Królewska krew

Dział założony z myślą o seriach i cyklach książkowych. Tu wszystko o naszych ulubionych bohaterach i ich przygodach ukazujących się w częściach.

Moderatorzy: Administratorzy, Moderatorzy, Junior Admini

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Królewska krew

Post autor: hlukaszuk »

Królewska krew Wieża elfów

Obrazek

Autor: Sullivan Michael J.
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Ilość stron: 736
Rok wydania: 2011
Wydawnictwo: Prószyński Media
Wymiary: 12.5 x 19.5 cm


Królewska Krew to powieść z pogranicza płaszcza i szpady, osadzona w realiach fantasy. Najlepiej teść pierwszej części oddaje tytuł sztuki teatralnej z drugiej: „Spisek przeciw Koronie. Jak młody książę i dwóch złodziei uratowało królestwo.” Sztuka niestety, nic nie wspomina o rozgrywkach politycznych, czarnoksiężniku ani kościele utrudniającym wykonanie zadania. W literaturze tego typu nie może zabraknąć pojedynków, pościgów, potyczek, wodzenia wroga za nos ani wież z księżniczkami. Cała przygoda zaczyna się, kiedy para złodziei ląduje w więzieniu za królobójstwo. Za to jest tylko jeden wymiar kary – śmierć bez procesu. Riyria otrzymuje jednak niecodzienną pomoc w ucieczce przed szafotem, jednak pod pewnymi warunkami. Za uwolnienie musi porwać nowego następcę tronu i zawieść go w określone miejsce. Pierwsza część bardzo przypomina mi „20 lat później” Aleksandra Dumasa. Na początku wydaje się, że wszystko jest proste i przewidywalne aż „do bólu”, a każdy kolejny ruch do przewidzenia. Łatwo zgadnąć jak potoczy się akcja i kto za czym lub kim stoi. W pewnym momencie okazuje się jednak, że to wszystko było wielką podpuchą. Już nie wiadomo, co jest prawdą a co nie, i sami bohaterowie też tego nie wiedzą. Książka zachwyca i rozczarowuje na przemian.
Tłem powieści jest potajemna walka kościoła o zjednoczenie suwerennych królestw pod władzą Imperatora. Politycznie ludzie dzielą się na: imperialistów, rojalistów i nacjonalistów. Imperialiści szukają spadkobiercy imperatora, a raczej powiedziałabym, że uzurpatora – marionetki w rękach kościoła. Rojaliści – wierzą w pochodzące od boga prawo króla do rządzenia za pośrednictwem szlachty i w suwerenność każdego królestwa. Nacjonaliści z kolei popierają ścięcie wszystkich szlachciców i rozdanie ich ziemi wieśniakom i wyzwolenie plebsu, aby mógł wypowiedzieć się w kwestii rządzenia.

W takich realiach działa para dwóch ludzi pod kryptonimem Riyria, po elficku „dwóch”. Głowni bohaterowie mają w sobie to coś, co budzi sympatię i chce się o nich czytać. Jedną z podstawowych zasad działalności grupy jest nieprzyjmowanie nagłych i pilnych zleceń. Taka postawa pozwala utrzymać renomę tj. najlepszych w swoim fachu. Do Riyrii świetnie pasuje określenie z bajki braci Grim w liczbie mnogiej tj. złodziei nad złodzieje. Nie należą do żadnej gilidii, co jest niemałym wyczynem.
[spoiler] „Są podobno niezwykle utalentowanymi agentami, znanymi z tego, że biorą trudne, czasami prawie niemożliwe do wykonania zadania związane z sabotażem, kradzieżą, szpiegostwem a nawet zabójstwem.”[/spoiler]
Riyria nie puszcza nikomu niczego płazem. To wyjątkowa para złodziejaszków z dużym poczuciem humoru.

Jeden ze złodziei, Hadrian Blackwater ma wielką słabość… do czego? Do spełniania dobrych uczynków, które odbijają się na Riyrii czkawką. Royce Melborn tymi oto słowami podsumowuje czyny przyjaciela:
[spoiler]„Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie przerzuciłeś się ze spełniania dobrych uczynków od czasu do czasu na spełnianie ich nieustannie.”[/spoiler]
Blackwater nie jest „do końca” złodziejem. Był wojownikiem i żołnierzem. Umie posługiwać się mieczem, dzidą, łukiem, kamieniem i wszystkim, co znajdzie pod ręką. Woli jednak walczyć jawnie i uczciwie. Hadrian łamie ustanowione przez Riyrię zasady i od tego wszystko się zaczyna. Dlaczego to robi? Bo zadanie wydaje się łatwe (można wręcz powiedzieć, że „za łatwe”), bo nagrodą jest duża suma pieniędzy? Nic takiego. To tylko wymówka. Robi to, bo współczuje zdesperowanemu człowiekowi, a tak nie powinien zachowywać się profesjonalista. Dla Royca to zlecenie wydało się od razu podejrzane, ale na zmianę decyzji było już za późno. Raz danego słowa nie można cofnąć. Hadrian to idealista a Royce to racjonalista. Hadriana łatwo przejrzeć. Działa pod wpływem impulsu i często pakuje Royce w kabałę. W duszy chce być „szlachetnym rycerzem”. Czuje się dumny pracując dla króla, a Royce robi to dla pieniędzy (przynajmniej takie odnosimy wrażenie).

