Ostatnio przeczytane

Czytałeś ostatnio ciekawą książkę bądź komiks? A może ciekawy artykuł w gazecie? Podziel się tym z nami. Rozpocznij dyskusję na temat ulubionych dzieł literackich i nie tylko.

Moderatorzy: Administratorzy, Moderatorzy, Junior Admini

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2949
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Anielski śpiew
Autor: Adrian Turzański

Wydawnictwo: Novae Res
Data wydania: 7 marca 2014
ISBN: 978-83-7942-089-6
Liczba stron: 388

Opis:
Bóg odszedł dawno temu, pozostawiając władzę w niepewnych rękach. A skoro nie wiadomo co dalej, najlepiej zdaniem Archaniołów rozpętać apokalipsę. Nadchodzi koniec i wypada go porządnie zwiastować.
Pech chciał, że Archaniołowie wybrali nieudolnego skrzydlacza, który mimo wytycznych i niemałej mocy spaprał całą robotę. Jedyne, co Gabrielowi przysparza teraz uśmiechu na twarzy to fakt, że niedługo odnajdzie miecz zdradzieckiego Michała i napełni swój kielich ludzką krwią. No i nareszcie pozbędzie się tych wszystkich kłopotów związanych z Upadłym!
Mimo wszystko są na tym i tamtych dwóch światach osoby, którym wizja końca nijak się nie podoba.
Nadchodzi koniec, a z nim On... i wszyscy wyklęci.

Komentarz:
Zastanawiam się, dlaczego to sobie robię… „Anielski śpiew” jest debiutem, niesprawdzonym przez nikogo. A z debiutami trzeba ostrożnie… Nie wiem, co mnie napadło, że się na to porwałam, co ja sobie myślałam… że będzie dobre? Że mnie zaciekawi? Noż kurczaczek jeden, guzik dostałam, niezależnie od tego, czego się spodziewałam. Zawód pełną gębą i jeszcze trochę. Zastanawiam się, jak to się stało, iż książka ta w ogóle puściła szufladę.

Wiecie, chciałabym to ująć delikatnie, może zachęcić ładnie do poprawy, ale nie dam rady. Powieść ta jest tak straszna, że chyba nic się nie da z tym zrobić, a ja sama nie umiem się przekonać do jakiejkolwiek łagodności. Z drugiej strony jednak nie będzie to tak ostry komentarz, jak niektóre poprzednie, które wyszły spod mojej klawiatury, ponieważ nie jestem wściekła, co już mi się zdarzało, by bardzo złych pozycjach – ale to jeszcze gorzej świadczy o tym debiucie – nie był mnie w stanie nawet zezłościć, nie był w stanie wywołać u mnie jakiejkolwiek emocji. Takie totalne zero. Nawet irytacja nie towarzyszyła mi w spodziewanym natężeniu – miałam po prostu tak koszmarnie dość tej książki, a jednak nie wywołała we mnie nawet złości.

I owszem, skończyłam tę powieść, wymęczyłam konkretniej mówiąc. Nie mogę jednak powiedzieć, bym od mniej więcej 120 strony czytała choć w przybliżeniu uważnie. Chciałam mieć to za sobą, byle dalej, byle szybciej, więc nawet gdy nie wiedziałam, o co chodzi (a takich momentów było sporo), szłam dalej. Nie byłam też w stanie się skupić – po prostu odpływałam już po kilku słowach, musiałam walczyć sama ze sobą, by w ogóle kontaktować, co się dzieje (klik). Nie twierdzę tym samym, że choć w przybliżeniu wiem, o czy jest ta książka, albo chociażby kto jest głównym bohaterem. Nie wiem, a co więcej nic mnie to nie obchodzi. Nie chce mieć już nic wspólnego z tym czymś.

To, że nie mogłam się skupić, związane było z kilkoma rzeczami. Przede wszystkim z tym, że „Anielski śpiew” jest niezmiernie nudny – tam nie dzieje się praktycznie nic. Owszem, bohaterowie są to tu, to tam, ale nic z sobą owe fakty nie niosą, co jest związane z m.in. postaciami, o czym szerzej napiszę za chwilę. Wracając do akcji, której w zasadzie nie ma i której po prostu nie byłam w stanie ogarnąć, można śmiało powiedzieć, iż prawdopodobne jest, że autor miał jakiś tam plan (względnie planik), zapomniał jednak przy tym, że żeby czytelnika zaciekawić, przydałoby się, by owa akcja była nieco szybsza niż ślimak, a także nieco bardziej złożona niż budowa cepa. No ale… Cóż, powolną akcję w sumie da się znieść, o ile zostanie to zrekompensowane innymi przymiotami. Nooooooo, tutaj owych nie zaobserwowałam.

Ponadto akcja dzieje się w różnych miejscach, różnych krajach i kulturach, ale gdyby nie dokładne określenie miejsca akcji przed fragmentem lub wymienienie nazwy bardzo charakterystycznej lokalizacji, to pewnie miałabym spore trudności ze zorientowaniem się, że akcja w ogóle się gdzieś przenosi. Wszystkie te miejsca wyglądają bowiem tak samo, nie czuć od nich nawet cienia indywidualności. No i oczywiście nawet nie do pomyślenia, by akcja działa się w Polsce – to oczywiście muszą być Stany, Wielka Brytania i Daleki Wschód, bo po co bazować na czymś, co się zna (swoją drogą śmieszy mnie, gdy polscy autorzy tak usilnie starają się przenieść akcję do innego kraju). Krótko mówiąc, autor starał się przedstawić różnorodne miejsca, ale – jak wszystko w tej książce – nie wyszło, a efekt jest taki, że bohaterowie mogliby się szwędać po jednym obszarze, a i tak niczego by to nie zmieniło – i tak żaden z tych terenów nie ma atmosfery.

Zauważyłam ponadto (w zasadzie nie da się tego przeoczyć), że autor porwał się na zbyt wiele. Bohaterowie są tragiczni. Poczynając o tego, że oni wszyscy są identyczni, papierowi, nie mają nawet jednej charakterystycznej cechy, nie wyróżniają się nawet jednym szczegółem i nie przykuwają uwagi dosłownie niczym. Przychodzi mi na myśl stempelek ukazujący człowieczka – każdy kolejny odcisk na papierze jest dokładnie taki sam jak poprzedni. Tak jest też tutaj. W zasadzie autor mógłby spokojnie (i w sumie nie mogę mieć pewności, że tak nie było) pozmieniać w trakcie rozwoju fabuły imiona wszystkich postaci, a ja pewnie bym się nawet nie zorientowała. Już i tak myliłam się przy dialogach, z których nie wynikało jasno, kto w danej chwili mówi, do czego przyczynił się dodatkowo mój brak koncentracji (ale z drugiej strony, gdyby było to choć trochę ciekawsze, może nie miałabym takich problemów. Cóż, błędne koło). Sądzę, iż w książce tej niepotrzebnie jest aż tyle postaci – nie lepiej skupić się na dosłownie kilku, porządnie ich zarysowując, sprawiając, że zapadaliby w pamięć? Czy koniecznie trzeba tworzyć ich pierdyliard, z których każdy jest tak samo nudny i nieinteresujący?

Do tego dochodzi – last but not least – język. Otóż, językowo książka ta leży (co za zaskoczenie). Widać tu usilne próby stworzenia kwiecistego i poważnego opisu i narracji. Taa, chciałoby się, niestety wyszło ciężko i sztucznie. Jedno, jak i drugie było koszmarnie nudne, tak nużące, że po prostu się wyłączałam. Nie wiem, może gdybym czytała w całkowitym skupieniu, oceniłabym „Anielski śpiew” lepiej, może odkryłabym jakieś drugie dno? Nie sądzę jednak, by przedzieranie się na siłę przez strony miało cokolwiek wspólnego z przyjemnością czytelniczą, a o to przecież w tym wszystkim chodzi. Wracając, problemem były też straszne porównania i związki frazeologiczne, będące mieszanką już istniejących. Wiele znalazłoby się tu błędów i innych smaczków. Mrużenie policzka, patetyczne skinięcia, podkulone głowy, do tego „w każdym bądź razie” i dla mnie osobiście niezmiernie denerwujące słowo „makówka”, które używane było niemal nieustannie.

Na koniec kilka mniejszych lub większych smaczków:
• Chcesz dziecko z domu opieki? Powiedz, że jesteś jego wujem, wydadzą Ci dzieciaka od ręki i nawet nie poproszą o żaden dokument, uwierzą ot, tak, na słowo. Można to skomentować w ten sposób: bo przecież przeszkody najlepiej zignorować, zamiast owy problem spróbować rozwiązać i całej sytuacji nadać choć odrobinę prawdopodobieństwa.
• Do tego mamy tu do czynienia ze zmierzchową inspiracją – uwierzycie, że kasjer doznał wpojenia? Cytuję: „młody kasjer wpoił się przenikliwymi oczkami w jego postać”.
• Wyobrażacie sobie machającego wesoło do prawie pustego lotniska prezydenta Rosji? Autorowi wyobraźni starczyło i na to. [Pisząc te słowa, przed oczami mam coś takiego klik - to chyba zmęczenie materiału, mówię Wam.]

Krótko podsumowując, dla tych którzy się jeszcze nie zorientowali, nie podobało mi się, nawet tyci, tyci. Cieszę się jedynie, że mam tę książkę za sobą. To cud, że dotarłam do końca, że nie odłożyłam jej po tych stu stronach, po których już widziałam, że nic z tego nie będzie. Większość słabych książek (o ile nie wszystkie) ma choć jedną zaletę, tutaj nie mogłam się takowej dopatrzyć, dopiero po głębokim zastanowieniu znalazłam coś, co można pod zaletę podczepić – otóż mam na myśli brak romdłatycznych wątków. Ale co znaczy jedna naciągana zaleta przy całej powodzi wad? Poza tym straszne jest też to, że „Anielski śpiew” jest podpisany jako pierwszy tom… Krótko mówiąc, w mojej opinii powieść ta to koszmar, którego lepiej nie czytać.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Demony wojny cz. I

Obrazek

Autor: Ada Przechrzta
Wydawca: Fabryka słów
Ilość stron: 440
Data premiery: 28.11.2013r.

Opis z okładki:

Wspaniała, zaskakująca kontynuacja "Demonów Leningradu".
Mroczna i brutalna opowieść. Trochę powieść wojenna, trochę sensacja w niezwykłych realiach. Aleksander Razumowski jest prawdziwym twardzielem, który Jamesa Bonda zjadłby na drugie śniadanie, jednak obcując z okrutnikami pokroju Genkoma Ławrientija Berii, nie wiadomo, co się zdarzy za chwilę, skąd padnie cios.
Bezlitosny świat NKWD, GRU i walk pomiędzy wywiadami oraz polityczne czystki. Adam Przechrzta niezwykle drobiazgowo odtwarza realia życia w sowieckiej Rosji podczas wojny.
Z każdą przeczytaną stroną chcesz więcej i więcej...

