Cykl Najliss

Dział założony z myślą o seriach i cyklach książkowych. Tu wszystko o naszych ulubionych bohaterach i ich przygodach ukazujących się w częściach.

Moderatorzy: Administratorzy, Moderatorzy, Junior Admini

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 3005
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Cykl Najliss

Post autor: Sophie »

Obrazek

Tytuł: Tae ekkejr!
Autor: Eleonora Ratkiewicz

Tytuł oryginalny: Таэ эккейр!
Przekład: Ewa Białołęcka
Wydawca: Fabryka Słów
Stron: 360
Data wydania: lipiec 2011
Tom: I
Cykl: Найлисский цикл

Opis:
Nigdy nie był niedźwiedziem - szerokim w barach, potężnie zbudowanym wojownikiem, jak jego ojciec. Z dzieciaka wyrósł dziki kot. Lampart - chudy, muskularny, gibki i zuchwały. Tylko włóczęgą pozostał jak dawniej. Nic nie poradzisz na to, że książę Lermett najlepiej czuje
się nie w zamkowej bibliotece, sali tronowej, nawet nie na placu szermierczym, a w drodze.
I właśnie w drodze się poznali. Enneari szedł tak, jak oddychał: lekko, miarowo, prężnie. Niewiele rzeczy jest przeszkodą dla elfa. Ale zabić go można.
Tae Keruin - Umieram!
Tae Ekkejr - Nie umrzesz!

Teraz elf ma dług do spłacenia. I to go martwi. Nawet nie podejrzewa, że los już szykuje okazję do rozrachunku. Niejedną. I niejedną do zaciągnięcia nowych zobowiązań.
Bo śmierć już idzie ich tropem. I nic już nie będzie jak dawniej.

Tom drugi nazywać się będzie Lare-i-t'ae. Z tego co się dowiedziałam, Ewa Białołęcka skończyła już go tłumaczyć, więc za kilka miesięcy powinna mieć miejsce polska premiera.

Mój komentarz:

"Tae ekkejr" kupiłam w ciemno, ponieważ była promocja w księgarni. Miałam nadzieję, na coś naprawdę dobrego, zwiodły mnie najprawdopodobniej interesująca okładka oraz rzucający się w oczy tytuł, kompletnie odmienny od tych powszechnych. Prawda jest taka, że książka ta to nic specjalnego. Eh, no dobra, przez przeważającą część jest po prostu słaba. Tam praktycznie nie ma akcji: [delikatne spoilery]spotykają się górach, potem idą, idą, idą, wspinają się, idą i tak przez ponad pół książki, właściwie oprócz kilku momentów to jest ich jedyne zajęcie, pozostałe fragmenty, no cóż, nazwijmy je akcją, mogłyby być ciekawym elementem czegoś większego. Gdyby oprócz tego szlajania się, było coś więcej... Ale oni idą, idą, rozbijają obóz na noc, idą, idą i tak niemal cały czas. [koniec delikatnych spoilerów] Gdy już pojawia się jakieś napięcie, po chwili szybko zdycha.
Dużą wadą jest też styl pisania autorki, konkretnie takie niesprecyzowanie, krążenie wokół tematu w opisach. A są one dość długie, męczące i często irytujące. Zwłaszcza gdy bohaterowie zaczną się zastanawiać albo opowiadają coś, dają masę szczegółów, po których nieświadomie po prostu prześlizgałam się wzrokiem, więc teraz nie umiem przytoczyć, o co dokładne mi chodzi. Czytałam, ale nie rozumiałam, co czytam, nie skupiałam się, bo irytowało mnie to do tego stopnia, że po głowie chodziła mi tylko myśl 'kiedy wreszcie to się skończy?'. Albo też zastanawiałam się, zwłaszcza w pierwszych kilkudziesięciu stronach, 'o czym oni mówią? o co im w ogóle chodzi?' (a wtedy jeszcze starałam się byś skupiona). Było też trochę nieścisłości, część się wyjaśniła, jednak część nie. Kolejną dość wyraźną wadą jest szczeniacki język bohaterów, dialogi są po prostu tragiczne, miałam wrażenie że czytam wypowiedzi jakiegoś gówniarza, a bohaterowie są przecież starsi, jeden na przykład ma grubo ponad sto lat, a odzywa się jak osobnik z 10 razy młodszy. Ewa Białołęcka chyba starała się to zamaskować (albo też był to zabieg autorki), używając słów bardziej ucharakteryzowanych, lecz nie wszędzie się jej to udało.
Mimo wszystko były tez dobre strony, jak choćby ciekawe złączenie wszystkiego w całość lub też zakończenie, które nawet mimo to, że napięcie zdechło, zawiera prawdy życiowe, takie poniekąd nauki. Autorka pokazała, że śmierć nie jest końcem. Mimo wszystko warto przeczytać.
"Tae ekkejr" ma być serią, ale ja tego nie czuję, nie potrzebuję kontynuacji, historia jest zamknięta i nie wymaga nic więcej. Nie wiem nawet, co mogłoby się tam znajdować. Cóż, przekonamy się za kilka miesięcy.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
AISA
Żarłoczny Ghul
Posty: 761
Rejestracja: 10 sie 2010, 18:29

