Reystone A.R. - Dziewiąty Mag

Dział założony z myślą o seriach i cyklach książkowych. Tu wszystko o naszych ulubionych bohaterach i ich przygodach ukazujących się w częściach.

Moderatorzy: Administratorzy, Moderatorzy, Junior Admini

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Dziewiąty mag
Część II – Zdrada


Obrazek

Autor: A.R. Reystone
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 541


Opis z okładki:


Smoki ruszyły w jej stronę. Wyciągnęła dłoń i odparła atak zaklęciem…

Nad świat dziewięciu miast nadciągają czarne chmury. Wybitni czarnoksiężnicy w pośpiechu pracują nad sposobami walki z groźnymi nyrionami. Nadszedł czas rozpoczęcia szkolenia magów medyków i budowy szpitala dla smoków i pegazów na Trollowych Rubieżach. Ale na Wielkiego Xaviere’a! Kobieta Dziewiątym Magiem?! To niedorzeczność i obraza społeczności wszystkich miast. Poza Severianem i Teobaldem nikt nie chce się zgodzić, aby Ariel podeszła do próby na Dziewiątego Maga. Czy otrzyma tę wielką szansę?…

Tymczasem Vivianne lada dzień złoży jaja. Ariel bardzo martwi stan jej zdrowia. Marcus zaś zostaje postawiony w sytuacji bez wyjścia i grozi mu zesłanie na Rubieże. Czy Ariel zdoła mu pomóc, szczególnie że to ona jest źródłem jego problemów?…

Moja opinia:

Mimo kilku wad pierwszy tom mi się podobał. Miała potencjał. Dlatego też nie mogłam oprzeć się i drugiej części. Przygotowałam kartkę i długopis... i nic nie zapisałam. Nie było czasu. Wrażenia po przeczytaniu mam różne. Wyszło mi, że to połączenie taniego romansu, nieźle skrojonej intrygi i fantasy trochę dla dzieci. To właśnie romans dorosłych ludzi trochę gryzie się z elementami fantasy dla dzieci. Dlaczego tani romans? Miłość ponad wszystko, miłość łamiąca wszelkie granice i przeszkody non stop się pojawiające na drodze dwojga ludzi. Robienie czegoś nie w imię dobra ludzkości, ale w imię miłości do jedynej osoby. Od takiego myślenia niedaleka droga do łamania prawa. Z taniego romansu są jeszcze elementy uwalniania się z pułapek. Mamy momenty, kiedy już nic nie może uratować bohaterów, a tu bah i są wolni. Mamy tego sporo. Standardem staje się również niecodzienna zmiana akcji. Bulwersować mogą „zmartwychwstania” głównych bohaterów. Jeden raz może być, ale kilka. To przegięcie. Teraz o intrydze. Sama w sobie jest w porządku, szwankują tylko jej etapy. Proste, niewyszukane i często idące na skróty.
W drugim tomie następuje zamiana ról. Ci dobrzy raptem okazują się źli i na odwrót, w złych budzi się dobro. Wadą tych przemian jest to, że nic ich nie zapowiada. Nie wynikają z przeżyć, wstrząsów jakim są poddawanie postacie. Tylko raptem się okazuje, że tak po prostu było od samego początku. Zabrakło mi skrótu filmowego, który powinien nastąpić w takim miejscu. Retrospekcji z poprzednich wydarzeń, które by pokazały, że wcześniej czegoś nie dostrzegliśmy.
[spoiler]Chodzi mi o Fabiana i czemu jest trowem, a nie drowem - mrocznym elfem. Chyba, że Oriana rzuciła na niego taką samą klątwę jak na Marcusa. O mrocznych elfach też jeszcze nie było.[/spoiler]
Nie podobało mi się też, że autorka prawie od razu zdradziła, kto stoi za ordonem i nyrionami.
[spoiler]Akapit jak Oriana podgląda uprawiających miłość Ariel z Marcusem w świątyni.[/spoiler]
Wadą świata fantasy są nieograniczone możliwości magiczne Ariel. Wystarczy, że czegoś zapragnie - „chcę” - i już, może to zrobić. Zero wysiłku, zero szkolenia. Jedyną równowagą dla jej magii jest czas, jaki poświęca na studiowanie ksiąg w bibliotece. Mimo wszystko, nie powinno być aż tak łatwo. Nie wiem czemu, ale trochę mi to zajechało Matrixem. Może to przez masaż i "nie masaż" na otwartym sercu, a może to przez łamanie ustalonych zasad. Jakby Ariel była jakąś anomalią.