Moja opinia:

Czyż nowe okładki nie są cudne? A jak perfekcyjnie oddają klimat serii trzeba przekonać się samemu. Dla każdego coś dobrego: trochę wojny, trochę sensacji, zagadka kryminalna, błatni, Stalin, esesmani, mały romans, a w to wszystko wplątani Doskonali. Wymieszenie tych wszystkich zagadnień tworzy specyficzną mieszankę. Robi się coraz ciekawiej. Okazuje się, że macki Doskonałych sięgają wszędzie. Postać Saszy bardzo mi się podoba. W jednym miejscu tylko autor dał plamę, wkładając w słowa Rosjanina zdanie, które mógłby wypowiedzieć tylko Polak. Ale taka mała wpadka się nie liczy. Reszta całkowicie prorosyjska. Jak wspomniałam przy Demonach Leningradu najbardziej fascynujące są rozgrywki między GRU a NKWD. Lawirowanie w tym bagnie to prawdziwy majstersztyk. Nigdy nie wiesz kto cię udupi. Zawsze mniej dupochron. Całe szczęście, że akcja Demonów wojny nie kończy się w tak drastycznym momencie jak Demonów Leningradu. Można spokojnie czekać na kontynuację. A z tego co Fabryka, jakiś czas temu, podała na fejsie to II część tuż tuż.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Oksa
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 1824
Rejestracja: 07 lut 2010, 14:34

Post autor: Oksa »

Obrazek

Autor: Manel Loureiro

Apokalipsa Z: Początek końca

Opis: Cywilizacja już nie istnieje. Nie ma Internetu. Ani telewizji. Ani telefonów komórkowych.
Nie ma niczego, co przypominałoby ci, że jesteś ludzką istotą. Zaczęła się apokalipsa. Pozostał tylko jeden cel: PRZEŻYĆ!

W należącym do Federacji Rosyjskiej Dagestanie dochodzi do ataku ekstremistów islamskich na jedną z poradzieckich baz wojskowych. Napastnicy przypadkowo uwalniają przechowywane tam wirusy
dziwnej choroby, która pustoszy coraz większe tereny, odcinając je od reszty świata. Temat ten zaczyna dominować w światowych serwisach informacyjnych, ale nikt nic nie wie na pewno. Mówi
się o żywych trupach, które polują na ludzi. Poszczególne państwa wprowadzają spóźnione środki zaradcze: stan wyjątkowy, godzinę policyjną, blokadę informacji, zamknięte Bezpieczne Strefy dla zdrowych obywateli.
O tym wszystkim dowiaduje się stopniowo bohater powieści, hiszpański prawnik mieszkający pod miastem Pontevedra. Od pierwszego dnia na prowadzonym przez siebie blogu, a później w zwykłym notatniku spisuje swoje spostrzeżenia o tej odległej katastrofie. Jeszcze nie wie, że to dopiero początek apokalipsy... W poszukiwaniu bezpiecznego schronienia odbędzie wędrówkę po
terenach, które kiedyś znał jako Galiciię.


Moja opinia: Przede wszystkim to mam wrażenie, jakbym nie pisała tu od wieków, tak więc... how good to be back! :-P A comeback był możliwy właśnie dzięki tej książce. Niby nic nowego (serio, nic w niej nowego), temat zombie i apokalipsy oklepany jak tylko się da, więc pomysłem w ogóle się nie wyróżnia. Na szczęście pozycja broni się sposobem opowiedzenia historii.

Główny bohater pisze dziennik, w związku z czym opowieść miejscami zapewnia jeszcze silniejsze emocje niż zwykła narracja pierwszoosobowa. Przez pierwszych kilkadziesiąt stron nie zżyłam się z nim jakoś szczególnie, podziwiałam jedynie jego inteligencję, przezorność oraz niesamowitą wolę przetrwania. Ot, zwykły adwokacina, a jednak nie zachowujący się jak pan na włościach, który oczekuje, że wojsko będzie biec na łeb na szyję, aby uratować jego mecenasową fizis. To zwykły facet, równie zagubiony jak reszta ludzi w tym nowym, przerażającym świecie, ale nie głupio-mądry i nie wywyższający się. Nie ma tu więc przemiany wygodnickiego bohatera w odważnego obdartusa pośród zombie. Zmiana w jego charakterze pojawia się raczej wraz z kolejnymi okropieństwami, na które natyka się na swojej drodze oraz z coraz większą łatwością, z jaką pociąga za spust.

Ponadto bardzo podobały mi się jego spostrzeżenia. Kiedy niepotrzebne są wystrzały, bo hałas przyciągnie Tamtych, o jakiej porze dnia lepiej wśród nich podróżować czy też kilka uwag na temat samych Nieumarłych i ich instynktów. Bohater, którego podziwimy oraz kibicujemy w jego drodze, to najlepsze co może spotkać czytelnika.

Od razu zaznaczam, że książka nie zachwyciła mnie jakoś przesadnie. Nie tak, jak np. trylogia Miry Grant. Ale czytało się naprawdę przyjemnie i często bardzo trudno było się oderwać. Nic dziwnego, skoro po pierwszych wolniejszych momentach akcja pruła nieustannie do przodu. Myślę, że warto poświęcić tej pozycji czas. Na pewno przeczytam kolejne części, ale na chwilę obecną muszę sobie zrobić przerwę od widoku rocznych dzieciaków zamienionych w chodzące trupy (brrr), który utkwił mi w głowie, dlatego zaczęłam czytać "Cinder".
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

I część trylogii Vampire:
Przejście

Obrazek

Autor: Cronin Justin
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 752
Data premiery w Polsce: 19-10-2011
Wznowienie: 02-04-2014

Opis z okładki z 2011r.

"Znakomity thriller postapokaliptyczny opisujący ludzkość stojącą u progu absolutnej zagłady. W tajnej bazie armii amerykańskiej w Kolorado trwają badania nad rzadkim wirusem z wydłużającym życie i przyspieszającym gojenie ran. Wirus ten ma jeden skutek uboczny – przemienia ludzi w istoty podobne wampirom. Wojsko ma wobec nich własne plany – nowy gatunek wydaje się doskonałą bronią biologiczną."

Opis z okładki z 2014r.

W tajnej bazie armii amerykańskiej w Kolorado trwają badania nad rzadkim wirusem z boliwijskiej dżungli wydłużającym życie i zwiększającym siłę fizyczną. Ubocznym skutkiem jego działania jest przemiana ludzi w wampiry, wobec których wojsko ma własne plany: nowy gatunek wydaje się doskonałą bronią biologiczną. Agent FBI Brad Wolgast otrzymuje zadanie: dostarczyć dwunastu czekających na egzekucję skazańców do eksperymentu wszczepienia wirusa.
W ostatniej fazie „Projektu Noe” wirus ma zostać podany małemu dziecku. Wolfgast zawozi do Kolorado porzuconą przez matkę sześcioletnią Amy Harper Bellafonte. W agencie budzą się wyrzuty sumienia, pomiędzy nim a dziewczynką tworzy się silna więź. Niespodziewanie zarażeni wirusem, zwani wirolami, wydostają się na wolność, zaś kraj ogarnia epidemia.
Z bazy uciekają też Amy i Wolfgast. Wirole atakują i mordują wszystkich wokół siebie, w końcu opanowują całe Stany Zjednoczone. Kalifornia i Teksas ogłaszają secesję, a po użyciu broni nuklearnej państwo przestaje istnieć. Niedobitki ludzi kryją się przed wampirami w izolowanych koloniach za wysokimi murami, chronieni snopami reflektorów. 90 lat później. U bram jednej z kolonii położonych na terenie Republiki Kalifornijskiej pojawia się tajemnicza kilkunastoletnia dziewczyna – Amy. Wspólnocie kończą się zasoby energetyczne, czeka ją zagłada. Niewielka grupka ludzi wyrusza w niebezpieczną podróż do Kolorado, gdzie prowadzono kiedyś eksperymenty biologiczne, mając nadzieję na ocalenie.

Moja opinia:

Kiedy czytam taki opis książki, jestem w stanie zrezygnować z innej książeczki ze stosika i natychmiast zagłębić się w świat zagłady ludzkości. Tak było i tym razem (a na stosiku leżał 4 tom Dory Wilk). Zdaję sobie sprawę, że bardzo często wydawnictwo naciąga fakty porównując dwie książki i tym samym sugerując czytelnikowi podobieństwo, często mijając się z prawdą. Taka notka nie zawsze na mnie działa, bo zawsze podejrzewam, że to tylko chwyt reklamowy. W tym przypadku porównanie z Bastionem (jednym słowem dobrze, że go sobie odświeżyłam) okazało się jak najbardziej prawdziwe. Podobieństw jest wiele, ale różnic jeszcze więcej. I o to chodzi.

Tu i tu wszystko zaczyna się w bazie amerykańskiej armii, ale nie do końca, bo w Przejściu początek wirusa ma miejsce w boliwijskiej dżungli. Badaniom przyświeca szlachetny cel wydłużenie ludzkiego życia i zwiększenie siły fizycznej. Czyż biblia nie mówi, że Noe żył około 950 lat. Czy jest to możliwe?
Potem następuje klasyczne postapo. Coś idzie źle i wirus wydostaje się poza bazę. W Bastionie podobało mi się to iż na przykładzie zwykłych obywateli King opisał pandemię. Niektórzy z jego bohaterów umarli inni przeżyli. Droga od pacjenta zero do wyludnienia świata trwała bardzo krótko (99,coś śmiertelności). W Przejściu działanie wirusa ma więcej wspólnego nie z pandemią, a z zombiakami. Ugryzienie przez zarażonego powoduje ataki, wymioty, światłowstręt, zmianę koloru oczu, pragnienie krwi i spontaniczne zdejmowanie ubrania. Ugryzienie przeżywa co dziesiąty człowiek i zmienia się w wampira, wirola, skoczka, draka. Różne nazwy oznaczające to samo: bestię.
Bastion Kinga to opowieść o pandemii i samotności ludzi, którzy ją przeżyli. Przejście Cronina to opowieść o ostatnich bastionach cywilizacji po 92 latach od początku epidemii. Jej początek i koniec poznajemy z gazet, które czyta agent federalny Wolfgast. Zachowanie rządu w obliczu katastrofy w obu książkach również wygląda odmiennie. Kiedy u Kinga rząd przy pomocy wojska stara się wszystko tuszować, u Cronina wręcz przeciwnie. Armia i cywile walczą z wirolami. Każdy wie z wiadomości co się dzieje. W wielu miejscach dochodzi do użycia atomówek. Ostoją ludzi stają się dwa stany: Teksas i Kalifornia, które odłączają się od reszty USA, jako niepodległe państwa. Jeśli chodzi o warunki życia po kataklizmie to King miał ułatwione zadanie. W ciągu kilku miesięcy zarówno żywność długoterminowa, jak i ubrania nadawały się do zagospodarowania. Cronim miał gorzej. Czy po 92 latach da się zjeść konserwę lub brzoskwinie w puszce? Czy ubranie nie powinno sparcieć? Wydaje mi się, że Cronim pojechał trochę po bandzie. Nie wierzę, że te rzeczy nadawały by się do jedzenia, a ubrania po jednym praniu rozleciały by się na kawałki. Z kolei zaopatrzenie osad w prąd obu autorom wyszło bardzo realnie. Kolejnym podobieństwem są sny, które „nawiedzają” ludzi. Tym razem nie wszystkich. W obu książkach oznaczają co innego, lecz stanowią wspólny element.

Wampiry były intrygujące. Od początku zdawałam sobie sprawę, że użyto tu tylko nazwy, że te stwory nie będą miały nic wspólnego (jak zauważył pewien bohater książki) z wampirami z literatury - bohaterami zmyślonych opowieści, przystojnymi mężczyźni w garniturach i kapeluszach, ludźmi z dobrymi manierami pijącymi krew. Oprócz tego, o czym wspomniałam wyżej, że skoczki mają więcej wspólnego z zombi, jest jeszcze jeden element, który je z nimi łączy. Ludzie nie chcą przemiany w wirola, więc proszą bliskich, aby ich zabili zanim wirus przejmie nad nimi kontrolę. Podobnie było w Przeglądzie końca świata. Poza tym wiroli nie można mylić ani z zombi ani z wampirami. Ich łączna cecha z wampirami to picie krwi, kły i szybkość. Z kolei z zombi - zarażanie przez ugryzienie. Jak ich zabić? Strzałem tylko w jedno miejsce (okolice mostka). Jeśli nie trafisz za pierwszym razem jesteś martwy. Skoczek (stąd ich jedna z nazw) dopadnie cię w następnej chwili. Na koniec książki bohaterzy odkrywają sposób na pozbycie się wszystkich wiroli, ale nie jest to proste.

