenzja: Miałam w planach dłuższą podróż autobusem. Myślę sobie - nie da rady, muszę mieć coś w trakcie do poczytania, bo oczywiście książki ze sobą nie zabrałam. Tak więc mimo szczupłych zasobów udałam się do księgarni Matras, gdzie po kilkunastu minutach bezcelowego krążenia zdecydowałam się w końcu na tę książkę w nadziei na jakieś dark fantasy. Może i ktoś by ją określił jako dark fantasy, ale na pewno bliżej jej do paranormal romance. I to wyjątkowo kiepskiego.

Autorka naprawdę nie rozumie, że co za dużo to niezdrowo. Opisów tego, jaki on jest przystojny i jakie to wspaniałe, że nigdy niczego takiego nie czuła oraz jak on jej pożąda, ale nie może sobie na to pozwolić bla bla bla. Było tego po prostu ZA DUŻO, nie wiem czy znalazłaby się strona lub dwie bez tych westchnień początkującej miłości. Główna bohaterka jest nudna, dialogi - zero polotu, a i fabuła nie za ciekawa. Doczytałam do końca, bo niech już będzie, nudno było w autobusie. I jakkolwiek lubię czasem poczytać sobie coś aż do bólu lekkiego (czytaj - romans ), to jednak są pewne standardy

Serio, nie polecam.

Ocena: 2/10

PS. Teraz żałuję, że nie kupiłam "Ugryzionej" z recenzji powyżej, dostała przynajmniej powyżej 5
Tej autorki wszędzie pełno. Ciągle gdzieś mi się rzuca w oczy nieoficjalnych tłumaczeniach, wiec jak wpadła mi w oko w bibliotece to wypożyczyłam. Przeczytałam do końca, a właściwie przekartkowałam. Co za gniot. To jest sam harlekin bez żadnej otoczki. Biedny skrzywdzony przez kobietę facet pokutuje 2 tysiące lat, aby w końcu znaleźć tą jedną, a to jeszcze mało jeśli chodzi o relacje damsko-męskie. Choć spoiler na widoku może by się przydał, żeby odstraszyć innych. Oksa była zbyt wyrozumiała dając dwójkę. W tej książce, jeśliby wyciąć opisy jego przymiotów ducha i ciała oraz tego co czuje, nie pozostało by prawie nic. Kawałek historii Mrocznych Łowców. Z ciekawości spojrzałam o czym można jeszcze pisać kolejne tomy z serii. Okazało się, że każda część jest o innym łowcy. No to wszystko na ten temat.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2961
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Złodziejka książek
Autor: Markus Zusak

Tłumaczenie: Hanna Baltyn
Tytuł oryginału: The Book Thief
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: 2008
Liczba stron: 496

Opis:

Liesel Meminger swoją pierwszą książkę kradnie podczas pogrzebu młodszego brata. To dzięki „Podręcznikowi grabarza” uczy się czytać i odkrywa moc słów. Później przyjdzie czas na kolejne książki: płonące na stosach nazistów, ukryte w biblioteczce żony burmistrza i wreszcie te własnoręcznie napisane… Ale Liesel żyje w niebezpiecznych czasach. Kiedy jej przybrana rodzina udziela schronienia Żydowi, świat dziewczynki zmienia się na zawsze…

Komentarz:
Właśnie skończyłam. Czytałam ją dość długo, aczkolwiek gdybym miała więcej czasu i ochoty, trwałoby to z przynajmniej trzy razy krócej – sam tekst czyta się szybko, a strony uciekają niepostrzeżenie. Po części to zasługa dużego druku i krótkich rozdziałów, ale przede wszystkim tego, że książka ta jest ciekawa, wzruszająca i ładnie prezentuje emocje, a miejscami nawet można by mieć problemy z oderwaniem się od niej. W zasadzie jest dość monotonna, a także nie można zostać niczym zaskoczonym, gdyż narrator nie ukrywa tego, co się stanie, i już na początku spoileruje wydarzenia z końca. Nie tyczy się to tylko tych najważniejszych zdarzeń, bo nawet w przypadku tych mniej ważnych narrator często wspomina coś, zanim to się wydarzy – chronologii trzyma się tylko w głównym trzonie fabuły, często wybiegając w przyszłość. Wyjątkowo tu mi to jakoś szczególnie nie przeszkadzało i nie nudziło, choć wolałabym jednak mieć do czynienia z nieprzewidywalną, czy chociaż bardziej dynamiczną, akcją. Jednakże jej brak niekoniecznie musi być też wadą, w zasadzie tutaj leży urok tej powieści. Plus jest też taki, że choć nie jestem fanką tematyki wojennej w literaturze, to ta książka mi się podobała. Z drugiej strony nie jest ona jakaś niesamowita, a po prostu porusza temat, który w wielu może wzbudzić emocje. Trudno mi jednoznacznie określić, jakie są moje odczucia po przeczytaniu, więc więcej nie piszę. Ale myślę, że warto przeczytać.
Swoją drogą jestem strasznie ciekawa filmu, który został nakręcony na podstawie tej powieści.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Bastion

