Strona 11 z 22

: 21 sie 2013, 18:25
autor: Oksa
Jestem na angielskiej fali, więc chciałabym polecić dwie dość różne od siebie pozycje, ale troszkę powiązane tematycznie, mianowicie istotami z piekła i nieba rodem, ale nic więcej Wam nie powiem. :-)

Pierwsza z nich, to Demons At Deadnight (Divinius Nex Chronicle) autorstwa A&E Kirk.

Obrazek

Usłużnie podaję link, gdzie możecie przeczytać sobie opis powieści http://www.goodreads.com/book/show/1606 ... -deadnight, a od siebie dodam – cholera, ale to była świetna zabawa. :-) Wszystko dzięki lekkiej narracji głównej bohaterki, parę razy naprawdę zdarzyło mi się wybuchnąć śmiechem. Pozwolę sobie sypnąć cytatem: “I launched into a graceful ninja-like front roll, then stood my ground to face the monstrous heathen, fearless in my determination to vanquish the deadly foe.
Nah, just kidding. I bolted, discretion being the better part of not getting dead.”

Historia jest ciekawa na tyle, że nie zgrzyta się zębami (ale nie powala, co trzeba zaznaczyć) i muszę przyznać, że dość niecierpliwie oczekuję na drugą część, której datę wydania autorki przewidziały na początek wakacji. Wakacje niedługo się skończą i mam kurka nadzieję, że coś ruszy w tej sprawie.

Ale i tak najlepsi są bohaterowie i ich relacje, bo to dla nich głównie nie mogłam odłożyć książki. Zdarzało się, że autorki trochę zaczynają przynudzać, a pod koniec Aurora niestety zapomina o swojej cudownej cesze, która zawsze kazała jej uciekać przed demonami, a nie głupio z nimi stawać do walki, gdyż pcha się tam, gdzie nie trzeba, nie do końca będąc w stanie kontrolować swoją moc. Zdarzały się momenty, w których unosiłam brwi i kręciłam poirytowana głową na brak pomyślunku ze strony bohaterów lub gdzie rozwiązania fabularne czy też zachowania postaci były dla mnie mało logiczne. I co z tego, skoro jaram się jak głupek, żeby znowu poczytać o przekomarzaniach się Aurory z chłopakami i dowiedzieć się, jak zakończy się ich historia. :-)Polecam. Tak na odprężenie. I do pośmiania się, zdecydowanie do pośmiania się. :-)

Druga seria (The Rephaim) to książki Pauli Weston – 1. Shadows i 2. Haze.

Obrazek

Trójka, ku mojemu ogromnemu niezadowoleniu, dopiero w 2014 roku. I tutaj bywa zabawnie, ale dominuje zdecydowanie bardziej poważny nastrój. Jest to pozycja odpowiedniejsza dla starszej młodzieży, bohaterowie nie szczędzą języka na zamienniki dla wulgaryzmów, a wykreowany świat jest pełen przemocy, właściwie to po prostu taki, jaki jest naprawdę, a przynajmniej, jeśli chodzi o jego mroczniejszą część. O fabule tutaj:
http://www.goodreads.com/book/show/13414835-shadows
http://www.goodreads.com/book/show/15765699-haze
W opisie pierwszej części zauważyłam, że pozycja została oznaczona jako paranormal romance. Olaboga, co za bzdura. Zdarzało mi się czytać PR i uwierzcie mi, że tym książkom do tego daleko. A to dlatego, że romans jest, owszem, stanowi nawet dość istotną rolę w relacjach bohaterów, ale to, co najbardziej przyciąga to historia, sposób w jaki została opowiedziana, szybka akcja, żywe postacie oraz emocje i jeszcze raz emocje, które całość wzbudza w czytelniku. Autorka przewiduje 4 części, a ja zaczynam się zastanawiać, czy zmieści się ze wszystkim w tylu tomach. Jestem tak ciekawa, jak się wszystkie wątki rozwiążą, a już w ogóle
[spoiler]co się okaże, kiedy Jude i Gabe odzyskają pamięć,[/spoiler] że słowo daję jestem gotowa znieść jajko z niecierpliwości. Mam kilka przemyśleń w tym temacie, ale za długo naprawdę by o tym pisać. Wiem, że moje uwagi mogą być nieco chaotyczne, a wszystko przez to, że niedawno skończyłam drugi tom i wciąż jestem pod wpływem tej serii.

Kiedy przeczytałam opis jedynki, to średnio miałam ochotę ją przeczytać. Jest tak mdły i podobny do tysiąca innych historii, że w ogóle nie zachęca. Zaczynasz jednak czytać, a książka okazuje się tak totalnie inna od Twoich wyobrażeń, spodziewasz się nastolatków i miłości po wsze czasy oraz wszystkie wcielenia, a dostajesz dojrzałych bohaterów oraz dynamiczne relacje pomiędzy nimi, które charakteryzują się tym, że brak tu ostatecznych dobrych i złych postaci. W którymś momencie każdy z nich zostaje ukazany w innym świetle, czy to przez swoje zachowanie, czy przez opowieść innego bohatera, w każdej razie – nie ma tu żadnych stałych i pewnych prawd.

Główna bohaterka, Gaby, jest naprawdę do rzeczy, szybko można poczuć wobec niej sympatię, co się tyczy również innych postaci. Śmierć jej brata bliźniaka nie jest tylko pretekstem, żeby zrobić z niej skrzywdzoną przez świat sierotkę. Każdy scena i jej myśli, która dotyczy tych dwojga, pokazuje jak silna więź ich łączyła. Ich relacja jest nieco wyidealizowana, ale myślę, że to normalne, gdy jedna z osób nie żyje. Rozbrajały mnie też fragmenty, w których Gabe zauważała takie drobne szczegóły otoczenia, jak wygląd drzew, kwiatów czy zapach. Świetnie to kontrastowało z aktualnymi wydarzeniami oraz dawało bardziej plastyczny obraz na miejsca, gdzie się znajdowała. Taka drobnostka, ale przyjemna.

Uwielbiam Rafę. :-D Uwielbiam jego bezpośredniość, to że się z nikim nie patyczkuje – również z Gaby - jego porywczość oraz bystrość. Że nie leci na oślep, aby pomóc Gaby, ale nieustannie popycha ją, by była w stanie obronić się samodzielnie. Podoba mi się, że nie został ucharakteryzowany na idealnego półboga, ale sprawia wrażenie faceta z krwi i kości, który ma swoje lepsze oraz gorsze momenty, z przewagą na te dobre.

Dwójka wypada trochę gorzej niż jedynka, głównie przez to, że sprawia wrażenie zapchajdziury dla końcowych wydarzeń książki. Pierwsza połowa trochę mnie wytrąciła z rytmu, ale druga już mi się bardzo podobała. Tak bardzo polubiłam bohaterów i jestem ich ciekawa, że nawet spokojniejsze momenty, które pozwalały na spojrzenie na nich w inny sposób, były dla mnie ciekawe.

Wiem, że jeśli chodzi o fabułę, to przedstawiłam wszystko trochę enigmatycznie, że już nie wspomnę o chaotyczności, ale naprawdę warto wiedzieć o tych książkach jak najmniej, gdyż przyjemność jest o wiele większa. Jeśli chodzi o mnie, to będzie musiało wystarczyć Wam jedynie moje słowo polecające. :-) Inne recenzje nie są tak oszczędne, więc w razie czego można się obczytać. :-) Naprawdę warto. Obydwie skutecznie podtrzymywały moją uwagę, choć każda w inny sposób.

: 21 sie 2013, 18:29
autor: Sophie
Obrazek
Tytuł: Bestia
Autor: Alex Flinn

Tytuł oryginału: Beastly
Wydawnictwo: Galeria Książki
Tłumaczenie: Żbikowska Agata
Data wydania: 7 września 2011
Liczba stron: 352

Opis:
Jestem bestią.
Bestią. Niezupełnie wilkiem, niedźwiedziem, gorylem czy psem, ale czymś zupełnie nowym – okropnym stworzeniem, chodzącym na dwóch łapach. Stworzeniem z kłami i pazurami, któremu włosy wyrastają z każdego pora skóry. Jestem potworem.
Myślicie, że mówię o świecie baśni? Mylicie się. Miejsce – Nowy Jork. Czas – teraz. To nie jest ułomność, ani choroba. Pozostanę już taki na zawsze – zniszczony – jeśli nie uda mi się zdjąć czaru.
Tak, czaru, który rzuciła na mnie ta wiedźma z lekcji angielskiego. Dlaczego zmieniła mnie w bestię, która ukrywa się w dzień i grasuje w nocy? Powiem wam. Opowiem wam, jak byłem Kylem Kingsburym, gościem, z którym każdy chciałby zamienić się na miejsca. Miałem pieniądze, świetny wygląd i idealne życie. A potem opowiem wam, jak stałem się doskonale… potworny.