Cronin stworzył bardzo przekonujące postapo, wykorzystując klasyczny schemat (cywilny projekt przejęty przez wojskowych doprowadzający do katastrofy), w niczym nie ustępujący Bastionowi Kinga. Nie można ich oceniać na zasadzie, które lepsze. Każde jest specyficzne, ma inny cel. King zahacza o metafizykę, coś nieuchwytnego (to mi właśnie nie leżało). U Cronina tego nie ma, ale nie ma też tego czegoś, co King potrafi zrobić czytelnikowi tj. związać go z bohaterem w kilka stron. Krótkim epizodem King potrafił wykreować bohatera, nieważne że ten zaraz ginął, ale zapadał głęboko w pamięć i czuło się smutek z powodu tego, że mu się nie udało. A potem kolejny itd. Uważam, że Cronin tego nie potrafi. Czegoś mi brakuje w stworzonych przez niego postaciach, z wyjątkiem siostry Lacey Antoinette Kudoto, agenta Barda, Amy i jej matki oraz Alicji. Te postacie są w porządku. Najbardziej intrygującą postacią była Amy. Wydaje się, że od początku było coś w niej zagadkowego. Bardzo inteligentne dziecko. Autor nigdy tego nie wyjaśnił. Stwarzał tylko pozory. Dlaczego ona? Czy kolejne tomy odpowiedzą na to pytanie? Tak samo siostra Lacey. Jest zagadką i ociera się o metafizykę. A wiec się myliłam. Metafizyka jest więc również obecna u Cronina i dotyczy nie tylko siostry, ale i [spoiler]samej Amy. Np. kiedy rozmawia z duchem Wolgasta lub Gusa. W ogóle zachowanie Amy ma wiele z metafizyką, ale autor nie wyjaśnia o co chodzi. Wszystko zostawia w sferze domysłu. Wchodzimy do głowy bohaterów stworzonych przez autora, z wyjątkiem Amy. Nie wiemy co myśli. Oceniamy ją tylko po tym co mówi i jak się zachowuje.[/spoiler] Ten rodzaj metafizyki mi pasił. Z kolei kiedy czytałam w opisie jak to Agent FBI Brad ratuje dziewczynkę coś mi nie grało. Autor stanął jednak na wysokości zadania i naprawdę przedstawił bardzo realnie brzmiącą historyjkę, którą byłam w stanie zaakceptować. To jedna z moich ulubionych postaci.

Byłabym zapomniała o jeszcze jednym podobieństwie. Obie bohaterki, zarówno Frances z Basionu jaki i Sara z Przejścia prowadzą pamiętniki w trakcie podróży. Cronin idzie nawet krok dalej. "Ciocia" sporządza po latach kroniki dla potomnych. To z nich dowiadujemy się, jak powstała osada w Kalifornii. W Przejściu brak jest uzasadnienia dla pamiętnika Sary, może w kolejnym tomie okaże się przydatny (Pamiętnik Frances spowodował przejście Harolda na ciemną stronę mocy).

Czy wznowienie Przejścia i wydanie Dwunastu ma coś wspólnego z ukończeniem trzeciej części trylogii przez autora? I co się dzieje z kupionymi prawa autorskimi do filmu?

II część trylogii Dwunastu już w Polsce – 02-04-2014r.

Obrazek

Dziewięćdziesiąty siódmy rok po wybuchu epidemii. Wojska ekspedycyjne Republiki Teksasu od kilku lat bezskutecznie polują na Dwunastu – grupę skazańców zarażonych wirusem podczas projektu „Noe”. Po przechwyceniu sygnału jednego z nich, Martineza w jaskiniach rezerwatu Carlsbad, porucznicy Peter Jaxon i Alicia Donadio przeprowadzają nieudaną próbę jego likwidacji.
Rozczarowane Dowództwo odwołuje operację, wysyłając Petera na Szlak Naftowy w celu ochrony konwojów z ropą. W rafinerii Freeport Peter spotyka dawnego przyjaciela, Michaela – który razem z nim opuścił Pierwszą Kolonię – oraz jego dziewczynę Lorę. Kilka dni później ochraniana przez nich kolumna cystern z paliwem zostaje zatrzymana przez nieznaną kobietę, a następnie zaatakowana przez oddział ludzi i wiroli. Po powrocie do bazy w Kerville Peter dowiaduje się, że Tifty Lamont, były oficer wojsk ekspedycyjnych, obecnie poszukiwany szef gangu, widział ją wiele lat temu podczas Masakry na Polu, gdy zabito i porwano wielu ludzi. Ostatnie wydarzenia na Szlaku Naftowym łączą się z innymi atakami na kolonie i bazy wojskowe, między innymi na bazę w Roswell, kiedy zaginęła bez wieści siostra Michaela, Sara.

III część zapowiadana jest przez autora na 2014r. The City of Mirrors.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2949
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Piąta fala
Autor: Rick Yancey

Tłumaczenie: Marcin Wróbel
Tytuł oryginału: The 5th Wave
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 14 sierpnia 2013
ISBN: 9788375150902
Liczba stron: 512

Opis:

Czy ludzkość jest w stanie stawić czoła inwazji obcej cywilizacji tysiąckrotnie bardziej zaawansowanej niż nasza?
Nie.

Wystarczyły cztery fale kosmicznej inwazji, by z siedmiu miliardów ludzi ocalała zaledwie garstka. Rozrzuceni w różnych miejscach okupowanej planety walczą o przetrwanie. Od wymarłych miasteczek, przez płonące metropolie, po obozy uchodźców i tajne bazy wojskowe - każdy z bohaterów powieści Yanceya próbuje przetrwać i zrozumieć, co się stało i kim są kosmici, który postanowili wymordować całą ludzkość.

Pierwszy tom doskonałej sagi Ricka Yanceya przywodzi na myśl dokonania klasyków literatury i kina science fiction, ale prezentuje całkowicie świeży i nowy obraz kosmicznego konfliktu.

Komentarz:

Przez pewien czas byłam pewna, że „Piąta fala” Ricka Yanceya należy do erotyków (okładce się nie przyjrzałam, nie mówiąc już o przeczytaniu opisu, czego swoją drogą nie zrobiłam aż do teraz). Potem gdzieś mi mignęło, iż jest to postapo, a to już mnie zainteresowało, więc gdy tylko wypatrzyłam ten tytuł w bibliotece, nie wahałam się go zamówić.

I cóż my tu mamy? Obcy dokonują inwazji na Ziemię, organizują kolejne ataki, nazywane falami, z których każda jeszcze bardziej przetrzebia ludzkość. Na pierwszych stronach trafiamy na główną bohaterkę, szesnastoletnią Cassie, której udało się przetrwać cztery poprzednie fale i teraz postanawia wypełnić obietnicę, złożoną jej małemu braciszkowi, który jakiś czas wcześniej został od niej odłączony przez żołnierzy, zbierających wśród ocalałych dzieci, tylko dzieci. Historię, a także realia wymyślone przez autora, poznajemy też z kilku innych punktów widzenia – część opowiada rekrut w ocalałej armii zwany Zombie, część mały braciszek Cassie, a część łowca pracujący dla Przybyszów.

Pomimo tych licznych punktów widzenia nie tak łatwo jest odkryć, kto jest kim i kto jest tu tak naprawdę wrogiem – części łatwo się domyśleć, ale na pewno nie całości, ponieważ za każdym razem, gdy decydowałam się na jakąś opcję, pojawiały się wątpliwości i myśl „ale druga opcja jest tak samo możliwa”. W zasadzie nie da się tu być czegoś pewnym, ponieważ zaraz pojawia się myśl, że niekoniecznie, że jest inna możliwość – to nie jest sytuacja, gdy wiadomo z góry co, kto i jak. Oczywiście są inne kwestie, w których z powodzeniem można bawić w jasnowidza. Tak czy siak bardzo podobała mi się ta niepewność i fakt, że nie mogłam z całą pewnością opowiedzieć się za którąś z opcji – dzięki temu powieść mnie wciągnęła; czytałam, by dowiedzieć się więcej i zobaczyć, którą wersję wybrał autor. A warto wspomnieć, że fakt, iż autor jest mężczyzną dodatkowo z początku utrudnił sprawę przewidywań, ponieważ – nie ma co ukrywać – mężczyźni piszą inaczej niż większość kobiet, co szczególnie widać w młodzieżówkach, więc spodziewałam się innej drogi, a jednocześnie zastanawiałam się, czy Rick Yancey nie pójdzie utartą ścieżką. Co do przynależności tej książki do wspominanego gatunku też miałam lekki problem, a to dlatego, że młodzieżówka (choć zdarzają się wyjątki, szczególnie niefantastyczne) jest dla mnie określeniem dość pejoratywnym, które od razu przywodzi na myśl pewne cechy, które powinna taka książka spełniać, a „Piąta fala” nie do końca odpowiada temu wzorcowi. Jeśli jednak brać pod uwagę tylko, że jest to powieść przeznaczona dla młodzieży z nastoletnimi bohaterami, to tak – jest to młodzieżówka.

Bohaterowie natomiast… Cóż, nie jest to na pewno niesamowita kreacja postaci – nie zapadają w pamięć, nie wyróżniają się „tym czymś”, ale też nie zlewają się z tłem i ze sobą. Są przeciętni, bez większej głębi, ale nie płytcy jak wyschnięta kałuża. Nie zyskują może oni mojej natychmiastowej sympatii, jak zdarza się to co niektórym, ale też nie czuję do nich niechęci, choć trzeba przyznać, że taka główna bohaterka potrafiła mnie zirytować. Nie była jednak całkowicie zła – można powiedzieć, że wahała się między tym, co mnie irytuje, a tym, co lubię. W zasadzie z tych samych powodów nie mogłam do końca określić tej powieści moją definicją młodzieżówki. Bo niby droga jest zbliżona, ale to nie jest to samo, za co chwała autorowi.

„Piąta fala” nie jest może niezwykłą powieścią, na jaką kreują ją co niektórzy, na pewno nie jest oryginalna, chociażby w wielu aspektach jest podobna do „Intruza”, niekiedy wydaje się, że nawet bardzo, a już na pewno nie jest oryginalna, biorąc pod uwagę postaci – ten typ przewija się w literaturze wciąż i wciąż. Mimo wszystko powieść ta nie jest też zła – czyta się ją szybko i przyjemnie, a sama historia nie nudzi ani nie męczy. Myślę, że jeśli ma się okazję, by po nią sięgnąć, warto, chociażby po to, by samemu wyrobić sobie opinię.