Obrazek

Autor: Stephen King
Wydawnictwo: różne, wiele wydań
Pierwsze wydanie: 1990


Opis z okładki:

Najdłuższa i według powszechnych ocen najlepsza powieść w dorobku autora. Przerażająca wizja opustoszałego świata, obraz apokalipsy. Supernowoczesna broń biologiczna przynosi całkowitą zagładę. Bez wybuchów, bez terrorystycznych ataków, bez zapowiedzi - ludzkość umiera. Zaczyna się niewinnie, od zwykłego przeziębienia. Ktoś kichnął, ktoś umarł i nagle Ziemia stała się masowym grobem. Nieliczni, którzy przetrwali, zagubieni w nowym postapokaliptycznym świecie, zaczynają śnić. Wizje wskazują im drogę, zwiastują pojawienie się Wysłanników Dobra i Zła. Każdy musi dokonać wyboru, a kiedy to nastąpi, podążyć obraną ścieżką. Podzielona ludzkość formuje dwa obozy i wyrusza, by zbudować lub zniszczyć nową rzeczywistość. Epidemia obudziła w ludziach wszystko co najgorsze, do głosu doszły najniższe, najbardziej prymitywne instynkty. Wciąż jeszcze są tacy, którzy wierzą w miłość, dobroć i braterstwo.

Moja opinia:

Bastion przeczytałam tylko i wyłącznie z jednego powodu. Postanowiłam w niedalekiej przyszłości przeczytać Łabędzi śpiew Roberta McCammona, a Oksa wspomniała, że obie pozycje są do siebie porównywane (jeszcze nie wiem czemu, ale w Bastionie nie ma nastolatków, a Łabędzi śpiew to powieść dla młodzieży). Kiedy zaczynałam czytać Bastion nie wiedziałam, że już to kiedyś czytałam, ba nawet oglądałam film albo serial. Gdzieś w okolicach 40 rozdziału kiedy padło hasło Matka Abagail dotarło do mnie, że znam ogólny zarys fabuły, ale szczegóły mi umknęły. Postanowiłam więc doczytać do końca 1091 stron. Nawet po tylu latach moje odczucia w stosunku do Kinga się nie zmieniły. Nie przepadam za jego stylem pisania. Trudno powiedzieć czemu. Na początku zawsze występuje fascynacja. Zawsze podoba mi się pomysł i bohaterowie, i tak już jest do końca, ale sposób opisywania historii jest dla mnie strasznie rozwlekły. Czasem wlecze się i wlecze, aż potrafi znudzić, jednak nigdy na tyle, żeby odłożyć książkę na bok. Pamiętam, że tak było z serią Mroczna wieża, którą posiadałam nawet kiedyś na własność, ale sprzedałam, bo stwierdziłam, że nie dam rady przeczytać tego drugi raz.
Do tej pory kiedy czytałam powieść postapo przeważnie akcja działa się po. W Basionie jest inaczej. Widzimy sam początek. Jak doszło do uwolnienia wirusa. Autor pokazuje nam pacjenta zero, a potem to już jest lawina. Zastanowienie budzi fakt, dlaczego rząd Stanów Zjednoczonych postanowił ukryć pandemię grypy nie tylko przed obywatelami, ale i przed resztą świata. Przecież to było głupie. Na początku, kiedy jeszcze była nadzieja na szczepionkę to mogę zrozumieć, ale później, gdy nadzieja zgasła i okazało się, że wirusa nie da się powstrzymać, dalsza dezinformacja była bezsensu. King tłumaczy to tym, iż zawsze istnieje „pewien rodzaj ludzi, których mentalność opiera się na zakłamaniu. Ci ludzie wierzą w słuszność tuszowania rozmaitych afer. Co więcej, wierzą w to równie szczerze i fanatycznie jak członkowie niektórych grup religijnych w boskość Jezusa. Dla tych ludzi bowiem, nawet kiedy zdarzy się jakaś katastrofa, najważniejszym priorytetem jest natychmiastowe jej zatuszowanie.” Autor przedstawia dość wiarygodną wersję tuszowania, które mogło się udać tylko przez pewien czas, a kiedy prawda, gdzie niegdzie, wyszła na jaw, przeżyło zbyt mało osób, które mogły ją ujrzeć. Strasznie podobały mi się reakcje ludzi, którzy ocaleli. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że człowiek jest na tyle zwierzęciem stadnym, że bez drugiej osoby wariuje. Były takie miasteczka, gdzie nie ocalał nikt, a były i takie gdzie komuś się udało, a wokół zaduch gnijących w upalne lato ciał. Koszmar. Moje niezadowolenie zaczyna się kiedy King łączy postapo z mistycyzmem. Ocalali śnią. Sny dotyczą Matki Abagail i JEGO. Niektórzy wyruszają do niej inni do niego. Pamiętam uczucie, które towarzyszyło mi podczas pierwszej styczności z Bastionem. Nie mogłam się doczekać końca. Byłam ciekawa w jaki sposób dobro zatryumfuje nad złem, a kiedy w końcu dobrnęłam to tegoż momentu poczułam się oszukana. Znowu technika zwyciężyła mistycyzm. No jak tak można. ON mnie rozczarował, tak jak i Daynę. Nie przekonał mnie. Był zbyt wielką zagadką, niby nieomylny, a jednak omylny. Niby wszechmogący, a niby nie. Nie do zdefiniowania. Nie do określenia. Nie dający odpowiedzi, czy i z góry skazany na porażkę. Zastanawiałam się, jak i bohaterowie Bastionu którzy stanęli po stronie Matki, dlaczego inni ludzie wybrali Jego. Czy sprawiła to odległość. Byli bliżej, siła przyciągania. Przecież, Loyd był tylko jeden. Część na pewno była zła, ale inni? Naprawdę zastanawiające. To jak rozstrzyganie czy dana dusza jest zła czy dobra, czy jedna czarna plamka na duszy, zły uczynek od razu przekreśla całość. To jak wybór miedzy niebem, a piekłem. Autor nie trafił w mój gust, co nie zmienia faktu, że Basion wielu milionom fanów na świecie się podobał, mi też, ale tylko do pewnego momentu.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2961
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Tancerze burzy
Autor: Jay Kristoff

Tłumaczenie: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
Tytuł oryginału: Stormdancer
Seria: Wojna Lotosowa
Tom: 1
Wydawnictwo: Uroboros
Data wydania: 2013
ISBN: 9788378818519
Liczba stron: 448

Opis:
Wzruszająca i tragiczna opowieść o przyjaźni, miłości, wierności i zdradzie wciąga w strumień fantastycznych obrazów i oszałamiających barw, choć pozostawia też na języku gorzki posmak lotosowego dymu.
Pierwsza część trylogii Wojna lotosowa wprowadza czytelników w świat wysp Shima, które, rządzone przez okrutnego szoguna, są na granicy przetrwania: toksyczny przemysł wyniszcza państwo, a władca dba wyłącznie o własne interesy. Tajemnicza, wszechmocna Gildia surowo każe każdego, kogo podejrzewa o Nieczystość. W tym świecie zaawansowana technologia przeplata się z japońską mitologią.
W tych niespokojnych czasach szogun wydaje polecenie wyrok: wysyła Yukiko i jej ojca po gryfa – gatunek istniejący już tylko w legendach – co od początku jawi się jako zadanie niemożliwe do wykonania. Życie ojca i córki wisi na włosku, bo, jak wszyscy doskonale wiedzą, szogunowi się nie odmawia. Jednak misja okazuje się daleko bardziej niebezpieczna, niż niemożliwa.

