Ostatnio przeczytane

Czytałeś ostatnio ciekawą książkę bądź komiks? A może ciekawy artykuł w gazecie? Podziel się tym z nami. Rozpocznij dyskusję na temat ulubionych dzieł literackich i nie tylko.

Moderatorzy: Administratorzy, Moderatorzy, Junior Admini

Awatar użytkownika
Majster
Starszy Asystent Balsamisty
Posty: 258
Rejestracja: 10 lut 2010, 09:06

Post autor: Majster »

hlukaszuk pisze:
... właściciele nowej generacji kliperów z żaglem spadochronowym. Jestem laikiem w dziedzinie żeglarstwa, ale nigdy nie słyszałam o tego typu żalach. Nie będę opisywać ich działania, bo jeszcze coś przekręcę… he he :mrgreen:.
Może chodzi o coś w rodzaju "latawca" podobnie jak w skejcie .
hlukaszuk pisze:Teraz zostały mi już tylko Zatopione miasta. Ze Złomiarza mogę się domyślić, że chodzi o Nowy Orlean I i Nowy Orlean II...
Zdaje się, że geograficznie to podobne rejony co w Nakręcanej Dziewczynie.

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Majster pisze:Może chodzi o coś w rodzaju "latawca" podobnie jak w skejcie .
Sam "Latawiec" pewnie/może tak, ale żagiel spadochronowy opisany w Złomiarzu nie łapie wiatrów tych co zwykły żagiel. Jest wystrzeliwany przez działko po szynach na bardzo dużą wysokość i łapie prądy, których kierunek określa satelita. Często jest tak, że te wiatry w górnych partiach wieją w przeciwną stronę niż wiatry, na których pływają obecne żagłówki. Wyniesienie klipera przez żagiel spadochronowy powoduje uniesienie klipera na płaty co daje efekt ślizgania się po grzbietach fal i osiągania prędkości 50 węzłów. Dotyczy to zarówno małych jak i wielkich jednostek. Piszę z pamięci wiec może niezbyt precyzyjnie. W każdym razie ten sposób podróżowania porównywany jest do pociągu na poduszkach magnetycznych, a przecież dziś tylko Chiny na to stać.
Majster pisze:Zdaje się, że geograficznie to podobne rejony co w Nakręcanej Dziewczynie.
O rany. Na pewno nie. Obecnie Nowy Orlean położony jest w bagnistej delcie rzeki Missisipi, na jej lewym brzegu, ok. 150 km od jej ujścia do Zatoki Meksykańskiej. W Złomiarzu pochłonął go Ocean. Powstał Nowy Orlean I, a potem II dalej w głąb lądu jak niszczycielskie sztormy przesuwały linię brzegową. Miał powstać Nowy Orlean III, ale ktoś w końcu poszedł po rozum do głowy i powstało nowe miasto o innej nazwie sporo dalej od wybrzeża. Właściwie niszczenie Orleanu już się zaczęło. W 2005r. huragan Katrina zniszczył prawie 80% miasta. Do dziś niektóre jego dzielnice nie podniosły się po katastrofie, a jego dalsza egzystencja zależy od sprawności pomp.

Nakręcana dziewczyna to inne uniwersum (inny sposób pozyskiwania energii, zgenhakowane jedzenie) i inne miejsce świata - Tajlandia, Tajowie.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Majster
Starszy Asystent Balsamisty
Posty: 258
Rejestracja: 10 lut 2010, 09:06

Post autor: Majster »

hlukaszuk pisze:Nakręcana dziewczyna to inne uniwersum (inny sposób pozyskiwania energii, zgenhakowane jedzenie) i inne miejsce świata - Tajlandia, Tajowie.
Chodziło mi o Zatopione Miasta.
hlukaszuk pisze:Drugim wspólnym mianownikiem są genetycznie modyfikowani ludzi. Te klimaty lubię.
W Zatopionych Miastach jeden z głównych bohaterów to genetycznie zmodyfikowany żołnierz, uniwersum Nakręcanej Dziewczyny (a przynajmniej takie odniosłem wrażenie ;-) )

No to doszedł mi jeszcze Złomiarz do przeczytania :-)

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Obca pamięć

Obrazek

Autor: Krokos Dan
Wydawnictwo: Drageus
Data wydania: 17-04-2013

Opis z okładki:

Najbardziej niebezpieczna rzecz, jaką może zrobić Miranda North, to przypomnienie sobie, kim jest naprawdę. Dziewczyna budzi się sama na ławce w parku, w stanie amnezji. W przypływie paniki uwalnia tajemniczą energię, która powoduje przerażenie i niszczycielską panikę wśród otaczających ją ludzi. Wyjątkiem w tym oceanie strachu jest Peter, chłopiec, który ani trochę nie jest zaskoczony szokującymi zdolnościami Mirandy. Nie mając innego wyboru, jak tylko zaufać nieznajomemu, Miranda powoli zaczyna odkrywać, że została specjalnie wyszkolona i stanowi trybik pewnego eksperymentu – wchodzi w skład zespołu, którego członkowie posiadają doskonałe umiejętności walki oraz tajemnicze, śmiertelnie groźne zdolności. Jednak powtórne przystosowanie się do starego życia nie jest łatwe, a powracające wspomnienia komplikują jeszcze sprawę. Miranda odkrywa mroczną tajemnicę, która zmusza jej zespół do ucieczki. Nagle jej przeszłość nie wydaje się już taka ważna… bo okazuje się, że może nie być dla niej przyszłości.
Mistrzowski debiut Dana Krokosa to przyśpieszający puls thriller pełen akcji, w którym odkrycie przeszłości przez jedną dziewczynę dostarcza wystarczająco dużo dramaturgii do zapoczątkowania niezapomnianego i odważnego cyklu.

Moja opinia:

Książkę kupiłam przez przypadek. Akurat była jej premiera i empik proponował 35% rabat od ceny okładkowej, a że okładka i opis mnie zaintrygowały nie trzeba było nic więcej. Nastawiałam się na młodzieżówkę i na paranormalne zdolności bohaterów w teraźniejszym świecie. Tak też i było. Początek, jak wynika z opisu, zaczyna się bardzo interesująco, ale od początku zauważa się, że coś nie gra, że bohaterowie są w coś wkręcani i nikt z nich nie zna prawdy. Każda kolejna strona książki przybliża bohaterów i czytelnika do jej poznania, choć zakończenie stawia kolejny znak zapytania i tak dochodzimy do wniosku, że to dopiero pierwsza część, wstęp do czegoś większego. Na początku głównych bohaterów jest czterech, dwie dziewczyny i dwóch chłopaków tworzących zespół, a właściwie stanowiących przerażającą broń w rękach niewłaściwych ludzi. Jak dla mnie taka broń najlepiej nadaje się do wykorzystania przez terrorystów. Nie rozumiem tylko, dlaczego rząd wiedząc o niej nie był nią zainteresowany, żeby nie dopuścić do jej powstania. Możliwe też, że informacja o tym, że rząd wie, ale nie jest zainteresowany jest tylko mydleniem oczu. Wtedy wiele rzeczy nabiera sensu. Ponadto wiele rzeczy nie zostało wyjaśnionych, dlatego fabuła książki ma potencjał, chodź jak przeczytałam na okładce, jest debiutem literackim. Pewne rzeczy mi nie grały lub się nie podobały. Na przykład nazwa dla członka zespołu, stanowiącego broń – Róża. Kiedy uwalnia on swą energię rozsiewa wokół zapach róż. Beznadzieja. Żeby to usunąć książka by tylko zyskała, a tak to trochę śmieszy. Nie potrafię wyobrazić sobie w jaki sposób [spoiler]Rhys potrafił zdobyć zastrzyki. Nic nie wiadomo, żeby próbując odkryć prawdę przygotowywał zapasy. Jego ucieczka była spontaniczna i wynikała ze zdemaskowania. Skoro zniszczyli budynek gdzie klonowano „klony” to skąd wezmą kolejne zapasy. Co innego zapas dla jednej osoby, a co innego dla kilku.
Ponadto nie widzę sensu w pozbawieniu Mirandy pamięci przez Noaha. To w ogóle nie zrozumiałe.
Nie wiem też dlaczego zespół Mirandy był tak hołubiony. Dlaczego nie poddano ich kontroli od razu. Czemu miał służyć ten eksperyment by dać im wolną wolę tak długo. Jeśli zostanie to wyjaśnione w przyszłości to w porządku, jeśli nie, to autor dał plamy. [/spoiler] A tak w ogóle to fajna historyjka. Autor pozostawiał lub pominął wiele kwestii. Mam nadzieję, że zostawił je na później. Takie tajemnice są w porządku, zaostrzają apetyt na później. Jednak wiele tekstów to zapychacz. Gdyby je okroić została by połowa książki więc wbrew pozorom było mało akcji. Dlatego przydała by się kolejna część, ale z tego co wyszperałam, dopiero się pisze.

Moja ocena w skali 1 do 10 to 5+
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

mikjam

Post autor: mikjam »

Ostatnio akurat skończyłam czytać ostatnią część przygód Mercy Thompson - Frost Burned. Książka super, trzymała w napięciu. O wiele lepsza, niż część 6. Teraz sięgnęłam po Steel's Edge Ilony Andrews.