EDIT:
Warto może jeszcze o czymś wspomnieć - dla niektórych jest to bardzo istotne: w "Piątej fali" wszystkie istotne postaci mają mniej niż dwadzieścia lat, niektórzy nawet mniej niż dziesięć. To może odstraszyć, zwłaszcza, że zapowiada się kolejna książka o tym, jak dzieci ratują świat. Ale poczekamy, zobaczymy.
Ostatnio zmieniony 20 kwie 2014, 12:01 przez Sophie, łącznie zmieniany 1 raz.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Brudne ulice Nieba

Obrazek

Autor: Williams Tad
Wydawnictwo: Rebis
Ilość stron: 488
Data premiery: 04-03-2014

Opis z okładki:

Bobby Dolar to anioł, nie człowiek. Dosłownie. O grzechu wie jednak dużo − i to nie tylko z racji zawodu adwokata dusz zawieszonych między Niebem a Piekłem. Bobby zmaga się z paroma własnymi grzechami głównymi − pychą, gniewem, a nawet pożądaniem.
Nie za wszystkie jednak sam ponosi winę.

Nikomu nie może ufać − ani swoim niebiańskim przełożonym, ani kolegom aniołom na Ziemi… zwłaszcza jednemu smarkaczowi, którego Niebo wrzuciło w ich szeregi jako praktykanta i który zadaje zdecydowanie za dużo pytań. A już na pewno nie darzy zaufaniem pięknej do bólu hrabiny Zimnorękiej, tajemniczej demonicy, choć ona jedna zdaje się mówić mu prawdę.

Kiedy ku zaskoczeniu i Nieba, i Piekła dusze nowo zmarłych ludzi zaczynają znikać bez śladu, sprawy Bobby’ego D. błyskawicznie przybierają bardzo zły obrót − taki na miarę końca świata i Apokalipsy. Znalazłszy się jak w potrzasku między furią mocy piekielnych, niebezpieczną strategią jego własnej strony i potwornym nieumarłym mścicielem, który niczego nie pragnie goręcej niż urwać mu głowę i wyssać zeń duszę, Bobby będzie potrzebował pomocy wszystkich przyjaciół: w Niebie i na Ziemi, i wszędzie, gdzie tylko uda mu się ich znaleźć.

Moja opinia:

Ciężko pisać o książce, którą przeczytałam dwa tygodnie temu. Specjalnie na Pyrkon, żeby mieć pełny obraz twórczości autora, przed spotkaniem z pisarzem. A potem tyle się działo, że w ogóle zapomniałam o Brudnych ulicach nieba. To pierwsza część serii urban fantasy o Bobbym Dolarze. Nazwisko głównego bohatera pochodzi od jego anielskiego imienia Doloriela. W ogóle jak przeczytałam opis i zobaczyłam okładkę odniosłam wrażenie, że to młodzieżówka. Po przeczytaniu jednak zmieniłam zdanie, ale nie do końca. Aniołek egzystuje w ludzkiej powłoce, która ma już grubo po trzydziestce. Z młodzieżówką serię łączy język. Na początku było mi trudno się do niego przyzwyczaić. Miałam wrażenie, że anioły i diabły rozmawiają jakimś slangiem, jakby należeli do jakiegoś gangu. Kiedy jednak do tego przywykłam już nic mnie nie rozpraszało. Brudne ulice nieba to pozycja rozrywkowa. Nie ma tego rozmachu co Pamięć, smutek i cierń ani Inny świat, ale ma zalety swego gatunku, które bardzo lubię. Bohater ma zawsze coś wspólnego z nierealnym światem, w tym przypadku z niebem Miejsce akcji to miasto. Zostaje wplątany w aferę, która go nie dotyczy i zostaje głównym „podejrzanym”. Ktoś chce z niego zrobić chłopca do bicia za największą w ciągu paru ostatnich mileniów obsuwę miedzy Niebem a Piekłem. Ściga go „prastara istota” – ghall, aby przeżyć musi rozwiązać zagadkę. I oczywiście – obsuwa ma drugie dno, a kto jest prawdziwym przyjacielem okazuje się dopiero na końcu.
A teraz trochę o tym co robią anioły na ziemi. Bawią się nie tylko w aniołów stróżów, ale i adwokatów, a także walczą z diabelskim terroryzmem. Bobby jest akurat adwokatem, choć kiedyś należał do bojowników Harfy. Kiedy człowiek umiera trafia do Zewnętrza, świata pomiędzy. Na miejsce docierają: jego dwaj stróże, jeden diabelski (oskarżyciel posiłkowy – moje własne nazewnictwo) oraz drugi anielski (obrońca posiłkowy), przedstawiciel nieba (adwokat) i piekła (prokurator) oraz sędzia. I następuje „walka” o duszę. Na końcu sędzia wydaje wyrok: piekło, niebo czy czyściec, a jak czyściec to na ile lat. Akcja właśnie zaczyna się w takim momencie. Brak tylko głównego zainteresowanego czyli duszy. Afera w jaką wplątuje się Dolar to właśnie ginące dusze. Niebo uważa, że to piekło znalazło sposób na porwanie dusz, a piekło, że to niebo im je podkrada. Kto ma rację?
Ta książka zburzyła poniekąd mój światopogląd. Takich aniołów, bez skrzydeł, bez mocy, przebywających na ziemi i zażywających ludzkich przyjemności to ja jeszcze „nie widziałam”. Niełatwo jest je spostrzec kiedy pracują. Istnieją, bo maja prawdziwe ciała, ale jeśli nie chcą być widziani przez ludzi to nie są. Mają swoje rewiry, bary i znajomków. Dla mnie jest to powiew świeżości w gatunku, ale przecież nie przeczytałam wszystkiego co napisano, więc oceniam tylko z mojej perspektywy. Diabły Miszczuk Bereniki miały klucz żeby poruszać się miedzy światami. Anioły i diabły mają coś innego. Kiedy ich użyją pojawia się pionowa, lekko połyskująca i drżąca linia w powietrzu. Oficjalny termin to portal, ale aniołowi mówią na to zamek błyskawiczny. Wytwarzają go sami kiedy trzeba, choć sami nie wiedza jak. Grunt, że działają.

II część już wkrótce (27.05.2014) – Szczęśliwa godzina w piekle. Kocham Rebis za to, że jak wydaje jakiegoś autora to od początku do końca.

Obrazek
Ostatnio zmieniony 17 cze 2014, 06:04 przez hlukaszuk, łącznie zmieniany 1 raz.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Oksa
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 1824
Rejestracja: 07 lut 2010, 14:34

Post autor: Oksa »

Obrazek

N.K. Jemisin - Sto tysięcy królestw

Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Wydanie polskie: 12/2011
Tytuł oryginalny: The Hundred Thousand Kingdoms
Liczba stron: 450

Opis:Samotna młoda kobieta musi stawić czoła intrygom, namiętności i zdradzie, jakich zazna w Stu Tysiącach Królestw.

Yeine Darr jest wyrzutkiem z barbarzyńskiej północy. Gdy w tajemniczych okolicznościach ginie jej matka, dziewczyna zostaje wezwana do królewskiego miasta Sky. Gdy przybywa na miejsce, ku jej wielkiemu zaskoczeniu zostaje ogłoszona spadkobierczynią samego króla. Jednak droga do tronu Stu Tysięcy Królestw nie jest łatwa, a Yeine odkrywa, że właśnie trafiła w sam środek krwawej i okrutnej walki o władzę.

„Sto Tysięcy Królestw” to jeden z najlepszych debiutów fantasy ostatnich lat. Powieść była nominowana do wszystkich najbardziej prestiżowych nagród fantasy w kategorii najlepsza powieść roku. Arcydzieło fantasy, którego nie można przegapić!


Moja opinia: O matko i córko, kto tworzy te opisy do książek!? Z tym arcydziełem to już jakiś śmiech na sali. Nie to żebym uważała, że ta książka to gniot, ale, serio, arcydzieło? Gdybym miała określić tę powieść jednym słowem, byłoby to: meh. Najgorszym moim zarzutem wobec niej to niemal całkowity brak zaangażowania emocjonalnego z mojej strony. Nie poczułam więzi ani z tym światem, ani z żadnym bohaterów, ani ze stylem autorki. Zaczęło się tak tajemniczo, że naprawdę poczułam się zainteresowana i szczerze żałowałam, że wydawca nie pokusił się o wydanie kontynuacji. Wciągałam się jednak w lekturę coraz głębiej i głębiej, i kurka, nic! Niby coś się działo, ale wielkiego napięcia nie odczułam ani razu (a, przepraszam, końcówka mnie zaciekawiła i rzeczywiście czytałam wtedy bardzo szybko), niby takie wstrząsające rzeczy, wariaci, psychopaci, przemoc, wykorzystywanie seksualne, śmiertelny kochanek - zero emocji. W pewnym momencie to już się zaczęło robić trochę nudne i chciałam już tylko dokończyć tę książkę.

Bogowie byli akurat przedstawieni dość ciekawie. Głównie dlatego, że pomimo ich często ludzkiego zachowania (co tłumaczyli tym, że to ludzie zostali stworzeni na ich podobieństwo) mieli bardzo oderwane od naszego podejście do świata, życia, relacji pomiędzy sobą. W całej koncepcji coś mi jednak zgrzyta, ale nie potrafię uchwycić tego, co to jest. A może wynika to z tego, że zwyczajnie jestem leniwa i nie chce mi się więcej już nad tą książką męczyć szarych komórek. :-P

Sama fabuła niczego sobie, trochę przewidywalna, wątek ze śmiercią matki Yeine w ogóle nie zaskakujący, ale żeby obsypywać niewiadomo jaką ilością nagród (jak wynika z informacji na okładce) to chyba nie teges. Zaczęło się interesująco, bohaterka odważnie szukała nowych sojuszników oraz interesowała się przydzielonymi jej terenami, ale to szybko poszło w kąt i później to już się raczej miotała w to i wewte, czekając na nieuniknione. Te "namiętności" z opis to też mogła sobie autorka darować, bo ewidentnie budowanie romantycznych relacji jej nie wychodzi. Nie było to takie złe, po prostu nie wnosiło żadnego emocjonalnego fikołka.

Styl autorki jest, trzeba to powiedzieć, wzniosły. A dokładniej jest naszpikowany masą kwiecistych metafor i porównań, które po pewnym czasie już mnie irytowały. Nie można czegoś opisać wprost i krócej, tylko non stop te masowe eleganckie epitety. W Trylogii Kusziela też mamy do czynienia z takim poetyckim świergotaniem, ale u Jemisin mi to zwyczajnie nie podchodzi.

Całe szczęście, że kolejne tomy są o innych głównych bohaterach i każda z nich tworzy zamkniętą całość, bo chyba się nie skuszę na kontynuację. Strasznie trudno jest mi ocenić tę książkę, bo była naprawdę porządna, ale z drugiej strony po jej przeczytaniu czuję totalną obojętność w stosunku do dalszych losów bohaterów trylogii. Można przeczytać, wielu osobom się podobało, mi nawet też, bo szybko ją skończyłam, ale wiem także, że szybko o niej zapomnę.
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Przenajświętsza Rzeczpospolita

Obrazek
Autor: Jacek Piekara
Wydawca: Fabryka słów
Rok wydania:2006
Ilość stron: 430

Opis z okładki:

Polska za lat trzydzieści — całkowicie zdewastowane państwo rządzone przez skorumpowanych i zdegenerowanych polityków sterowanych przez mafie, koterie, zagraniczne koncerny oraz wrogie służby specjalne. Kraj pogrążony w wiecznych oparach kwaśnych deszczów. Śląsk zamieniony w jeden wielki obóz koncentracyjny. Wszechwładnie panujący religijny fanatyzm. Doświadczenia medyczne na ludziach, handel żywym towarem, epidemie nieuleczalnych chorób, nieustająca propaganda sukcesu. Autor tak mówi o swojej powieści: "wyobraźcie sobie sojusz osobników pokroju Rydzyka, Millera i Michnika i co z tego sojuszu wyewoluowałoby za lat -dzieści. Fanatyzm religijny połączony z totalną degeneracją państwa i jego urzędników, a wszystko w fałszywie moralizatorskim, ideologicznym sosie, mającym zakłamać każdy aspekt życia".