Komentarz:
Przeczytanie "Tancerzy burzy" zajęło mi to stosunkowo sporo czasu jak na taką długość, choć z drugiej strony miałam ograniczoną ilość wolnych momentów. Może też brak tego czasu, i idące za tym czytanie po kawałku, nie mogąc w pełni się skupić na tekście, spowodowały, iż nie oceniam tej książki tak dobrze, jak zrobiłabym to w innym czasie. Tak czy inaczej książka ta nie wyróżnia się spośród innych niczym szczególnym – jest przeciętna pod każdym względem. Jedynie jako wyróżnienie można tylko wskazać miejsce akcji, czyli Japonię, z którą ja osobiście nieczęsto się spotykam w literaturze. Poza tym jednak bez rewelacji.

Bohaterowie nie zapadli mi w pamięć, nawet główna postać nie zdobyła mojej sympatii ani nawet nie zaciekawiła - wszyscy oni są gdzieś tam w tle, nie wyróżniając się, i nie dali rady wywołać u mnie jakichkolwiek emocji. Akcja z kolei dłużyła mi się – zwłaszcza początek, który trwał i trwał (bodajże przez pierwsze sto pięćdziesiąt stron nie działo się nic), potem było już lepiej i w okolicach końca nawet mnie nieco zaciekawiło, ale zakończenie już mi się nie podobało, było zbyt ładne, przewidywalne i zwyczajnie nudne.

Warto też chyba wspomnieć o świecie. Na okładce widnieje zapowiedź, iż jest to japoński steampunk, i być może można to tak określić – mamy Japonię, mamy czasy władzy szoguna, mamy nagły rozwój gospodarczy spowodowany rewolucyjnym odkryciem właściwości lotosu, którą to roślinkę wykorzystują na wszelkie sposoby i na której stoi cała gospodarka, i nie tylko, tego kraju. Do tego dochodzi jeszcze oczywiście wątek legendarnych stworzeń, bogów i demonów, i ogólnie cała otoczka religii i kultury. Swoją drogą istnieją książki, w których można się czepiać praktycznie braku kultury w stworzonym świecie – w "Tancerzach burzy" nie można na to narzekać, aczkolwiek jest to raczej skutek uboczny faktu, iż akcja ma miejsce w egzotycznym miejscu, a co za tym idzie, trzeba było jakoś to podkreślić. A niekiedy podkreślano to aż za mocno, używając ogromnych ilości nieznanych mi terminów – na końcu jest słowniczek z przynajmniej częścią, którego jednak nie przeczytałam, więc jestem też sama sobie winna.

Ogólnie niestety trochę się zawiodłam, bo spodziewałam się czegoś więcej niż przeciętna młodzieżówka, o której już za kilka dni zapomnę.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Tajemnica diabelskiego kręgu

Obrazek

Autor: Anna Kańtoch
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 544
Data premiery:30-10-2013

Opis z okładki:

Nie każdy zostaje wybrany przez anioły i zaproszony przez nie na tajemnicze wakacje w klasztorze znajdującym się w niewielkiej miejscowości Markoty. Tak się składa, że przydarzyło się to trzynastoletniej Ninie. Nie bardzo wie jednak, dlaczego – jest przecież bardzo zwyczajną dziewczyną. Czy aby na pewno?

Moja opinia:

To moje pierwsze spotkanie z Kańtoch i chyba nie należy do najbardziej udanych. Po pierwszych kilku stronach zajechało mi Pilipiukiem, którego nawiasem mówiąc bardzo lubię, lecz zdaję sobie sprawę, jak trzeba wykrzywić rzeczywistość by osadzić akcję w latach 50-tych ubiegłego wieku. Akcja dzieje się kilka lat po wojnie, PRL, UB, czarna wołga, mordownia. Patrząc do kogo jest skierowana książka (bohaterka ma 13 lat) trudno mi sobie wyobrazić, aby dzisiejsza młodzież odnalazła się w tamtych czasach, a do tego zrozumiała pewne słownictwo, które wtedy funkcjonowało, a dziś oznacza całkiem co innego. Wychodzi z tego taki misz masz. Wracając do fabuły. Do takiego świata trafiają anioły - spadają, zlatują z nieba. Ludzie je ukrywają przed NIMI.