Post autor: AISA »

Na samym początku muszę przyznać, że spodziewałam się po tej książce zupełnie innej fabuły. Generalnie zupełnie czego innego się spodziewałam, a co innego wyczytałam. W dużej mierze w błąd wprowadził mnie opis:

Cytat:
Nigdy nie był niedźwiedziem - szerokim w barach, potężnie zbudowanym wojownikiem, jak jego ojciec. Z dzieciaka wyrósł dziki kot. Lampart - chudy, muskularny, gibki i zuchwały.

Po takim opisie spodziewałam się, bo ja wiem, jakiegoś nowego rodzaju zmniennokształtnych, np. lampartołaków (czy jak oni mogliby się nazywać). Hmmm... Może to przez to, że starałam nie wczytywać się w recenzje, które zwykle ujawniają sporą ilość treści. Mamy do czynienia z ludźmi i elfami, a nie jak sobie myślałam z zmiennokształtnymi. Chociaż w sumie temat generalnie ok.

Książka jest napisana trochę dziwnym językiem, który momentami działał mi na nerwy. Nie lubię kiedy dialog składający się z trzech, góra czterech wypowiedzi, zajmuje 3 strony, bo autorce zebrało się na opisywanie historii zgoła innej, lecz związanej z poruszanym tematem. Moim zdanie autorka powinna to jakoś inaczej rozpisać, chociaż może był to jej celowy zabieg.

Jeśli chodzi o treść, to książka ma przesłanie, mnie poniekąd zachęciła do refleksji. Zaczęłam w myślach przeszukiwać różne życiowe sytuacje i doszłam do wniosku, że faktycznie książka przekazuje pewne mądrości życiowe. Doszukałam się w niej tego jak postrzegamy relacje z innymi ludźmi. Że często inaczej interpretujemy ludzkie zachowanie, czy słowa, z czego często wynikają kłopotliwe sytuacje, a często nawet kłótnie. Najdziwniejsze jednak było dla mnie to, że mądrości te wcale nie są jakoś głęboko ukryte, wręcz przeciwnie, znajdują się na widoku i tylko czekają, aż czytelnik zwróci na nie uwagę. Może stąd skąpa akcja, aby uwypuklić inne rzeczy. Chociaż gdyby tak było, czytelnik mógłby się poczuć nieco niedoceniony ( no przynajmniej ja tak właśnie bym się poczuła :P) Mimo tego jednak książka mi się podobała.

Zaciekawiły mnie też losy bohaterów, choć momentami ich dzieje nie całkiem były dla mnie zrozumiałe, tak jakby autorka ominęła kilka stronic opowieści ... [spoiler] szczególnie to w jaki sposób i gdzie zginął ojciec głównego bohatera. [/spoiler] Może przez to, że czytając książkę zanurzyłam się refleksji. Niemniej jednak, skuszę się do przeczytania kolejnej części.