Fabuła Przenajświętszej Rzeczpospolitej rozpoczyna się w przełomowym dla zrujnowanego państwa momencie: pod uschniętymi lasami Suwalszczyzny geologowie odkrywają pokłady ropy naftowej. Porównywalne z zasobami arabskimi. Rozpoczyna się Wielka Gra, w której nie będzie litości dla pokonanych, a stawką jest istnienie całego państwa. Jednak czytelnik śledzić będzie nie tylko losy znanych polityków, dostojników kościoła, czy agentów wywiadu. Bohaterami są również zwykli ludzie: sprostytuowany pisarz, poeta zesłany do obozu koncentracyjnego, drobny urzędnik marzący o wielkiej karierze. W oparach nieustającej orgii alkoholowo-narkotyczno-seksualnej każdy próbuje wyszarpać dla siebie chociaż odrobinę władzy…

Moja opinia:

Kiedy już wsiąkłam w świat Mordiego postanowiłam spróbować czegoś innego Piekary. Mój wybór padł na Przenajświętszą Rzeczypospolitą. Zaintrygował mnie opis. Książka inna niż wszystkie. Może trochę przypomina klimat Wędrowicza, ale to nie ta skala. Tu mamy środowisko obejmujące zasięgiem całą Polskę. Ponadto jest to w pewnym sensie historia alternatywna, ale osadzona w przyszłości. Przypomina mi czasem świat Orwella. Książka opatrzona jest wpisem.
„Poniższa powieść jest fikcją literacką, z żadne z przedstawionych postaci i sytuacji nie odnoszą się do postaci i sytuacji rzeczywistych. Prezentowane przez autora poglądy nie są poglądami wydawnictwa oraz jego pracowników.”
Co musi znaleźć się w książce, żeby została opatrzona takim wpisem? Polska upodlona, brutalna, wulgarna, a przede wszystkim nie dla każdego. Jeśli ktoś jest hipokrytą, albo nie umie śmiać się z przywar Polaka, nie powinien czytać tej książki. A może powinien… może otworzą mu się klapki na oczach i przestanie powtarzać mantrę jaka to Polska była kiedyś piękna i bogata, od morza do morza, jaką to mieliśmy stocznię i walutę, że „Pomorze Zachodnie w końcu wróciło do Korony” i to, że reszta świata powinna uczyć się polskiego, a nie na odwrót. Ciut nie kibice. Wygrali nasi, przegrali oni. Piekara kreśli kilka przerysowanych postaci. Część z nich jest drugoplanowa, a część stanowi główny nurt fabuły. Ich imiona, nazwiska i funkcje jakie pełnią w społeczeństwie nie są przypadkowe. To właśnie tacy ludzie kreują polską rzeczywistość. Są to poseł (Arnold Lepki, zwany Szybkospustem) i senator (Kardupell), czyli dwie niezłe szuje, następnie świeżo awansowany, ambitny urzędniczyna przykościelny, nie lepszy niż tamci dwaj (Amalryk Dymała). Ponadto kardynał-ateista (Anastazy Pastuch), prymas Przenajświętszej Rzeczypospolitej (Antoni Jebaka), pechowy poeta (Atlas Symbol) oraz nawrócony naczelny grafoman systemu (Konrad Piotr). Piekara bawi się popkulturą i to nie tylko polską. Mocne teksy, wyzierający ze wszystkiego cynizm i czarny humor dostarczają wielu wrażeń. Książka warta polecenia, ale jak zaznaczyłam na wstępie nie dla wszystkich. Wielu poczuje się oburzonych, że autor w żywe oczy drwi ze zbyt poważnych rzeczy (w ich mniemaniu). Ale ci którzy spotkali się w życiu z podobnymi sytuacjami wcale tak nie będą uważać, bo wiedzą, że tak bywa.

Po napisaniu tegoż posta postanowiłam zapoznać się z recenzjami innych. I okazało się, że miałam rację. Nikt nie przeszedł obojętnie, albo byli zachwyceni albo oburzeni. A oburzeni w ogóle nie zrozumieli wątku z odkryciem ropy na Suwalszczyźnie, dowodząc, że to niemożliwe. Ależ oczywiście, bo to nie ważne o jaką część kraju by chodziło i co by tam odkryto. Mogłaby to być i kopalnia diamentów, bo to nie jest ważne. Ważne jest zachowanie ludzi, co mogą ugrać i jak wykorzystać "produkt" na światowym rynku. Który raz już sprzedać Polskę i Polaków. To właśnie Ci co nie rozumieją wątku będą oburzeni książką, bo przecież to oni są prawdziwymi Polakami, rzecz święte są święte i już. Niech sobie będą tymi Polakami dalej, krzyżyk na drogę.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Player one

Obrazek

Autor: Cline Ernest
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 415
Rok wydania: 2012

Opis z okładki:

Bestseller „New York Timesa”

Najlepsza powieść science fiction według Amazonu 2011

Numer 1 największej amerykańskiej sieci księgarskiej Barnes & Noble 2011 w kategorii SF

Numer 2 (tuż po Stephenie Kingu) największego portalu czytelniczego Goodreads

Prawa do wydania kupiły największe wydawnictwa w 20 krajach za sześciocyfrowe sumy

Wytwórnia Warner Bros kupiła prawa do ekranizacji – po zażartej aukcji

Rok 2044. Kryzys zmienił największe mocarstwa w kraje Trzeciego Świata. W Ameryce ludzie głodują i zamarzają na ulicach miast - osiedli slumsów i przyczep kampingowych.

Jak większość ludzkości osiemnastoletni Wade ucieka od rzeczywistości i cały wolny czas spędza w OASIS, globalnym wirtualnym świecie, w którym każdy może być tym, kim chce. To internet nowej generacji, wszechobecna symulacja, gdzie można robić wszystko - żyć, uczyć się, bawić i kochać.

I jak większość ludzkości Wade marzy, że to właśnie on znajdzie niezwykłą szansę na zmianę, klucz do kolosalnej fortuny i absolutnej władzy ukryty w tym wirtualnym świecie przez twórcę OASIS, ekscentrycznego geniusza-multimiliardera Jamesa Hallidaya.

Przez pięć lat miliony ludzi bezowocnie próbowały go złamać, by zdobyć nagrodę, wiedząc tylko tyle, że zagadki Hallidaya odnoszą się do popkultury, którą uwielbiał – końca XX wieku. I przez lata miliony odkrywały podczas tych poszukiwań nowe znaczenie ucieczki od rzeczywistości i pogoni za szczęściem, obsesyjnie studiując ikony Hallidaya - enigmatyczne wskazówki, których nie odczyta nikt, kto nie jest maniakiem gier, filmów i muzyki z lat 80.

Nagle Wade odkrywa pierwszą zagadkę...

Cały świat patrzy, tysiące przyłączają się do polowania – wśród nich potężni wirtualni gracze gotowi popełnić bardzo realne morderstwo, by przeszkodzić Wade’owi . Teraz Wade może zrobić tylko jedno, żeby przeżyć – wygrać. Ale żeby wygrać, musi porzucić doskonały wirtualny świat i stanąć twarzą w twarz z życiem i z miłością – w realu, z którego tak rozpaczliwie chciał uciec.

Stawką jest świat.

Celem - najwyższa nagroda.
Jesteś gotowy?

Moja opinia:

Kiedy widzę bestseller na okładce to mi się niedobrze robi, bo przeważnie książka okazuje się niezjadliwa. Niestety w bibliotece nie było większego wyboru, a pozostały opis z okładki wydał mi się interesujący, pomimo tego, że wiek bohatera wskazywał, że to młodzieżówka. Fabuła skojarzyła mi się z Innym Światem Teda Wiliamsa, który mnie urzekł. Niestety do geniuszu Wiliamsa Clientowi daleko, pomimo tego akcja wciągnęła mnie na tyle, że były takie momenty od których nie byłam w stanie się oderwać. Fabuła oparta jest grach, filmach i serialach z lat 80-tych. Kultowe filmy, seriale i książki z tamtych lat są mi przeważnie znane, gry już niestety nie. Dlatego, w niektórych momentach nie rozumiałam kontekstu, ale nie przeszkadzało mi to w zrozumieniu tekstu. Osią przewodnią książki jest nagroda, jaką ma otrzymać osoba, który odnajdzie jajo pokonując po drodze przeszkody i znajdując artefakty pozostawione przez twórcę OASIS. Jim Halliday zawsze chciał, żeby wszyscy podzielali jego obsesje, uwielbiali to samo co on. Konkurs to jego sposób, żeby dać całemu światu motywację do czegoś takiego. Konkurencja jest ogromna. Gra idzie o miliardy. Bierze w tym udział nawet korporacja, która nie cofnie się nawet przed morderstwem. W zasadzie gdy się głębiej zastanowić nad fabułą to nie ma w niej nic nadzwyczajnego. To co zwykle: ostrzeżenie, że nic nie zastąpi realu, że w sieci nigdy nie wiadomo z kim się ma doczynienia. Z kolei forma przesłania jest przedstawiona w bardzo przystępny sposób, na przykładzie losów licealisty. Czym jest i czym było dla niego i wielu podobnym jemu dzieciom OASIS. Przyjemnym miejscem, dokąd każdy może uciec przed własnymi problemami, nie bacząc na powolny upadek cywilizacji. Bo to gigantycznej popularności OASIS przyczynił się właśnie trwający kryzys energetyczny. Niebotyczne ceny ropy sprawiły, że podróże samochodem czy samolotem stały się zbyt kosztowne dla przeciętego obywatela, więc OASIS stał się jedyną ucieczką, na jaką mogła pozwolić sobie większość ludzi. Kiedy skończyła się era taniej, nadmiarowej energii, bieda i niepokoje zaczęły się rozprzestrzeniać po całym świecie jak wirus. Z każdym dniem coraz więcej ludzi miało powody, by szukać pocieszenia w wirtualnej utopii. Wkrótce miliardy ludzi na całym świecie codziennie pracowały i grały w OASIS. Część z nich się spotykała, zakochiwała i pobierała, choć ich noga nigdy nie stanęła na tym samym kontynencie. Granica między prawdziwą tożsamością człowieka, a tożsamością jego avatara zaczęła się zacierać. Nastał początek nowej ery, w której większość rasy ludzkiej spędzała cały wolny czas wewnątrz gry komputerowej.