W ogóle skojarzenia z innymi dziełami nasuwały mi się często. Czasem było to zachowanie, umiejętność, przepowiednie a czasem imię.

Co do zakończenia. Zawsze zastanawiałam się po co Ariel córka. Musiała ją zostawić. Po co jednak autorka wprowadziła postać Amandy? Koniec tomu drugiego wyjaśnia to w niewielkiej części lecz w całej historii stawia więcej pytań niż daje odpowiedzi.

Podsumowując, mimo wielu wad i niedociągnięć, książkę przeczytałam w jeden wieczór. Akcja jest wciągająca. Co kilka stron to nowy pomysł, tak jakby autorka wyciągała je z rękawa. Niektóre były nierealne i głupie, ale super wpasowywały się w fabułę. Jeśli kogoś mierzi idealna bohaterka to nie powinien po to sięgać. Jeśli jednak komuś podoba się nie zepsuty, nie cyniczny i wierny swoim ideałom bohater to zapraszam. Miłość i zdrada to motyw przewodni, i wydrenowany aż do bólu.

Cieszę się ze zmiany okładki, te nowe są super. I tak naprawdę to smoki skłaniają mnie do czytania tej serii. 8-)




Zapowiedz 3 tomu trylogii: jesień 2013

Obrazek
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Czarownica
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2714
Rejestracja: 23 cze 2010, 17:52

Post autor: Czarownica »

Muszę przyznać, że mocno się rozczarowałam. Na pierwszy tom nie narzekam, dał się czytać, choć wiele osób uznało go za poniżej dna.
ale ten drugi .... to już inna bajka.
Czytałam, bo lubię czasem superbohaterki (mogę uruchomić wyobraźnię i myśleć, że to ja), ale on był po prostu słaby, fabuła wydumana, język jak dla dzieci, brak mi było płynności. Miał i dobre momenty i akcja czasami stawała się naprawdę interesującą dlatego kiedy wyjdzie tom 3 będę starała się go przeczytać. Ale na razie to bardzo przypomina mi paranormal niż zwykłe fantasy, tylko bez wydumanych scen łóżkowych.
Za dużo się spodziewałam, bo zazwyczaj autor poprawia warsztat, ale tutaj tego nie widzę.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2862
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Koszmar. Właśnie przeczytałam „Zdradę”. Ta książka to całkowite dno. Jest tak beznadziejna, że aż trudno ubrać to w słowa, a wymienianie wszystkich jej wad jest chyba niemożliwe, bo ich ilość jest niemal jak wszechświat, ciągle się rozszerza, ciągle można odkrywać nowe pokłady argumentów za stwierdzeniem, że ta książka jest straszna. Niektóre książki nie powinny wyjść poza stan rękopisu, ba!, nie powinny nawet zostać napisane, i taką właśnie pozycją jest drugi tom „Dziewiątego maga”. Ta książka jest tak koszmarnie z dupy…