Komentarz:
Znacie baśń o „Pięknej i Bestii”? Jeśli tak, to w zasadzie znacie też tę książkę. „Bestia” Alex Flinn to po prostu ta sama historia z tym, że umieszczona w czasach współczesnych i w wielkim mieście w postaci Nowego Jorku. Cała reszta jest praktycznie taka sama, jedynie ciut dopasowana do naszych realiów – np. zamiast księcia mamy bogatego, rozpieszczonego chłopca, którego pewna wiedźma za karę, za egoizm i okrucieństwo wobec innych skazała na brzydotę objawiającą się permanentnym zarostem rozchodzącym się na całe ciało, przydługimi paznokciami i wilczym uśmiechem. A co idzie za tak wiernym przedstawieniem baśni – książka jest do bólu przewidywalna, z drugiej też strony po romantycznych młodzieżówkach nie ma się co spodziewać zaskakujących rozwiązań… Tak czy inaczej od początku do końca wiadomo, jak to się potoczy. Osobiście, żeby w ogóle móc dalej czytać „Bestię”, starałam się ją traktować właśnie jako odświeżenie owej baśni, zwykłą powtórkę treści z kilkoma jedynie unowocześnieniami. Nie przepadam za tak dosłownymi i wiernymi odwzorowaniami baśni/legend/znanych historii – wolę, gdy jeśli już coś jest na podstawie czegoś innego, nie była to zwykła kopia – wolę by miała podobieństwa, ale bez przesady – umiar przede wszystkim, lekkie naprowadzenia na źródła, ale nie zerżnięcie treści. Krótko pisząc, przydałoby się tu nieco więcej wkładu własnego autorki.
„Bestia” jest kierowana przede wszystkim do młodzieży – a nawet byłabym skłonna stwierdzić, że do dzieci – gdyż jest to powieść mająca na celu pouczenie czytelnika, że wygląd to nie wszystko, że najważniejsze jest wnętrze i nie należy być snobem tylko dlatego, że ma się wygląd i pieniądze. Plus to, że love is in the air, wystarczy że porwiesz sobie jakieś dziewczę. No taka bajka dla dzieci przestrzegająca przed przykładaniem zbytniej wagi to wyglądu zewnętrznego i zasobów finansowych.
Właściwie nie wiem, jak traktować tę powieść – omawiać ją można jedynie w kontekście przedstawienia popularnej historii oraz walorów dydaktycznych. Inne spojrzenia spowodują jedynie narzekania – jeśli traktować by ją jako zwykłą powieść, pisaną na poważnie dla, powiedzmy, starszej młodzieży, to można to jedynie wyśmiać. No chyba że ktoś lubi idiotyzmy i nieścisłości w fabule, mdławe teksty, a także romdłatyczne, kompletnie nierzeczywiste zakończenie. Osobiście nie lubię czytać o manipulacjach, przetrzymywaniu i sprzedaży potomstwa uzasadnionych tak naiwnie.
Zaletą jest to, że czyta się błyskawicznie. „Bestia” jest lekka i bezproblemowa, bardzo naiwna i romdłatyczna, ale jak trzeba czegoś na odmóżdżeni, jest jak znalazł.

To tyle o książce – dodam tylko, że obejrzałam też film na podstawie „Bestii” i jest stanowczo mniej widoczną kalką baśni, poza tym historia przedstawiona w filmie bardziej pasuje do obecnych realiów, jest mniej naciągana, a także zabawna (aczkolwiek nie wiem, czy taki do końca był zamiar twórców, jednakże ja śmiałam się co chwila). Szczytem kinematografii tego nazwać nie można, ale to przyjemny, lekki film.

: 21 sie 2013, 19:38
autor: Oksa
Oglądałam film i jeśli książka jest do niego w dużej mierze podobna - chociaż piszesz Sophie, że jest bardziej naiwna - to ja dziękuję, postoję, posiedzę, cokolwiek, na pewno jej nie przeczytam. W filmie wszystko było słabe, gra aktorska tragiczna (ok, wiedźma i ślepy nauczyciel byli spoko), a główny wątek w ogóle nieciekawy i naciągany. Szkoda czasu.

: 23 sie 2013, 19:53
autor: hlukaszuk
EDIT DO BESTII: I czytałam i oglądałam (fragmentami). Jednym słowem - BADZIEW.

Ołowiany świt
Obrazek

Autor: Michał Gołkowski
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ilość stron: 357
Data premiery: 26-04-2013

Opis z okładki

Zona – tajemnica, która wciąga, kusi i intryguje.

Jej historią jest świat współczesny. Jej dzieci to my.

Uniwersum S.T.A.L.K.E.R.a oczami Polaka – stara mleczarnia, martwy cieć, zapomniany kalendarz i wieża w środku lasu.

Wchodzisz w to? Zresztą, już jesteś. Wszyscy jesteśmy… Stalkerami. Dziećmi Sarkofagu.

Tutaj wrogiem jest zło, które może czaić się tuż obok, za naszymi plecami. Może przyjmować różne postaci, imiona i kształty, jednak najstraszniejszym, co możemy spotkać w Zonie – jest człowiek.

Wstaje nowy dzień. Czy przeżyjesz go – całym sobą?

Moja opinia

Na wstępie chcę zaznaczyć, że nie znam gry, ale jakiś czas temu specjalnie przeczytałam „Piknik na skraju drogi”, żeby w takiej chwili jak ta móc się do niego odnieść.
Naprawdę prawie same pozytywy. Taka sama pierwszoplanowa narracja. Podobny wiek głównego bohatera, nastrój, klimat, rozważania. Naprawdę udane naśladownictwo. Różni się tylko jednym. W przypadku Strugackich ZONA nie była jedna i ich powstanie spowodowali kosmici. Kto lub co spowodowało 12 kwietnia 2006r. ZONĘ w promieniu Czarnobyla nie wiadomo. A tak oto opisuje to wydarzenie Gołkowski.

Kod: Zaznacz cały

Gazety pisały o najróżniejszych rzeczach - o widocznym aż z Kijowa słupie oślepiającego białego światła, który uderzył w centrum ZONY, o słyszalnej aż w Czernihowie eksplozji i ogromnym radioaktywnym grzybie, o fali bezgłośnej ciszy, która z siłą huraganu uderzyła w te nieszczęsne ziemie, o przepięciach sieci energetycznej w promieniu paruset kilometrów i trzęsieniu ziemi, które jakoby zarejestrować miały sejsmografy aż w Moskwie. Nikt nie wie, jaka prawda BYŁA, ale każdy widzi, jaka JEST - a jest taka, że na miejscu Strefy powstała ZONA. Wszystko w promieniu trzydziestu- czterdziestu kilometrów od Sarkofagu stanęło na głowie, zapłonęły lasy i zagotowały się jeziora, ludzie ginęli tysiącami, nawet nie wiedząc, co ich zabija. Pierwsza emisja przyniosła nam ZONĘ taką, jaką znamy - pełną straszliwych anomalii, okaleczonych nie do poznania zwierząt i obłąkanych ludzi, nowych ognisk zabójczej radiacji i kolejnych zniszczeń, ale również pełną artefaktów i nieznanych zasad fizyki, chemii i biologii, energii oraz zjawisk, o jakich nie śniło się naukowcom nawet w najbardziej obłąkanych koszmarach...
Jeśli już mowa o anomaliach i artefaktach. Niektóre są te same, ale jest cała masa nowych. Żałuje, jak poprzednio, że i Strugaccy, i Gołkowski piszą o nich jakby wszyscy wiedzieli co one robią i do czego służą. Chciałabym czasem, aby opisy były obszerniejsze. Szczególnie, że pod niektórymi można się przeczołgać. Dlaczego i jak to jest możliwe? Może po prostu tak już jest i nikt nie wie, ani się nie zastanawia, oprócz mnie :mrgreen: . W czarnobylskiej zonie występuje dużo różnych potworów, są to przeważnie zmutowane zwierzęta i ludzie. Przez co ZONA staje się jeszcze bardziej niebezpieczna. W ZONIE można się również natknąć na nieżywych, czasem nie do końca, żołnierzy z dziwną plakietką. Czym jest plan „Odrodzenie” i co mają z nim wspólnego koszmary głównego bohatera? ZGADKA ZONY.
Obie książki kończą się podobnie. Niedosytem. I pytaniem co dalej? Na szczęście jest nadzieja na kontynuacje Ołowianego świtu. Zapomniałam wspomnieć, że czarnobylscy Stalkerzy to „międzynarodowe” towarzystwo. Rusek, Ukrainiec, Biełarus czyli Bulbasz (Ziemniak) oraz Polak. Nie przypomina wam to czegoś?
Jedna rzecz jaka mie drażniła „A i ty nie choruj”.
Czy polecam. Tak. Fanom na pewno, ale dla nie fanów gry na pewno równie świetna pozycja.
PS. Kiedyś czytałam opowiadanie Pilipiuka tylko jakby widziane oczami z drugiej strony – żołnierza w Strefie czarnobylskiej. Również mi się podobało.

: 24 sie 2013, 11:44
autor: Sophie
Obrazek
Tytuł: Dziewczyna w stalowym gorsecie
Autor: Kady Cross
(inaczej: Kathryn Smith)
Tytuł oryginału: The Girl in the Steel Corset
Seria: Steampunk Chronicles
Tom: 1
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 30 sierpnia 2013
ISBN: 9788375747164
Liczba stron: 440

Opis:

Skrzyżowanie epoki wiktoriańskiej z X-Menami
Szesnastoletnia Finley Jayne nie ma nikogo i niczego za wyjątkiem pewnej rzeczy, która znajduje się w jej wnętrzu.
Ciemna strona bohaterki sprawia, że jest ona zdolna zabić. W dodatku bardzo mocnym ciosem. Tylko jeden człowiek widzi magiczną aurę otaczającą dziewczynę.
Powieść osadzona w XIX wiecznej Anglii, która przenosi czytelnika w świat pełen przygód.