Czy polecam. Książkę fajnie się czytało, ale to nie ten typ, żeby jeszcze raz po to sięgnąć. Ze względu na wiek bohaterów młodzieżówka. Ze względu na elementy popkultury nie. Nie mam pojęcia jak nastolatkowie mieliby się odnaleźć w niuansach tej pozycji. Jest to raczej sentymentalna podróż w czasy młodości.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2949
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
@lma pisze:
Tytuł: Lament. Intryga Królowej Elfów
Autor: Maggie Stiefvater

Liczba stron: 320
Rok wydania: 2011 (w PL)
Oprawa: miękka
Wydawca: Illuminatio
Cena: 29,90 zł

Opis wydawcy:
Utalentowaną szesnastoletnią harfistkę, Deirdre Monghan, która regularnie grywa na konkursach i różnych imprezach, dręczy niepokojący rodzaj tremy przed publicznymi występami. Ataki strachu paraliżują ją do tego stopnia, że czas tuż przed występem spędza najczęściej w toalecie. Prawda, że to kiepski sposób na rozpoczęcie romansu? A jednak…
Kiedy Deirdre przed jednym z festiwali ponownie nie może opanować swego lęku, z pomocą przychodzi jej tajemniczy chłopak Luke Dillon. Niespodziewanie Luke proponuje jej występ na scenie w duecie razem z nim. Od tego momentu w życiu Deirdre zaczyna pojawiać się czterolistna koniczyna, a ona sama rozwija niezwykłe zdolności, o których wcześniej nie miała pojęcia. Spotyka też dziwacznych ludzi, którzy wydają się pochodzić s z innego świata.
Jej najlepszy przyjaciel James, jej ukochana babcia oraz mama są się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, ponieważ Deirdre znalazła się na celowniku królowej pewnej magicznej krainy. Okazuje się, że Luke został przez nią wynajęty, aby zabić Deirdre, ale zamiast tego zakochał się w niej bez pamięci.
A Deidre? Ta nieśmiała dziewczyna odkrywa w końcu, że jako jedna z niewielu ma dar widzenia mieszkańców tajemniczej krainy.
Ta piękna i niebanalna opowieść, będąca debiutem pisarskim autorki, oddaje wiernie obraz celtyckiej baśni, którą przedstawiono w uwspółcześnionej wersji.
(opinia @lmy znajduje się na 2 stronie tego tematu, jeśli ktoś jest ciekawy)

Mój komentarz:

To, że dokończyłam tę książkę, to prawdziwy cud. Niby długa nie jest, ale i tak strasznie trudno było się przez nią przebić, a to wszystko przez to, że w zasadzie nie ma ona zalet – może jedynie fakt, że zostały wykorzystane tu faerie, choć mnie osobiście i to jakoś nieszczególnie porwało. W każdym razie nawet gdyby były tu jakieś zalety, to i tak zostały one zmiażdżone przez ogromne wady.

Pierwszą, podstawową, jest to, iż "Lament" jest potwornie nudny, tu w zasadzie nic się nie dzieje; akcja nie była w stanie mnie nawet zaciekawić, nie mówiąc o wciągnięciu. Może gdyby tej monotonii towarzyszyli jacyś sensowni bohaterowie, nie byłoby tak źle, tyle że tych również tu zabrakło. Postacie były nudne, puste, papierowe, nie zapadające w pamięć, mdłe i po prostu głupie. Chociażby weźmy główną bohaterkę, Deirdre – typowa Mary Sue, czego się nie dotknie, kończy się powodzeniem, wszystko jej się udaje, nawet jeśli nigdy wcześniej tego nie próbowała; mało tego, ona jest w tym wybitna, robi wszystko bez najmniejszego błędu (np. wydaje jej się, że umie czytać w myślach (sądzi, że raz jej się przypadkowo udało to uczynić), więc przy pierwszej okazji to komuś proponuje i, o!, no proszę państwa, patrzcie, umie, bez żadnego szkolenia; na co komu ćwiczenie umiejętności i próby ich zrozumienia – Deirdre tego nie potrzebuje). Poza tym straszny z niej bachor, który sądzi, że umie się odszczeknąć, choć racji nie ma, a do tego "to takie nudne i głupie, że ludzie uważają, że jestem cudowna; a jestem zajebista i mam gigantyczny talent, ale to nieważne, bo i tak nie lubię tego, ale z drugiej strony lubię i w ogóle to męczy mnie to, że ludzie widzą tylko mój talent, a nie prawdziwą mnie, o, ja biedna. W ogóle to umiem komponować z marszu cudowne utwory i to bez szczególnych starań czy przygotowań, ot, tak siadam i gram arcydzieło. Jestem też oczywiście niezrozumiana przez rodzinę i ludzi z mojego otoczenia, nie pasuję tu i jestem odmieńcem." Reszta bohaterów nie była o wiele lepsza, raczej wszyscy znajdują się na tym samym, niskim, poziomie. Mamy też tutaj oczywiście romans, bo inaczej się nie da – rzecz jasna taki ni przypiął, ni przyłatał, tak znikąd i w ogóle bez sensu, mdło, nużąco, sztucznie. Zresztą większość działań postaci w tej powiastce jest bez sensu.

Przyznam, że z uwagą przeczytałam mniej więcej pierwsze sto stron, przy reszcie nie starałam się nawet skupić, chciałam jedynie wreszcie skończyć tę książkę – ale żeby nie było, wiem co się działo, a jedynie nie przywiązywałam do tego wagi, co jakiś czas omijając akapit, który kompletnie nic nie wnosił.

Krótko mówiąc, "Lament" to bardzo naiwna, słaba powiastka, która nie nadaje się nawet na coś do zrelaksowania, to zwykłe czytadło dla bardzo mało wymagających. Nie polecam, moim zdaniem nie warto się za to brać.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Seria: Ogień ludzkości

Ziarna ziemi tom 1

Obrazek

Autor: Michael Cobley
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 608
Rok wydania: 30 sierpnia 2013

Opis z okładki:

Pierwszy inteligentny gatunek, jaki napotkał ludzkość, zaatakował bez ostrzeżenia. Bezlitosny. Nieubłagany. Niepowstrzymany. Nie mając nadziei na powstrzymanie inwazji, Ziemia chwyciła się ostatniej deski ratunku, wysyłając trzy statki kolonizacyjne – ziarna Ziemi – w różne rejony galaktyki. Rodzaj ludzki miał przetrwać... w takim czy innym miejscu.
Sto pięćdziesiąt lat później na planecie Darien mieści się tętniąca życiem kolonia ludzka, utrzymująca przyjazne relacje z tubylczą rozumną rasą – uczonymi Uvovo. Lecz na lesistym księżycu Dariena pogrzebane są tajemnice. Tajemnice datujące się z czasów apokaliptycznej bitwy, jaka rozegrała się między starożytnymi rasami u zarania cywilizacji galaktycznej. Choć koloniści jeszcze o tym nie wiedzą, Darien wkrótce stanie się zarzewiem międzygalaktycznej walki o władzę, której prawdziwe stawki są dla nich niepojęte. A jakich wyborów dokonają Uvovo, gdy na jaw wyjdzie ich prawdziwa natura, zaś niebo pociemnieje od statków wroga?

Moja opinia:

Lubię science fiction, nie ważne jaki to podgatunek. Podoba mi się wszystko. Zaczynając od twardego s-f, a kończąc na postapo. Nie ważny jest podgatunek, a ciekawa historia, świat i bohaterowie. W opisie książki moją uwagę zwróciła rozumna rasa Uvovo i jej koegzystencja z ludźmi. Taki społeczno-obyczajowy temat zawsze mnie ekscytuje. Nie umiemy współżyć na ziemi jako rasy i narody, tym bardziej budzą moje zainteresowanie relacje jakie ktoś wymyślił pomiędzy różnymi gatunkami. Ponadto, odwieczne pytanie – czy jesteśmy sami w kosmosie?

Cobley zaczerpnął z klasyki s-f to co najlepsze. Z Avatara wziął Segranę – leśny ekosystem obdarzony świadomością i ludzi, którzy w to nie wierzą. Ze Scotta Orsona Carda ksenospecjalistykę i… poniekąd Ramię Olbrzyma, które tylko z pozoru jest niegroźne. A istoty zamieszkujące kosmos, ich polityka, hegemonizm, wygląd oraz odległe światy mają wiele wspólnego z serią Sniegowa - Ludzie jak bogowie. Z kolei z pojęciem transcendencji spotkałam się tylko w serialu Gwiezdne Wrota i jego pochodnych. Ale istoty, które mogły ją przechodzić zawsze budziły moją fascynację.

Cobley zaczął od klasycznego schematu. Obcy przeprowadzają inwazję na ziemię. Ludzkość przegrywa. Rodzi się plan wysłania trzech statków w kosmos, w nieznanych kierunkach, w celu przetrwania ludzkości. Jeden ze statków ląduje na planecie, która nadaje się do życia. Jej księżyc zamieszkuje rozumna, dwunożna rasa zwana Uvovo, koegzystująca z rozległym ekosystemem leśnym. Kiedyś przed tysiącleciami, większa część leśnej cywilizacji Uvovo zamieszkiwała Dariena, nazywanego przez nich Umarą, lecz jakaś nieznana katastrofa wyniszczyła populację planety, oszczędzając mieszkańców księżyca, którzy pozostali na nim uwięzieni, dopóki nie przybyli ludzie. Ludzie wraz z tubylcami prowadzą na planecie wykopaliska. Najwspanialszym i najbardziej tajemniczym jest świątynia położona na szczycie masywu. Ze względu na kształt została nazwana Ramieniem Olbrzyma. W legendach Uvovo istotne znaczenie ma wojna w niebiosach, nazywana przez nich Wojną Długiej Nocy. Wojna pomiędzy dwiema grupami transcendentycznych istot: Pozbawionymi Snów (Sztuczną Inteligencją) oraz Widmowymi Bogami (nieznana rasa), po których stronie walczyli Uvovo. Pod murami i fundamentami świątyni znajduje się brama do rusztowań wszechświata, źródło mocy, którego dawne temu użyto, by pokonać pierwszego wroga, przyczynę Wielkiego celu, Straszliwego adwersarza, zniszczonego wieki temu. Gdyby Pozbawieni Snów zdołali przejąć nad nim kontrolę, wszelkie myślące byty w tej galaktyce oraz poza nią zostały by przez nich zniewolone.
Wspólną cechą gatunków należących do ekosystemu Segrany jest posiadanie 6 form rozwojowych oraz to, iż niektóre podgatunki wykazują trój-, a nawet czteroetapowe cykle życia, przybierając z wiekiem odmienną postać fizyczną, a inne zaś nie. Rasa Uvovo również się przepoczwarza, dlatego jest fascynująca. Dzieli się na klady: Wojowników i Życzliwych. Mogą oni osiągać statusy Uczonych, Słuchaczy, Mistrzów Ścieżek. Ci ostatni są legendą. Długowieczni Mistrzowie Ścieżek byli trzecim upoczwarzeniem Uvovo, które osiągnąć mogli jedynie najmądrzejsi, najświatlejsi wśród Słuchaczy. Wojna Długiej Nocy zdziesiątkowała Uvovo i dużym stopniu zniszczyła starożytną siłę Segrany, bez której niemożliwe było przepoczwarzenie się po raz trzeci. Po odejściu Mistrzów Ścieżek ich historia zbladła i urosła do miana legendy. Wiedza Uvovo skurczyła się, do czasów aż pojawili się ludzie. Przybycie ich doprowadziło do wskrzeszenia zapomnianego, ale kluczowego rodzaju umiejętności wśród młodych Uczonych. Pojawił się nowy klad Rzemieślników. Dawniej, przed Wojną Długiej Nocy, w której zginęli, było ich dużo. Ich przedstawicielem jest Cheluvahar (zwany Chel). To na jego przykładzie autor pokazuje nam proces przepoczwarzenia się.
Rasa tubylców to nie jedyni bohaterowie Ziaren Ziemi. Są też przedstawiciele ludzi: Greg Cameron (archeolog), jego wuj oraz ambasador z Ziemi. To jednak nie oni przykuwają uwagę czytelnika. Dokonuje tego Catriona Macreadie. Jest nieudaną Ulepszoną. Jej zarodek pochodził z zamrażarek Hyperiona (jeden ze statków kolonizacyjnych) i został poddany manipulacjom genetycznym, by zwiększyć pojemność pamięci oraz możliwość świadomą, szczegółową kontrolę przepływu informacji. Wyrafinowane wyższe funkcje umożliwiły Ulepszonym wykorzystywanie własnej kory mózgowej jako programowalnego komputera. Mogli oni uruchamiać makra i testować własne i cudze teorie, a najlepszym udawało się naświetlać rozwiązania za pomocą własnych przebłysków intuicji. Jednakże Catriona jest dzieckiem z trzeciej, a zarazem ostatniej serii Ulepszonych. Ciąże te zostały donoszone przez matki zastępcze, kiedy na niedających się przewidzieć etapach rozwoju dzieci wciąż jeszcze pojawiały się anomalie. W wieku 15 lat zaczęła tracić zdolność samodzielnego inicjowania szlaków nerwowych, a później sieć połączeń już wytworzonych w jej głowie zaczęła ulegać desynchronizacji. Do czasu gdy Cat skończyła 17 lat, znalazła się daleko w tyle za rówieśnikami. Uważała się za nie lepsza od normalnego dziecka z doskonałą pamięcią.
O innych bohaterach nie wspomnę, ponieważ związani są oni z innymi planetami, o których dowiadujemy się dopiero z drugiej części (Ziarna ziemi podzielone są na kilka części, wątki przeplatające się miedzy sobą, dziejące w tym samy czasie w różnych częściach kosmosu). I wszystko co bym napisała zepsuło by komuś radość z czytania. A autor potrafi zaskakiwać, przeprowadzając wiele zwrotów akcji oraz potrafiąc tak zagmatwać obraz, że już nie wiadomo kto jest kim. Ponadto na finiszu dużym zaskoczeniem okazuje się postać ambasadora ziemi. Nigdy nie pomyślałam, że autor stworzy dla niego wątek pierwszoplanowy w drugim tomie, która nawiasem mówiąc jest już dostępny na rynku polskim.
Zachęcam wszystkich do przeczytania, to kawał dobrego s-f.