Royce jest przeciwieństwem przyjaciela. Dorastał na ulicach, "obrabiając ludziom kieszenie", aby przeżyć. Jest zawodowcem, byłym członkiem złodziejskiej gildii. Nosił pseudonim Zmiatacz. Był w niej sprzątaczem, czyli zabójcą i jednym z najbardziej osławionych członków w historii gilidii – legendą. Był tak dobry, że herszt bandy postanowił się go pozbyć, „kupując” dla niego wyrok skazujący do więzienia Manzant, z którego nikt nigdy nie uciekł. Złodziejowi się to jednak udało, o czym świadczy piętno na jego ręce. O Royce dowiadujemy się kawałek po kawałku. Jest małomówny. Więcej można wyczytać z jego mimiki i postawy oraz ze słów kolegi niż dowiedzieć się od samego zainteresowanego, co myśli. Obaj marzą o legalnym interesie, ale nie mogą wymyślić żadnego, który by im pasował. Ulubione powiedzenie Royce to „Nie cierpię krasnoludów”. To stwierdzenie oraz szereg innych cech bohatera takich jak: doskonały wzrok, odnajdywanie zawsze kierunku drogi i cichego poruszania się, nasuwają odpowiednie skojarzenie, które okazuje się prawdą. Ale jakoś ta dziwność jest bagatelizowana przez autora, pewnie specjalnie, co w powiązaniu z innymi rzeczami daje jasno do zrozumienia czyim potomkiem jest złodziej. Royce myśli, że jego tajemnicy nie zna nawet Hirad. Jest trochę w tym rozumowaniu naiwny.
Jak nie kochać takich „szlachetnych” złodziei, którzy sami o sobie mówią:

Blackwater [spoiler]„Należę do tych, którzy mówią, że szklanka jest do połowy pełna.”[/spoiler]
Melborn [spoiler]„Należę do tych, którzy mówią, że szklanka jest do połowy pusta.”[/spoiler]

Oprócz głównych bohaterów podobał mi się również wątek czarownika, który potrafi stworzyć największe na świecie zaklęcie, ale nie potrafi napić się z cebrzyka wody. Choć jak dobrze pomyśleć, było to działanie dwuznaczne. Wszystko, co dotyczy Esrahaddeona owiane jest tajemnicą, dopiero druga część „Wieża elfów” dostarcza więcej wiadomości na jego temat. Autor lubi bawić się z czytelnikiem w ciuciubabkę, wiec mam nadzieję, że znów mnie zaskoczy, a myślę, że będzie czym.

Wydaje mi się, że w tym wszystkim było za dużo „Waszej wysokości”, ale skoro towarzystwo przez cały czas obraca się w najwyższych kręgach, trudno używać innej formy. Ponadto w pewnej chwili myślałam, że będzie jak u Tolkena, wystarczy znać hasło, żeby wejść do Mori. Na szczęście „dla autora” pomysł sforsowania krasnoludzkich zamków okazał się inny, ale równie prosty. Może jestem laikiem, ale w powieści płaszcza i szpady raczej trudno spotkać miecze. W tej serii ich nie brakuje. Podobało mi się z kolei to, co pewien rozbójnik myślał o facecie z trzema mieczami.
[spoiler]„- Popatrz na jego miecze. Człowiek z jednym mieczem może umieć się nim posługiwać, ale równie dobrze i nie. Z dwoma mieczami raczej nie ma pojęcia o sztuce walki, ale chce, żebyś myślał inaczej. Ale ktoś z trzema mieczami… To spory ciężar i nikt nie dźwiga z sobą tyle żelastwa jeśli nie zarabia nim na życie.”[/spoiler]