Nie czytałam chyba jeszcze tak idiotycznej książki. Pozycji, która byłaby tak koszmarnie napisana, która zawierałaby w sobie tak nielogiczne i zwyczajnie głupie pomysły. [spoiler]Wystarczy tu wymienić chociażby to otwieranie klatki piersiowej w celu ściśnięcia serca, które to odbywało się bez naruszenia ubrania, system Losowań oraz jego szybkie i spokojne obalenie (które to zresztą zostało tak beznadziejnie opisane i niesprecyzowane – niby obalone tylko w dziewiątym mieście, a mieszkańcy trzeciego, i chyba innych też, się cieszą, a już z pewnością nie ma żadnych zamieszek z tym związanych), nagłe nawrócenie Efrema, ten w ogóle z końca pleców wzięty wątek pokrewieństwa między wielkimi magami, czyli dzieciaki Xaviera, pomysł na ten również z tyłka wzięty związek Oriany i Marcusa, a potem również zauroczenie Fabiena, nagła zmiana, szybkie dorastanie i sposób pochłaniania książek przez Amandy, a także jej dalsze losy, czyli zostanie Naczelną i tą zapowiadaną potężną, która miała pojawić się po śmierci dzieciaków Xaviera, jej nagłe wparowanie w walkę i pokonanie Oriany, wskrzeszenie Marcusa i Ariel… [/spoiler] Można by wymieniać i wymieniać, ale żeby wypisać wszystko trzeba by chyba przystąpić do czytania z uzbrojeniem w postaci kilku kartek i długopisu oraz świadomością, że mniej więcej co chwila trzeba będzie coś zapisać. KOSZMAR. Mój umysł usilnie stara się zapomnieć o tych wszystkich kretynizmach i nigdy do nich nie wracać, więc tyle o tym.

Bohaterowie, tak jak wszystko zresztą, są straszni. Nierealni, idiotyczni, nielogiczni, wpychani na siłę i w ogóle bezsensowni. Ariel jest tak koszmarnie idealna, tak strasznie dobrze wszystko jej wychodzi i jest też tak bezsensownie idealna… ALE! Będzie gorzej, zakończenie zapowiada, że będzie dużo, dużo gorzej. No i będzie ktoś jeszcze, komu chyba w końcu z dupy pióra wyjdą z tej zajebistości…

Mam wrażenie, że autorka rozpisała sobie calutką tę akcję w bardzo szczegółowych punkcikach i, pisząc, skupiała się jedynie na tym, by zawszeć we fragmencie tylko treść punktu i jak najszybciej przejść dalej. Punkt owszem są wypełnione, ale nic ponadto. Autorka klepała fakty, ale nie było w tym jakiejkolwiek głębi i wczucia się w sytuację, czy chociaż umiaru (tak klepała te fakty przy nieważnych wydarzenia, ale gdy już nadszedł punkt kulminacyjny przyspieszyła tak, że całą akcję zawarła w jednym zdaniu). Wszystko było koszmarnie napisane i kosmicznie skrócone. Nieustannie wydawało mi się, że czytam albo streszczenie, albo jakąś kronikę, gdzie wszystko trzeba skondensować, ponieważ wydarzeń jest za dużo, by poświęcić im więcej miejsca. Dialogi były, cóż za zaskoczenie!, również koszmarne. Sztywne, drewniane, a w dodatku wielokrotnie dziecinne. Ponadto dowiedziałam się, jakie jest ulubione słowo autorki: „no”.

Z tego, co pamiętam , poprzedni tom nawet mi się podobał. Jeśli był on tak beznadziejny jak to coś, to naprawdę zaczynam obawiać się o własne zdrowie w tamtym czasie. Z wydarzeń z pierwszej części nie pamiętam zupełnie nic. W „Zdradzie” autorka trochę starała się przypomnieć co niektóre wydarzenia i część (bardzo, bardzo mała!) faktycznie jakoś mgliście została przeze mnie z pamięci wydobyta, ale przy wielu wydarzeniach moją reakcję można opisać jako „WTF?”. A to oznacza, że albo pierwsze tom był tak mało zapadający w pamięć, że wyparłam wszelkie informacje jego dotyczące, albo autorka wymyśliła sobie, że między tomami miały miejsce owe wydarzenia.

Co do zalet… Otóż nie było żadnych. Nawet jednej jedynej, nic, zero, null. Nie! Chwila! Mam jedną. Zaletą jest to, że skończyłam wreszcie tę cholerną książką i mogę o tym zapomnieć, wyprzeć z pamięci i nigdy nie wspominać. Mój umysł czuje się skrzywdzony przez autorkę – chyba powinnam żądać od niej odszkodowania za poniesione przeze mnie szkody umysłowe oraz uszczerbek psychiczny.