Osierocone światy – tom 2

Obrazek

Ilość stron: 592
Rok wydania: 28 lutego 2014

Opis z okładki:

Darien nie jest już zaginionym przyczółkiem ludzkości, lecz nagrodą w wewnątrzgalaktycznych walkach o władzę. Siły Hegemonii przejęły kontrolę nad planetą, podczas gdy Ziemia biernie obserwuje sytuację, bezsilna politycznie. Jednakże ambasador Ziemi wysłany na Dariena stanie się graczem w większym konflikcie, gdzie stawką jest coś więcej aniżeli granice wpływów na nowo odkrytym świecie.
Starożytna świątynia kryje dostęp do hiperprzestrzennego więzienia, w głębi którego czai się największe zagrożenie, z jakim rozumne życie kiedykolwiek musiało się zmierzyć. Tysiąclecia temu, po apokaliptycznych zmaganiach, zamknięto tam złowrogie inteligentne twory, a ich słudzy robią co mogą, aby doprowadzić do ich uwolnienia.

Teraz nadchodzi nowa wojna.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2949
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek
Tytuł: Nigdy i na zawsze
Autor: Ann Brashares

Tytuł oryginalny: My Name is Memory
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 2012
Tłumaczenie: Anna Gralak
Liczba stron: 352
Cena det.: 32,90 zł

Opis:
Żyję od ponad tysiąca lat. Umierałem niezliczoną ilość razy. Zapomniałem, ile dokładnie. Zakochałem się i moja miłość trwa nadal. Ciągle szukam swojej ukochanej. Ciągle ją pamiętam. Noszę w sobie nadzieję, że pewnego dnia ona też mnie sobie przypomni.
Magiczna opowieść o szansach, jakie otrzymujemy od losu, i o tym, że nie można odkładać życia na później. Historia miłości przekraczającej granice czasu. Książka, która przywraca wiarę w przeznaczenie, w to, że na każdego z nas gdzieś ktoś czeka.

Komentarz:
Sięgając po tę książkę, nie miałam najmniejszego pojęcia, o czym ona jest; po tytule mogłam się jedynie domyślać, że może zawierać wątek miłosny i być młodzieżówką. W swoich domysłach miałam rację – faktycznie jest to opowieść o dość trudnej i skomplikowanej, pełnej przeszkód miłości, a co do drugiego domysłu teoretycznie miałam rację, aczkolwiek nie był to ten typ, który przychodzi na myśl po usłyszeniu „młodzieżówka”. „Nigdy i na zawsze” niezaprzeczalnie ma coś w sobie, a jak ktoś jeszcze lubi miłosne historie, to już w ogóle powinien skakać z radości – książka ta głupia nie jest, zdecydowanie zawiera ciekawy pomysł na owy „problem”, który „dręczy” głównych bohaterów. Nie jest on może jakoś szczególnie oryginalny – ludzie dość często starają się w książkach przedstawić swój pomysł na los człowieka po śmierci, a ten konkretny jest nawet podstawą religii.[spoiler]Wydarzenia nie są jakoś szczególnie zaskakujące – wiadomo, że choć w danej chwili jest problematycznie i drogi bohaterów się rozeszły, to jednak w końcu się zejdą, ale szyki będzie im chciał popsuć stary wróg. Ostatecznie nie wyszło to może w takiej kolejności, ale się stało. Nic niesamowitego się nie pojawiło, żadnych nagłych zwrotów akcji, w które trudno by było uwierzyć; większość rzeczy raczej do przewidzenia.
Ciekawi mnie natomiast, co dalej z Danielem i Joaquimem – jak rozwiążą ten konflikt między nimi? I czy czytelnik się o tym dowie? Jakaś kontynuacja? Nie jest to może jakoś szczególnie frapująca mnie kwestia, ale chętnie bym się dowiedziała, jak to dalej się potoczy.[/spoiler]Cóż, nie jestem jakąś szczególną fanką opowieści skupiających się przede wszystkim na wątku miłosnym, zwłaszcza w tak, hmmmm, niemrawy? sposób. Mam na myśli to, że całą tę sytuację można by pewnie szybciej i sprawniej załatwić. Choć wtedy nie byłoby tak dramatycznie i część osób mogłaby nie czuć się usatysfakcjonowana, względnie autorka mogła nie mieć pomysłu, co począć ze swoimi postaciami. Bohaterowie też nie przyciągnęli mnie do siebie jakoś szczególnie, chociaż pomysł na Daniela i jego historia całkiem mnie zaciekawiły. W każdym razie chcę podkreślić, że jako czytelniczka, która niekoniecznie szaleje za opowieściami o miłości, mogę nie uznać jej za coś szczególnego, ale jeśli ktoś lubi taką tematykę – problematyczna miłość, dramatyzm i tragedia jednostki – spokojnie może, a nawet powinien, sięgnąć po tę pozycję. Podobnie jeśli ktoś chce przeczytać coś przyjemnego, niekoniecznie szczególnie optymistycznego, ale łatwo przyswajalnego, lecz bez szczególnej głupoty.

Książka „Nigdy i na zawsze” z całą pewnością znajdzie swoich przeciwników, jak i zwolenników. Ja osobiście plasuję się gdzieś pomiędzy – nie jestem w stanie się nią ekscytować, ale też nie mogłabym stwierdzić, że mi się nie podobała (w końcu pochłonęłam ją w jeden dzień). Najlepiej przeczytać i samemu ocenić, czy było warto.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
Oksa
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 1824
Rejestracja: 07 lut 2010, 14:34

Post autor: Oksa »

O poprzednich częściach pisałam tutaj http://forum.fan-dom.pl/viewtopic.php?p=35905#35905

Obrazek
Shimmer
Paula Weston

Opis:

[spoiler]Gaby thought her life couldn’t get more complicated.

She’s almost used to the idea that she’s not the nineteen-year-old backpacker she thought she was. She can just about cope with being one of the Rephaim – a 140-year-old half-angel – whose memories have been stolen. She’s even coming to grips with the fact that Jude, the brother she’s mourned for a year, didn’t die at all.

But now Rafa—sexy, infuriating Rafa—is being held, and hurt, by Gatekeeper demons. And Gaby has to get the bitterly divided Rephaim to work together, or Rafa has no chance at all.

It’s a race against time – and history. And it may already be too late.[/spoiler]

Komentarz: Co ta kobieta ze mną robi... Czy szanowna autorka nie rozumie, że po takim cliffhangerze na końcu książki
[spoiler]naturalnie Gabe i Jude odzyskali pamięć, a jakże![/spoiler]
to mam ochotę włosy rwać i pisać bardzo niepochlebne opinie?

Ale że cała seria bardzo mocno mnie wciągnęła, to nie mam serca pisać takiej nieprawdy :-P Nie będę się zbyt szczegółowo zagłębiać w spoilery, odkrycia i moje przypuszczenia, bo jest tego za dużo. Nikt tu tego nie czytał, więc może kiedyś, jeśli będzie z kim dyskutować, to się podzielę głębiej moimi bolączkami :-)

Uwielbiam bohaterów tej książki, nawet tych, których nie cierpię. Już o tym pisałam, ale muszą to powtórzyć, bo w trzeciej części poznajemy jeszcze lepiej wszystkie postacie, nie tylko te pierwszoplanowe (jak przeszłość Gabe, gdy była z bratem i Rafą). I to jest właśnie wspaniałe. Na temat niektórych osób całkowicie zmieniłam zdanie, inne wciąż sprawiają mi kłopot ze względu na swoją niejednoznaczność, resztę poznałam po prostu lepiej i z radością odkryłam, że ich lubię. Bo nie są papierowi, bo każdy z nich jest elementem całości oraz aktywnie uczestniczy w przebiegu całej tej historii.

Sporo rzeczy wychodzi w tej części na jaw, ale mnie najbardziej cieszyło stopniowe poznawanie przeszłości Gabe i jej najbliższych oraz ich wzajemnych interakcji sprzed wydarzeń opisanych w "Shadows". Naprawdę starałam się delektować tą książką i powoli przechodzić przez kolejne strony, ale kurde nie dało się. Pochłonęłam ją na raz, a opowieść o Rephaim ponownie wessała mnie na maksa. I tak jak przy skończeniu 2 części mam kaca książkowego, czytam jeszcze raz poprzednie tomy, żeby nie oddalać się zbyt szybko od tego świata.

Wpadłam po uszy, po prostu wpadłam. Emocjonalnie jestem już związana z tymi ludźmi i nieludźmi, czekam z utęsknieniem na następny tom, bredzę, piszę nie po kolei i brzmię zapewne jak osoba z zaburzeniami. :mrgreen:
Ostatnio zmieniony 23 lip 2014, 20:28 przez Oksa, łącznie zmieniany 1 raz.
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Seria: Time Riders

Auror: Scarrow Alex
Wydawnictwo: Zielona sowa

I tom: Jeźdźcy w czasie
Data premiery: 15-03-2013
Obrazek

Opis z okładki

Liam O’Connor powinien zginąć na morzu w 1912 roku. Maddy Carter powinna umrzeć w katastrofie lotniczej w 2010 roku. Sal Vikram powinien zginąć w pożarze w 2029 roku.
Jednak na chwilę przed wydaniem ostatniego tchnienia pojawił się przed nimi ten sam tajemniczy mężczyzna, który wypowiadał zawsze te same słowa: „Złap mnie za rękę…”
Jednak Liam, Maddy i Sal nie zostali ocaleni. Zostali zwerbowani do tajnej organizacji, o której istnieniu nikt nie wie. Teraz mają tylko jeden cel – naprawiać historię ludzkości. Dlaczego? Ponieważ podróże w czasie istnieją, i jest wielu takich, którzy cofają się w czasie aby zmienić bieg historii. Dlatego powstała tajna organizacja Time Riders – aby powstrzymać tych, którzy podróżują w czasie, przed zniszczeniem świata.