Komentarz:

Przyznam, że liczyłam na więcej, miałam nadzieję na bardziej przemyślaną i przede wszystkim bardziej dopracowaną książkę. Niestety „Dziewczyna w stalowym gorsecie” taka nie jest – autorka miała jakiś pomysł (ściągnięty z filmów, ale jakiś był), jednakże zepsuła go wątkiem romantycznym i bohaterką. Nie przeszkadzało mi aż tak to, że pomysł nie był oryginalny, jakoś udało mi się to znieść – rozumiem, że niektóre elementy są motywami często przewijającymi się w powieściach, a nie każda książka jest pisana przez osobę obdarzoną wystarczającą fantazją. „Dziewczyna…” jest zbitką wielu powtarzanych elementów, często nawet nie z książek, a z filmów/komiksów (w podziękowaniach autorka wspomina o „Lidze niezwykłych dżentelmenów” i „X-menach” – naleciałości z tych dwóch tworów widać bardzo wyraźnie). Brak oryginalności nie był jednak największą wadą.

Przy konstrukcji bohaterów autorka także się nie popisała – nie są to postacie szczególnie zapadające w pamięć, nie są oryginalne ani nawet charakterne. I to dotyczy wszystkich bohaterów – wszyscy są skonstruowani na podstawie znanych wzorców, a w dodatku nie zostali wykonani szczególnie starannie. Główna bohaterka, chociaż powinna lśnić na tle pozostałych, była strasznie mdła i nieciekawa – dosłownie ginęła w tym wszystkim. Ale to i tak pół biedy – dziewczę to było sztuczne i niekonsekwentne (nie mam na myśli faktu jej „rozdwojenia jaźni – on wytłumaczyć do końca niektórych rzeczy nie mógł). Ale można ją było znieść mimo jej niekiedy przesadnych reakcji, za to postać Sama była bardzo irytująca („uratowaliście mnie od śmierci, ale zrobiliście to tak nieładnie, że teraz będę się fochał! Nie chcę taki być, jestem potworem, nie mam uczuć, bo serce jest nie takie jak potrzeba.” Sam nurzał się w swojej beznadziejności, obwiniał innych, że nie pozwolili mu umrzeć, chociaż ostatecznie nie zrobili mu nic takiego strasznego – to tylko trochę metalu w ciele :roll: ).

Poza tym czy trójkąty są naprawdę takie ciekawe? Ja jakoś tego nie widzę. Ale nawet niech sobie w powieści będzie, skoro autorka się domaga, jeden trójkąt da się znieść, nawet drugi się da. Ale jak jeden z nich pasuje do akcji jak pięść do nosa… Wtedy jest źle. Wątki miłosne zostały tu wciśnięte na siłę i są, moim zdaniem, niepotrzebne. Dobrze jedynie, że nie były szczególnie romdłatyczne – wzajemne zainteresowanie, ale bez latających nieustannie wokoło amorków i serduszek. Wątki romantyczne jednak dość znacznie zaczęły przytłaczać właściwą akcję i mogłyby się wydawać nawet ważniejszą częścią książki. Autorka ewidentnie nie do końca wiedziała, co chce napisać, co chce podkreślić – romans czy akcję – Kady Cross nie zachowała równowagi między jednym i drugim.

Ponadto nie wiedziała też chyba, w jakich czasach chce umieścić akcję swojej powieści – epoka wiktoriańska nie jest naturalna dla autorki, ona nie czuła się tam dobrze i nieustannie unowocześniała elementy świata i bohaterów. Wielokrotnie bardziej to przypominało nowoczesność niż czasy panowania Wiktorii, nie czułam atmosfery tamtych czasów. Chociażby można wspomnieć idiotyczny pomysł autorki z gorsetami – z tego co wiem gorset był wtedy tylko i wyłącznie elementem bielizny, którego nie pokazywano wszem i wobec, zakładano go pod suknię, na pewno nie noszono go na koszuli (gdyby chociaż autorka jakoś zaznaczyła odmienność owego stroju od panującej mody…). A kobiety nie zakładały spodni. Tym bardziej KRÓTKICH spodni. Moda męska też była nieco frywolniejsza niż, myślę, powinna, ale nie raziło to tak bardzo. Ale nie tylko stroje nie pasowały szczególnie do epoki, wynalazki też były zbyt nowoczesne – wystarczy spojrzeć na przykład małe bezprzewodowe, przenośne komunikatory albo małe słuchawki, które umieszone w uchu umożliwiały komunikację – autorkę poniosła wyobraźnia. O wytłumaczeniu czegokolwiek nie ma co marzyć, Kady Cross nie zawracała sobie głowy zastanawianiem się nad działaniem opisanych maszyn – „działa to działa, czytelnik szczegółów znać nie musi”.

Poza tym autorka (tłumacz?) nie mogła się zdecydować, w co wierzy bohaterka – raz Finley wołała „O Boże!”, a raz „Bogowie!”. Poza tym metalowe kości umieszczone w ciele to bzdura – konieczne by były sprężyny albo cokolwiek zapewniające jako taką elastyczność, żeby umożliwić mu normalne poruszanie – kości są elastyczne, dlatego się nie łamią i jesteśmy dość odporni na urazy – metal tego nie zapewni, a już na pewno nie wzmocni właściciela.

Niestety wiele można tej książce zarzucić. Może i czytało się ją szybko, ale jest to raczej jedynie zapychacz czasu, który nie zapadnie w pamięć – do przeczytania i zapomnienia. Miałam nadzieję na coś zdecydowanie lepszego i niestety ani świat, ani bohaterowie nie podołali. Akcja tak samo – była przewidywalna i bardzo łatwo domyślić się, kim jest ten zły, a także co mniej więcej planuje; nic mnie nie zaskoczyło. Krótko pisząc, można przeczytać, ale nie trzeba, wiele się nie straci.

: 25 sie 2013, 19:39
autor: Kometa
Obrazek

Tytuł: 52 powody dla których nienawidzę mojego ojca
Autor: Jessica Brody
Tłumaczenie: Joanna Kamrowska
Tytuł oryginału: 52 reasons to hate my father
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 19 lipca 2013
Liczba stron: 420


Opis: Osiemnastoletnia Lexingnton Larrabee jest córką jednego z najbogatszych ludzi na świecie i jest znana z tego, że jest... znana. Całe Hollywood świadome ilości zer na koncie jej ojca musi się z nią liczyć, a sama Lex nie ma żadnych oporów by trwonić pieniądze bogatego rodziciela na ciuchy, imprezy, drogie auta i alkohol. Wszyscy myślą, że wiedzie żywot rozpieszczonej księżniczki, jednak nie wszystko wygląda tak różowo jak się wydaje.
Lexi bowiem czeka aż oficjalnie ukończy 18 lat, dostanie swój czek z funduszem powierniczym, który należny się każdemu dziecku z rodziny Larrabee i wreszcie opuści dom, a przede wszystkim ojca i zacznie żyć na własnych rachunek. W końcu 25 milionów dolarów to nie w kij dmuchał i nawet przy jej rozrzutnym trybie życia, jest to zapowiedź wolności której dziewczyna pragnie. Gdyż nienawidzi swojego ojca.

Pech chce, że powodów do nienawiści jej przybędzie. Tuż przed swoją 18 Lexi po raz kolejny pakuje się w poważne tarapaty i stawia sztab PRowców swojego ojca na nogi, ledwo uchodząc z życiem z całej tej kabały. I choć cierpliwość Richarda Larrabee względem córki zdaje się być nieskończona i niewzruszona tym razem jednak miarka się przebrała. Na Lexington spada druzgocąca wieść, że nie tylko przyznanie jej funduszu powierniczego zostaje odroczone, ale na dodatek jest uziemiona i odcięta od imprezowego świata - karty kredytowe zostają zamrożone, wszystkie auta skonfiskowane, a służba pouczona, aby donosić pracodawcy o każdym kroku niesfornej dziedziczki. Ale to nic w porównaniu z tym co dziewczyna będzie musiała zrobić aby odzyskać należne jej 25 milionów dolarów. Okazuje się że przez rok Lexi będzie musiała chodzić do pracy. I to nie byle jakiej, bowiem ojciec skrupulatnie wybrał dla niej 52 niskopłatne zawody, które dziewczyna będzie musiała odfajkować, spędzając cały jeden tydzień w jednej pracy. To brzmi jak zapowiedź katastrofy, zwłaszcza, że Richard Larrabee wyznaczył córce opiekuna, który ma doglądać jej postępów i dawać mu z nich szczegółowe sprawozdania.

Opinia:
Dostałam tę książkę w prezencie i choć byłam jej ciekawa od dłuższego czasu, to też podeszłam do niej bardzo nieufnie. Schemat wydawał się być dość oczywisty - zła, rozpieszczona dziewczyna pozna wreszcie smak pracy, i nauczyć się współczuć innym i doceniać ludzką prace. Schemat cześciowo się sprawdził ale... no właśnie.