Tyle ode mnie. „Dziewiąty mag. Zdrada” jest tak beznadzieją książką, że aż brak mi słów na opisanie tego. Nie mam już siły, ta powiastka jest destrukcyjna dla umysłu. Dno.
Ostatnio zmieniony 04 cze 2013, 12:09 przez Sophie, łącznie zmieniany 1 raz.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
Czarownica
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2714
Rejestracja: 23 cze 2010, 17:52

Post autor: Czarownica »

Ale jak się czyta o tych wszystkich wadach, to aż ma się ochotę książkę przeczytać, choćby po to, żeby samemu się przekonać. Przynajmniej ja tak mam. -)Poza tym - co nie podoba się jednemu, może bardzo spodobać się drugiemu. I choć ja byłam bardzo rozczarowana, to myślę, że wielu osobom może się jednak spodobać.

Awatar użytkownika
Sasanka
Wystrzyżona Strzyga
Posty: 850
Rejestracja: 14 wrz 2009, 14:40

Post autor: Sasanka »

Bahahahhaha Oksa poczęstowała mnie linkiem do opisu drugiego tomu :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:
Cóż powiedzieć, seria już przy pierwszym tomie biła rekordy i jak widzę utrzymuje poziom.
Szacun, że się ktoś porwał na tom drugi.

Awatar użytkownika
AISA
Żarłoczny Ghul
Posty: 761
Rejestracja: 10 sie 2010, 18:29

Post autor: AISA »

Drugi tom zdecydowanie gorszy od pierwszego. Nie wiem o co tam chodziło, kto był z kim, kto kogo zdradził, po co i dlaczego? I co z tym wszystkim ma wspólnego Amanda, która do tej pory była raczej postacią drugoplanową. Za dużo tego wszystkiego. Podczas czytania wszystko mi się chyba pomieszało. Mam wrażenie, że autorka sama nie wiedziała co chce napisać. A to, co już napisała, próbowała na siłę ubarwić. Romans też raczej drugorzędny. Jedyne co mi się podobało to opisy świata, były takie bajkowe, magiczne, ale ten cudowny, obraz całości psuło właśnie to, co zauważyła Hlu, dziwne połączenie tej bajkowości książki dla dzieci z romansem, z jakimiś dziwnymi trudnymi do wytłumaczenia zdarzeniami. Mam wrażenie, że gdyby ktoś logicznie to wszystko poskładał, książka nadawałaby się do czytania. Zdecydowanie zawiodłam się na tej książce.

Kitikejt

Post autor: Kitikejt »

W nagłym, acz niespodziewanym przypływie wolnego czasu postanowiłam przeczytać 2 tom "9 Maga", który już jakiś czas mi się plątał po liście książek do przeczytania. Przeczytałam i jestem zrozpaczona. Nie będę się wdawać w szczegóły, ponieważ zostały one już w tym temacie przytoczone. Rozumiem, że nie każdy może być wybitnym pisarzem, i że nie każda książka to arcydzieło ale "9 Mag" nie zasługuje nawet na miano czytadła. Nie dziwię się Autorce - każdy uważa swoje "dzieło" za udane, ale bardzo dziwę się wydawnictwu. Przecież to wydawnictwo powinno dbać o chociaż średni poziom wydawanych książek. Nie wiem, kto dopuścił "9 Maga" do druku, ale osoba ta powinna poważnie zastanowić się nad zmianą kariery.
Swoją droga zastanawia fakt jak można tak spaprać całkiem dobry pomysł - bo pomysł na historię był naprawdę niezły. Niestety wykonanie tragiczne...