II tom: Czas drapieżników
Data premiery: 26-04-2013
Obrazek

Opis z okładki

Kiedy Maddy przypadkowo otwiera okno czasowe w miejscu i czasie, w którym nie powinna, Liam zostaje uwięziony w odległej przeszłości, na terytorium zabójczego, i jak dotąd nieodkrytego, gatunku drapieżnika.

Czy Liam będzie w stanie skontaktować się z Maddy i Salem zanim krwiożerczy dinozaur nie rozerwie go na kawałki? I czy ratowanie własnej skóry nie wpłynie na historię tak mocno, aby zmienić znaną nam rzeczywistość?

III tom: Kod apokalipsy
Data premiery: 20-09-2013
Obrazek

Opis z okładki

W roku 1994 Adam Lewis – brytyjski hacker – odkrywa, że w pewnym zakodowanym manuskrypcie sprzed tysiąca lat wymienione jest jego nazwisko. Jak znalazło się tam… i dlaczego?

W roku 2001 Adam staje na drodze Jeźdźców w Czasie, którzy po tym spotkaniu odbywają podróż do roku 1193, w sam środek lasów Sherwood. Szukając odpowiedzi na dręczące wszystkich pytanie – jak nazwisko Lewisa znalazło się w tym dokumencie – spotykają tajemniczego, zakapturzonego mężczyznę… Okazuje się, że on także szuka owego manuskryptu… Jakie niebezpieczeństwo dla przyszłości niesie tajemnicza wiadomość z przeszłości.

Moja opinia:

Sięgnęłam po tą serię, bo pierwsze trzy tomy ładnie stały na półce w bibliotece. I myślałam, że to trylogia, a 3 tom Kod Apokalipsy ładnie zwieńczy dzieło. Cóż myliłam się, ale zacznijmy od początku.

Kiedy się głębiej zastanowię, to jakoś nie mogę sobie przypomnieć książki o podróżach w czasie. Za to przychodzi mi na myśl cała masa filmów, które lubię. Szablon jest identyczny. Ktoś chce zmienić przyszłość poprzez udanie się w przeszłość. Istnieje grupa, która próbuje do tego nie dopuścić. Nie może zmienić biegu wydarzeń, ale może naprawić to co zepsute. Jeśli tego nie zrobi stanie się coś strasznego. Nie wie co, ale naprawia.
Bardzo ciężko jest w takich historiach trzymać się narzuconych ram związanych z teoriami podróży w czasie. Jednak w wielu powtarza się tzw. pętla czasu (jak w filmie o tym samym tytule). To, że zmiana przeszłości zmieni przyszłość jest zrozumiałe. Chodzi o to, że sam zamiar naprawy czasu przez jeźdźców wywołuje w przeszłości, a tym samym przyszłości o wiele większe konsekwencje niż ingerencja przez nieupoważnione osoby. Jakby gdzieś w podświadomości czasu sam zamiar naprawienia czasu zmieniał bieg historii. Nigdy nie mogłam tego zrozumieć. W Serii Time Riders też występują.
[spoiler] I część: Po pierwszej fali w 2001r. historia sprzed roku 1956 została wymazana, a przecież dopiero podróż w czasie Liama (poskręcane ciało żołnierzy niemieckich) spowodowało to, iż Fuhrer wpadł na pomysł wymazania historii, a później bomby.
II część: Gdyby nie otwarcie okna w Instytucie badań punktu zerowego, nie było by eksplozji, a tym samym czasu drapieżników[/spoiler]

Ponadto jak to z młodzieżówkami bywa bohaterami jest młodzież, w tym 13-sto latka. Dlaczego oni? Temat jest zbywany, a wyjaśnienia niesatysfakcjonujące. Do profilu pasuje najbardziej Sal. Mandy jeszcze ujdzie, ale takich jak ona jest wielu. Liama mógłby zastąpić każdy. Wolę więc myśleć, że to wielka tajemnica, że ich też dopadła pętla czasu, że robią to w kółko, bo czyż [spoiler]Liam nie jest Fosterem, a Foster Liamem. Czy kiedy się zestarzeje tajemnica w końcu się wyjaśni?[/spoiler]

Oprócz młodocianych bohaterów (nie przepadam, całe szczęście są wyjątki) seria ma jeszcze wiele niedociągnięć fabularnych. Ledwie udaje się wygenerować energię z generatora, żeby po pół roku Liam z Bobem mogli wrócić z Waszyngtonu 1957r. do New York 2001 (niby szczyt możliwości), a zaraz potem mogą się udać do o wiele dalej położonych Niemiec, w czasie 1941r. i w przestrzeni. Po prostu leżaki. Mandy nie powiedziała Sal o mutantach, a w II tomie dziewczynka raptem o nich wie. Dlaczego muszą zanurzać się w lodowatej wodzie? Nie mogą nalać ciepłej? Przecież myją się w ciepłej. Grupa pozbywa się obumarłych klonów, od mieszczących się na dłoni po ciało 9-cio latka, wrzucając ich do rzeki. A ponoć nie można ingerować w przeszłość! Podróże w czasie mają to do siebie, że język epoki i zachowania bohaterów powinny być do tego dostosowane. Rażą takie rzecz jak tekst Liama, który żył w 1912 r. i mówi w 1906r. do obcej osoby (bankiera), że jego siostra (panienka z dobrego domu) jest silna jak wół. Podoba mi się wykorzystanie tematu inżynierii genetycznej, ale szczytem naiwności jest, żeby samoklejącą taśmą (rozumiem, że przy jej pomocy Amerykę zbudowano :mrgreen: ) owijać miejsce gdzie rurka styka się z zarodkiem. Ponadto czy w 4 dni da się wyhodować klona? Przecież to masa tkanki. Jakoś te 4 dni do mnie nie przemawiają, da się to jednak przełknąć, ale tego, że Superklon Beki potyka się na nierównej ziemi – toż to kpina z super mocy klonów. Zastanawiające jest też to, co może wiedzieć o wyjazdach integracyjnych pochodzący z 1912r. Liam? ;-) Nie byłam w stanie wszystkiego spamiętać, ale takich nielogiczności jest cała masa.

Podsumowując. I i II część mi się nie podobała. Znaczy czytało się szybko, przygody były wciągające, ale czegoś mi zabrakło. Jakiegoś dalekiego celu, czegoś do czego to zmierza. Trzecia część to zmieniła. Myślałam, że przeczytam zakończenie historii, poznam odpowiedzi na wszystkie pytania, a przede wszystkim na te jedno kluczowe. Dlaczego świat nie może wypaść z osi i co jest na końcu? Kod z czasów biblijnych, Pandora, Święty Graal, Manuskrypt, Robin Hood. Same smakołyki. Niestety – brak dostępu, za wcześnie. Na okładce znalazłam opis czwartego tomu i poczułam się jeszcze bardziej rozczarowana. Nie ma kontynuacji kodu apokalipsy, a całkiem nowa historia o wojnie secesyjnej, a potem imperium rzymskim. Jednotomowe historyjki, które nie ciągną wątku głównego: Agencji, Fostera, Innego wymiaru i Końca.


Kolejne tomy:

IV tom: Wieczna wojna
Data premiery: 28-03-2014
Obrazek

Opis z okładki

Przez świat przechodzi fala czasu, która zmienia całą historię wojny secesyjnej w Ameryce. Liam przenosi się do 1831 roku, ale kiedy wraca do przyszłości, okazuje się, że wraz z nim zjawia się tam… Abraham Lincoln. Teraz świat tkwi w niebezpiecznym stanie limbo.

Jeśli Jeźdźcy w Czasie nie zdołają przenieść Lincolna do przeszłości, wojna secesyjna nigdy się nie zakończy. Czy Maddy przekona dwóch pułkowników stojących po przeciwnych stronach ziemi niczyjej, by wstrzymali ogień wystarczająco długo, by ocalić przyszłość?


V tom: Wrota Rzymu
Data premiery: 30-05-2014
Obrazek

Opis z okładki

Projekt Exodus – misja polegająca na przeniesieniu 300 Amerykanów z 2070 roku do roku 54 n.e., aby zniszczyli Cesarstwo Rzymskie – zakończył się katastrofą. Połowa z nich dotarła na miejsce siedemnaście lat wcześniej, podczas panowania Kaliguli.
Liam udaje się w przeszłość, chcąc dowiedzieć się czegoś więcej. Kiedy jednak Maddy i Sal usiłują uciec przed brygadą wysłaną, by dopaść ich drużynę, wszyscy Jeźdźcy w Czasie zostają uwięzieni w starożytnym Rzymie.
Uzbrojony w wiedzę z przyszłości, Kaligula jest teraz silniejszy niż kiedykolwiek. Biuro terenowe pozostało bez opieki, a drużyna jest w wielkim niebezpieczeństwie – czy w takiej sytuacji Jeźdźcy w Czasie zdołają wrócić do 2001 roku i zawrócić historię na właściwy tor?
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2949
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek Obrazek
Tytuł: Dotyk Julii
Autor: Tahereh Mafi

Tytuł oryginału: Shatter Me
Tłumaczenie: Małgorzata Kafel
Wydawnictwo: Moondrive (Otwarte)
Data wydania: 25 czerwca 2012
ISBN: 9788375152210
Liczba stron: 336

Komentarz:
Opis jest tak tragiczny, że nawet nie będę do przytaczać - jeśli ktoś chce się z nim zapoznać zapraszam tutaj klik.

A mogło być tak pięknie… Początek naprawdę nie był zły, już miałam nadzieję na coś naprawdę ciekawego – dziewczyna zamknięta w ośrodku dla obłąkanych, bez towarzystwa, bez dopływu informacji z zewnątrz, a tu nagle pojawia się w jej celi współlokator, który od razu zabiera jej wszystko. No i w zasadzie mniej więcej tu kończy się dobrze zapowiadający się fragment – potem ją przenoszą, a co ważniejsze i najgorsze „och, tak, to on, ON”. Wątek miłosny został wrzucony tam na siłę i potraktowany po macoszemu, relacja między bohaterami zupełnie nieprzekonywująca, nudna i mdła. Zresztą w ogóle postacie nie są mocną stroną tej powiastki – są nudni, przezroczyści, niezapadający w pamięć, przeciętni i po prostu do bólu sztuczni. A do tego mają zdolności, które z początku nie wydawały się najgorsze, ale przy końcu wyszło podobieństwo do X-Menów czy innych takich; poza tym dziwi fakt, że główna bohaterka tylko wzdycha, zamiast poświęcić choć drobną myśl temu, że on jest inny i zastanowieniu się dlaczego.
Nie rozumiem pozytywnych komentarzy na temat „Dotyku Julii” – czy to dlatego, że pojawia się tu wątek dystopii/antyutopii? Przecież on nawet nie jest dobry – to bardzo przeciętne, słabo zarysowane tło bez krztyny oryginalności, więc nawet to nie ratuje tej powiastki. Jedyną rzeczą, która nieco wyróżnia tę książkę, jest sposób prowadzenia narracji – powtarzanie słów, celowe pomijanie przecinków, zapisywanie owych powtórzeń w osobnych wersach oraz to, co najbardziej rzuca się w oczy, czyli przekreślanie zdań. Nie stosuje się tego zabiegu szczególnie często, ale wprowadza on do opowieści nutę niepokoju.
Krótko podsumowując: bardzo przeciętnie, a nawet słabo. W zasadzie jedyną zaletą jest fakt, że czyta się to bardzo szybko i bezproblemowo.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

ODPOWIEDZ

Wróć do „Literatura”