Po pierwsze Lexi nie jest złą dziewczyną. Rozwydrzoną, owszem, ale nie złą czy samolubną. Ewidentnie widać po niej, że nikt nigdy nie pokazał jej innego życia jak tylko takie kiedy na zawołanie dostaje to co chce. Ale poza brakiem szacunku do wydawanych kwot, Lexi jest normalną, żywiołową nastolatką. Nie ma wielu przyjaciół ale tych, których ma szanuje i widać że zależny jej na nich. Ma ulubionego pupila i nie traktuje go jak dodatku do sukienki, tylko troszczy się o niego. Służbę w swoim domu traktuje dobrze, choć może niekoniecznie przejmuje się ich sprawami, to jednak nie jest opryskliwa czy nieuprzejma. Jedynymi osobami którymi pomiata i dla których w istocie jest nieprzyjemna są wysłannicy jej ojca, ale uważam, że ma dobre powody by ich tak traktować.

Narracja jest poprowadzona w ten sposób, że naprawdę łatwo nam się utożsamić z Lexi. Naprawdę ROZUMIEMY dlaczego podejmuje takie, a nie inne decyzje, choć normalnie byśmy je potępili, a patrząc na nie z boku uznali za wybryki pustej panny. Lexi nie jest pusta. Jest zwyczajnie zagubiona.

Choć książka ma lekki i dowcipny charakter nie da się przemilczeć faktu, że wybryki dziewczyny są jej próbą zwrócenia na siebie uwagi. Że jej imprezowy tryb życia, to próba stłumienia samotności. Że jej kolejne porażki są tym czego społeczność od niej oczekuje, a co ona mu daje, bo nikt nigdy nie wskazał jej innej drogi.

W tej książce nie tyle chodzi o przemianę bohaterki co o jej relacje z ojcem. Richard Larrabee jest złym ojcem. To nie jest narzekanie nastolatki tylko fakt. Ten człowiek w ogóle nie uczestniczy w życiu córki. Wkracza w nie tylko wtedy gdy ta narozrabia wraz ze sztabem swoich sługusów, który mają pozamiatać jej bałagan pod dywan. Interesuje się nią tylko wtedy kiedy mają dokonać kolejnego medialnego wystąpienia. Jego rzecznicy prasowi opowiadają mediom jak zżytą i kochającą się rodziną są Larrabee, podczas gdy Lexi potrafi nie widywać ojca miesiącami, a gdy go wreszcie widzi ten nie zaszczyca jej nawet słowem. Czuje się jak jego pionek użyteczny w medialnej rozgrywce, ale na tym koniec. Nie jest mu do niczego więcej potrzebna, ojciec nie okazuje jej żadnych uczuć, żadnego zainteresowania. Więc dziewczyna robi wszystko by wyrwać się choć na chwilę z tej szachownicy.

Zaczynamy jej kibicować - bierz te 25 milionów i wiej! A kiedy dostaje od ojca listę prac do wykonania myślimy sobie: TERAZ gościu, po 18 latach, ci się przypomniało, że wypadałby zacząć wychowywać córkę? Teraz to się wypchaj! I takie też podejście ma Lexi przy czym naprawdę smutne i frustrujące wydaje się to, że nie potrafi o tym porozmawiać z ojcem. Wiemy, że wszystko się w niej gotuje, że emocje buzują, że powinna wreszcie wybuchnąć i chociaż mu wygarnąć swoje żale, ale ona zawsze się cofa. Ewidentnie boi się przed nim odsłonić ze swoimi uczuciami. Bo zwyczajnie nie wie czego może się podziewać po tym człowieku. Boi się odtrącenia.

Szczerze mówiąc byłam zaskoczona, że w taki sposób napisana książka porusza tego typu problemy i daje bohaterce ten rodzaj głębi. Nie tego się spodziewałam i potem trochę żałowałam, że autorka nie weszła w ten wątek głębiej, że rozwiązała go tak po prostu... To znaczy, to nie było złe rozwiązanie, ale można z tego było zrobić coś dużo bardziej... poważnego. I może właśnie dlatego się z tego wycofała gdyż, to zwyczajnie przestałaby być komedia.

Wątek romansowy tez jest ale szczerze? Autorka nie rozwodzi się nad nim jakoś przesadni i jest on poprowadzony z głową. Potencjalna para do bohaterki to rozsądny chłopaka, który ma poukładane w głowie i to, na co autorka kładzie nacisk to nie wzdychania do siebie i obściskiwania się po kątach tylko to jak osoby z różnych światów nie potrafią zrozumieć wzajemnie swoich punktów widzenia. Temu oczywiście towarzyszą też i niezręczne i zabawne sytuacje oraz darcie kotów, ale ogólnie uważam to za świetne uzupełnienie całości.

Całość oceniam naprawdę dobrze. To owszem czytadło, ale porządnie napisane, z płynną i świetną narracą, gdzie oprócz przygody i śmiechu dostajemy również poważne rozterki bohaterów a także szczyptę tajemnic. Naprawdę dobrze się bawiłam.

7,5 / 10

: 29 sie 2013, 03:01
autor: destrakszyn
Obrazek
Oboje są obdarzeni niezwykłą intuicją i naznaczeni bolesnymi wspomnieniami. Razem zmierzą się z niebezpieczną zagadką i szaleńczą namiętnością.
Gwen Frazier obdarzona jest niezwykłym darem odczytywania marzeń sennych. W ten sposób rozwiązuje problemy emocjonalne pacjentów. Śmierć przyjaciółki i mentorki Evelyn Ballinger zmusza ją do powrotu do miasteczka w Oregonie - i do złych wspomnień. Dwa lata na członków zespołu badawczego doktor Ballinger polował seryjny morderca. Teraz Gwen czuje, że śmierć Evelyn ma związek z tamtymi wypadkami.
Prywatny detektyw Judson Coppersmith rozpracował niejedną zagadkę dzięki swojej umiejętności wyczuwania zbrodniczych intencji. Tylko on może pomóc Gwen. I tylko ona może uwolnić Judsona od koszmarów powracających w snach. Judson musi jednak uważać, by nie odkryć przed tą piękną kobietą o złotych oczach swoich tajemnic – zwłaszcza gdy seksualne napięcie pomiędzy nimi staje się zbyt silne, by się mu oprzeć.

Obrazek
Jessie Benedict, zbuntowana córka wpływowego Vincenta Benedicta, nigdzie nie może zagrzać miejsca - pracowała już w kilkunastu firmach i każdą doprowadziła do bankructwa. W końcu chyba jednak znajduje coś dla siebie - zostaje asystentką medium.
Pewnego dnia do firmy przychodzi zrozpaczona matka, błagając o odnalezienie zaginionej córki. Jessie zaczyna poszukiwania. Ale musi prosić o pomoc Sama Hatcharda - mężczyznę, który jeszcze niedawno wydawał jej się ostatnim człowiekiem, jakiego poprosiłaby o cokolwiek...


Komentarz:
Do obu równocześnie? Już tłumaczę.

To Krentz sprowadziła mnie na drogę romansów, zwłaszcza tych historycznych (i do tej pory nie wiem, czy za to dziękować, czy przeklinać ;-) ). Przeczytałam prawie wszystkie pozycje jej autorstwa, poza tymi, które śmierdziały typowymi obyczajówkami (których naprawdę nie trawię, więc na ogół mijam szerokim łukiem). Trudno mi powiedzieć, za co ją polubiłam, a cała wina leży chyba w tym, że tyle jej książek przeczytałam. Nie pamiętam już, dlaczego mnie przyciągnęła, i nie wiem, dlaczego sięgam po każdą jej nową powieść. Błędne koło.

Te dwie książki w zasadzie są identyczne. Bohaterka ma sprawę do rozwiązania, pojawia się bohater, który oczywiście jej pomaga, para czuje między sobą chemię, idą do łóżka oczywiście z masą fajerwerków i tworzeniem tajemniczej więzi, pozbywają się antagonisty, wyznają sobie miłość po grób, koniec. Są pewne różnice, ale zasadniczo opiera się to tylko na tym schemacie. Wiele romansów zostało napisanych w ten sposób, ale for fuck's sake OD TRZYDZIESTU KU#WA KSIĄŻEK KRENTZ POWIELA TEN SAM PIEPRZONY SCHEMAT! Schemat dotyczący wszystkiego - fabuły, postaci, uniwersum...

Chyba najbardziej wku#wia mnie powtarzalność bohaterów - ONA i ON są przeciwieństwami. ONA jest naiwna, delikatna, otwarta na ludzi, pokojowa, a poza tym naiwna, pakuje się w niebezpieczeństwo przy byle okazji, bo nie pomyśli, że nie powinna wskakiwać radośnie i z hałasem do potencjalnie obrabowanego mieszkania, naiwna i oczywiście zawsze chce oszczędzić tego złego, dać drugą szansę nawet tym, których trzeba lać dechą nabitą gwoździami, a po zaniknięciu pulsu dla pewności przebić serce kołkiem i pochować twarzą w dół. Wrrr. ON natomiast jest outsiderem, niebezpiecznym gościem z mroczną, ponurą przeszłością, cynik obeznany ze śmiercią, nieludzko zdeterminowany, by dotrzeć do swego celu, ale z zachowaniem zasad etyki, jednakże niewahający się przed zastosowaniem ostatecznych środków i nieżałujący niczego, i oczywiście musi wyciągać bohaterkę z kłopotów czy uświadamiać ją, jaki naprawdę jest świat. Oboje zwykle mają ponad 35 lat, a zachowują się jak dzieci. "Jasna i ciemna strona związku". Było tak w Uśmiechu losu i w Magii jej oczu, i wielu, wielu poprzednich powieściach Krentz. Nic nowego od bardzo dawna. Rzygać mi się już chce od tych naiwnych, dobrych panienek i ostrych, ponurych bad boyów.