Sophie: W tym temacie znajdują się opinie o książkach, które nie mają własnego tematu - Mercy natomiast ma własny dział. ;-)
Ostatnio zmieniony 30 maja 2013, 11:38 przez mikjam, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Dreszcz

Obrazek

Autor: Jakub Ćwiek
Wydawnictwo: Fabryka słów
Data wydania: 20-03-2013
Ilość stron: 296


Opis z okładki:

Oto Dreszcz! Rock N' Roll is Not Dead! Keith Richards na osiedlu Tysiąclecia? Why not?! Rychu Zwierzchowski wiedzie żywot pasożyta-luzaka - sex drugs and rock n’roll. Pije, pali, gra na streecie i usilnie stara się nie znaleźć poważnej, regularnej pracy. Utrzymuje go córka, która co jakiś czas dba o uzupełnienie jego finansowych potrzeb. Całe życie „Dreszcza” to koncerty i AC/DC ponad wszystko. Są przyjaciele i wrogowie, choć tych drugich rzecz jasna więcej. Aż pewnego dnia „Dreszcz” obrywa piorunem i... zyskuje nowe super moce. Tylko czy to coś zmienia? Jak to u Ćwieka bywa - muza głośno ryczy, a każda strona wali po uszach siłą decybeli. Odszedł „Kłamca”, nadchodzi „Dreszcz”. Bo ileż się można pieprzyć z Bogami.

Moja opia:

Jakoś wcześniej nie było kiedy przeczytać najmłodszego dziecka Kuby, a opnie, które wpadały mi w oko jakoś pozbawione były ochów i achów. Tak wiec Dreszcz przeleżał sobie grzecznie na półeczce jakiś czas, aż w końcu trafił na mój odpowiedni nastrój. Chyba dzięki nastawieniu, że książka jest przeciętna nic mnie w niej nie wnerwiało z wyjątkiem jednej rzeczy. Praktycznie nie znam angielskiego, a umieszczenie wielu tekstów po angielsku, pasujących do kontekstu odebrało mi pewne smaczki. A poza tym. Potraktowałam Dreszcza jako satyrę na herosów. Co by było gdyby pojawili się w Polsce. Kim by byli i jakimi mocami by dysponowali. Skoro są ci dobrzy to muszą być i ci źli. Trochę taki polski Hankook. Chodź sam Ćwiek sugeruje poniekąd, że Dresz to skrzyżowanie wszystkich herosów razem wziętych, a największy sentyment ma do Batmana to mi i tak najbardziej będzie kojarzył się Hankookiem. Benjamin to nie tylko lokaj elektro Batmana, dla mnie strasznie przypomina faceta od pijaru Hankoka. Chce go ubrać w rajtuzy i pelerynkę. Stara się pokazać go w dobrym świetle. Uczy co dobre, a co złe. Kiedy książkę czyta się z przymrużeniem oka zaczyna być strasznie zabawna. Świetnie się przy niej bawiłam i mile spędziłam wieczór. Jeśli jednak ktoś szuka wartkiej akcji trzymającej w napięciu to nie jest to książka dla niego. Akcja jest po prostu na luzie, jak fani Rok N' Rolla.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Dziewczyna, którą kochały pioruny

Obrazek

Autor: Bosworth Jennifer
Wydawca: Amber
Data premiery: 2013-03-07

Opis z okładki:

Los Angeles jest jednym z niewielu miejsc, gdzie czuje się bezpieczna. Do czasu gdy trzęsienie ziemi niszczy miasto.

Wokół panuje chaos. Plaże zmieniają się w gigantyczne wioski namiotów. Śródmieście jest rumowiskiem. Nocami w opuszczonych budynkach odbywają się dzikie imprezy. Ich uczestników przyciąga w ruiny moc, której nie potrafią się oprzeć.

Dwie walczące ze sobą sekty gromadzą coraz więcej wyznawców. I obie widzą w Mii klucz do wypełnienia dwóch apokaliptycznych proroctw...

Tajemniczy Jeremy obiecuje ją chronić, lecz czy jest tym, za kogo się podaje? Mia nie jest tego pewna. Wie tylko, że jego dotyk jest bardziej elektryzujący niż uderzenie pioruna.

Moja opinia

Tytuł intrygujący, opis może być, ale rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Myślałam, że to wizja jakiegoś postapo. A to tylko obraz po katastrofie, którym było trzęsienie ziemi w Los Angeles. Wykreowany świat po kataklizmie nie trzyma się kupy. Racje żywnościowe przysługują tylko dzieciom chodzącym do szkoły, a co z dorosłymi? Wygląda na to, że jak masz pracę (policjant, nauczyciel) to jesz, jak nie, głodujesz (mój domysł). Miasto to jedno wielkie rumowisko. Wszystko co ocalało wpadło w ręce rabusiów. Żywność, tabletki to czarny rynek. A tu nasza bohaterka jedzie sobie do szkoły samochodem. Skąd ma paliwo? Stacje benzynowe raptem ocalały? Rząd nie ma czasu zająć się swoimi obywatelami, bo jest uwikłany w jakieś wojny zewnętrzne. Całe tło jest do kitu. Jedynym plusem jest moc pochodząca z uderzenia piorunów. Ludzie, którzy coś takiego przeżyli jest wielu. Mają pewne właściwości. I to tyle fajnego. Dlaczego je mają? Można się jedynie domyślać, że ma to coś wspólnego z nadchodzącym Armagedonem. Autorka milczy na te temat i ta moja hipoteza w końcu upada. [spoiler]Na początku myślałam, że wizja cyganki (prababki Kateriny) będzie miała coś z tym wspólnego, coś o wybrańcach. Wybrańcy byli, ale co robiła cała reszta.[/spoiler] Moce wiszą w próżni. Potencjał ludzi, których trafił piorun (przeważnie nastolatków) wykorzystują sekty. I tu też mamy klasyczny schemat. Jedni ubierają się na biało i mają proroka (który wieszczy koniec świata), a drudzy na czarno i nie mają proroka, ale przywódcę. [spoiler]Prorok i przywódca mają takie moce, że mogą robić pranie mózgu swoim wyznawcom. [/spoiler]Fabuła książki opiera się na przepychance między sektami, kto kogo, werbowaniu wyznawców. W to wszystko są uwikłani główni bohaterowie. Mia, jej brat i mama oraz tajemniczy chłopak Jeremi, który chodzi w białych spodniach i okularach Clarka Kenta (a to pozwala zgadnąć kim jest i fabuła staje się przewidywalna). Narracja prowadzona jest przez Mię. Dziewczyna nie widzi dalej niż czubek własnego nosa. Stara się być dorosła i wszystko wziąć na siebie, odsuwając przez to brata. Czuje się wszystkiemu winna. Jeremi jest przez autorkę kreowany na jakiegoś herosa na motocyklu, a w rzeczywistości to jakaś mamałyga, która nie umie podjąć decyzji i miota się z kąta w kat.
Czy polecam. NIE. Nasuwa mi się jedno stwierdzenie, na określenie książki - prościacka. Jest w ogóle takie słowo?!
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2961
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Dotyk ciemności
Autor: Karen Chance

Tytuł oryginału: Touch the Dark
Cykl: Cassandra Palmer
Tom: 1
Tłumaczenie: Marta Kędra
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Data wydania: lipiec 2011
ISBN: 978-83-61386-08-7
Liczba stron: 381

Opis z okładki:
Dotyk Ciemności to pierwszy tom bestsellerowej serii o przygodach Cassandry (Cassie) Palmer, która posiada zdolności jasnowidzenia i komunikowania się ze
światem zmarłych. Błyskotliwa i wciągająca seria autorstwa Karen Chance to jeden z najpopularniejszych na świecie cykli paranormal/urban fantasy. Jest publikowany
w kilkunastu językach i na całym świecie cieszy się równą popularnością co serie Patricii Briggs, Ilony Andrews czy Charlaine Harris.

Cassie Palmer marzy o normalnym życiu. Związek ze światem wampirów i niezwykłe zdolności jasnowidzenia wcale jej tego nie ułatwiają. W swoich wizjach widzi przyszłość – i nie jest ona świetlana. Przeszłość także kryje mroczne tajemnice...
Świat Cassie wypełnia samotność. Towarzyszą jej jedynie dusze zmarłych – Cassie Palmer posiada bowiem rzadki dar kontaktów z duchami, które z różnych przyczyn pozostały na ziemi. Relacje z innymi śmiertelnikami i nieumarłymi nauczyły ją, że zaufanie rodzi zdradę, a miłość – śmierć...
Z trudem odzyskany w życiu spokój nie trwa długo. Cassie otrzymuje własny nekrolog – za kilka godzin ma zginąć... To pałający żądzą zemsty mafioso, od którego Cassie uciekła parę lat temu, odnalazł ją, aby uregulować stare rachunki.
Szukając ocalenia, Cassie zmuszona jest zwrócić się o pomoc do Senatu wampirów. Ale nieumarli senatorowie nie pomogą jej za darmo. Cassie musi współpracować z jednym z ich najpotężniejszych członków, niebezpiecznie uwodzicielskim wampirem mistrzem.

Na granicy światów rodzi się pożądanie. Dotyk ciemności przeraża, ale i budzi uśpioną namiętność...
Czy śmiertelniczka może zaufać wampirowi?
Czy cena rozkoszy nie okaże się zbyt wysoka?
Czy uda jej się uniknąć śmierci i oszukać przeznaczenie?
Wyścig z czasem trwa...

Komentarz:
[center]UWAGA: nie oznaczyłam spoilerów.[/center]

Pozwólcie, że zacytuję tu Shreka: „Co to za szajs?”.