Wieżę elfów już nie nazwałabym powieścią płaszcza i szpady, chodź zawiera jej elementy. Akcja dzieje się niecałe 2 lata później po wydarzeniach z Królewskiej krwi. Tym razem Riyria podejmuje się zadania, które na pozór wydaje się proste i do tego prawie za darmo. Zlecenie ma polegać na włamaniu się do wieży, która okazuje się być nie taką sobie zwykłą wieżą ale ... elfią i do tego pradawną, zbudowaną na skale, która wisi nad wodospadem. A w niej księżniczka... nie, i całe szczęście. Zamiast księżniczki miecz. Tym razem to Royce przyjmuje zlecenie. Złodziej ma swój własny plan. Intryguje go czarnoksiężnik, który polecił ich młodej dziewczynie, jakoby tylko Riyria mogła podjąć się tego zadaniu. Royce uważa, że Esra nimi manipuluje a Esrahaddon dokładnie wie, że Royce jest jedynym człowiekiem, a nie złodziejem, który potrafi otworzyć wieżę Aremparthę – świadka ostatniej bitwy elfów z ludźmi. Miecz dla Ersahaddeona to tylko przykrywka do osiągnięcia większego celu… a nie tylko zabicia bestii, która dziwnym trafem zbiera krwawe żniwo w pewnej wiosce, która na pewien czas staje się centrum wszechświata. Kościół organizuje konkurs. Wszyscy myślą, że będzie to turniej. Prawda jest zupełnie inna. Miejscem konkursu okazuje się zabita dechami wieś Dahlgren, która dziwnym zbiegiem okoliczności jest domem ślicznotki, która wynajęła złodziei. Wraz z uczestnikami konkursu przybywa krasnolud (królobójca), który zna drogę do wieży.
Końcówka ma coś z bajki, w której smok porywa ojca, a kochająca córka chce zająć jego miejsce. Tylko w Wieży elfów mamy odwrotną sytuację. Ponadto wśród ludzi istniej legenda o złodziejach, którzy ukradli skarb z Wieży Koronnej i na drugi dzień go odnieśli z powrotem. Nie trzeba dużo żeby domyślać się, kto to zrobił. Pytanie jest raczej innego formatu. Dlaczego? Żeby udowodnić sobie, że mogą. Dlatego kiedy szczury uciekają z tonącego okrętu na pokładzie pozostaje Riyria w doborowym towarzystwie. Ostatnie strony to również potwierdzenie przez autora tożsamości obu złodziei, która i tak jest oczywista. Autor już w pierwszym tomie pozwolił domyślić się, kim jest Royce a słowa Pickeringa o tym, że cieszy się, iż Hadrian nie startuje w turniejach wiele powiedziały o zapomnianym kunszcie walki. A gdy Esra wspomniał o przyjacielu, z którym razem mieli chronić spadkobiercę, rozwiązanie nasunęło się samo. Już wcześnie mi coś świtało, tylko nie mogłam tego umiejscowić, ale w tym momencie wszystko stało się jasne.
Druga część książki uświadamia, że wojna miedzy elfami a ludźmi wisi na włosku. Elfy są długowieczna a ludzkość w ciągu 1000 lat zaprzepaściła spadek Novrona tj. magię. Powstanie wioski Dahlgren pogwałciło trakt pokojowy. Bestia jest pewnego rodzaju wywiadowcą a elfy na razie tylko obserwują.

Rozumiem też, dlaczego wydawnictwo połączyło dwie części w jednej książce, czyniąc odwrotnie niż inne wydawnictwa. Po prostu pierwsza część została tak skonstruowana, że może stanowić sama w sobie całość bez dalszych ciągot do napisania dalszych części. Po przeczytaniu Królewskiej krwi pomyślałam sobie: ot książka jakich wiele. Fajne czytadło, ale nic poza tym. Tak naprawdę to dopiero druga część rozpoczyna serię. Poznajemy o wiele lepiej bohaterów. Skrawki jakimi raczy nas autor prowadzą do jednej całości. Wybór postaci nie jest przypadkowy, lecz dobrze przemyślany. Czasem mogło się wydawać, że jakaś postać lub scena jest zbędna, ale obraz, jaki odsłania się pod koniec drugiej części uświadamia, że wszystko zostało dokładnie skalkulowane. Wrażenia podczas czytania są całkiem inne niż po przeczytaniu i przeanalizowaniu całości. W trakcie czytania książki oceniłabym ją na przeciętną po przeczytaniu jednak muszę zmienić zdanie. Kiedy wszystkie układanki łamigłówki trafiły na miejsce pozostał niedosyt, że to już koniec, na razie.
Ostatnio zmieniony 21 lis 2013, 11:29 przez hlukaszuk, łącznie zmieniany 2 razy.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Czarownica
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2714
Rejestracja: 23 cze 2010, 17:52

