Seria Burton & Swinbourne

Dział założony z myślą o seriach i cyklach książkowych. Tu wszystko o naszych ulubionych bohaterach i ich przygodach ukazujących się w częściach.

Moderatorzy: Administratorzy, Moderatorzy, Junior Admini

Awatar użytkownika
Oksa
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 1824
Rejestracja: 07 lut 2010, 14:34

Seria Burton & Swinbourne

Post autor: Oksa »

Obrazek

Tytuł: 1# W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka
Autor: Mark Hodder

Wydawca: Fabryka Słów
Data wydania: luty 2012
Liczba stron: 528

Opis wydawcy: Mark Hodder w swojej powieści przywołuje jedną z najciekawszych postaci Imperium XIX wieku – Sir Richarda Francisa Burtona – żołnierza, dyplomatę i podróżnika wsławionego m.in. organizacją wyprawy w poszukiwaniu źródeł Nilu pod auspicjami Królewskiego Towarzystwa Geograficznego i Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Nie do przecenienia są także osiągnięcia sir Burtona na polu literackim i lingwistycznym. Znał 29 języków obcych i 11 dialektów. Sławę przyniosły mu doskonałe tłumaczenia Baśni tysiąca i jednej nocy oraz Kamasutry. Znany był zresztą jako badacz zachowań seksualnych ludów Indii i Orientu.
Teraz za sprawą Marka Hoddera, sir Burton powraca jako główny bohater znakomitej powieści. W The Strange Affair of Spring Heeled Jack koła historii potoczyły się nieco inaczej niż w sposób znany nam z kart historii. W innym kierunku rozwinęła się nauka – króluje para i eugenika – ulicami Londynu przetaczają się dziwaczne pojazdy parowe i kroczą groteskowe stwory wyspecjalizowane w wykonywaniu ściśle określonych zadań. Wizja steampunkowego Londynu olśniewa, Hodder nie ogranicza się tylko do opisów niezwykłych wynalazków – z rozmachem przedstawia także kulturowe realia epoki.
Boże chroń Króla! Króla, ponieważ w powieści na tronie brytyjskim nie zasiada miłościwie panująca Wiktoria, lecz jej mąż Albert.
W Londynie epoki pary i eugeniki, sir Burton podejmuje się rozwiązania zagadki ludzi wilków… porywających pomocników kominiarzy. Jak przystało na steampunk sprawa z pozoru absurdalna, być może nawet nieco zabawna, szybko staje się dramatyczna, makabryczna i wielowymiarowa. Pojawia się w niej postać słynnego Spring Heeled Jacka. I akcja rusza z kopyta, wariacko miotając Czytelnikiem w kolejnych zwrotach akcji.
Królewski agent, wspaniały podróżnik i człowiek wielkiej odwagi kontra tajemniczy, demoniczny… potwór, stwór, a może przybysz z innej planety? Człowiek? Może wręcz Kuba Rozpruwacz!!! (niektórzy łączyli te dwie postacie). Spring Heeled Jack fascynował i przerażał XIX wieczny Londyn, a i dzisiaj nie narzeka na brak zainteresowania ze strony miłośników tajemnic i historii z dreszczykiem.