Awatar użytkownika
destrakszyn
Destrukcyjna Esencja Wszechświata
Posty: 974
Rejestracja: 07 sie 2010, 10:46

Post autor: destrakszyn »

[center]SPOILERY NIEZAZNACZONE, czytacie na własną odpowiedzialność. :)[/center]

Jak najogólniej wyrazić uczucia, jakie towarzyszyły mi podczas czytania drugiego tomu Dziewiątego maga? Bardzo krótko: ;__;

Lektura ta... to był horror. Porażka tak ogromna, że nawet nie wiem, o czym pisać. (Chyba o własnej głupocie, że nie mogłam się powstrzymać i sięgnęłam po drugą część). Właśnie mam przed sobą trzy strony zapełnione uwagami, tu i tam okraszonymi przekleństwami, i zastanawiam się, jak wyrazić swoją opinię o tej... książce tak, żeby zabrzmieć... troszkę bardziej profesjonalnie, niż w przypadku oceny pierwszego temu. Patrzę, zastanawiam się, wzdycham, oglądam ściany... Nie, nie dam rady.

Powtórzę się: Ta powieść to jeden wielki ABSURD.

Tym razem jednak wiedziałam, czego się spodziewać, zatem moje reakcje nie są tak żywiołowe, jak poprzednio, niemniej... o, bogowie. Decyzja, czy śmiać się, czy płakać, jeszcze nigdy nie była tak ciężka.

Zacznijmy od konstrukcji bohaterów; oczyma wyobraźni widzę trzy patyczki od lodów sklejone śliną, które twórca dumnie nazywa mostem. Postaci są tak nielogiczne, tak irytujące i tak nierealistyczne, że próba zrozumienia motywów ich postępowania już na starcie kończy się fiaskiem. O ile chęć ratowania świata jest dość akceptowalna jako bodziec, to jest ona niepoparta żadnymi cechami charakteru ratującej. A kto ratuje? Ariel, oczywiście, że Ariel! Tyle że do ratowania nie ma żadnych psychologicznych predyspozycji – jest samolubna, egoistyczna, przekonana o własnej zaje#istości we wszelkich dziedzinach, bez namysłu, niemal odruchowo zabija ludzi, którzy ją wkurzą, nie spróbowawszy nawet pojąć, co się w ogóle dzieje i dlaczego, cierpi na zaawansowane rozchwianie emocjonalnie, trzęsie największymi twardzielami i wystawia ich na publiczne pośmiewisko, swoich przyjaciół traktuje z pogardą i wyższością (jak inaczej tłumaczyć liczne obrazy i brak jakiejkolwiek empatii), rozwiązuje konflikty przy pomocy wrzasków i wyzwisk tak celnych, że nikt rzecz jasna nie ma riposty, w dodatku zupełnie nie kryje się ze swą cudownością, wręcz bije nią po oczach obserwatorów, i zarazem kłamie jak najęta że nie, skąd, jest całkiem zwyczajna. (Na uwagę zasługuje fakt, że ja w wieku pięciu lat wymyślałam bardziej przekonujące wyjaśnienia, gdzie podziały się cukierki i dlaczego mam twarz umazaną w czekoladzie, a nie jestem specjalnie złotousta). Postępuje nieodpowiedzialnie i lekkomyślnie, nie wyciąga żadnych nauk z popełnionych błędów (ba! chyba nawet nie zdaje sobie sprawy, że zrobiła coś źle), ignoruje oczywiste fakty, nie potrafi wyciągać odpowiednich, jasnych wniosków, lekceważy potencjalne śmiertelne zagrożenie.

Czytanie o kimś takim mogłoby być nawet czymś przyjemnym – wiecie, zwykle pojawia się ktoś tak głupi i/lub tak wku#wiający, że psuje ulubionym bohaterom plany, ale w gruncie rzeczy książka nie byłaby tak dobra bez niego, nieważne, jak mocna jest nasza nienawiść – gdyby nie to, że Ariel nie miała taka być. Nie. Miała być świetna, fantastyczna. Rozsądna i rozważna, ale nie sztywna, sprytna i przebiegła, ale nie podstępna... Oceńcie sami, jaka jest naprawdę. Mnie tam nóż w kieszeni się otwiera, kiedy pomyślę sobie, że – wzorem szkolnych charakterystyk – miałabym kogoś takiego znać.

Hej, a jesteśmy dopiero przy głównej bohaterce! Wyobraźcie sobie powieść pełną takich osób. Wyobraźcie sobie swoją szkołę czy pracę pełną takich osób. A potem wyobraźcie sobie, że wyciągacie strzelbę załadowaną wybuchową amunicją i rozprawiacie się z tymi #$%^&.