Książka miała podobno należeć do gatunku paranormal romance/urban fantasy. Czy należy? Wiecie, trudno stwierdzić, bo tu nie ma akcji, więc jak w takim razie określić gatunek? Uznajmy, że jest to fantasy, które nie da się dokładniej przyporządkować, bo mimo wszystko wampirki się tam kręcą i elementy fantastyczne się pojawiają. Książka ma 381 stron, ale tu naprawdę nie ma akcji. Jestem w stanie streścić tę książkę w mniej niż dwudziestu słowach: [spoiler]Cassie ucieka, zostaje złapana, wizja, Cassie ucieka się mścić, zostaje złapana, wizja, walczą (w tym przypadku słowo użyte umownie), gadają, uwodzenie (również nazwane tak umownie), powrót do przeszłości. [/spoiler]A jeśli się postaram, w mniej niż dziesięciu:[spoiler]Ucieczka, złapanie, wizja, zemsta, złapanie, wizja, przepychanka, „uwodzenie”, przeszłość.[/spoiler] To jest po prostu żałosne. Jak można zaczynać pisać książkę, nie mając na nią pomysłu? Jakiegokolwiek pomysłu na akcję? Zastanawiacie się pewnie, co zapełnia te prawie czterysta stron, skoro nie akcja. Otóż, dialogi. „Dotyk ciemności” składa się z dialogów, dialogów i dialogów, a także jeszcze z dialogów i dialogów, dla urozmaicenia przeplecionych dialogami (w tym wewnętrznymi). Autorka chyba nie zdaje sobie sprawy, że dramat zapisywany jest nieco w nieco inny sposób i najlepiej rymem. Wracając, nie miałam chyba jeszcze okazji czytać tak bardzo przegadanej (w dosłownym znaczeniu) książki. Naprawdę. Nawet jeśli zaczynał się tu rozwijać jakiś zalążek akcji, cokolwiek zaczynało się dziać, autoreczka (tak, ona naprawdę zasługuje na to miano, chociaż ręka mnie świerzbi, żeby zacząć pisać ałtoreczka) od razu zabijała to dialogami. Autorka nie umiała nawet sceny łóżkowej normalnie zapisać, do cholery! Bohaterowie w łóżku siedzą chyba przez dwa albo trzy rozdziały i poza kilkoma pocałunkami tylko gadają (zresztą bohater to ciotka, bo jak już mu się udało ją przekonać do tego po w cholerę długim paplaniu i namawianiu, to z wysiłkiem przerwał już prawie niemal stosunek, żeby zapytać ją, czy nie ma jeszcze jakiś pytań, a potem jeszcze miał czelność wyrazić dezaprobatę, gdy potwierdziła i o coś zapytała). Jeszcze żeby te wszystkie dialogi zostały w miarę dobrze napisane, ale gdzie tam. No to może żeby chociaż miały sens? „Odwal się, czytelniczko, jam amatorka, wiem, co robię.” No to może żeby nie były przynajmniej nudne? „Zapomnij, czytelniczko!” Widzicie to, widzicie? Już mi odwala.

Jakby tego jeszcze było mało, jeśli jednak pojawi się jakaś, jakakolwiek akcja, autorka przerywa ją w połowie, bez większego uzasadnienia, by rozpisać się na dwie strony o czymś zupełnie w tym momencie nieistotnym, jakimś szczególe (tak dla urozmaicenia, coby nie tylko dialogi wszystko psuły) – i nie to, że tylko wyjaśni czytelnikowi, o co chodzi, oj niee, ona musi się rozpisać nad rodzajami, wyjaśnić wszystko (np. tarcza ochronna Cassie [czy może pieczęć, gdyż autorka nie jest w stanie się zdecydować] ochrania ją przed atakiem wampira, więc oczywiście trzeba przerwać akcję, zapomnieć zupełnie, że na sali jest jeszcze kilka wampirów mających na celu jej pochwycenie, trzeba przerwać tę akcję, by rozpisać się o tym, jakie są rodzaje blokad ochronnych i co każda z nich robi) . Tyle że i tak nic z tego człowieku nie zrozumiesz, gdyż autoreczka pisze tak chaotycznie, już nie mówiąc o tym, że po chwili ma gdzieś to, co napisała i zaczyna bredzić coś na nowo. Naprawdę zastanawiam się po cholerę tworzyć jakieś zasady, opisywać cokolwiek, skoro za stron ileś autoreczka zaczyna pisać o czymś zupełnie innym.

Podsumowując powyższy akapit: brak tu akcji, nic nie ma sensu, dużo dialogów, które to są nudne, sztuczne, bez sensu i tylko zajmują miejsce, nic nie można się z nich dowiedzieć, gdyż autorka pisze chaotycznie i gdzieś ma zachowanie jakiegokolwiek realizmu. Ponadto dialogi owe są jeszcze w wielu miejscach szczeniackie i ni cholery nie pasują do osoby, która mówi.

Ale to nie wszystko.

Czas na bohaterów. Co tam dialogi, tutaj dopiero jest jazda bez trzymanki! Cassie Palmer jest jasnowidzką i widzi duchy, ma te dary po swych nieżyjących już rodzicach, ale o tym nie wie i nawet się nie zastanawia, dlaczego ją taki zaszczyt kopnął i skąd ma owe zdolności. No ale dobra, zakładam, że stwierdziła, że stała w dobrej kolejce, gdy rozdawano umiejętności. Brniemy dalej. Cassie zyskuje nowe umiejętności i okazuje się być przyszłą Pytią, gdyż moc (tak, moc!) ją wybrała. Nieważne, że wszystko to, co się z nią dzieje, kupy się nie trzyma (przekazywanie mocy, cała akcja z następczynią). Na koniec jest scena, w której obecna, jeszcze żyjąca Pytia, objawia się w przeszłości, gdy są tam też bohaterowie (co ona tam robi, skąd wiedziała, gdzie się pojawić i jak to ma się do całej akcji, nie wspominając już o tym, czemu dopiero teraz zajmuje się tą sprawą i dlaczego, do cholery, pierdzieli sprzeczne rzeczy i zachowuje się i mówi jak gówniara („Ale o co ci chodzi?”, „Boże, jaka ty jesteś naiwna”), chociaż ma, cholera, czterysta lat!) i mówi coś o rytuale – jakim, kurde, rytuale, skoro Cassie nic nie robiła, by zyskać nowe umiejętności? Okazuje się jednak, że autorka zaraz zapomina o rytuale, bo ni stąd ni zowąd Cassie staje się Pytią bez żadnego rytuału! Dobra, wiecie co? Ta książka jest nielogiczna na tak wiele sposobów, że tego nie da się wyjaśnić bez roztrząsania każdego słowa po kolei. Już myślisz, że coś zostało rozłożone na części pierwsze, ale pojawia się w tym miejscu dziesięć kolejny spraw.

Sama bohaterka jest tak kompletnie bez sensu… Jest irytującą, głupią, nierozsądną, nawiną, niespójną, nieodpowiedzialną, samolubną („Ja chcę być woooolna! Nie będę brała na siebie żadnych obowiązków!”), chamską (w którymś momencie jej domyślną odpowiedzią jest „zamknij się”, w innym „nie dotykaj mnie”), niewdzięczną kretynką (że nie wspomnę o niekonsekwentnym zachowaniu). (Przychodzi Wam do głowy jeszcze jakaś wada? Jeśli tak, to Cassie też ją posiada!) Dziewucha pcha się tam, gdzie nie powinna, gdzie nie spotka jej nic dobrego, w miejsca, od których powinna trzymać się z daleka, gdyż realne (nie autoreczkowe) szanse na wydostanie się stamtąd (czy chociaż nawet dostanie tam) są minimalne. Ale ona ostro rwie się właśnie w to miejsce. No dobra, niech lezie. Niech się mści. Tyle, że potem okazuje się, że ona wcale nie chce się mścić na Jimmy’m (bo tak koleś miał na imię), a wręcz chce ocalić go i wypuszcza go z klatki (tu w ogóle idiotyczna sytuacja, ale o tym za chwilę), nie chce, by zginął, gdyż musi mu zdać kilka pytań, ale potem znów jest coś o tym, że chyba zacznie do niego strzelać, a potem zaraz się piekli, że nie mogła z nim porozmawiać. No zlituj się, dziewucho! Zdecyduj się, do cholery, czego ty chcesz.

Wspominałam już chyba, że autorka myli fakty. Otóż tutaj znowu – na początku książki Cassie wyczuwa wampiry, które całkiem niedaleko buszują i się na nią czają, więc rzecz jasna wspomina, że to jest jej talent, że umie wyczuć wampira, gdyż gdy tylko jakiś się zbliża, ona zaczyna wyczuwać bodajże charakterystyczny niepokój. Tylko, że to gówno prawda, bo przez pół roku żyła pod jednym dachy z potężnym wampirem i NIC nie poczuła, a nawet jeśli miałoby to zależeć od siły wampira, to potem zastanawiała się przynajmniej kilka razy, czy kilku bohaterów jest wampirami (a wystarczający wysocy stopniem, by kryła ich moc, być nie mogli). Już nie mówiąc o tym, że spędziła kilkadziesiąt godzin w otoczeniu wampirów i nic nie mówiła o jakimkolwiek niepokoju, a znając ją i jej paplaninę, musiałaby.

Kolejna sprawa. Zostało wielokrotnie powiedziane, że trzykrotne ugryzienie przez tego samego wampira powoduje przemianę. Pytam w takim razie, dlaczego, do cholery, Cassie nie jest wampirem, skoro Tomas przez pół roku ją podgryzał?! Ałtorko, nieładnie, nieładnie.

Pisałam przed chwilą o Jimmym w klatce (facet jest powiedzmy zarządcą tego klubu, a przynajmniej jakąś szychą). Wyobraźcie sobie sytuację – więzicie kogoś w klatce zamkniętej na kłódkę. Czy przeszukacie ofiarę przed uwięzieniem, by sprawdzić, czy aby na pewno nie ma w kieszeni klucza do owej klatki? Osoby, które zamknęły tam Jimmy’ego tego nie sprawdziły, a ten kretyn nawet nie starał się uwolnić, choć, do cholery, klucz miał kieszeni marynarki, a nie był on [Jimmy] nigdzie podwieszony (nie wiem nawet, czy miał związane ręce, chociaż chyba tak, z przodu).