Awatar użytkownika
Czarownica
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2714
Rejestracja: 23 cze 2010, 17:52

Post autor: Czarownica »

Nie jest najgorzej. Zgadzam się z Aisą, że na pewno ma przesłanie, a sposób odbierania zachowań osobników z innych kultur jest naprawdę ciekawie poruszony.
Ma też racje Sophie, która narzeka na rozwleczone opisy, bo z kolei sposób w jaki opowiadali sobie historie mnie akurat się podobał.
A że język szczeniacki - w końcu główni bohaterowie to młodziaki, jeszcze im szczeniackie zachowania się zdarzają.
[spoiler]z tego co zrozumiałam o śmierci ojca Lermett dowiedział się od Seltiego, jak go złapali.A wcześniej o tym nie wiedział. Ale to prawda, mętnie o tym jest, oj mętnie. Pewnie będzie więcej w kontynuacji [/spoiler]

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Po przeczytaniu wyżej zamieszczonych postów postanowiłam nie zapisywać się do KWK, żeby przeczytać Tae ekkejr mimo, że okładka aż krzyczała – przeczytaj mnie. Minęło trochę czasu i pewne osoby namówiły mnie do zmiany zdania. W ten oto sposób przeczytałam Tae ekkejr i nie żałuję. Gdzieś przeczytałam, że to powieść drogi. Nie wiem czy istniej taki gatunek, ale na pewno nazwa jest adekwatna, ponieważ wszystko mam miejsce podczas wspólnej podróży przedstawicieli dwóch różnych ras. Praktycznie nie ma fabuły i nagłych zwrotów akcji, które by porywały. Tae ekkejr to przykład książki, która może się podobać mimo braku podstawowych rzeczy, które sprawiają, że chce się czytać jak najszybciej. Głównym elementem powieści są dialogi między bohaterami i monologi w głowach bohaterów, i to nie byle jakie. Mogą wydawać się za długie, kiedy się je czyta, ale kiedy się je myśli wcale już nie. Ponieważ w umyśle człowieka zajmują one tyle co rozbłysk błyskawicy. To za ich pomocą autorka wprowadza czytelnika w pełen szczegółów świat – wyjaśnia rządzące nim zasady i specyfikę poszczególnych ras. Zastępują one poniekąd fabułę. Dzięki nim wiemy z kim mamy do czynienia, a bohaterowie wręcz przeciwnie. Uczą się o sobie nawzajem, może nie tyle o sobie co o swoich rasach, z których pochodzą. Ta książka przypomina mi stary film s-f. Na odległej planecie po bitwie dwóch ras zostaje po jednym przedstawicielu gatunku: człowiek i kosmita. Żeby przetrwać w nieprzyjaznym środowisku łączą siły. Uczą się o sobie nawzajem. Podobnie jest w książce Ratkiewicz. Ciągłe wymiany zdań ukazują złożoność różnic pomiędzy rasami głównych bohaterów. Odmienności w obyczajach czy nawet sposobie myślenia obu postaci skutkują masą zabawnych nieporozumień i kłótni, wymianami przysłów, poglądów i porad oraz – w konsekwencji – wzajemnym poznaniem. Rozciąga się to nawet na składnię gramatyczną języka elfów. Jak dla mnie, kompletnej ignorantce w tej dziedzinie, jest to całkowicie zbędne. Na szczęście nie jest tego dużo. Poznawaniu się Lermetta i Ariena towarzyszy niezwykła gama emocji, która doprowadza do zawiązania się pomiędzy nimi zalążka przyjaźni, która pozornie nie powinna zaistnieć, bo dzieli ich zbyt wiele. Długowieczny elf, żyjący w odizolowanej krainie nie powinien przyjaźnić się z człowiekiem, który nie zna jego obyczajów i na każdym kroku wyprowadza go z równowagi. A jednak – znajomość początkowo motywowana przede wszystkim przez wdzięczność za uratowanie życia, przeradza się w prawdziwą przyjaźń i pokonuje szereg uprzedzeń.