Fabuła - jak wyżej streściłam, poza tym intrygi kryminalne są banalnie łatwe do odszyfrowania, a przez to niesamowicie nudne; nie ułatwia fakt, że autorka daje czytelnikowi oczywiste wskazówki, kto zabił/uprowadził/szantażował/zdradził. Wciąż i wciąż to samo, wtórność tak monstrualnych rozmiarów, że trudno ją ogarnąć umysłem. Uniwersum (chyba można mówić o nim tylko w przypadku serii Society - wszystko takie same, tylko bohaterowie mają paramoce. Nie liczę cykli zakończonych) zmienia zależnie od potrzeb - czegoś nie było w poprzedniej części? Nieważne, po prostu nie mieli wszystkich informacji, je#ać konsekwentność! Ugh. O stylu nawet nie mam co powiedzieć - obecnie jest przeraźliwie ubogi, opisy są dawkowane oszczędnie, a to, co powinno emocjonować, raczej bawi.

Podsumowując powyższy wywód - starsze powieści Jayne Ann Krentz były dużo lepsze i strasznie żałuję, że najwyraźniej kobieta "leci na hajs" i poszła w ilość, a nie jakość, ponieważ mam do jej twórczości spory sentyment i płaczę rzewnymi łzami, gdy czytam takie monstra. A pewnie kiedy wyjdzie coś nowego, tak czy siak sięgnę. I znów będzie rozpacz.

Sophie: Uwielbiam Twoje komentarze, Des. :D

Podziękował! :D

EDIT od Soph:
Jayne Ann Krentz
"Uśmiech losu"
"Magia jej oczu"

: 29 sie 2013, 17:53
autor: Sophie
Obrazek
Tytuł: Honor złodzieja
Autor: Douglas Hulick

Tytuł oryginału: Among Thieves
Seria: Opowieść o Kamratach
Tom: 1
Tłumaczenie: Łukasz Małecki
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: marzec 2012
ISBN: 978-83-08-04860-3
Liczba stron: 484

Opis:
Ildrekka to niebezpieczne miasto, jeśli nie wiesz jak się zachowywać. Żeby przetrwać na jej ulicach, potrzeba zwinnej ręki i sokolego oka.A przede wszystkim dostępu do informacji.
Na szczęście Drothe wie, jak grać w trudną grę pozorów, intryg i szelmostw. Od wielu lat ma do czynienia z łotrami wszelkiej maści, zarówno tymi spod ciemnej gwiazdy, jak i tymi z najwyższych sfer. Pracuje dla jednego z najbardziej wpływowych ludzi w mieście. Jeśli tylko pojawia się jakiś problem, Drothe znajduje rozwiązanie-i nie uznaje kompromisów.
Lecz kiedy Drothe dostaje rozkaz wyśledzenia, kto grozi ludziom z jego organizacji, niespodziewanie odkrywa o wile większą tajemnicę. Istnieje księga, której szuka niemal każdy-księga, która jest w stanie obalić władców i unicestwić przestępczy świat.
[ucięłam nieco opis z okładki, bo nie ma sensu sobie spoilerować z połowy książki]

Komentarz:
Spodziewałam się czegoś więcej, ale nie chodzi tu wcale o to, że było nudno, nielogiczne czy idiotycznie – największym zarzutem jest fakt, że trudno mi było się wciągnąć i czytać ciągiem, mogłam oderwać się od czytania w dowolnym momencie, a także nie byłam wstanie przeczytać na raz więcej niż kilkadziesiąt stron. Niestety dość opornie mi szło, szczególnie na początku, potem było już lepiej, a zakończenie wciągnęłam już normalnie. Ale i tak strasznie się wlokłam – być może dochodzi do tego jakiś mały kryzys, który objawił się już przy „Rycerzu lata”.

Z początku dość trudno było przedrzeć się przez terminologię, Douglas Hulick raczej nie tłumaczył dokładnie użytych słów, więc czytelnik musiał się domyślać, o co chodzi i co dokładnie znaczy dany termin, ale też autor nie zostawiał czytelnika z niczym – dawał mu drobne podpowiedzi. Na pewno gdybym była bardziej przytomna byłabym tym wniebowzięta – lubię takie składanie dużej informacji ze strzępów innych. Sytuacja tak się ma zresztą przy całej fabule – niestety byłam zbyt nieprzytomna, by dokładnie ją zrozumieć i poukładać w głowie. Trochę szkoda, bo zdaję sobie sprawę, że książka ta mogłaby znaleźć się wysoko na mojej liście lubianych pozycji. Może i była nieco monotonna, a ostatecznie nie jestem już w stanie ułożyć wszystkich wydarzeń po kolei za sprawą ich ilości, a także dość podobnego otoczenia, ale jest to dobra książka – był pomysł, to na pewno. Autor pracował nad nią podobno ponad dziesięć lat – i nawet to widać, chociaż mam wrażenie, że autor mógł popracować nad przykuciem uwagi Czytelnika, gdyż mojej zdobyć do końca nie zdołał. Może to też po części wina tłumacza.

Bohaterowie byli całkiem ciekawi, a autor każdemu poświęcił dłuższą chwilę – to nie były jedynie kukiełki, ale dość zgrabnie skonstruowane istoty. Mam tu na myśli przede wszystkim postaci istotne dla fabuły – nie byli czarno-bali, ale szarzy, a niektórych nie wiadomo co myśleć. Główny bohater, Drothe, jest złodziejem, a po złodzieju dobrych uczynków raczej nie trzeba się spodziewać – może i jest honorowy, nie jest brutalny i nie cieszy go zadawanie bólu, ale jest w stanie zabić czy zdradzić w określonych sytuacjach. Na pewno da się go lubić – jest wyważoną postacią – nie za dobry, ale nie za zły, nie jest kompletnym chamem ani zwiewnym lelijem, ani też superbohaterem, który ocali świat i się przy tym nawet nie zmęczy. Taki zwykły, zdrowy na umyśle i ciele człek.

Co do fabuły… Do samego końca nie można było być niczego pewnym – sytuacja cały czas się zmieniała, pełna była zwrotów akcji, a bohater co i rusz czymś zaskakiwał. Ba!, on kłamał i oszukiwał, wpuszczał czytelnika w maliny, by potem wyskoczyć z zaskakującą informacją, która przeczyła temu co wcześniej zostało przekazane/zasugerowane. I to jest chyba jedna z największych zalet – nie ma tu mowy o przewidywalności, bo wszystko jest w ruchu, jest wiele zmiennych, które nie mogą kopnąć w dupę, gdy się nie uważa, o. :-)

Tak poza tym to książka strasznie przypominała mi Kvothe’a, czyli Kroniki Królobójcy – obie książki zostały wydrukowane na tym samym papierze i tą samą czcionką, a bohaterowie mieli podobne imiona. Ale to tak mimochodem, bo nie jest to istotne. :-)

Krótko pisząc, mimo tych trudnych początków (i nie tylko), nawet podobało mi się – raczej nie przepadam za problematycznymi w czytaniu pozycjami, ale ta się obroniła. Jestem ciekawa kolejnego tomu – oby tylko wydawca nie zawalił i go wydał.

: 24 wrz 2013, 17:47
autor: wiedźma z bagna
Obrazek
POSĘPNA LITOŚĆ
autor: Robin LaFevers
tytuł oryginału: Grave mercy
seria/cykl wydawniczy: Fanstastyczna fabryka
wydawnictwo: Fabryka Słów
data wydania: 20 września 2013
ISBN: 9788375748826
liczba stron: 560


Opis z okładki:
Po co być owcą, skoro można być wilkiem.

Zakłamanie, żądze i zdrada.

Sam bóg śmierci naznaczył 17-letnią Ismae niezwykłym brzemieniem i zdolnościami.

Jako assassin, może uchronić swój lud przed zatraceniem i zdradą. Jednakże, aby tego dokonać, musi zabijać. Nawet tych, których kocha.

Noszę ciemnoczerwone piętno, biegnące od lewego ramienia po prawe biodro, ślad po truciźnie, którą matka dostała od znachorki, by pozbyć się mnie ze swego łona. Według znachorki, fakt, że przeżyłam, to nie żaden cud, a znak, że zostałam poczęta przez samego boga śmierci.