Kod: Zaznacz cały

"ONI to UB, tajne służby komunistów, którzy rządzili krajem i nie lubili ani Boga, ani skrzydlatych. Właściwie to twierdzili, że Boga nie ma, a anioły nie są prawdziwymi aniołami, tylko przysłanymi przez Watykan tajnymi agentami, których zadaniem jest buntować ludzi przeciw jednemu słusznemu systemowi, jakim jest komunizm."
To dlatego zajechało mi Pilipiukiem. To jego klimaty i żeby może akcja kręciła się właśnie w takiej atmosferze: anioły kontra komuniści, to było by coś ciekawego. Satyra na agentów: szpiedzy Warykanu kontra UB, pod przykrywką aniołów i diabłów, to na pewno coś takiego by mi się spodobało, a tak…

Aniołowie twierdzą, że nadchodzi czas cudów, że świat zmieni się bezpowrotnie. Coś mi w tej gadce nie grało. Niby co ma nadejść, skoro skrzydlaci zamiast działać potrzebują ochrony ludzi. Po co przybyli? Dlaczego siedzą na dupie i nic nie robią?

A potem akcja przenosi się do Markotów, które żeby je podrasować, mogły się okazać całkiem fajnym siedliskiem wyimaginowanych potworów.
[spoiler] Stwory, które się wylęgły z umysłów ludzi, to było dobre, a te z Maury najlepsze. Żeby to bardziej pociągnąć, fabuła by na tym o wiele zyskała.[/spoiler]

Autorka próbowała stworzyć nastrój grozy, horroru, ale chyba jej się nie udało. Może dla trzynastolatków taki był, dla mnie jednak nie. W porównaniu do ostatnio przeczytanych: Druga szansa czy Angelfall nastrój grozy w Diabelskim kręgu był słaby. Nie czuło się dreszczyku i „wiszącego nad głową topora”.

Nie spodobał mi się też, nowomodny ostatnio pomysł. Zamykanie grupy dzieciaków w jednym miejscu, żeby się kisili we własnym sosie. A do tego wybraniec – dziecko o czystym sercu, wielkiej odwadze i nieskalanej duszy – nijak się ma do zakończenia tj. zagadki pochodzenia aniołów. Nawiasem mówiąc, ich pochodzenie też mi się nie podoba.

Na plus można zaliczyć głównych bohaterów. Byli oryginalni i przekonujący. Zachowywali się zgodnie ze swoim wiekiem. Postacie drugoplanowe (inne dzieci) były trochę potraktowane po macoszemu, ale skoro Nina słabo ich znała (nie zawarła bliższej znajomości), trudno żeby czytelnik mógł ich lepiej poznać. Coś za coś. A to z kolei czyniło relacje miedzy dziećmi bardzo przekonującymi. Od razu pojawiły się kółka wzajemnej adoracji. Autorka przedstawiła nam jedno z nich, a nie wszystkie. I po zastanowieniu – miało to sens.

Podobało mi się również miasteczko w Markotach. A co mi się podobało, niestety nie mogę zdradzić bo byłby to spoiler. :-P

Podsumowując, chyba nigdy nie czytałam tak dziwnej książki, którą ciężko by mi było ocenić. Nie była zła i nie była dobra, ale przeciętna też do niej nie pasuje. Słowo, które przychodzi mi na myśli jako pierwsze, to DZIWNA, DZIWACZNA. Za to kładka jest przepiękna.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2961
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Dziewczyna w mechanicznym kołnierzu
Autor: Kady Cross

Tytuł oryginału: The Girl in the Clockwork Collar
Seria: Steampunk Chronicles
Tom: 2
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 13 marca 2014
ISBN: 978-83-7574-873-4
Liczba stron: 384
Cena: 39,90

Opis:

X-Meni w Nowym Jorku
Kronika gangów
Jest rok 1897 - życie w Nowym Jorku nigdy nie wcześniej nie było tak bardzo ekscytujące i niebezpieczne.
Cały Manhattan zalewa fala gotowych na wszystko gangów. Do jednego z nich wnika szesnastoletnia Finley Jayne.
Zadziwiająca i pełna zwrotów akcji kronika epoki wiktoriańskiej okraszona tajemnicą mechanicznego kołnierza.

Fragment:
klik!

Komentarz:

Właśnie przeczytałam i w sumie moja opinia nie różni się szczególnie od tej do poprzednie części. Może jedynie jest mniej zgryźliwa, gdyż tom drugi irytował mnie znacznie mniej, choć dalej widziałam te wszystkie wady i dziury – potrzebowałam jednak w tym momencie czegoś lekkiego, a ta pozycja sprawdziła się pod tym względem idealnie – myśleć tu nie trzeba, a wręcz nawet nie należy.