Wspomniałam już, że autorka myli fakty, ale ona w dodatku myli bohaterów! Już nie mówię nawet o tym, że kręci ich życiorysy, ale na końcu, gdy Cassie i Mircea są w ciałach jakiejś babki i Louis-Cesara (i nie tylko wtedy zresztą), to autorka o tym zapomina! Opisuje to tak jakby Mircea był nim samym, we własnym ciele. Już nie mówię o tym, że w zakończeniu (oraz w wizjach dla ścisłości) autorka nie może się zdecydować, czy jej bohaterowie są widoczni dla wszystkich, czy nie, czy mogą przenikać, czy nie, czy są materialni, czy nie. Tam wszystko jest jednym wielkim „a to mi pasuje do okazji, to dam właśnie to, nieważne, że kupy się nie trzyma”. Zresztą Chance podeszła chyba w ten sposób do wszystkiego, bo jak wspomniałam inne rzeczy też są mieszane. Autoreczka naginała zasady swojego świata tak, jak jej się podobało i jak jej akurat pasowało do akcji (pamiętajmy o umownym wykorzystaniu słowa).

W dodatku, tak wracając do umiłowania autorki do przerywania akcji, bohaterowie znajdują się w samym środku niebezpieczeństwa, trzeba działać szybko, ale gdzie tam, nie u nich, u nich musisz wszystko obgadać, a najlepiej pogadać na zupełnie inny temat, tak żeby dopełnić obrazu pt. „Wszystko z dupy”. Jeśli nie gadać, to chociaż porozmyślać! Zaraz cię zabiją, ale porozmyślaj sobie na jakiś temat, zamiast chociaż wymyślić jakiś plan. Już nie wspominam, że bohaterowie zupełnie się nie przejmują tym, że zaraz może ich szlag trafić (i trafiłby, gdyby nie, rzecz jasna, autoreczka, która uważa, że logika i jakiekolwiek wyjaśnienia zdarzeń nie mają znaczenia).

Do mniej więcej trzysetnej strony jeszcze co nieco rozumiałam, wiedziałam mniej więcej (przez większość czasu), co się dzieje i dlaczego, a także kto, co i dlaczego coś robi/jest taki. Ale potem… Zgubiłam się, totalnie się zgubiłam. Nie wiedziałam już zupełnie, o co chodzi, kto jest kim i komu o co chodzi, chociaż przecież nie było tych bohaterów tak dużo. To wszystko przez to, że autorka albo cały czas zmieniała wersje, albo nie potrafiła przekazać jasno, o co jej chodzi. Obie wersje możliwe u tej autorki, obie tak samo prawdopodobne. Możliwe jest też, że autorka sama się w tym zgubiła i już sama nie wiedziała, co się dzieje. Nie zdziwiłabym się.

Gdy przypomnę sobie, co ona o hierarchii starała się przekazać… Nie wiem, albo ja źle się czegoś domyśliłam, tudzież zrozumiałam, albo ona po raz kolejny nawaliła i powrzucała błędy logiczne. Już nawet nie chce mi się tego tłumaczyć. Za to wspomnę o czymś innym – wampir trzyma ofiarę, planuje ją zabić – co robisz? Według autorki, wystarczy, że człowiek zarzuci wampirowi na szyję pętlę i pociągnie, a wampir zaraz się odsunie, gdyż zaczyna się dusić, i kogo tu obchodzi, że te wampiry nie muszą oddychać? To przecież nieistotny szczegół. Ale nawet jeśli byłyby tak delikatne, że zarzucenie pętli powoduje taki straszny ból, że trzeba zrezygnować z grożenia, to jakim cudem nieco wcześniej, gdy ten sam wampir został oblany żrącą substancją, która wyżarła mu część twarzy, nie mówiąc o okaleczeniach na ciele od noży bodajże, wampir ten nie przejął się tym zupełnie. Ani jęku, ani stęku, jest w stanie normalnie funkcjonować.

Poza tym nie wiem, co autorce do łba strzeliło, żeby zacząć się bawić w zmienianie przeszłości. Na zdrowy rozum, jeśli tylko zmienisz jakiś szczegół w przeszłości, w teraźniejszości nie zmieni się tylko on. Czy ta baba nie rozumie, że kształtujemy przyszłość naszą i otoczenia wszystkimi wyborami, jakie podejmujemy? Nawet tymi najmniejszymi, a co dopiero tak istotnymi, jak miało to miejsce tu. Nawet mała zmiana może spowodować, że zajdziemy zupełnie gdzieś indziej. Ale nie! „Przenieś się w przeszłość, ocal mojego brata, czy co tam innego, a reszta rzeczywistości zostanie bez zmian, z wyjątkiem tego, że mój brat będzie zdolny do myślenia.” Jakim trzeba być idiotą, by w to wierzyć?

Jeszcze jeden smaczek z treści. Jest tam sytuacja, w której duchy zaczynają atakować „tych złych”, ma to być ichnia zemsta. Moje pytanie brzmi, po cholerę czekały tyle czasu, niektóre dziesiątki czy setki lat? Cassie nic nie zrobiła, oprócz powiedzenia „bierzcie ich, to wasza zemsta”. Musieli mieć jakiś, kurka, rozkaz? Co jest zupełnie bez sensu w zważywszy na inne wydarzenia z duchami, które rozkazów nie słuchały. No nie wiem, może jestem dziwna, ale gdybym była żądnym zemsty duchem, to bym się mściła od razu, a nie czekała, aż jakaś panna powie mi, że mogę.

Dopatrzyłam się jeszcze jednego gwoździa do trumny, chociaż tu już jest to sprawka wydawnictwa. Czy przyjrzał się ktoś z Was okładce? Ja nie patrzyłam na nią zbyt uważnie przed tym, jak zaczęłam czytać, ot, jakaś panna z tatuażem na plecach, w tle miasto (które swoją drogą jest tam z dupy, gdyż w tej jakiejś tam metropolii akcja dzieje się może przez parę rozdziałów). No ale zaczęłam, czytam, czytam, przedzieram się. W którymś momencie, mając dość i chcąc chwilę odsapnąć, zamknęłam książkę i zamyśliłam się. I w tym momencie mój wzrok padł na okładkę i co ja tam zobaczyłam! No proszę ja Was, nie spodziewałam się, że w taki sposób wydawnictwo jest w stanie pogrążyć swoją książkę. Spójrzcie na prawy dolny róg okładki. Widzicie trzy sznurki na tyłku tej panny, które mają być stringami wystającymi ze spodni? Padłam, gdy to zobaczyłam. Idź precz, maro nieczysta! Co to, do cholery, ma być?! Kto był taki mądry, że umieścił na okładce tak obleśny element? Klik.

Autorka nie ma nawet krztyny talentu, nawet odrobiny, ociupinki. Nic, null, zero. A może nawet na minusie. Gdy rozdawano talent pisarski (czy może bardziej zdolność logicznego myślenia), autorka musiała stać w zupełnie innej kolejce.

Krótko podsumowując: bohaterowie sztywni, nierealistyczni, często irytujący, a przede wszystkim zbyt dużo gadający, nie mam tu na myśli tylko głównej bohaterki. Akcji nie ma w tej książce żadnej, a jest tylko paplanie i przemyślenia, które każdą sytuację potrafią rozciągnąć do niemożliwych rozmiarów. Ilość idiotyzmów na centymetr kwadratowy jest porażająca i lepiej nie zastanawiać się nad sensem tego, co prezentuje autorka (a przedstawiłam tu tylko sam szczyt góry lodowej, w pamięci ma jeszcze przynajmniej kilka głupot zaserwowanych przez autorkę). A okładka jest straszna.
Ostatnio zmieniony 21 cze 2013, 15:29 przez Sophie, łącznie zmieniany 1 raz.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Pętla wstecznego czasu – 3 część serii Ludzie jak bogowie

Obrazek

Autor: Siergiej Sniegow
Wydawnictwo: Solaris
Data wznowienia: 12-04-2013
Gatunek: Space opera

Opis z okładki:
Pętla wstecznego czasu to trzecia część sagi Ludzie jak bogowie, kończąca tę najlepszą radziecką space operę. Po wygraniu batalii w Perseuszu ludzie postanawiają wyruszyć na zwiad do centrum Galaktyki w poszukiwaniu mitycznej cywilizacji Ramirów.
Tylko czy starożytna cywilizacja będzie chciała kontaktu z młodą, z galaktycznego punktu widzenia, nieopierzoną rasą? Czy wyprawa do centrum galaktyki nie zostanie potraktowana nieprzyjaźnie? Ziemianie szybko przekonują się, że pomimo wielkiej wiedzy i umiejętności wciąż nic nie wiedzą o naturze Wszechświata.