KOMENTARZ:

Nowy tytuł Fabryki Słów „Posępna litość” reklamowany jest z lekka krwiożerczym hasłem: „Po co być owcą, skoro można być wilkiem”. Ponadto w blurbie (nauczyłam się nowego słowa :-P ) piszą jakoby dziewoja ma się spełniać jako assassin. Czyli dobra moja. Naprawdę miałam chęć to przeczytać.
No więc tak, zasiadam sobie wygodnie, otwieram książkę… Otwieram, patrzę… I co widzę??? „Jego nadobna zabójczyni” – coś jak: jego francuski piesek. No ja bardzo przepraszam, ale takie skojarzenia i im podobne cierpkie epitety cisną mi się na mą złotoustą skądinąd facjatę. Moja głęboko uśpiona wewnętrzna harpia aż się zapluła, osiągając szczyty bulwersacji. Asasyn jak z koziej dupy trąba.
Nic to, powiadam sobie, Baśka, nic to. Nie należy się zrażać drobnostkami. Więc czytam dalej. Początek, dość dramatyczny, opisuje ciężki los bohaterki. Dziewczęcia raczej zahukanego, znękanego i gnębionego przez ojczyma, a następnie coś na kształt męża. Ale, czego dowiadujemy się na wstępie, a nawet z samej okładki, Ismae jest córką samego boga śmierci. No, i kto tu się powinien bać? Nieobyta, niedomyta, niedouczona, marzy nawet nie o lepszym życiu, a o przeżyciu. [spoiler]Uratowana, a jakżeby inaczej, od okrutnego losu, trafia do zakonu wyznawczyń szanownego ojczulka, gdzie ją myją i szkolą na zabójcę. Ale z niej taki bezlitosny zabójca, jak, nie przymierzając, ze mnie dobra wróżka. [/spoiler] W dodatku na jej drodze podstępny los stawia JEGO. Tego Onego, co to mu z ócz skry się sypią, lica czymś tam pałają, usta się proszą o pocałunek i takie tam. Jednym słowem romans aż trzeszczy. Ona niewinna i naiwna, on dumny i honorny, przez 200 stron się pocałować nie mogą. Ten honor ich w zęby kuje chyba.
Bretania pogrążona w chaosie, księżna w potrzebie, wrogowie i zdrajcy niemalże depczą sobie wzajemnie po piętach, trup ściele się gęsto (przynajmniej chwilami), za to intryganci czają się wszędzie. A pośród tego wszystkiego Ismae musi odgadnąć prawdziwe przesłanie Mortaina (wyżej wspomnianego ojczulka), któremu przysięgła wiernie służyć. [spoiler]A jego oblicze okazuje się być samym miłosierdziem hahaha[/spoiler]

On wierny księżnej Bretani, ona wierna księżnej, ale ciągle coś im nie wychodzi. Dworskie intrygi, gdzieś tam w tle tego uczucia, pląsają radośnie bez ładu i składu, w dodatku niezbyt intrygująco.
Czyta się szybko, nie powiem. Za to jest przewidywalnie, naiwnie, sztampowo i kurde trochę jak dla panienek z pensji. Ismae jest mdła, miętka i hm... rozczarowująca. Jej wybranek jest posągowo idealny - nuda po prostu. Można przeczytać dla zabicia czasu.

: 10 paź 2013, 18:08
autor: Sophie
Obrazek
Tytuł: Książę krwi
Autor: Raymond E. Feist
Tłumaczenie: Andrzej Siwicki
Tytuł oryginału: Prince of the Blood
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 1998
ISBN: 83-7150-330-X
Liczba stron: 413

Opis:
Od dwudziestu lat po Wojnie Światów Królestwo Wysp na Midkemii cieszy się spokojem i dobrobytem. Nagle Książę Arutha, królewski brat i potencjalny dziedzic, postanawia zgłosić swoje roszczenia do tronu. Jego dwaj synowie nie są dobrze przygotowani do objęcia w przyszłości władzy po ojcu, dlatego książę wysyła ich z pierwszą misją dyplomatyczną. I odtąd bracia wpadają w wir wydarzeń, który zmusi ich, by stawili czoło śmiertelnym niebezpieczeństwom..

Komentarz:
Szukając książek Raymonda Feista w bibliotece, natknęłam się na pierwszy tom tej serii, ale jak na złość nie było drugiego tomu, ale stwierdziłam, że chociaż pierwszym można się nacieszyć. No to wypożyczyłam – i dobrze, podobało mi się. Nie było może powalająco, ale zdecydowanie warto po to sięgnąć.
W tym tomie głównymi bohaterami są synowie Aruthy i to oni skupiają na sobie całą akcję, ich losy śledzimy przez cały czas i chociaż w tle również wiele się dzieje, to im towarzyszy narrator (z drobnymi wyjątkami na początku powieści). W porównaniu z postaciami z poprzedniej serii, ci nie przypadli mi aż tak do gustu – zbyt młodzi, głupi i rozpieszczeni. Dobrze jednak że widać jak się zmieniali – zwłaszcza jeden z nich – i na koniec już bardziej mi się podobali. Rzecz jasna, jak to u Feista, ich charaktery nie były jakoś szczególnie urozmaicone, skomplikowane i rozbudowane, ale już to zaakceptowałam.
Sama akcja była całkiem ciekawa, chociaż niekiedy troszkę zbyt wolna. Zakończenie jednak nadrabia wszystko – było interesujące i wciągające, a intryga dość zawiła, chociaż jeśli się nie zacznie cudować, można by na nią wpaść. Poza tym martwiłam się tym, że nie ma drugiego tomu, a się okazało, że wcale nie jest on konieczny na już teraz, zaraz.
Raymond E. Feist nie jest jak inni autorzy – jego twórczość bardzo mi się podoba, chociaż jestem świadoma, że w normalnych okolicznościach książka tego typu nie spodobałaby mi się tak bardzo. Ale lubię Feista, nawet pomimo niedociągnięć. Nie zwracam na nie uwagi, nie przeszkadzają mi – ten autor ma na mnie sposób, jego powieści naprawdę podobają mi się, mimo że nie są ideałami. No kurka, to było dobre, chociaż czytałam może z lekkimi problemami – jest to przede wszystkim wina bardzo małego druku, akcja ma tu mniejsze znaczenie. Krótko pisząc, polecam. Trudno to zdobyć, ale warto się postarać i poszukać w bibliotece.

: 13 paź 2013, 17:48
autor: hlukaszuk
Chłopcy 2. Bangarang

Obrazek

Autor: Jakub Ćwiek
Data premiery: 28.08.2013
Wydawnictwo: SQN
Ilość stron: 295

Opis z okładki:

Wrócili. Dzwoneczek i jej banda wyrośniętych, wiecznie niedojrzałych chłopców po raz kolejny pokazują, że nie da się oddzielić dobrej zabawy od solidnych kłopotów. I nieważne, czy to klubowy zjazd, motocyklowa wycieczka do pobliskiego miasta czy pozornie leniwe popołudnie w opuszczonym Lunaparku – każdy dzień to nowa przygoda, a na końcu czai się ta największa. I najbardziej przerażająca. Śmierć.

Droga znowu wzywa, nie ma odwrotu ani chwili na oddech. Tylko co jeśli tym razem wiedzie wprost do znienawidzonej dorosłości?

Moja opinia:

Nie będę się powtarzać, ale muszę podkreślić, że okładka i ilustrację są tak samo świetne jak w pierwszej części. To poezja dla oczu.
Druga część Chłopców również ma konstrukcję dłuższych i krótszych opowiadań, które łączą wspólni bohaterowie. Krótkie formy wypowiedzi wychodzą Ćwiekowi najlepiej. Ciekawe jest opowiadania z punktu widzenia zwierzęcia, a mianowicie Pana Propera. Zaglądamy do głowy kota i podglądamy jego myśli, które są naprawdę psychopatyczne, jak sam Proper.
Co do innych historii. Bohaterom Nibylandii nigdy nie było łatwo w rzeczywistym świecie, ale k***a komu jest. To nigdy nie była, nie jest, i nie będzie, wbrew pozorom, wesoła historyjka. Świat to nie je bajka, zawsze ugryzie cię w dupę, i zawsze wtedy kiedy się najmniej tego spodziewasz. Czy wieczni chłopcy będą musieli dorosnąć? I dlaczego w taki, a nie inny sposób? Jakie będzie zakończenie? Na pewno niezbyt dobre, bo… jak wcześniej wspomniałam wszędzie są piraci, którym przewodzi zły Kapitan Hak.

: 15 paź 2013, 13:56
autor: Oksa
Obrazek

Autor: Max Brooks
Tytuł: World War Z. Światowa wojna zombie w relacjach uczestników


Wydawnictwo: Zysk i s-ka, maj 2013
Liczba stron: 544

Opis: Hordy głodnych i wściekłych zombie nadciągają!

Jesteście przygotowani na WOJNĘ TOTALNĄ?

Najpierw w Chinach pojawia się pacjent "zero" zarażony dziwną i nieznaną chorobą, która powoduje niespotykaną dotąd degenerację ciała i późniejszą reanimację zwłok. Wkrótce z całego świata zaczynają napływać kolejne doniesienia o podobnych przypadkach. Rządy wielu państw ignorują zagrożenie i skrywają prawdę przed obywatelami. A ta jest szokująca - po całym globie z prędkością błyskawicy rozprzestrzenia się śmiertelny wirus zmieniający ludzi w żywe trupy żądne krwi...

Tak zaczęła się pandemia, którą przetrwali nieliczni. Świat po globalnej hekatombie stał się przerażającym i brutalnym miejscem pozbawionym zasad, gdzie można liczyć tylko na siebie. Dzięki Maksowi Brooksowi poznajemy historie z pierwszej ręki, o których dotychczas milczały raporty wojenne.