Post autor: Czarownica »

Przeczytałam jak na razie Królewską krew, a Wieża elfów jest w czytanie. I muszę przyznać, że mi się podoba. nie jest to może arcydzieło, ale czyta sie lekko, akcja przykuwa uwagę, a choć
czasami można się domyśleć co będzie dalej, to na szczęście nie zawsze.
Książka zaciekawiła mnie do tego stopnia, że sprawdziłam wiadomości o niej na stronie autora. Otóż wyszło już sześć tomów - z tego co zrozumiałam szósty - to ostatni. Bardzo jestem ciekawa, czy Prószyński planuje to dalej wydawać, bo jak nie, to będę się znowu z angielskim musiała zmagać. Brr. Ale jestem naprawdę ciekawa, jak się cykl kończy. Ponieważ, chociaż każdy tom jest pomyślany jako oddzielna książka (tzn, zamknięta całość, nie interesując się co będzie dalej i pozostawiając to własnej wyobraźni), to jednak główna historia przewija się przez wszystkie tomy. I wcale nie jestem pewna, czy moje wyobrażenia jej dotyczące są słuszne. A pomysłów mam na to kilka.
Jeśli chodzi o wydanie, to początkowo wszystkie tomy wychodziły jako pojedyncze książki (podobno ich nakład jest wyczerpany). Dopiero podczas wznowienia, poszczególne tomy zostały połączone po dwa. Podoba mi się to.

Skończyłam Wieżę elfów. I muszę przyznać, że juz nic nie wiem. Z niektórych wypowiedzi wynika, że może rację maja Ci, których uważałam za złych. a może to tylko moje mylne wyobrażenie, kto jest dobry, a kto zły. Muszę, muszę całość przeczytać, bo chyba inaczej pęknę. Dawno tak nie miałam, że byłam taka ciekawa i nie byłam pewna, co będzie dalej. A to perfidny autor, wie jak mnie zaciekawić.
Podobobno są do tego opowiadania (takie poboczne)- Short Stories

http://riyria.blogspot.com/p/books_19.html

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Czarownica pisze:Muszę, muszę całość przeczytać, bo chyba inaczej pęknę. Dawno tak nie miałam, że byłam taka ciekawa i nie byłam pewna, co będzie dalej. A to perfidny autor, wie jak mnie zaciekawić.
I zrobił to na ostatnich stronach książki. :mrgreen: Też po przeczytaniu chodziłam zła, że nic nie wiadomo kiedy Pruszyński wyda resztę. Potem o tym zapomniałam, a teraz Czarownico mi to przypomniałaś. I znów będę zła. :evil:

A, o opowiadaniu nic nie wiedziałam. Jak znajdę wolną chwile to zerknę.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Czarownica
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2714
Rejestracja: 23 cze 2010, 17:52

Post autor: Czarownica »

Za mną dwa następne tomu - Nowe Imperium i Szmaragdowy Sztorm.
Musze przyznać, że bardzo wolno tym razem czytałam, to książkę odkładałam, to nie chciało mi się po nią sięgnąć. I wreszcie wiem dlaczego - otóż mimo dość szybkiej akcji po prostu mnie nudziła. Na szczęście tylko do połowy Nowego Imperium. Potem znowu mnie wciągnęła, a Szmaragdowy tron to już wciągnął mnie zupełnie. I znowu nie wiem , co będzie dalej i znowu czekam z niecierpliwością. A tym razem Prószyński wydał tylko jeden tom - nr. 5, a nie dwa w jednym.
Te książki uświadomiły mi jedną rzecz (zresztą przyjętą ze zdziwieniem - nie myślałam, że taka płytka jestem) - otóż choć nieraz narzekam na to, że wyczyny bohaterów są nierealne, że nie zawsze musi im wszystko wychodzić, to jednak nie lubię, kiedy mają za dużo niepowodzeń, wolę jak większość im się udaje. Humor mi się wtedy nie psuje.


Za mną już nastepny tom, a pytania ciągle pozostają bez odpowiedzi. Zresztą, mam pewne podejrzenia i ciekawa jestem, czy się sprawdzą. Tym razem czytało mi się bardzo szybko, akcja wcale nie zwalniała, każda kartka krzyczała - zerknij na mnie, przeczytaj i cóż - musiałam tych kartek posłuchać ;-)
Naprawdę dobry tom, i oby jak najszybciej wydali ostatni.