Moja opinia:
Na raty i w dużych odstępach czasu w końcu przeczytałam 3 część serii Ludzie jak bogowie. Tytuł serii jest adekwatny do ujętej w niej cywilizacji ziemskiej, która czuje się w kosmosie niczym Bóg. Na Ziemi ludzie osiągnęli już wszystko. Nie ma agresji, ani nietolerancji. Jedna wielka rodzina. Czas na budowanie planet i słońc w kosmosie. Kiedy i to nie wystarcza, nadchodzi czas aby wyruszyć na poszukiwania innych cywilizacji. Kogoś komu nie trzeba pomagać ani prowadzić za rączkę, kogoś kto jest równie potężny jak ludzie, ale nie bardziej potężny. Ludzie mogą wszystko. Są w stanie pokonać inne cywilizacje. Czy nie przypomina wam to podboju kontynentów przez Europejczyków? Dla mnie tak. Człowiek jest strasznie zadufany w sobie. W 3 część space opery wyprawa Ziemian napotyka rasę Ramerów, która potrafi przebudowywać kosmos, całe układy naraz. Co może się stać kiedy mrówka spotka Boga? Mija bardzo długo czasu zanim ludzie w końcu zrozumieli, że dla Ramerów byli mrówkami, ale awansowali do królików doświadczalnych. A to już coś. Książka kończy się w bardzo niespodziewanym momencie. Nie wszystkim udało się przeżyć wyprawę. Pochłonęła zbyt wiele ofiar, ale nauczyła czegoś istotnego ludzi. Są za mali, żeby pchać się tam gdzie ich nie potrzebują. W końcu napotkali kogoś, kto znacznie przewyższa ich na wszystkich poziomach wiedzy i ewolucji. Pętla wstecznego czasu to mimo wszystko nowatorskie podejście do podróży w czasie. Hollywoodskie filmy nauczyły mnie, że czas jest linią ciągłą, a jakkolwiek ingerencja w przeszłość powoduje trwałe konsekwencje w przyszłości co prowadzi do powstania alternatywnej rzeczywistości. Sniegow wymyślił czas prostopadły, dzięki któremu powstała możliwość wyrwania się z pętli wstecznego czasu. Seria się kończy, ale pozostawia niedosyt, że za szybko, że to nie może być koniec. A jednak tak jest. Z drugiej strony Eli odpowiedział już poniekąd na pytania czytelnika. To jego ostatnia wyprawa. Od teraz niech kto inny się produkuje. On ma dojść. Cudem uszedł z życiem i nie będzie próbował ponownie odbyć podobnej wyprawy.
Czy polecam. Seria jest specyficzna. Widać w niej mimo wszystko upływ czasu co może rzutować na odczucia płynące z jej czytania. Była inna, czasem dziwaczna, ale na pewno nie nudna. Mi się podobała. Nie aż tak, że kiedyś po nią sięgnę, ale takiego klasyka warto znać, żeby mieć porównanie do innych spec oper.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2961
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Burza
Autor: Julie Cross

Tytuł oryginału: Tempest
Tom: 1
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Wydawnictwo: Bukowy Las
Data wydania: 13 czerwca 2012
ISBN: 9788362478668
Liczba stron: 416
Cena: 36,90 zł

Opis z okładki:
Dziewiętnastoletni Jackson Meyer jest zwyczajnym chłopakiem, studiuje, ma dziewczynę… i potrafi podróżować w czasie. Pewnego dnia nieznajomi mężczyźni napadają na Jacksona i jego ukochaną Holly, podczas brutalnej szarpaniny dziewczyna zostaje poważnie ranna. Przerażony i spanikowany Jackson cofa się w czasie o dwa lata, lecz ten skok okazuje się inny niż wszystkie. Chłopak zostaje uwięziony w przeszłości.
Jackson chcąc uratować Holly, nie ustaje w rozpaczliwych próbach odnalezienia drogi powrotnej do swojego czasu, lecz po serii niepowodzeń godzi się z losem i postanawia dowiedzieć się więcej o swych umiejętnościach. Jednak ludzie, którzy strzelali do Holly, depczą mu po piętach. Wrogowie Czasu zrobią wszystko, by wcielić młodego podróżnika w swoje szeregi. Przystąpi do nich albo zginie. Wciągnięty w wir tajemnic dotyczących swojej rodziny i Wrogów Czasu, Jackson musi zdecydować, jak daleko się posunie, aby uratować Holly, a może i cały świat.

Dzisiaj: Jackson i Holly są w sobie zakochani
Jutro: ona będzie umierać w jego ramionach
Wczoraj: on musi temu zapobiec

Komentarz:
Powiem Wam, że mi się całkiem podobało, przyjemna młodzieżówka.

Początek był dla mnie problematyczny, ale nie wiem dlaczego – na pewno nie ze względu na brak akcji, tajemnic i po trosze emocji, może dlatego, że musiałam przestawić się na punkt widzenia nastoletniego chłopaka? Potem jednak było już coraz lżej, co u mnie objawia się wzrostem przeczytanych dziennie stron.

Jackson Meyer (najpewniej nieprzypadkowa zbieżność nazwisk, gdyż autorka „Zmierzchu” była jednym z pisarzy, którzy zainspirowani Cross, o czym na szczęście nie wiedziałam, aż do samego końca, i tak po prawdzie nie ma co się tym przejmować, gdyż wpływy niezauważalne, nie ma tu świecących wampirków) jest podróżnikiem w czasie – no dobra, pomysł całkiem niezły, chociaż dość często wykorzystywany. Autorka wyjaśniła to jednak w trochę inny sposób, niż miało to miejsce w innych książkach o podróżach w czasie, które czytałam (a przynajmniej nie przypominam sobie podobnego pomysłu), czyli [spoiler]istnienie genu czasu, pełne (czyli przenoszenie się całkowicie) i niepełne (ciało zostaje w teraźniejszości, a przenosi się w sumie też ciało, ale nie do końca, i nie ma tu możliwości zmiany linii czasowej) skoki, a także CIA vs Wrogowie Czasu, czyli bliżej nieznana organizacja (lub tylko grupa ludzi) zrzeszająca podróżników w czasie. Wszystko w miarę ogarnięte i logiczne, gdyż autorka nie bawiła się (a tym samym się na tym nie potknęła), że jeśli zmienisz jedną rzecz w przeszłości, coś zmieni się w teraźniejszości, tylko jeśli zmienisz coś w przeszłości podczas pełnego skoku, stowarzysz nową wersję teraźniejszości, ale poprzednia też będzie istnieć.

Tylko że tu też można się ładnie wyłożyć.

Najpierw pełny skok – tu jest wszystko w większości dobrze wyjaśnione i chyba nie ma większych wpadek poza [spoiler]ostatnim fragmentem, w którym Jackson pełnym skokiem przenosi się do dnia, w którym poznał swoją dziewczynę Holly i zapobiega temu spotkaniu. I stwierdza wtedy, że będzie tak, jakby nigdy się nie poznali. Tylko… Autorka przecież przez pozostałą część książki trąbiła, że taka zmiana spowoduje jedynie wytracenie się nowego strumienia czasu, a nie faktyczna zmianę podstawowej teraźniejszości bohatera. Słowa Jacksona temu zaprzeczają – jest to napisane tak, jakby myślał, że zapobiegł cierpieniu i niebezpieczeństwu Holly, tylko że przecież tylko w tym strumieniu. We wszystkich innych, w których doszło do spotkania, ona dalej tam jest i dalej jest z nim związana, więc tak naprawdę nie zapobiegł niebezpieczeństwu, a tylko stworzył jedną nową Holly, która faktycznie tego niebezpieczeństwa uniknie, ale co z pozostałymi? Co z tą dla niego ówczesną, tą z jego teraźniejszości (już nie mówię nawet o tej postrzelonej Holly z teraźniejszości z samego początku książki, nad którą bohater już w ogóle się nie zastanawia, gdy ląduje w swoim roku, ale kilka miesięcy przed atakiem)? Przecież dla niej nic się nie zmieniło, dalej jest w niebezpieczeństwie, w dalszym ciągu, jeśli Jackson się z nią rozstanie, ona będzie cierpieć. Mam nadzieję, że w następnym tomie autorka ładnie z tego wybrnie. [/spoiler] oraz tym, że jeśli skaczą skokiem pełnym, eliminują jednocześnie swoje ja istniejące w czasie, do którego przeskoczyli. Czy jeśli znikną z tego czasu, pojawią się ich ja, które zniknęło, gdy przybyli? W obu przypadkach, niezależnie od tego, czy pojawi się czy nie, może to już zmienić czas i stworzyć nowy strumień. I po cholerę tak skaczą, skoro wiedzą, że to tylko przyspieszy koniec?

Skok niepełny z kolei jest dużo bardziej skomplikowany, nielogiczny i problematyczny, bo podczas niego nie mogą zmienić czasu, do którego przeskoczyli. Mogą w niego ingerować, ale nie zmieni to prawidłowej linii czasowej. I tu już jest problem, no bo jak to tak? Jeśli skoczę w przeszłość i kogoś zabiję, a potem wrócę do własnego czasu, to czy ten ktoś, kogo zabiłam, powstanie z martwych? Nawet jeśli już to samo w sobie zmieni w jakiś sposób czas, chociaż tam trąbią, że nie zmienia. Jedynym w miarę logicznym sposobem wytłumaczenia tej sytuacji, które przychodzi mi do głowy, jest to, że gdy skaczesz niepełnie z przeszłości wytrąca się z niej jej obraz, który znika po twoim zniknięciu, ale jak na razie autorka nic o tym nie wspomniała. Poczekamy, zobaczymy. Miałam coś jeszcze do skoków niepełnych, ale zapomniałam – jak mi się przypomni, to dopiszę. :-)
[spoiler]I jeszcze tylko dodam, że mimo wydarzeń z końca, dalej myślę, że Emily okaże się córką Jacksona – wyjaśniałoby to dlaczego tak mu ufa i skąd ma pierścionek (który zapewne miał zostać/został podarowany Holly).[/spoiler]
Lubię bohaterów silnych, zdecydowanych, wiedzących co robić, kierujących się bardziej logiką niż emocjami (ale nie samą logiką). Jacksona na początku trudno tak nazwać, zachowuje się raczej jak przeciętny, nie do końca odpowiedzialny nastolatek. Następne wydarzenia go zmieniają i chociaż są to zmiany trochę zbyt wyraźne i zbyt podkreślone, nie mam zamiaru na nie narzekać, tym bardziej że są w jakimś stopniu jak najbardziej uzasadnione. Jeśli chodzi o samą kreację bohatera, to nie należy się spodziewać zbyt wiele, daleko autorce do mistrzów. Jackson bez Holly jest tak po prawdzie niczym – wszystko kręci się w ogól niej i jeśli odjęłoby się ją z powieści, w Jacksonie niewiele by zostało. Ale też… to młodzieżówka, bohater powinien mieć dziewczynę.