Marcus – druga główna postać – jest równie irytujący (pierwsze z brzegu – daje się podpuszczać jak byle gówniarz), zaś zaloty tej dwójki jeszcze bardziej. Przerzucają się „zabawnymi” podtekstami tudzież „dojrzałymi” odzywkami, w istocie żywcem wyjętymi z najgorszego z gimnazjów. Raz się kochają, raz nienawidzą, raz chcą uprawiać seks, zaraz potem pozabijać; ich uczucia względem siebie zmieniają się błyskawicznie jak górska pogoda. Powinni zdążyć się przyzwyczaić, nie sądzicie? Warto nadmienić, że przywyknąć winni także do umierania – konali minimum dwukrotnie na łebka – i zmartwychwstawania, gdyż, nieważne, jak poważna jest rana, nieważne, że Kostucha już w zasadzie pieści ich swą śliczną kosą, im zawsze udaje się spod niej wykaraskać. Ja rozumiem, że wg pewnych standardów główny bohater nie może umrzeć, ale nie przesadzajmy...

Jak nadmieniłam nieco wyżej – sposób wypowiadania się każdej postaci w powieści potrafi dogłębnie zranić nawet najlepiej ukrytą, lingwistyczną część duszy. Kolokwializmy są na porządku dziennym, ale pal je sześć, każdy zeń korzysta (chociaż mówione nie rażą tak bardzo, jak w druku... widać nie każdy ma szacunek do słowa pisanego). Załamuje raczej sposób wypowiedzi – nawet mędrzec nie potrafi wyrazić swojego zdania inaczej niż krzykiem i paroma groźbami, gratisowo okraszonymi „przezabawnymi” żarcikami. Każda z postaci mówi w ten sam sposób, nie dostrzeżesz różnicy między nimi. Chociaż nie, dość łatwo można zorientować się, czy mówi Ariel – na jej słowa nie ma riposty. Nikt, nigdy.

Natomiast podczas opisów towarzyszyły mi naprawdę wielkie emocje. Emocja. Mianowicie: niezdecydowanie. Bo za nic nie byłam w stanie określić, czy ten fragment... co miał zrobić... jakie uczucia wywołać? Nerwowość, podekscytowanie? Hm, nie, zdecydowanie nie. Może radość? Też nie... A strach? Nic... Aha, już wiem! Irytacja okraczona rozpaczą! Nie potrafiłam znaleźć w tej powieści nic, co wzbudzałoby we mnie inne odczucia niż owa irytacja. Opisy eufemistycznie można nazwać co najmniej nieudolnymi. Co i rusz bijące po oczach powtórzenia, denerwująco wąski zasób słownictwa, nadużywanie wykrzykników, rażąco krótkie zdania, wspomniane już kolokwializmy, brak konsekwencji w stosunku do poprzednich wydarzeń... To zahacza o fabułę, więc pytam: jaką fabułę?!

Bohaterowie coś robią, ma to swoje przyczyny i skutki, ale wszystko jest połączone tak bezsensownymi nićmi, że kiedy Ariel (bo któż inny?) wykłada maluczkim, o co w tym wszystkim chodziło, nawet trzykrotne przeczytanie jej monologu nie nadało zdarzeniom grama logiki. Naprawdę próbowałam pojąć, co i dlaczego, ale... Absurd, absurd, absurd, oto, co tłucze się mi po głowie. Na zmianę z nonsens, nonsens. I pomimo rozpaczliwej idiotyczności tej... powieści, była ona również do bólu przewidywalna. Kiedy tylko coś się zaczęło dziać wokoło D'Oriena, nabrałam przekonania, że ów pan jest przodkiem kochanej Ariel. Nie pomyliłam się, rzecz jasna, ale zamiast poczuć dumę z własnej domyślności, tylko westchnęłam z rozpaczą.

Krótko podsumowując, tom drugi Dziewiątego maga jest jeszcze gorszy niż pierwszy.