W dalszym ciągu świat przedstawiony jest bardzo współcześnie, niby są odpowiednie środki transportu i jakieś tam stroje, nieco zasad dobrego wychowania, ale za grosz nie czuć tu klimatu. Gdyby odjąć kilka szczegółów, można by spokojnie uważać tę książkę za osadzoną gdzieś w ostatnich latach. Wszyscy zachowują się nowocześnie, używają wynalazków, które nie pasują do tamtych czasów (nawet biorąc pod uwagę, iż – jak to w steampunku – mamy obserwować rozwój techniki) – można tu wymienić choćby bezprzewodowe słuchawki, które nie wiadomo jak sprawiają, że w promieniu wielu metrów jesteś w stanie zrozumieć to, co szepcze osoba z drugą taką słuchaweczką. Autorka chyba naoglądała się zbyt dużo filmów szpiegowskich i starała się to wepchnąć w powieść, szkoda tylko, że nie zauważyła, że akcja jej powieści ma miejsce grubo przed wynalezieniem mikroprocesorów, komputerów, komórek i innych takich (chyba, że przyjmiemy, że wszystkie te sprzęty działają na siłę woli). W dalszym ciągu przeszkadzało mi też chodzenie w bieliźnie na wierzchu i jakieś takie współczesne nieskrępowanie w wykonaniu bohaterów – to pierwsze szczególnie. Zresztą wszystko tam jest mniej lub bardziej fałszywe i sztuczne, nie tylko w wykreowanym świecie, ale też w dialogach, postaciach i ich relacjach, a także w samych opisach i ogólnej logice. Krótko mówiąc, autorka, jak na osobę, która podobno robiła research, która pozuje w steamunkowych strojach, to wyjątkowo słabo oddała klimat. Poza tym chyba nawet raz nie wspomniała o tym, kto rządzi Anglią, w zasadzie nie wspomniano o niczym, co nie łączyło się z główną akcją lub relacjami bohaterów. Które to swoją drogą są strasznie przewidywalne i nie były w stanie mnie zainteresować. Akcja również mnie nie zachwyciła – zabrakło nieprzewidywalności, tajemnicy, zaskoczenia i jakiegoś napięcia, nawet punkt kulminacyjny nie wiadomo kiedy minął – skończył się, zanim zaczął.

Z zalet mogę wymienić fakt, iż książkę tę czytało się bardzo szybko i sprawnie – nie miałam żadnych problemów z przedarciem się przez strony. Jak to w przypadku większej części młodzieżówek obowiązywała zasada „nie myśl, bo pożałujesz”, co już dla mnie zaletą nie jest, ale może ktoś inny uzna to za zachęcające. W skrócie: niczym mnie ta książka nie zaskoczyła, bohaterowie nie zapadają w pamięć, nie są oryginalni, nie wyróżniają się, nie mają w sobie niczego, co by przykuwało uwagę. W zasadzie „Dziewczynę w mechanicznym kołnierzu” można określić słowami „przeciętna pod każdym względem” oraz „niewymagające czytadło na wieczór”. Młodzieżówka jakich wiele, która nic nie wnosi, nic nowego nie pokazuje, a jedyne służy jako zapychacz czasu. Jeśli jednak komuś zależy jedynie na czymś, co zajmie czas, nie zmęczy, a za to jest okraszone młodzieńczymi romansami, może śmiało sięgnąć.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Samozwaniec Tom 2

Obrazek

Autor: Komuda Jacek
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 364
Rok pierwszego wydania: 2010

Opis z okładki:

Rok 1605. Polskie wojska wkraczają do Moskwy. Czas układów się skończył. Szarże skrzydlatych jeźdźców roznoszą armie cara Borysa Godunowa. Oto historia straceńców, którzy wrogów liczyli dopiero po bitwie. Zabitych... Oto historia ludzi tak szalonych, że poszli w tany z samą Śmiercią. Tak zuchwałych, że uwiedli Fortunę. Tak dumnych, że diabłu plunęli w twarz. I tak hojnych, że za przyjaciół płacili tylko krwią i życiem. Oto historia awanturników i husarzy, którzy wstrząsnęli murami Moskwy i sięgnęli po koronę carów. Drugi tom cyklu „Orły na Kremlu” to pełnokrwista powieść husarska.