Fabuła nie jest może przesadnie zaskakująca, większość rzeczy jest łatwa do przewidzenia, ale mnie to akurat nie przeszkadzało, bo czytało się naprawdę lekko i przyjemnie. Niewymagające czytadło, ot po prostu.

Ostatecznie nie jestem pewna, jak ocenić tę książkę. Podobała mi się, a to najważniejsze, ale im więcej myślę, tym więcej widzę błędów i niedociągnięć, ale tym bardziej też jestem ciekawa drugiego tomu. Nie jest to może żadne arcydzieło, ale jestem zadowolona, że to przeczytałam.

EDIT:
Hlu, bo ta powieść została zekranizowana, a przynajmniej powinna, ponieważ autorka dała podziękowania dla wytwórni za chęci.
Ostatnio zmieniony 25 cze 2013, 12:14 przez Sophie, łącznie zmieniany 2 razy.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2961
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Gdzie Indziej
Autor: Gabrielle Zevin

Tytuł oryginału: Elsewhere
Tłumaczenie: Grażyna Smosna
Wydawnictwo: Initium
Data wydania: 12 listopada 2010
ISBN: 9788362577033
Liczba stron: 247

Opis:
"Przykro mi, ale nie spotkało mnie nic szczególnego… Jestem tylko dziewczyną, która zapomniała spojrzeć w obie strony, zanim przeszła na drugą stronę ulicy."
W tej zachwycającej powieści śmierć jest początkiem zwiastującym ponowne narodziny. Po tym, jak Liz ginie w wypadku, którego sprawca ucieka z miejsca zdarzenia, jej życie nabiera niespodziewanego kształtu. Na krótko przed swoimi szesnastymi urodzinami dziewczynka uświadamia sobie, że nigdy nie wyjdzie za mąż, nie będzie mieć dzieci i być może w nikim się nie zakocha. Gdzie Indziej sprawy biegną zwykłym, ziemskim torem, z tą różnicą, że jego mieszkańcy młodnieją, ludzie i psy wreszcie mogą się ze sobą porozumieć, zawiązują się nowe związki, a stare, wcześniej tragicznie przerwane, rozkwitają nowymi kolorami.
"Gdzie Indziej" to przepojona niecodziennymi pomysłami powieść o nadziei, odkupieniu i ponownych narodzinach, osnuta wokół najbardziej wzruszających i urzekających relacji międzyludzkich. Rozbrajająca szczerością opowieść o smutku i podnosząca na duchu historia o miłości i szczęściu.

Komentarz:
Właśnie skończyłam czytać i w sumie nie jestem pewna, jak ocenić tę książkę. Z pewnością ma swój urok i czyta się ją przyjemnie, ale jeśli zacząć się zastanawiać nad bardziej technicznymi aspektami, książka traci.
Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na pomysł – jest to największa zaleta tej książki, aczkolwiek nie jest to też nic niesamowicie oryginalnego. Ludzie od dawna zastanawiają się, co czeka człowieka po śmierci – czy jest to coś podobnego do życia na Ziemi, czy to coś takiego jak można przeczytać w Biblii, a może potem nie ma już nic. Autorka tej książki wybrała reinkarnację w połączeniu z "odwróconym" obrazem Ziemi. No i w porządku - ciekawie to opisała, zgrabnie wymyśliła. Jest tu trochę niedoróbek, ale nieważne; jest dość nieprecyzyjnie, ale niech będzie. Bohaterowie byli całkiem ciekawi, ale też - mogli być lepsi. Ogólnie wyszło przyzwoicie, tym bardziej, że pomysł był interesujący. W "Gdzie Indziej", mam wrażenie, najważniejsze były emocje, a nie by wszystko się zgadzało. Aczkolwiek owe emocje nie zostały opisane tak dobrze, jak mogłyby, jednak autorka położyła nacisk na odpowiednie rejony (np. problemy z przystosowaniem, dzięki temu fakt, że fabuła jest trochę naiwna i prosta, nie rzuca się tak bardzo w oczy). Akcji nie było tu praktycznie wcale – wszystko krążyło wokół przyzwyczajania się do własnego stanu, radzenia sobie z nim, chęci "normalności", uczuć bohaterki i jej stosunku do życia. Ale jednak mimo wszystko podobało mi się. "Gdzie Indziej" przeczytałam bardzo szybko i z przyjemnością. Myślę, że można po to sięgnąć – zwłaszcza, gdy ma się ochotę na coś lekkiego i (to słowo nieustannie pojawia się w mojej głowie, gdy myślę o tej książce) zwiewnego.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2961
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Scarlett
Autor: Barbara Baraldi

Tytuł oryginału: Scarlett
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Data wydania: 4 listopada 2011
Tłumaczenie: Karina Burchardt
ISBN: 978-83-265-0154-8
Liczba stron: 336

Opis:
Scarlett ma szesnaście lat i właśnie przeprowadziła się do Sieny. Zostawiła za sobą wakacje, swoją najlepszą przyjaciółkę i kiełkującą miłość do Matteo… W nowej szkole poznaje Umberto, który od razu okazuje jej zainteresowanie, jednak Scarlett odkrywa, że jej koleżanka z ławki Caterina jest w nim skrycie zakochana. Co wybrać: miłość czy przyjaźń? Odpowiedź przychodzi sama podczas szkolnego koncertu, kiedy na scenę wchodzi chłopak o oczach jasnych jak lód i ich wzrok spotyka się w tłumie. Mikael, basista zespołu Dead Stones, pojawia się przy niej w najbardziej niespodziewanych momentach, by za chwilę zniknąć, a Scarlett nie potrafi oprzeć się jego magnetycznemu spojrzeniu.
Jednak Mikael jest zbyt piękny i zbyt niezwykły, by mógł być prawdziwy: tylko Umberto zdaje się znać jego sekret, lecz nie udaje mu się ostrzec Scarlett…
Niedługo potem w szkole ma miejsce niewyjaśnione morderstwo, a Scarlett pada ofiarą przerażającego ducha o płonących oczach.
Kim naprawdę jest Mikael? Jej aniołem stróżem czy prześladującym ją demonem?

Komentarz:
Uwaga. Lekkie spoilery.

Właśnie przeczytałam. I co mogę o niej powiedzieć? Cóż, jest to książka bardzo, bardzo naiwna. Jeśli ktoś oczekuje tylko i wyłącznie big love i "och ty mój bohaterze", które tak naprawdę nie mają większego sensu, jest to książka dla niego.

Jak można się spokojnie domyślić, mamy tu wątek miłosny, baaaardzo naciągany i „ja żyć bez Ciebie nie mogę”, „nie zostawiaj mię, bo zemrę tu sama w samotności z tęsknoty”. „Bo przecież ja jestem zamknięta w sobie, cicha, nie miałam chłopaka, ale chcę, och ja biedna, oj biedna.” No dobra, trochę przesadzam. Ale Scarlett jest mniej więcej taka – cicha, nieco dziwna, uwielbiająca książki i nieco też nie na swój wiek. Kojarzycie obraz romantyka, który mówi wierszem, śpiewa ballady, jest targany silnymi emocjami z byle powodu – takie wyobrażenie historycznego przedstawiciela epoki romantyzmu? Scarlett jest właśnie podobna do tego obrazu. Bije Ci po oczach ckliwymi i pseudogłębokimi tekstami o miłości i z nią powiązanych ("Ile myśli można ukryć w studni mej duszy?" – słowa bohaterki). Zdecydowanie nie na swój wiek – a lat ma szesnaście. Tak po prawdzie tak ona jak i inni bohaterowie tej książki ze swojego wieku mają tylko to, że chodzą do szkoły. Praktycznie wszyscy chłopcy (jestem w stanie wymienić jednego który nie) są pięknie umięśnieni („och, te szerokie barki, och, te umięśnione ramiona, och, ach”). Może z moimi znajomymi było cos nie teges, ale takich umięśnionych ciałek to w wieku szesnastu, siedemnastu lat raczej próżno szukać. Wracając jeszcze do samej Scarlett – scenariusz typowy. Dziewczyna przenosi sie do nowej szkoły, w poprzedniej nie miała powodzenia u płci przeciwnej, ale w tej nowej to już wszyscy się na nią rzucają i chcą poderwać i oczywiście spotka JEGO, On ten jeden jedyny, tru lof, z którym chce spędzić życie, a jest on mhroczny i piękny, przystojny i umięśniony. I rzecz jasna ma tajemnicę, bo jakżeby inaczej. Krótko pisząc, książka czerpie przede wszystkim ze Zmierzchu – to praktycznie kalka, jedynie imiona zmienione i typ tajemnicy takoż.

Rzecz jasna, bo inaczej chyba być nie może, ta wielka miłość pojawia się tam kompletnie i absolutnie z dupy. Ja rozumiem, że może istnieje coś takiego jak "miłość od pierwszego wejrzenia", co raczej powinno się nazywać "zainteresowaniem od pierwszego wejrzenia", ale bez, kurka, przesady. Bohaterowie nie zamienili ze sobą nawet jednego słowa (dokładnie wymienili jedno jedyne spojrzenia – on stał na scenie i spojrzał w tłum, i zobaczył ją, przez chwilę) i już wielka miłość aż po grób. To jest tak strasznie idiotyczne i naiwne... Już byłam gotowa wierzyć, że rzucił na nią jakiś urok czy co tam, ale nie! On sam wpadł jak śliwka i to też jeszcze, zanim zamienił z nią słowo. Wrrr.