Bohaterowie są trochę nierealnie i strasznie uładzeni. Nawet kiedy się gniewają, nie jest to gniew w pełnym tego słowa znaczenia, a raczej namiastka gniewu. Są zbyt idealni. Wszystko się im udaje, nie dzięki szczęściu, ale wrodzonym lub wyuczonym umiejętnościom. Trochę to za gładkie. W takiej powieści nie może zabraknąć koni obdarzonych wspaniałymi imionami i oczywiście ludzką, a może elfią inteligencją. Co jest w myszatych konikach, że rosyjscy pisarze je tak lubią? Jeszcze nie znalazłam odpowiedzi na to pytanie. Żałuję tylko, że nie było mi dane poznać Dzikuna. To były by wspaniałe scenki.

Nie tylko okładka przyciąga i bije po oczach, ale również tytuł. Jego wyjaśnienie autorka przedstawia już na początku książki. Tae ekkejr- NIE UMRZESZ. Kiedy jednak przeczytałam książkę do końca pojawił się nowy wymiar tego słowa. Radkiewicz nie jest na pewno pierwszą ani ostatnia pisarką, która porusza problem przyjaźni między człowiekiem a długowiecznymi rasami, a raczej odwrotnie, miedzy długowiecznymi rasami a człowiekiem. Kiedy żyje się długo, jak elfy, życie człowieka to ulotna chwila. Po cóż wiec przyjaźnić się z kimś kto zaraz umrze? Po co narażać się na ból po starcie bliskiej osoby? Ratkiewicz udowadnia słowami Lermetta, że warto, ponieważ ta osoba żyje w nas. Nic nowego, ale nadaje głębi tytułowi i fabule.

Spoiler na temat drugiej części:

[spoiler] Myślę, że w drugiej części siostra Ariena zostanie żoną Lermetta. Myślałam, że jeszcze w tym tomie się poznają, ale okazuje się, że dopiero w kontynuacji.[/spoiler]
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 3005
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Obrazek

Tytuł: Lare-i-t'ae
Autor: Eleonora Ratkiewicz

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: maj 2012
Liczba stron: 520

Opis:
Osiem królestw zapomniało już czym jest wojna. Dawni odwieczni wrogowie, mieszkańcy stepów, dziś spokojnie wypasają bydło i z rozrzewnieniem wspominają minione dni. Jednak kiedy nastaje straszliwa susza, w oczy ponownie zagląda widmo zagłady.
Nadchodzi czas głodu i wojny, krwi i pustynnego wiatru.
Tylko jedna osoba jest w stanie pogodzić zwaśnionych władców. Lermett, król Najlisu, utalentowany dyplomata i polityk. Oczywiście, z drobną pomocą przyjaciół: kilku niesfornych elfów, młodocianego maga i przemądrzałego krasnoluda.

Komentarz:
Pierwsza część nie podobała mi się tuż po przeczytaniu, lecz teraz myślę, że była dobra – bardzo miło ją wspominam. Druga natomiast podobał mi się już od pierwszej strony. I w dużej części to, co denerwowało mnie w „Tae ekkejr”, w „Lare-i-t’ae” uważam za zaletę.

Czytając sam opis, trudno domyślić się, iż jest to kontynuacja „Tae…”. Obie powieści są diametralnie różne – w jednej mamy następcę tronu w poselstwie, przygody na szlaku, skupienie na nieporozumieniach spowodowanych nieznajomością zwyczajów; w drugiej mamy króla, który musi ujarzmić kilku innych władców, nie ma to tamto – trzeba coś zrobić, bo inaczej zguba wszystkich narodów gwarantowana. Obie książki pisane (lub też tłumaczone) są jednak tym samym stylem, tą samą swobodą, tym samym humorem, przez co nie ma się wrażenia, że jest to dzieło zupełnie innego twórcy.