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Pradawna stolica

Obrazek

Data premiery: 25-07-2013
Ilość stron: 672

Opis z okładki

Spadkobierca Novrona został odnaleziony, wojny ustały, a architekci nowego imperium nie żyją. Powinien nastać czas pokoju i dobrobytu, ale skończył się Uli Vermar i nadciąga armia elfów, siejąc po drodze spustoszenie. Ludzkość i świat Elanu może ocalić jedynie starożytny przedmiot, lecz jego odzyskanie wymaga dotarcia do miasta, które zniknęło przed wiekami. Imperatorka Modina wysyła grupę starannie dobranych ludzi na niebezpieczną wyprawę do Percepliquisu…

Moja opinia

Ostatni, szósty tom cyklu za mną. Z jednej strony dobrze, że już koniec i autor nie ciągnie niczego na siłę, z drugiej szkoda, bo trzeba się rozstać z bohaterami. Sulivan pisze schematycznie. Akcja rozwija się powoli (nie mylić, z ciągnięciem się czy nudą), a potem ni z tego i owego przyspiesza, i potem już nie da się oderwać i trzeba czytać do końca, nie ważne jaka godzina widnieje na zegarze. Wciągnięcie czytelnika w historię powoduje, że nie jest w stanie zwracać uwagi na logiczność postępowania bohaterów czy wyłapywać niespójności fabuły. Gna do przodu wraz z bohaterami. Lubię takie książki zapierają mi dech.
Po "pierwszych" stronach doszłam do wniosku, że elfów to nie zobaczę. Są jak widma. Wiadomo, że są, ale tylko nielicznym dano ich zobaczyć, a to też może być nieprawda, gdyż ich potęga jest niezmierzona. Trochę mnie to zasmuciło, gdyż bardzo chciałam ich poznać. Cykl kończy się tak, że stanowi zamkniętą opowieść, ale spokojnie na jej kanwie można napisać kolejną i to o elfach. Ciekawe, czy autorowi takie pomysły chodzą po głowie. Na stronie wilki widnieją tylko 2 pozycje napisane w 2013r., ale jeśli dobrze zrozumiałam dotyczą przygód Riyrii sprzed cyklu. Gdyby Pruszcz zdecydował się je przetłumaczyć z miłą chęcią bym je przeczytała. Powinny być lekkie i przyjemne, nie obarczone balastem spadkobiercy. Chyba zapomniałam wspomnieć, że Pradawna stolica to sztampowe fantasy. Zbiera się drużyna, każdy jest fachowcem w swoim rodzaju i wyruszają na poszukiwanie artefaktu, który ma ocalić świat. Początek serii wcale na taki rodzaj fantasy nie wskazywał, ale ja lubię takie fantasy, jeśli akcja mnie zaskakuje, a bohaterowie nie są przewidywalni. I tak było. Niektóre fakty pozostały dla mnie tajemnicą do końca, a kiedy wyszły na jaw z wrażenia otworzyłam szeroko oczy. Tylko jedno udało mi się zgadnąć i to dopiero pod koniec. Także muszę przyznać, że Sulivan spisał się na medal. Na pewno sięgnę po tę pozycję ponownie, aby na spokojnie ją przeczytać i przeanalizować fakty, które umknęły w wyniku parcia do przodu i czytania tomów w dużym odstępie czasu od siebie.
[spoiler]Zabrakło konkretnego wyjaśnienia, w jaki sposób Royce udało się, będąc dzieckiem uciec zabójcom, którzy zabili jego rodzinę i dlaczego medalion trafił do kogoś innego? Albo było tylko ja nie skojarzyłam. To potwierdza wyżej wyciągnięty wniosek - należy przeczytać jeszcze raz.[/spoiler]
Ostatnio zmieniony 13 paź 2013, 07:43 przez hlukaszuk, łącznie zmieniany 1 raz.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
RustyAngel
Posty: 33
Rejestracja: 13 maja 2013, 20:47

Post autor: RustyAngel »

oj ile ja się naczekałam na kolejne tomy i nawściekałam, że tak wolno je wydają... ale zgadam się w zupełności, że warto było. Sulivan napisał kawałek naprawdę dobrego fantasy, które ze strony na stronę rozkręca się coraz bardziej i wciąga oj wciąga. Na pewno jeszcze nie raz chętnie wrócę do tej książki bo wiedząc to wszystko co wiem teraz na pewno będzie się ją czytało trochę inaczej. No i inne opowiadania o duecie z Riyrii też chętnie przeczytam także jeżeli wydawnictwo nie weźmie się za resztę trzeba się będzie na amazonie doszukać oryginałów ;)

ODPOWIEDZ

Wróć do „Serie, sagi i cykle”