Dialogi były strasznie sztuczne, a te wewnętrzne już w ogóle. Bohaterka, jak już pisałam, wyrastała ponad swój wiek i epokę. "Och, ach, studnia mej duszy, och, kocham go, tęsknię za jego spojrzeniem, wspominam to, że się na mniej spojrzał". Eh, to takie naiwne... Wiem, powtarzam się, ale w zębach mi to zgrzytało, ta słodycz i nieuzasadnione miłostki. Koszmar. Jeśli ktoś lubi takie teksty, to proszę bardzo.

Główną osią tej książki jest właśnie wątek miłosny – on jest tu najważniejszy, a wszystko dookoła to tylko lekkie urozmaicenie. Wielki Zły jest tam tylko po to, by dodać trochę niebezpieczeństwa oraz by On mógł się poświęcić, by mógł ją ochronić i uratować. Dodatki owe same w sobie też nie są szczególnie ciekawe, a już na pewno nie oryginalne. Zresztą w tej książce nie ma za grosz oryginalności. Co by nie wziąć na warsztat okaże się wtórne. Wątek miłosny, tajemnica bohatera, samotność bohaterki, nowa szkoła, Ten Zły – wszystko od A do Z. Poza tym – co idzie za brakiem oryginalności – książka była przewidywalna. Nie tylko wątek miłosny, ale wszystko, cała reszta również. Coś się zaczynam, a Ty już wiesz, jak to się skończy.

Główny bohater jest rzecz jasna mhroczny i piękny. I tajemniczy. I ma równie tajemniczego przyjaciela. I jest och ach, zakochać się można od pierwszego wejrzenia, no cóż to za ciacho. Eh, aż chce się rzygać do tego. Rozumiem, że bohater musi być cud, miód i orzeszki, ale czy to wszystko musi być na jedno kopyto? Czy on musi być tak cholernie idealny?

W dodatku rozdziały są zdecydowanie za krótkie. Mają po dwie, trzy strony (najdłuższy nie przekracza bodajże dziesięciu). Co to ma być? Nie zdążysz się rozpędzić, a tu już koniec rozdziału. Z jednej strony to dobrze, bo czyta się jeszcze szybciej, ale z drugiej sceny były pourywane.

Jak napisałam, czyta się bardzo szybko i to największa zaleta – zapychacz czasu idealny. Jeśli całkowicie wyłączy się myślenie, można ją uznać za dobrą, ale trzeba naprawdę się wyłączyć. Niektórzy tak potrafią, ale ja niestety nie i mnie osobiście raziły te wszystkie idiotyzmy. I te wszystkie wyczucia chwili… Bohater za każdym razem pojawiał się w idealnym momencie.

Krótko pisząc, akcja jest przewidywalna, bohaterowie nudni, wtórni, dialogi sztuczne, wątek miłosny z tyłka wzięty. Można przeczytać jako odmóżdżacz, ale można i nie czytać.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Słodki srebrny blues

Obrazek

Autor: Glen Cook
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2000
Ilość stron: 270

Opis z okładki:

Wydawałoby się, że to zwyczajna praca. Ale dla detektywa Garretta, człowieka w świecie gnomów, odnalezienie kobiety, której jego nieżyjący przyjaciel Denny pozostawił olbrzymi spadek w srebrze, nie było łatwym zadaniem. I oto nagle na drodze Garretta pojawiają się wampiry, centaury i inne paskudne stwory, on zaś zdecydowanie wolałby zaszyć się w domu z butelką piwa w ręku niż ryzykować, że kły wbiją mu się w szyję...

Moja opinia

Jakoś tak się dziwnie składa, że to co zaplanuję przeczytać jakoś bierze w łeb i czytam całkiem co innego, szczególnie na urlopie. Pierwszy tom z serii o detektywie Garecie jest jedyną pozycją jaką przeczytałam zgodną z planem. Udało mi się tego dokonać w ostatni dzień urlopu. Czytało się szybko, bo akcja nie dawała ani na chwilę odsapnąć. Przygoda goniła przygodę. Wystąpiły wszelkiego rodzaju postacie z nocnych koszmarów, a także te mitologiczne. Trochę się jednak zawiodłam na tej pozycji, a szczególnie na świecie. Trudno określić jaki jest. Trwa wojna. Każdy mieszkaniec Kantardu musi odsłużyć w wojsku 5 lat. Na lądzie w kawalerii lub na morzy jako Marins. Jakoś mi się te formacje rozjeżdżają bo inaczej określiłabym sposób walki na wojnę secesyjną, a ten morski desant mi trochę bruździ. W każdym razie nie ma samochodów ani samolotów. Za to ras mieszanej krwi jest pełno. Wyskakują jak diabeł z pudełka i za bardzo nic o nich nie wiadomo. Jakoś świat i zamieszkujące go rasy są potraktowanie bardzo po macoszemu. Detektyw Garrett jest jednak taki na jakiego przystało. Wiecznie bez pieniędzy i jak już się podejmie jakiegoś zadania to tego niemożliwego do wykonania. Tak jest i tym razem. Zagadka kryminalno-wojenna naprawdę jest super. Bardzo skomplikowana i wielowątkowa, a drugoplanowi towarzysze nakreśleni bardzo wyraziście. Najfajniejsza jest jednak maskotka detektywa. Ktoś, kogo radzi się Garrett. Ten ktoś nie jest martwy ani żywy. To truposz. Ma 400 lat. Został zabity, ale nie umarł. To Loghr.

Czy polecam. Tak. Fajna przygoda z dużym poczuciem humoru. Całkiem inna seria niż Czarna Kompania. Z miłą chęcią sięgnę po kolejne tomy.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2961
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Pieczęć Ognia
Autor: Gesa Schwartz

Tytuł oryginału: Grim: Das Siegel des Feuers
Tłumaczenie: Ryszard Turczyn
Cykl: Grim
Tom: 1
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 8 maja 2013
ISBN: 9788376861739
Liczba stron: 625
Cena: 49,90 zł

Opis:
Niezwykły debiut niemieckiej pisarki Gesy Schwartz, pełna tajemnic, nastrojowa i miejscami humorystyczna opowieść z pogranicza fantasy i urban fantasy.
Paryż, czasy współczesne. Grim jest gargulcem, jednym ze strażników, których zadaniem jest ukrywanie przed ludźmi istnienia istot z innego świata. Z całą mocą nie znosi swojego nowego (dwieście lat to niezbyt wiele dla kamiennej rzeźby) miejsca pracy - zalewanej deszczem fasady budynku. Ale robota jest robotą i Grim, choć najchętniej zostawiłby Francję daleko za sobą, twardo stoi na straży Kodeksu, pilnując, by drobne utarczki demonów i wampirów nie wywlekły na światło dzienne tajemnic ich egzystencji. Pewnego dnia Grim spotyka jednak Mię, córkę nielekko psychicznego malarza-samobójcy. Mia obdarzona jest pewnym szczególnym darem - widzi to, czego nie widzą inni. Gdy w ręce tych dwojga wpada dziwny, pokryty tajemniczym pismem pergamin, staje się jasne, że czasy pokoju między mieszkańcami tego i innego świata właśnie dobiegły końca...

Komentarz:
Krótko podsumowując treść: niemiecka autorka napisała książkę o Gargulcu z Włoch, której akcja dzieje się w Paryżu.

Narracja jest prowadzona w trzeciej osobie i ze zmiennego punktu widzenia – raz przedstawia historię Gargulca Grima, a raz dziewczyny widzącej "tę drugą stronę" Mii. Osobiście bardziej podobały mi się fragmenty z Mią, ale nie z powodu tego, że była ona szczególnie niesamowita, ale dlatego, że Grim był taki arogancki. Jedne i drugie rozdziały czytało się zazwyczaj przyjemnie, jednak historii Grima zdarzało się mnie irytować. Gargulec ten był lekceważącym innych, skłóconym ze sobą osobnikiem – niby miał przyjaciół, ale jak dla mnie autorka wepchnęła mu ich w życie na siłę, gdyż w rzeczywistości przyjaźń taka jest bardzo mało prawdopodobna z prostego powodu – mało kto lubi, gdy źle się go traktuje, odpycha, popycha i odwarkuje, a Grim tak właśnie zachowuje się na zewnątrz. Wewnątrz natomiast… cóż, z racji trzecioosobowej narracji została ta jego strona dość okrojona, ale to, co widać, wskazywało, że wnętrze Grima jest ciekawsze – najpewniej, gdyby można wejść do głowy głównego bohatera na dłużej, a nie tylko na krótkie momenty, cała historia byłaby dużo ciekawsza. Albo też tylko się łudzę, a autorka nie udźwignęłaby tego tematu. Nie twierdzę jednocześnie, że Grim nic tylko warczał, ale właśnie owo warczenie i niezadowolenie z wszystkiego wybijało się szczególnie, raziło to zwłaszcza w relacjach z przyjaciółmi. Poza tym zauważyłam u niego, szczególnie na koniec, syndrom bohatera, który objawia się pewnością, że da sobie radę z każdym przeciwnikiem i uratuje zagrożonych. W dodatku ma skłonność do patetyzmu.

Akcja rozwija się powoli, pierwsze, powiedzmy, dwieście stron to wstęp, w którym nic konkretnego się nie dzieje, ale im dalej, tym zagęszczenie wydarzeń się zwiększa, a tym samym też czyta się szybciej i lepiej. Przez te czterysta pozostałych stron bohaterowie trochę podróżują, przemieszczają się do innych światów, poznają ludzi – i bardzo dobrze, problem jest jedynie taki, że owe postacie zlewały mi się, wszyscy byli do siebie tak podobni, że łatwo ich ze sobą pomylić. Wyraźnie widać, że autorka nie poświęciła im wiele uwagi – byli jedynie pionkami, które po wykonaniu zadania, spycha się na bok. Moim zdaniem nawet te drugoplanowe postacie powinny mieć w sobie chociaż trochę życia i charakteru (a nie tylko historię dopowiedzianą przez pisarkę).