Moja opinia:

Seria bardzo mi się podoba, ale myślę, że spodobała by mi się o wiele bardziej kiedy jeszcze chodziłam do podstawówki. Miałam wtedy schiza na taką tematykę. Zakochałam się wtedy w dziełach Sienkiewicza (pozostało mi do dziś) i Panu Tadeuszu. Potem starałam się dorwać wszystko o podobnej tematyce.

Pierwsza część serii była bardziej spokojniejsza, mniej się działo. W drugiej części zaś od początku leje się krew. Nieważne, czy to szlachecka awantura, czy oblężenie miasta, czy regularna bitwa. Trup ściele się gęsto. Nie mogłam się oprzeć, żeby nie zacytować pewnych urywków. To dzięki dużej dawce humoru, i rubaszności seria zawładnęła moim sercem, ale jeśli na koniec serii Jacek Dydyński nie przejdzie metamorfozy, to się obrażę. :evil: Wracając do tematu. Pierwszy fragment ma miejsce, gdy szturmujący przekonali sie, że Nowogród to nie żaden parszywy kurnik, który rozleci się od jednego wystrzału.

Kod: Zaznacz cały

"- Kurwa matka, końskim Kusiem chędożona mać! - zaryczał Ostromęcki. - Zabiją go! Dajcie ognia!
- Jaki kąt strzału, Herr Meister? - wybełkotał pobladły Fogler.
- Pan Bóg to w niebie policzy! - Cejgmistrz rąbnął młotkiem w klin, wbijając go na oko, porwał lontownicę od najbliższego puszkarza, a potem przyłożył do zapału. - Nieście kulę, anieli niebiescy albo wszyscy diabli!
Panna ryknęła suchym, donośnym grzmotem, jakby pijany Moskal nastawał na jej cnotę. Kula poszła wysoko w górę, przeniosła nad pędzącym jeźdźcem, zawyła wysoko nad murem."
Panna to oczywiście jedno z pięciu dział burzących. Inne to: Samson, Bazyliszek, druga Panna i Smok. Czyż nie śliczne. Przypomina mi Kmicicowe „naści piesku kiełbasy”.
Widać, że w każdym stuleciu sprawdza się powiedzenie. Człowiek strzela pan Bóg kule nosi. Mój śp. sąsiad zawsze twierdził, że walcząc podczas II wojny światowej nigdy nikogo nie zabił.

A oto drugi fragmencik, o tym jak polska fantazja przenikała się z moskiewskim obyczajem w czasie oblężenia siewierskiego Nowogrodu. I tak się oto skończyły owe przekomarzania (całych nie przytoczę, ino zakończenie). Walka na słowa snajperów.

Kod: Zaznacz cały

"- Ty tam, dupodajcu, sodomito sfrancuziały. Pokaż się po kawalersku! Słyszysz, chuju w żopu chędożony?
- Słuszajus’, z kurwy synu! Taka twoja mać! - padła prosta i zrozumiała odpowiedź po polsku, choć z moskiewskim zaśpiewem.
A Przybylowski i dydyński spojrzeli po sobie zaskoczeni.
- Chyba też mają tłumacza - rzekł stolnikowiec."
Tak jak pełno jest przenikania się polskiej fantazji z moskiewskim obyczajem, tak pełno i opowieści w obozach po obu stronach o możliwościach bojowych danej formacji, w nocy przed walną bitwą. Moim zdaniem, po takich opowieściach to wszyscy powinni zrejterować.