Nie mam pojęcia w tym momencie, dlaczego tak narzekałam przy pierwszym tomie, ponieważ tym razem bardzo podobała mi się narracja – przemyślenia, dyskusje bohaterów samych ze sobą, opisy. A wszystko to pisane dowcipnie, lekko i ciekawie. Oczywiście czytać to trzeba z przymrużeniem oka, ponieważ nie robiąc tego, trzeba by przyczepić się do wielu faktów (jak choćby w gruncie rzeczy bardzo łatwych stosunków między władcami, zbyt nienaturalnych zjawisk, a także, zwłaszcza na końcu, pojawiania się osobników w odpowiednim momencie, przesadnie romantycznych scenek lub też zbyt łatwo rozwiązanemu problemowi).

Nad bohaterami można by się rozpisywać, ponieważ są różnorodni, a każdy z nich w jakiś sposób przyciąga uwagę. O samych Ich Wysokościach można napisać wypracowane – jeden mistrz miecza, inny admirał i miłośnik żeglarstwa, jeszcze inny wilkołak, następny kapłan, a kolejny młody król z wybitnymi osiągnięciami. Dodając do tego pokaźną grupę elfów-posłów, pouczającego krasnoluda i młodego pazia-maga, wychodzi interesująca mieszanka. A dokładniej mieszanka gwarantująca świetną zabawę.

Krótko: świetna książka.

PS. Tak wygląda oryginalny obrazek użyty do okładki. http://desmond.imageshack.us/Himg690/sc ... es=landing
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Sophie pisze:Pierwsza część nie podobała mi się tuż po przeczytaniu, lecz teraz myślę, że była dobra – bardzo miło ją wspominam. Druga natomiast podobał mi się już od pierwszej strony. I w dużej części to, co denerwowało mnie w „Tae ekkejr”, w „Lare-i-t’ae” uważam za zaletę.
Dla mnie odwrotnie. Pierwsza część bardzo mi się podobała. Z kolei druga rozczarowała.
Sophie pisze:A wszystko to pisane dowcipnie, lekko i ciekawie. Oczywiście czytać to trzeba z przymrużeniem oka, ponieważ nie robiąc tego, trzeba by przyczepić się do wielu faktów (jak choćby w gruncie rzeczy bardzo łatwych stosunków między władcami, zbyt nienaturalnych zjawisk, a także, zwłaszcza na końcu, pojawiania się osobników w odpowiednim momencie, przesadnie romantycznych scenek lub też zbyt łatwo rozwiązanemu problemowi).
Pierwsza część była bardzo poważna, druga bez tego przymrużenia oka zrobiła się strasznie banalna, a przecież to jeden cykl. Nie można pisać cyklu w taki sposób, żeby jedną część czytać z przymrużeniem oka, a drugą nie (w tym przypadku odwrotnie). Starałam się czytając uchwycić drugie dno powieści. Można to było dostrzec w wielu zdaniach, ale niestety nie w motcie przewodnim Lare-i-t'ae - "znajdź siebie". To, że czytało się lekko, a dialogi były dowcipne, a historia ciekawa, nie zastąpi przesłania książki, które lekko się zagubiło w "miłostkach" bohaterów. Ta część fabuły z życiem wiecznym poprzez miłość w ogóle do mnie nie dotarła i zaprzeczyła Tae ekkejr.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
AISA
Żarłoczny Ghul
Posty: 761
Rejestracja: 10 sie 2010, 18:29

Post autor: AISA »

W 100% zgadzam się z Sophie co do tego, że książki są diametralnie różne. Czytając opinie o tej części jakoś nie bardzo chciało mi się wierzyć, że autorka zmieniła styl. Ale faktycznie już po kilku stronach przekonałam się, że istotnie nastąpiła zmiana. Moim zdaniem zmiana na lepsze. Pierwszy tom trochę ciężko mi się czytało natomiast Lare-i-t'ae wciągnęło mnie od razu. Nawet jeśli były jakieś niedociągnięcia po prostu ich nie zauważyłam. Ciekawa fabuła, szybka akcja (nie jakieś tam marudzenie dwóch wędrowców), mnogość i różnorodność bohaterów zdecydowanie dodały wartości tej książce.
Jestem pozytywnie zaskoczona "zmianami", których dokonała autorka, czytając książkę dostałam coś więcej niż się spodziewałam. Moim zdaniem książka jest zdecydowanie bardziej przystępna i ciekawsza niż 1 tom.