World War Z to bijący rekordy popularności doskonały reportaż, przerażający do szpiku kości, prawdziwy do utraty tchu!


Moja opinia: Gdybym miała wystawić tej książce ocenę, czego zazwyczaj nie lubię robić, to byłoby to mocne 9,5. Czemu nie dziesiątka, wyjaśnię później. Książka ta posiada wszystko to, co potrzebne, aby spędzić przy niej wspaniałych kilka godzin – nie nudzi, jest napisana bardzo przystępnym językiem, wzbudza wiele emocji i widać po rodzaju podejmowanych tematów, że autor nie poszedł po łebkach, tylko naprawdę przemyślał sobie dokładnie, jak taka wojna mogłaby się potoczyć. Poruszył bardzo wiele aspektów – jaka technologia zawodzi w walce, a jaka może przynieść efekty, konsekwencje wojny dla ekosystemu, problem z organizacją ocalałej ludności (jakimi zasadami powinniśmy się teraz kierować? jakie prawa oraz zakazy powinny zostać ustanowione?), psychologiczne efekty wojny na umysły cywili, wojskowych, a także zwierząt (bardzo podobała mi się relacja faceta, który opowiadał o znaczeniu psów w walce z zombiakami).

Powieść została podzielona na poszczególne etapy wojny, gdzie w każdym z nich przedstawione są relacje z punktu widzenia kilku-kilkunastu osób. I tak będziemy mieli tam do czynienia ze spokojniejszymi fragmentami na temat wyposażenia, broni, organizacji walk, ogarnianiu sytuacji po zakończeniu wojny czy też o polityce, która dotyczy narodu, państwa, świata, a także relacjami cywilów oraz wojskowych, którzy opowiedzą ich własną historię wyrwania z bezpiecznego kokonu i konieczności poradzenia sobie w nowej rzeczywistości.

Czyli miejscami będzie spokojniej, lecz także rzeczowo, merytorycznie i ciekawie, a miejscami nie będzie można się oderwać od czyjejś historii bądź też oderwać swojego umysłu od wyobrażenia danej sytuacji. Mnie zawsze najbardziej przerażają losy dzieci, a taka wojna, nie ukrywajmy, nie ma litości nawet dla najmniejszych.

Minusa dałabym za to, jak są ukazane zombie. Nie potrafię ogarnąć tego, że nie płynie w ich ciałach krew, tylko jakaś maź, tlen w takim razie nie dociera do mózgu, ale cała motoryka jakoś funkcjonuje. Jak to wszystko działa, to musiałaby mi jakaś mądra głowa wyjaśnić, bo moja ograniczona naukowo tego nie obejmuje. :-P
Ponadto
[spoiler]do samego końca nie dowiadujemy się, co tak naprawdę spowodowało wybuch epidemii oraz gdzie się ona rozpoczęła. Są pewne przesłanki, że wyszła z Chin, ale to w zasadzie tylko podejrzenia. Z jednej strony jest to dobry zabieg, pewnych rzeczy nie jesteśmy w stanie się dowiedzieć, a sprawa mogła być tak głęboko utajniona, że nawet gdyby inni szefowie państw o tym wiedzieli, to trzymali gęby na kłódkę. Tylko wciąż mnie męczy, jaka dokładnie była natura tej epidemii – wirus, pasożyt? Co to właściwie było, że martwe ciało chodziło?[/spoiler]

Świetna, świetna książka. Bardzo szybko wciąga i zapada w pamięci. Jestem z natury lekką paranoiczką, więc nie mogłam się powstrzymać przed zastanawianiem się, co by dla mnie i mojej rodziny oznaczało urzeczywistnienie takiego scenariusza i prawda jest naprawdę przerażająca. Jak najbardziej polecam. Nie ten przerażający scenariusz, tylko wspaniałą lekturę. :-P

: 15 paź 2013, 16:46
autor: Sophie
Obrazek
Tytuł: Elfy
Autor: Bernhard Hennen, James Sullivan

Tytuł oryginału: Die Elfen
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 2013
ISBN: 9788375748741
Liczba stron: 460

Opis:
Piękno i siła rodem z tolkienowskiego świata
Spośród wszystkich istot zamieszkujących światy fantasy, elfy są najbardziej tajemnicze i niedostępne.
Bernhard Hennen kreśli barwną i fascynującą opowieść, w której każdy miłośnik dobrego fantasy pogrąży się z zapałem.
Tragiczny finał polowania. Tajemniczy potwór pozostawia przy życiu tylko jednego łowcę, który cudem trafia do świata elfów. Pomoc królowej daje nadzieję na zniszczenie bestii. Nadzieja jednak pryska. Bestia wdziera się do królestwa elfów, by zniszczyć je raz na zawsze.
Elfy, ludzie, demony przeszłości i brutalne walki o przetrwanie.

Komentarz:
Coś ostatnio nie mam szczęścia do książek. Niestety „Elfy” w żadnym razie nie powalają. Brak tu oryginalności, nic nie przykuwa uwagi, a nade wszystko książka ta jest strasznie nudna. W dodatku z braku czasu czytałam ją przez dwa tygodnie, co dodatkowo nie pomaga w wyższym ocenieniu. Eh, nawet nie miałam ochoty po nią sięgać, robiłam to z obowiązku – początek zupełnie mnie nie zaciekawił i tak pozostało już do końca. Nawet zakończenie, które często chociaż trochę ratuje książkę, tu mnie nie zainteresowało. Może gdyby powieść ta została wydana normalnie, w stanie niepodzielonym, byłoby inaczej, bo tak właściwie obecne zakończenie jest punktem w środku akcji – z tego powodu też nie cierpię sztucznie dzielonych powieści, zakłócają równowagę. Dobrze jedynie, że Fabryczni nie przecięli tej książki w połowie dialogu.

Każdy z elementów tej powieści jest nudny. Poczynając od bohaterów, którzy w żaden sposób nie zapadają w pamięć, są ledwo naszkicowani, bez zagłębiania się w szczegóły (najpewniej skutek trzecioosobowej narracji). Wyglądają jak puste kukiełki, a nie osoby, którymi targają silne uczucia, które przeżywają tragedie, którym umierają przyjaciele, które mają w sobie coś więcej niż sztywne teksty. Owe dialogi są wielokrotnie drętwe, ale czego się spodziewać po drętwych postaciach. Ach, no i jeszcze ten idiotyczny patetyzm, który może i jest adekwatny do wymyślonego świata, ale mnie drażnił niemożebnie.

Nudna była także akcja – w zasadzie nie działo się tu zbyt wiele, były jedynie „ważne” wydarzenia, które oddzielane były od siebie dialogami. Za grosz nie czułam płynności. W dodatku akcja przeskakiwała w czasie – np. nie wiadomo skąd nagle przeniosła się o rok do przodu do kompletnie bezsensownej sytuacji (przypominają mi się tu gry formowe, które polegały na tym, że każdy dodaje po zdaniu czy dwóch do poprzedniego fragmentu, tworząc jedną historię, która może być - i najpewniej jest - nielogiczna, gdyż każdy widzi sytuację inaczej i dodaje dziwaczne wydarzenia). Logiki rozważać nie będę – przyjmijmy jedynie, że czas tam działa inaczej, tak po prostu, bo autorom się tak właśnie podoba, i nikt nie raczy tego wyjaśnić. Ach, byłabym zapomniała. Bardzo istotnym wątkiem w tej powieści jest historia miłosna – będąca, podejrzewam, centralnym elementem akcji, wokół którego wszystko się kręci – która jest naprawdę dziwna, dość sztuczna i, rzecz jasna, nudna. Ale niech będzie, że elfy są dziwakami, a trójkąciki są spoko. Przy owym wątku można wspomnieć o dziwactwach autorskich – [spoiler]dziecko pojawia się zupełnie z tyłka, bez zapowiedzi i bez sensu, a ponadto autor chyba nie zna się na biologii i nie wie, że poród wyprostowanej istoty dwunożnej, tym bardziej elfio smukłej, z wąskimi biodrami, musi być bolesny. Nie mam możliwości, by trwał tylko chwilkę i ograniczał się do „uczucia pustki” po wszystkim. [/spoiler]
Cóż, nic mnie tu nie zainteresowało. Sam pomysł był już nieszczególnie interesujący, o oryginalności nie ma co nawet wspominać – elfy to oklepany temat i niewiele da się z już niego wycisnąć. Gdyby tylko cała reszta nie zawiodła… Niestety ani akcja, ani bohaterowie, ani dialogi, ani świat nie wprowadzają tu zbyt wielu zalet. Książka ta nie wciągnęła mnie nawet prze chwilę, nie miałam ochoty poznawać dalszych losów bohaterów, nawet podczas zakończenia nie interesowało mnie, co się z nimi stanie. Chciałam już tylko mieć to za sobą i przekręcić ostatnią kartkę. „Elfy” zapomina się od razu po przeczytaniu, książka ta zupełnie nie zapada w pamięć. Nic tu nie przykuwa uwagi, za to wszystko wydaje się sztuczne i sklejane na siłę. A tak dla krótkiego wyjaśnienia: gdyby nie to, że książka była tak nudna, pewnie części wad bym nie zauważyła, ale niestety rozczarowanie powoduje wynajdywanie nowych wad, więc może, obiektywnie patrząc, nie jest aż tak źle.