Gesa Schwartz wykorzystała w „Pieczęci Ognia” elementy mitologii germańskiej, zwłaszcza nordyckiej, ale chociaż były one ważną częścią świata przedstawionego, w samej treści były istotne tylko przez pewną chwilę – autorka ma w zwyczaju porzucać całkowicie nieużywane wątki, a potem nawet o nich nie wspominać. Niestety książka traci przez to tak jakby ciągłość, można by nawet odnieść wrażenie, że to posklejane osobne opowieści o dwójce bohaterów dążących do pewnego celu – oczywiście wydarzenia mają swoje konsekwencje, ale po dokładnym przyjrzeniu się, nie są one wystarczająco wyraźne.

„Pieczęć Ognia” ma nieco ponad sześćset stron – z jednej strony to za dużo, a z drugiej za mało. Za dużo, gdyż niektóre fragmenty były tu niepotrzebne i spokojnie można by je było obciąć, a książka by na tym jedynie skorzystała, a z drugiej strony za mało, gdyż brakowało większej ilości opisów konkretnych sytuacji i osób – wszystko zostało przedstawione dość powierzchownie i niekonkretnie, bez zagłębiania się w szczegóły, które nadałyby życia postaciom i realności wydarzeniom.

Po powyższych akapitach można by odnieść wrażenie, że „Pieczęć Ognia” zupełnie mi się nie podobała, ale to nieprawda, gdyż pomimo tych wszystkich wad, książka całkiem przypadła mi do gustu, a to za sprawą wykorzystania mitologii, pomysłów na fabułę, świat i bohaterów, a także zwrotów akcji, które jednak czasami były zbyt nieprawdopodobne, by w nie uwierzyć. Tak czy inaczej, nie jest to może arcydzieło, w którym wszystko jest idealne i na najwyższym poziomie, ale całkiem przyjemna książka - jak na debiut nie jest źle, czytałam dużo o wiele gorszych książek.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2961
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Klątwa opali
Autor: Tamora Pierce

Tytuł oryginału: Terrier. A Legend of Beka Cooper
Cykl: Kroniki Tortallu
Tom: 1
Wydawnictwo: Jaguar
Data wydania: 17 kwietnia 2013
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
ISBN: 978-83-7686-136-4
Cena det.: 43,90 zł
Stron: 504

Opis:
Po raz pierwszy w Polsce książki osadzone w świecie Tortallu, jednym z najbardziej popularnych uniwersów fantasy, stworzonym przez wielokrotnie nagradzaną autorkę powieści młodzieżowych, Tamorę Pierce.

Becca Cooper wychowała się w najbiedniejszej części miasta, z dala od pałaców i posiadłości możnych, w towarzystwie łajdaków i złodziei. Wrodzona nieśmiałość sprawiła, że dziewczyna nie miała wielu przyjaciół. Miała za to odwagę. Być może za dużo odwagi.

Teraz Becca ma szesnaście lat i jest szczenięciem w Wieczornej Straży, formacji, która pilnuje porządku na ulicach miasta. Po zapadnięciu zmroku, u boku dwojga doświadczonych strażników, Becca patroluje zakazane zaułki w dzielnicy biedoty. Pod czarną tuniką skrywa nieśmiałość i niezwykłe zdolności, które pozwalają jej słyszeć duchy zmarłych. Któregoś dnia wpada na trop intrygi, która może przerosnąć nawet jej nauczycieli. W mieście grasuje bezwzględny morderca. Jego ofiarami padają bezimienni, ubodzy mieszkańcy slumsów, ludzie, o których dobrze urodzeni woleliby w ogóle nie wiedzieć. Żeby Becca mogła podążyć tropem zabójcy, najpierw musi przekonać do sprawy nie tylko Wieczorną Straż, ale również najbardziej niebezpiecznych łotrów - nieoficjalnych władców całego Niższego Miasta.

W rozbudowanym i wielokulturowym świecie Tortallu rozgrywa się pięć serii traktujących o kolejnych pokoleniach silnych, inteligentnych i pewnych siebie kobiet. W tym roku Tamora Pierce została uhonorowana nagrodą Margaret A. Edwards za dwie z nich, za tetralogie "Song of the Lioness" oraz "Protector of the Small".

Komentarz:
Właśnie skończyłam. Nareszcie – męczyłam ją zdecydowanie za długo. Niestety nie mam zbyt wiele dobrego do powiedzenia na jej temat – przede wszystkim była nudna i zupełnie mnie nie wciągnęła. Niby coś się działo, ale nic nie przykuło mojej uwagi, nic odpowiednio mnie nie zainteresowało. Właściwie jedyną rzeczą, dla której byłabym skłonna przeczytać kontynuację jest trójka zbirów, którzy postanowi poszukać szczęścia w Tortallu, Rosto, Aniki i Kora – ten pierwszy przede wszystkim, mam tu głównie na myśli jego karierę zbira. I to tyle. Reszta nic w sobie nie miała.

W dodatku tak mnie niektóre rzeczy denerwowały… Weźmy na przykład krótkie zdania – autorka chyba nie ma pojęcia, czym są długie zdania, w którymś momencie przestałam zawracać na to uwagę, ale początki były trudne. Koszmar. W dodatku Tamora Pierce chyba nie mogła się zdecydować, do kogo kieruje tę książkę –z jednej strony są bójki, przemoc rodzinna, morderstwa, szantaże i obrzucanie wyzwiskami, a z drugiej jakieś idiotyczne spłycanie tej książki, altruistyczna, dzielna, walcząca z nieprawością bohaterka oraz unikanie nazywania rzeczy po imieniu – brzoskwinki, do cholery! – autorka w ten sposób nazywa piersi, to ma być żart, czy pani Pierce jest tak pruderyjna, że nie może nawet napisać słowa „pierś”? Bohaterka ma szesnaście lat (co ciekawe autorka nigdzie nie raczyła o tym wspomnieć w treści książki, a przynajmniej ja nigdzie takiej informacji nie znalazłam), myślę więc, że powinna wyrosnąć z tego typu eufemizmów.

Tak przy okazji to zastanawiam się, czy autorka jest hipokrytką, czy tylko ta jej książka ma taki charakter? Po pierwsze autorka prezentuje Straż Wieczorną (aczkolwiek pozostałe, domyślam się, są podobne), przeżartą przez korupcję, wspierającą największych przestępców w mieście, ba! opłacaną przez owych przestępców, zajmującą się praktycznie jedynie łowieniem płotek i głodnych, kradnących dzieci, a także nadużywaniem przemocy w stosunku do nich (patrz – celowe łamanie kości), przy jednoczesnej ślepocie na wielkie przekręty. Żeby to chociaż nie było jawne, ale gdzie tam – wszyscy wszystko wiedzą, łapówka jest dobra na wszystko, a ludzie grubych ryb, nawet jeśli zostają przymknięci, od razu praktycznie są wypuszczani. No dobra, jak sobie autorka życzy, ale skoro już wybiera te drogę, to niech będzie konsekwentna, gdyby to jeszcze nie zostało przedstawione w taki sposób – autorka wręcz podkreśliła, że oni reprezentują prawo i jego przestrzeganie. Może i mówiła to owa altruistyczna bohaterka, widząca głównie jak Straż łapie przestępców i zaprowadza spokój, ale to znaczy jedynie o głupocie postaci, co zaletą tym bardziej nie jest. W dodatku przyjaźń z ludźmi z półświatka nie jest tu absolutnie czymś złym, a właściwie jest to, odniosłam wrażenie, coś pożądanego – no nie wiem, może się mylę, ale jest to relacja bardzo utrudniająca poprawne wykonywanie obowiązków. No ale przecież świat stworzony przez autorkę jest już i tak dość idiotyczny, więc można też dodać i to. Niech sobie gwardziści chodzą porozmawiać z największymi łotrami, niech znają ich miejsca zamieszkania i nazwiska, ale ich nie przymykają, bo owi ich opłacają. Jak dla mnie to jest konflikt interesów, ale co ja tam wiem…

Skoro już o głównej bohaterce, Becce mowa, nie podobała mi się jej kreacja – zresztą nie tylko jej – i nie chodzi tu wcale o to, że jest nieśmiała i ma problemy z mówieniem, bo to akurat mi zupełnie nie przeszkadzało, natomiast jeśli chodzi o jej altruizm, brak krytycznego spojrzenia oraz ogólną ciamciatowatość… Była nudna, bardzo i strasznie. W dodatku jej „super moce” również mi nie przypadły do gustu – kota i pyłowe kręty zniosłam raczej spokojnie, ale gołębie już nie – pewnie ma to związek z moją osobistą niechęcią do tych ptaków. Tak czy inaczej pozwalanie ptaków na obsrywanie pokoju i parapetu, a nawet ubrań, a także siadanie na głowie i dziobanie, zupełnie mi nie odpowiada.

No i jeszcze gwóźdź do trumny – okładka. Jest paskudna, straszna i nie chce się na nią patrzeć. Co zrobili temu dziewczęciu że jest takie pokrzywione i nienaturalne, nie mówiąc już o makijażu i fryzurze (może gdyby dziewczę przyjęło inną postawę, to, co zrobiono z jej głową, nie wyglądałoby tak źle).

Ogólnie niestety słabo. Na te wszystkie niedociągnięcia można by spokojnie przymknąć oko, gdyby książka mnie wciągnęła. Ale nie udało jej się to, więc jak wywlekać, to wszystko – no niestety, zawiodłam się. Recz jasna czytałam wiele gorszych książek, ale też wiele dużo lepszych – najbardziej przeszkadzało mi to, że autorka nie potrafiła się określić.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

ODPOWIEDZ

Wróć do „Literatura”