Neria

Post autor: Neria »

Moje wypociny, miała być recka, więc zostawiam w niezmienionej formie:

Tae ekkejr!
Że co? Cóż to u licha znaczy?
Tae ekkejr znaczy nie umrzesz.
Nie wiedzieć czemu, te słowa skojarzyły mi się ze słowami Horacego, „Postawiłem pomnik trwalszy niż ze spiżu”, i melancholijnie dochodzę do wniosku, że owszem, Eleonora Ratkiewicz postawiła pomnik trwalszy niż ze spiżu. Albowiem Tae Ekkejr, pani Eleonoro, Tae Ekkejr.
Przyznam bez bicia, po książkę, pani Eleonory sięgnęłam z trzech powodów:
1. Nietypowy, baaaardzo intrygujący tytuł
2. Świetna, czarująca okładka
3. Wydawnictwo: Fabryka Słów.
Filozoficznie więc dodam, że już wiadomo co najbardziej wpływa na czytelnika. Zdecydowałam że przeczytam tę książkę, zanim jeszcze zerknęłam na opis na okładce, co zwykle mi się nie zdarza. Albowiem moim zdaniem, okładka jest naprawdę fascynująca i świetnie zrobiona.
Niestety, jak później się dowiadujemy, niewiele ma wspólnego z książką – a bynajmniej ja nie zauważyłam żadnych podobieństw.
Zgodnie z opisem na okładce książki, głównymi bohaterami powieści są człowiek, Lermett oraz elf, Enneari. Prócz nich jest jeszcze kanclerz Seti, ale jego postać jest jak gdyby odstawiona na boczny tor, ledwie parokrotnie wspomniana co nie jest zbyt dobrym zabiegiem, biorąc pod uwagę jego dalsze losy w powieści.
Już na pierwszych kartach poznajemy owego Lermetta, który okazuje się również być ludzkim księciem Ośmiu Królestw. Wybiera się on w podróż za przełęcz, a z jego rozmyślań dowiadujemy się, że podróż ta nie jest w celach rekreacyjnych, ale „ w wyjątkowo paskudnym celu”. Że co?! Czyli co ten książę właściwie będzie robił? „Paskudny Cel” kojarzy mi się z … cóż, zabójstwem. Niestety, autorka nie wyjaśnia o co chodzi. Nasz Książę radośnie maszeruje przez góry, pogoda robi się paskudna, gdzieś w okolicy schodzi lawina… I tak też Lermett poznaje Enneariego, który tkwi w śniegu z którym postanowił się najwyraźniej zasymilować. Nie mniej, nasz dzielny książę z bajki wydobywa Enneariego (który zdążył już „wyglądać” na martwego) i dzielnie przystępuje do reanimacji, która to oczywiście się udaje. Zabijanie jednego z głównych bohaterów na dwudziestej stronie nie było by przecież zbyt mądre…
Gdy już elf staje na własne nogi, chłopcy się zapoznają, gadają, jedzą, piją, jest wesoło aż tu nagle… Po około pięćdziesięciu stronach (książka ma 360) dowiadujemy się co jest za przełęczą! Hurra, kolejna wiadomość o książce! A więc Lermett nie spaceruje sobie rekreacyjnie po głuszy z „paskudną sprawą”, idzie do Doliny Elfów! (Co nie zmienia faktu, że dalej ma tam jakąś „paskudną sprawę”) Jako że Enneari ma dług wdzięczności wobec Lermetta (taka specyficzna polityka, jak ktoś komuś uratuje życie, to ten uratowany musi tak długo leźć za wybawicielem, aż nie odpracuje długu), postanawia przeprowadzić go do Doliny (oczywiście litościwie nie pytając o cel. Właściwie elf również nie podaje celu wyruszenia po za swoją krainę. Brzmi podejrzanie…). Więc ruszają. I idą, idą, kłócą się, rozmawiają, idą, dalej idą… I tak oto mija nam połowa książki, w której to opisanych mamy ledwie parę dni. Jedyne pocieszenie jest takie, że przynajmniej ich perypetie są całkiem zabawne i miło się je czyta.