Cóż, Fabryka zawiodła po raz kolejny, jest to następna już książka tego wydawnictwa, która mi się nie podoba. Ostatnio jakoś niewiele dobroci fantastycznych od nich wyszło.

: 16 paź 2013, 05:56
autor: hlukaszuk
Rzeź bezkręgowców

Obrazek

Autor: Joanna Chmielewska
Wydawnictwo: Kobra media
Rok wydania: 2007

Opis z okładki:

To fragment książki:

Kod: Zaznacz cały

"- Słyszała pani o tym? Agnieszka mnie podpuszcza, żeby panią zapytać, to chyba nie pani rąbnęła tego Wajchenmanna...? Nic nie wiemy, ale sensacja wszędzie!
- Joanna? Cześć! Zdaje się, że twoja ulubiona postać z tego świata zeszła? Gdyby ci było potrzebne jakieś alibi, to my chętnie...
Nie czułam się zaskoczona, z góry wiedziałam, że będę pierwszą podejrzaną. Może i rzeczywiście nie należało do tego stopnia gębą kłapać publicznie...? Z drugiej strony nie szkodzi, jeśli na mnie padnie, prawdziwemu sprawcy ujdzie na sucho i niech w zdrowiu kwitnie! Może rozpęd weźmie i na tym jednym szlachetnym czynie nie poprzestanie...?
Tak mi się jakoś pomyślało w złą godzinę..."
Moja opinia

Jakoś tak się dziwnie zbiegło, że wraz ze śmiercią mojej ukochanej autorki wpadły mi w oczy w bibliotece jej ostatnio napisane pozycje, których do tej pory nie czytałam. Dlaczego? Ponieważ od 2007r. przestałam nabywać jej nowe dzieła. To już po prostu nie było to. Pióro straciło lotność i poczucie humoru okazało się już nie to. Do dziś potrafię opowiedzieć fabułę „starych Chmielewskich”, a z tymi najmłodszymi mam problem, nie pamiętam o czym były. Tak też było z Zapalniczką. Po iluś stronach stwierdziłam, że to już czytałam, ale z Rzezią Bezkręgowców na pewno nie miałam do czynienia. Napisana jest w nowym stylu. Autorka rozwiązuje zagadkę prawie nie wychodząc z domu i oczywiście wszystko „kotłuje” się u niej w domu. Może to przez wiek autorki, bo rzeczywiście mało wychodzi, co ma odbicie w jej książkach. Jedynym pozytywem Rzezi bezkręgowców jest temat w niej poruszony. A mianowicie taki, iż ekranizacje książek wyrządzają krzywdę psychiczną i finansową autorowi dzieła. Dotyczy to martwych jak i żywych pisarzy. Zawsze się z tym zgadzałam, ale Chmielewska świetnie ujęła ten temat. Było nawiązanie nawet to pewnej polskiej autorki, która zaczęła wydawać swoje książki pod imieniem i nazwiskiem Chmielewskiej. Też się mało wtedy co nie nabrałam, ale opis tych książek był tak odmienny od tego co by mogła, a czego by nie mogła napisać „prawdziwa” Chmielewska, że od razu wyczułam kant. Najbardziej chyba oberwało się Jerzemu Hoffmanowi choć nie został wymieniony z imienia i nazwiska, ale jak to się mówi "po owocach ich poznacie". :-P Tak samo inni. Zawsze uważałam, że robi szmirę i tylko dzięki spędzeniu młodzieży do kina jego filmy nie są w jego mniemaniu kompletną klapą, bo w reszty są. I chyba dlatego warto przeczytać o tym jak ktoś takich ludzi zaczyna wykańczać. Szkoda, że nie naprawdę. :twisted:

: 29 paź 2013, 15:12
autor: Blair
Obrazek

tytuł: Ryzykowny układ
autor: Caitlin Kitteredge
tłumaczenie: Tomasz Illg
tytuł oryginału: Street Magic. A Black London Novel
seria/cykl wydawniczy: Black London tom 1
wydawnictwo: Jaguar
data wydania: 30 lipca 2013
język: polski
typ: papier

Opis książki: Londyn. Miastem wstrząsa plaga porwań dzieci. Sprawą zajmuje się twarda i mocno stąpająca po ziemi Pete Caldecott, nieodrodna córka detektywa Scotland Yardu. Kiedy śledztwo utyka w martwym punkcie, Pete nieoczekiwanie wpada na Jacka Wintera - faceta, który dwanaście lat wcześniej zginął na jej oczach. Okazuje się, że Jack nie tylko żyje, ale posiada również informacje, które mogą pomóc ocalić zaginione dzieci. Problem w tym, że Winter ma dość własnych problemów i nie ma najmniejszego zamiaru nadstawiać karku dla sprawy, która nic a nic go nie obchodzi. Wiedza, którą posiadł jest śmiertelnie niebezpieczna. Inspektor Caldecott będzie musiała użyć całego swego uroku, by wyciągnąć mężczyznę z dziupli, w której się zaszył.

Pete i Jack to prawdopodobnie najgorzej dobrana para w historii. Możliwe również, że najbardziej skuteczna...


Moja opinia: Pierwszy tom cyklu "Czarny Londyn" jest nie tylko interesującym urban fantasy z dość porządnym wątkiem detektywistycznym lecz także książką z świetnie przedstawionymi bohaterami, posiadającymi swoje słabsze i mocniejsze strony. Zaś rzeczą, która najbardziej mnie urzekła w tym tomie był sposób, w jaki autorka przedstawiła i sam Londyn, i tę jego mroczną, czarną, niebezpieczną część. Miejsce, gdzie chowają się wszelkie magiczne istoty, potwory rodem z horroru klasy B i sennych koszmarów.

W protagonistce czytelnik może odnaleźć silną kobietę. Pete, ponieważ tak ona ma na imię, poszła śladami ojca i została inspektorem w Scotland Yardzie. Sukces osiągnęła wyłącznie ciężką pracą, rezygnując z wszelkiego życia osobistego. Przez to jest młodą kobietą pozbawioną dobrych kontaktów z rodziną, bez przyjaciół, bez chłopaka. Kobieta od wielu lat stara się walczyć z koszmarem, w którym brała udział kilkanaście lat temu. Racjonalizuje każdą część swojego życia. Wszelkie wysiłki spełzają na niczym, gdy Pete ponownie spotyka Jacka, swą dawną miłość. Okazuje się bowiem, że mężczyzna jest kluczem do rozwiązania sprawy, nad którą pracuje dziewczyna.

A jeszcze nic nie stanęło na drodze Pete, by ta nie mogła w pełni wykonać swej pracy.

Dlatego też Jack staje się łącznikiem Pete z przeszłością. Łącznikiem, a jednocześnie też dowodem rzeczy, których zracjonalizować nie można. Od tej pory protagonistka doświadcza coraz to więcej magii w swoim życiu. Wielu rzeczy dowiaduje się nie tylko o świecie, w którym żyje, lecz także o sobie samej.

Jedynym rozczarowującym elementem w powieści, był fakt że magiczne rozpoznanie, prowadzone przez Pete, przesłoniło w pewnym momencie samą zagadkę. Ta tajemnicza, fascynująca część Londynu z sukcesem przyćmiła wątek detektywistyczny. Co w zasadzie nie było dla mnie zaskakujące, ponieważ to właśnie świat przedstawiony, a także wykreowani w nim bohaterowie, byli najmocniejszym atutem całej historii.

Obrazek
tytuł: Sekretny układ
autor: Caitlin Kitteredge
tłumaczenie: Tomasz Illg
tytuł oryginału: Demon Bound
seria/cykl wydawniczy: Black London tom 2
wydawnictwo: Wydawnictwo Jaguar
data wydania: lipiec 2013 (data przybliżona)
język: polski
typ: papier

Opis: Trzynaście lat temu Jack Winter był o krok od śmierci. By ocalić skórę, zawarł pakt z demonem. Teraz przyszła pora, by spłacić dług. Jednak Jack znalazł coś, a raczej kogoś, dla kogo warto żyć. Nazywa się Pete Caldecott i właśnie z jej powodu Winter nie ma zamiaru iść do piekła bez walki.

Pete nie ma pojęcia o pakcie, który zawarł Jack, czuje jednak, że Czarny Londyn aż buzuje od ciemnej magii. Szykują się kłopoty - kłopoty, z którymi Jack nie poradzi sobie bez jej pomocy...


Moja opinia: "Sekretny układ", druga część cyklu "Czarny Londyn" różni się od swojej poprzedniczki narracją. Tym razem mamy możliwość śledzenia akcji oczami Jacka, który w tej historii odgrywa bardziej znaczącą rolę, a nie Pete, tak jak to było poprzednio.

Co zmienia ten jeden szczegół? Zmienia on wszystko. Pomimo faktu, że wciąż jest to narracja trzecioosobowa, Jack sporo namiesza czytelnikom w głowach, na każdą sprawę rzucając własne światło, perspektywę, pogląd.

Biorąc pod uwagę, że po zakończeniu książki można wnioskować, iż dwie pierwsze części to tylko wstęp do cyklu, do wszystkich tych najważniejszych wydarzeń, na które wpływ będą mieli bohaterowie, mam nadzieję, że następna część zostanie wydana już niebawem.