Na koniec kilka „smaczków”:

- Nie kupuję, że – wg słów bodajże Fabiena – wszyscy łamią zakaz kochania i na dodatek wszyscy o tym wiedzą. Po co w ogóle jakiś zakaz, skoro nikt, absolutnie nikt się doń nie stosuje...? Skoro jesteśmy już w tym temacie – Severian jest przykładem porażającej niekonsekwencji. Otwarcie wydaje Marcusowi rozkaz złamania prawa (ów rozkaz sam w sobie jest równie głupi...), a potem nazywa go zerem, ponieważ ten nie ugiął się i nie złamał zakazów. Ale nie, on wciąż jest dobrą postacią!
- Smok ma w oku cierń. Sprawa jest bolesna, bardzo bolesna, a on nie chce, żeby ów cierń wyjąć?!
- Autorka chyba naprawdę sądzi, że po jednym razie dziecko jest pewniakiem... (Nawiązuję do wymuszonego Losowania A. i M.).
- Marcus nie miał absolutnie żadnych problemów z przystosowaniem się do życia w naszym świecie, w pierwszym tygodniu zdążył zdobyć pracę – mimo braku jakichkolwiek papierów.
- Sprawa błyskawicznego dorastania i „wykokszenia” córki Ariel, Amandy, brzmiałaby nawet śmiesznie, gdyby nie była tak kretyńska. Dziewczynka z zadu w parę dni staje się superbossem, ale dobra... Bardziej rozwala, że w owe parę dni nie rozwinęła się tylko pod względem umiejętności – nie, ona DOROSŁA! Jest DOJRZAŁA!

Koniec.
Obrazek

Nothing is true, everything is permitted.

Nic není pravda, vše je dovoleno.

Awatar użytkownika
Blair
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 1468
Rejestracja: 26 mar 2011, 23:24

Post autor: Blair »

Hmm... no dobra. Przez pół godziny zastanawiałam się jak napisać ten komentarz i cały czas nie mam bladego pojęcia.

To zdanie:
Sophie pisze:Ta książka jest tak koszmarnie z dupy…
Podsumowuje wszystko co myślę o tej "powieści". Bo naprawdę nie chcę wierzyć w to, że ktokolwiek na świecie włożył siły swego umysłu, żeby stworzyć... TO.

Ariel, nasza zajebista, unikalna i w każdym gramie swego boskiego ciała oryginalna Ariel - nazwanie jej Mary Sue, to obraza dla tej kobiety. Przecież ona miała w sobie tyle jedwabistości, blasku i mocy, że starczyłoby na trzy Mary Sue, a i tak trochę w nadmiarze by się ostało dla jej kolejnych super-dzieci.

Bez wstydu przyznaję, że nie przeczytałam tej książki od deski do deski. Szacun dla osób, które dały radę.

Amanda - to dziecko przerażało mnie już w pierwszej części. Wystarczyło, żeby w książce wystąpiło jej imię, a ja od razu przed oczami miałam laleczkę Chucky. Jednak końcówka drugiego tomu... Już zaczynając tę książkę, wiedziałam, żeby spodziewać się niespodziewanego, ale SERIO?

Nie sądzę, abym była na tyle silna psychicznie, żeby sięgnąć po ostatni tom.
Najbardziej mnie jednak przeraża fakt, że jedno wydawnictwo wydało pierwszą część, a drugie odkupiło prawa od tego drugiego i wznowiło tę serię od nowa. Tylu pisarzy próbuje coś wydać i im nie wychodzi, a "9 mag" sprzedaje się na tyle dobrze, żeby kontynuować jego publikację? Absurd.