Za to gdzieś mniej więcej w ¾ książki wszystkie informacje, te które są kluczowe dla fabuły i te mniej, dosłownie zwalają się nam na głowę. Osobiście w tamtym momencie potrzebowałam chwili przerwy, by to ogarnąć, bo było tych informacji naprawdę strasznie dużo. Po naszej lawinie informacyjnej akcja niesamowicie przyspiesza, setka rzeczy się dzieje i jak dla mnie, tu już pojawia się stanowczo za mało opisów w stosunku do pierwszej części książki. Do połowy akcja dzieje się w ciągu ledwie paru dni, opisanych bardzo rozwlekle, zaś po połowie mamy niesamowity skrót, według mnie, z jakiegoś miesiąca. Akcja więc niesamowicie prze do przodu powalając wszelkie przeszkody i wciągając czytelnika już na dobre.
Mówiąc szczerze, do końca nie jestem pewna o czym jest ta historia. Co tak naprawdę miało być głównym wątkiem? Czuję się zagubiona, bo do połowy książki czytamy powieść, dosyć niemrawą, ale ciekawą, jednak pozbawioną dla czytelnika większego sensu.
Autorka pisze w bardzo lakoniczny sposób, ograniczając nam dostęp do informacji jak to tylko możliwe. (Może czytelnik miał się poczuć jak mieszkaniec krainy? Niezbyt udany pomysł.) Jaki jest główny wątek? Kim jest ten elf? Co on tam robi? I o co tu do cholery chodzi?!
Nie mam pojęcia, jestem skołowana i niewiele do mnie dotarło. Myślę, że moje wrażenie jest spowodowane tym prostym zabiegiem jakiego dokonała pani Eleonora – trzymanie w tajemnicy wszystkiego do samiutkiego końca. Nie mówię tu o budowaniu napięcia, nie! Chodzi mi o prosty fakt tego, że prawie samego końca czytelnik ma wrażenie niedoinformowania. Mimo to, książkę warto doczytać do końca.
Mimo tego mojego całego narzekania, strasznie mnie ta ich wędrówka wciągnęła. Serio. Czytało mi się bardzo szybko, tak więc dopiero trafiwszy do połowy książki (Hej, jestem już w połowie?!, jak to szybko minęło!) zwróciłam uwagę na ciągły brak informacji. Nie podobał mi się zabieg nietłumaczenia, pozostawienia czytelnika samemu sobie, podobnie jak istna lawina informacji która później nastąpiła. Jednak powiem szczerze, mimo mojego marudzenia na ten mankament, jest on chyba jedynym w całej powieści. Książkę łyknęłam w całości (z drobną przerwą na poukładanie sobie wszystkiego po wspomnianej lawinie), ledwie w parę godzinek w wolny weekend. Główny wątek nie jest co prawda jakoś specjalnie wyszukany, jednak nawiązanie tytułu do historii w książce i, że to tak nazwę, rola dydaktyczna powieści powaliły mnie na kolana i dziękuję pani Eleonorze za napisanie tej książki. Tak o to twarda Neria najzwyczajniej w świecie… się wzruszyła! Czemu? Haha, musicie przeczytać żeby się dowiedzieć!
Tak więc napiszę to jeszcze raz – mimo mojego całego jojczenia, książka bardzo mi się podobała. Polecam wszystkim gorąco. Dla zainteresowanych dodam, że wyszła również kontynuacja Lare-i-t'ae.
Moja ocena 7,5/10.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Serie, sagi i cykle”