Kod: Zaznacz cały

"-Jak bronić się przed nimi? - zapytał młodziutki Hermann Locke, chłonący z otwartymi ustami słowa starego żołnierza. – Słyszalem, że Polacy odprawiają czary i mają nieśmiertelne konie.
- To nie czary, to prawda - mruknął Moltke. - Pod Białym Kamieniem cały regiment dał ognia do jednej roty. Ponad tysiąc chłopa... I żaden koń nie padł.
- Cała nadzieja stać twardo w szyku, ramię w ramię, śmiało patrzeć śmierci w oczy. I nie uciekać, bo przed Polakami nigdzie nie uciekniecie, choćbyście dostali niebiańskiego konia.
Zakasłał i splunął w ogień. Suchoty dławiły go od jesieni. 
- A wiecie, kamraci, co jest najstraszniejsze w tej jeździe? Ich konie. Mają oczy jak przeczyste dziewice. Takie wielkie, takie niewinne. A same niosą na grzbiecie skrzydlatą kostuchę. Polską śmierć.
- Moskale nie zwykli przyjmować szyków w czasie bitwy - perorował Przybyłowski, wzmocniony kilkoma łykami węgrzyna. - Idą kupą jak Kozacy, Turcy albo Orda. Ale są wolniejsi, dogonimy ich na naszych koniach. Jest ich więcej, więc nie możemy rozerwać ordynku. W jedności siła. I za to się napijmy!"
Nielichą fantazję to ma i sam autor, kiedy opisuje jak Jacek wskakuje na kulbakę, w pełnej zbroi husarza, nie używając strzemienia – jak sam przyznaje – wyczyn godny Zawiszy Czarnego albo Powały z Taczewa. Ma Komuda fantazję, oj ma. Tylko czemu podlaska fantazja z Tykocina to wystawianie gołego tyłka na wroga? Co mu zawiniło Podlasie? No co? Szkoda Antoszka, oj szkoda. :evil: Za to Jacek Dydyński okazał się pierwszą Szablą Ziemi Sanockiej – dobrze, że nie Rzeczypospolitej. Borys zaskoczył dworską etykietą. To się nazywa szkolenie. Dwór szkoli wielokierunkowo, żeby ich człowiek umiał się wszędzie odnaleźć. I pojawił się nowy członek drużyny Dydyńskiego. Anastazja. Moim zdaniem najpiękniejsze imię na świecie. Ciekawe czy odegra znaczną rolę w serii.
A wiecie jak Komuda przerobił Tatarzyna - Złapał Polak Moskwicina, a Moskwicianin za łeb trzyma. To było dobre. Cała książka, jest przepełniona takimi fajnymi smaczkami. Wszystkich nie sposób spamiętać.

Seria Orły z Kremla coraz bardziej mi się podoba. Autor opisuje szlachtę, która uważa się za sól ziemi, za dumą Rzeczypospolitej, za szablę i miecz Litwy i Korony. Kluczowe jest tu słowo uważa się. Komuda umie to pokazać, kiedy trzeba potrafi wykpić, a kiedy indziej pochwalić, a jak nie pomaga wziąć pod włos. W pewnym momencie doradca Dymitra chciał przechytrzyć Lachów. Kłopot w tym, że nie wziął pod uwagę, iż w polskim narodzie zawsze znajdzie się czarna owca, odszczepieniec albo co gorsza, kamień, który dostanie się w tryby i popsuje całą puszczoną w ruch machinę.
Jak szlachta to i wojaczka. Każda wojaczka to nadzieja na sławę i łupy, które mogą odmienić nędzny żywot. Ale wojaczka to i śmierć, która czeka na tym świecie na wielkich i maluczkich, bogatych i biednych, dumnych i tchórzliwych. Lecz każdy ma nadzieję, że ich dzień jeszcze nie nadszedł.

Szlachcic na wojaczce nie mógł się obejść bez konia. Dla Lachów koń był częścią życia. Ich towarzyszem, kompanem, przyjacielem, bo przychodzili na świat w kulbakach (chciało by się kurwi synom, niedoczekanie ich). A koński galop i cwał kołysały ich lepiej niż kołysanki matki (a to już prawda). Bez koni nie żyli, nie byli, nie zwyciężali. Rodzili się, aby być kawalerzystami, a umierając, pili ostatni toast w kulbace. A jak świat światem nie było Polaka bez konia, a konia bez Polaka i niepijącego szlachcica, trzeba dodać.
To właśnie polskie konie leżące w śniegu, ranne, okulawione, porąbane, pocięte, okaleczone, postrzelone są dla mnie prawdziwymi bohaterami na wojnie. Nie dość, że nie rozumieją dlaczego boli, dlaczego nie mogą wstać to jeszcze po bitwie, gdy armia ucieka, zjadane są przez głodnych chłopów. Straszny widok, a autor umiał go namalować słowami. Zrobił to tak malowniczo, że było mi bardziej szkoda koni niż ludzi.

Zakończenie drugiego tomu jest niezwykle ekscytujące. Pojawia się nowy gracz Dworu – poturcz. Wiemy co robi, ale czym lub kim jest, tego nie wiemy? Ponadto wątek Dworu zostaje popchnięty mocno do przodu.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Literatura”