EDIT: Obrazek poniżej prezentuje co bym zrobiła z tą książką, gdyby tylko należała do mnie. :mrgreen:
Ale spokojnie Hlu, byłam grzeczna. :-D
One prerson's craziness is another person's reality
- Tim Burton

Awatar użytkownika
kara663
Trzy Ćwierci Do Śmierci
Posty: 457
Rejestracja: 30 maja 2010, 01:03

Post autor: kara663 »

Przeczytałam "Zdradę" i myślę intensywnie resztką szarych komórek co by tu napisać. Sprawę mam o tyle ułatwioną, że posty destrakszyn i Sophie są kwintesencją moich refleksji i by ich nie powtarzać, podsumuje tylko co mi leży na sercu. Książka praktycznie rozorała mi umysł, co jest dla mnie tym bardziej bolesne i szokujące, ponieważ (z tego co pamiętam) podobała mi się pierwsza część. Owszem, poziomem nie powalała, ale w jakiś sposób dobrze ją wspominam, z kolei drugi tom to porażka na całej linii. Ale do rzeczy.

1. Bohaterowie: płascy, dziecinni, wnerwiający i zupełnie nielogiczni. Zwłaszcza pewna dwójka, która przyprawiała mnie wręcz o odruchy wymiotne - Marcus i Ariel. Szczególnie ta druga zalazła mi za skórę swoją zajebistością i rozchwianiem emocjonalnym.

2.Fabuła (???): [spoiler]czy cokolwiek miało sens w tej książce? Krótka lista tych wątków, które mnie najbardziej irytowały - Amanda i jej cudowne dorastanie; głupie podchody Naczelnych by Ariel zaprezentowała swoje moce; niezliczona ilość śmierci i powrotów głównych bohaterów; cała intryga ze związkiem Marcusa i Oriany oraz ich długowiecznością; potomkowie Xaviera; oraz wisienka na torcie, dziecko Marcusa i Ariel. Po kiego grzyba autorka wprowadziła ten wątek?! Nic nie wniósł, ba! sama Ariel tylko raz przez resztę tomu wspomniała krótko biedne dzieciątko i żyła sobie radośnie dalej jakby nigdy nic, po prostu cudowna matka...[/spoiler]

3. Warsztat literacki: woła o pomstę do nieba. Tak beznadziejnych odzywek i zachowań chyba nigdy nie czytałam. Może i bym to znosiła, gdyby jeszcze to była jedna postać, czy dwie, ale wszyscy? Równie irytujące było to ciągłe jąkanie się, wielokropki i wykrzykniki, dosłownie piekło dla oczu.

Ponadto mam do autorki pewnien żal za to co zrobiła z [spoiler]Fabienem.[/spoiler] Jego jednego jakoś polubiłam w tym tomie i nie mogę ścierpieć, że wszystko się tak potoczyło :-(
- Wyglądasz, jakby palił ci się dom – zaobserwowała Rene.
- Po prostu myślę o tym, że kiedy Wszechświat decyduje dać ci w zęby, to nigdy nie
poprzestaje na tym – kopie cię jeszcze kilka razy w żebra i zrzuca ci błoto na głowę.
- Jeżeli masz szczęście to jest to błoto.

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Przeczytałam ostatni tom serii - Dziedzictwo. Przeczytałam, to duże niedopowiedzenie. Około połowy książki rzeczywiście przeczytałam, ale potem fabuła zrobiła się tak chaotyczna, a bohaterowie tak nijacy, że nie dało się tego czytać, wiec już do ostatniej strony kartkowałam, od czasu do czasu rzucając okiem na tekst. Jedynka mnie naprawdę zaciekawiła, dwójkę przeczytałam szybko i bez problemów mimo, że fabuła była bez sensu to trójkę z całą odpowiedzialnością odradzam czytać. Naprawdę nie ma po co. Wszystko jest w niej bez sensu: fabuła, postępowanie bohaterów, pomieszanie światów, trowy (bardzo dziwna odmiana klasycznych drowów), misz masz wszystkiego co wydała literatura, a nawet styl pisania książki, który odrzuca od pierwszych stron. Aż tyle trzeba było, żebym serię spisała na straty. Zaczynam się sobie dziwić, dlaczego nie wcześniej. :roll: Może moment czytania, jak się czyta czasem z biblioteki idiotyzmy, to jeden więcej nie robi różnicy, wystarczy, że jest deczko lepszy od poprzednich, ale jak się wcześniej czytało same "arcydzieła" to Dziedzictwa nie da się czytać.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Serie, sagi i cykle”