Moja opinia: Dla takich między innymi książek człowiek wciąż czyta i poszukuje.
Jest to bardzo przykładny przedstawiciel steampunku, szczegółowe opisy poszczególnych maszynerii i wynalazków stoją niemal na równi z opisami lokacji. A jest tych wynalazków całe mnóstwo, plusem jednak pozostaje fakt, że powstały one - pomimo swojej nowatorskości - na poziomie współczesnej wiedzy o technice i technologii.
Jak dla mnie był to najmniej istotny element. Owszem, lubię powieści osadzone w tym wieku, a jeszcze bardziej, kiedy do czasów dam i dżentelmenów zostają wprowadzone jakieś naprzyrodzone elementy - magia, wilkołaki, spirytyzm i inne takie. Plakietka steampunk wcale nie jest dla mnie jakoś wielce pociągająca, tym bardziej że jako człowiek prosty technicznie potrafię się zgubić w tych opisach :-P Czasem wybijały też one nieco z rytmu, szczególnie gdy akcja szybko pędziła albo bohaterowie już prawie prawie mieli powiedzieć coś ważnego a tu bach! opis.
Bardziej za to ciekawe i urzekające dla mnie były opisy miejsc, wnętrz budynków, samych budynków oraz odpychających dzielnic Londynu. Czułam się tak, jakbym się tam znajdowała razem z bohaterami. Nie ominęłam nawet zdania, bo każde z nich w odpowiedni sposób wpływało na oddanie atmosfery danej sceny.
Bohaterów była mnogość i czasem musiałam wrócić do poprzednich stron, żeby przypomnieć sobie, jaki wkład ma w historię dana osoba. Bardzo ciekawym dodatkiem jest spis osób na końcu książki wraz z notatkami na temat ich prawdziwego życia oraz odniesienie się pokrótce do wydarzeń w książce.
Może nie było tak, że poznałam każdą postać dogłębnie, a historie ich życia wręcz stały przede mną otworem, ale mi to odpowiadało. Te najważniejsze poznałam w wystarczającym stopniu, chociaż na pewno jeszcze sporo przede mną w kolejnych tomach, reszta zaś została nakreślona tak jak trzeba, aby nie pozostać z wrażeniem sztuczności.
Sama fabuła była wyborna. W pewnych momentach pozwalała domyślać się, w którym kierunku idzie
[spoiler]szczególnie chodzi mi o to, że Skaczący Jack pochodził z przyszłości - ta myśl przychodzi jako pierwsza do głowy i w sumie słusznie, bo naprawdę wszystko na to dość wcześnie wskazuje.[/spoiler]
w innych natomiast dostawałam już kręćka i czytałam jak najszybciej, żeby poznać dalszą część historii. Szczególnie końcowe wydarzenia.
[spoiler]Dzieje Jacka opowiedziane z jego punktu widzenia były czymś bardzo wybijającym z rytmu - jesteśmy z Burtonem, podsłuchuje on niecnych spiskowców, zbliża się punkt kulminacyjny powieści, a tu nagle autor wyjeżdża ze 100% zbliżeniem na Edwarda Oxforda. Mi to odpowiadało. Cieszę się, że miałam okazję tak dogłębnie poznać, co spowodowało, że Oxford w taki oto sposób próbował wrócić do własnych czasów. Próba odtworzenia samego siebie przez gwałt na własnej przodkini była absurdalna, ale i z umysłem samego podróżnika w czasie było już bardzo źle.[/spoiler]
Zastanawiam się
[spoiler]co właściwie spowodowało, że John Speke popełnił już w roku 1861 samobójstwo, a nie trzy lata później. To przecież w pewien sposób również miało wpływ na całą lawinę późniejszych zdarzeń.
Tak sobie myślę, czy nie było to przez Edwarda Oxforda z przyszłości. Przez niego Beresford podpowiedział parę rzeczy Brunelowi. Zaczęły się bardzo inwazyjne eksperymenty na ludziach. Oliphant przez długi czas miał wpływ na Speke. Może po połączeniu z panterą zmienił tak charakter, że zaczął wpływać na Speke jakoś agresywniej. Może doprowadził do tego, że ten popełnił samobósjtwo wcześniej. Trudno powiedzieć. A może skusił go wizją jakiś upgrejdów fizycznych, jeśli się postrzeli, no grom go wie. Pewnie coś w tej sprawie jeszcze się wyjaśni, bo Speke zwiał.[/spoiler]
Wyklinające wszystko dookoła papugi były najlepsze. Zawsze wybuchałam śmiechem przy ich kwestiach. Może to i prostackie, ale przez ten zlepek słów, jakich używały uwierzcie mi, że nie dało się inaczej :-D

I cóż innego mi pozostaje, jeśli nie polecić wszystkim tej pozycji? To było takie świetne połączenie awanturniczych przygód z sensacją oraz całą masą wątków s-f. U mnie ląduje na półce wśród ulubionych książek i oby kolejne części również tam trafiły ;-)

Obrazek

Tytuł: 2# The Curious Case of the Clockwork Man - planowany termin wydania sierpień 2012
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.

Awatar użytkownika
Anne
Żarłoczny Ghul
Posty: 781
Rejestracja: 30 paź 2009, 00:07

Post autor: Anne »

Książka jest absolutnie rewelacyjna. Na takie dzieła warto czekać.
Wszystko zaczyna się zwyczajnie i nie spodziewałam się, że dostanę aż tak pokręcony i zagmatwany świat gdzie wszystko zostało ukształtowane przez jedno wydarzenie. Co do samego Skaczącego Jacka to podczas czytania miałam swoje podejrzenia kim jest jednak i tak zostałam zaskoczona jego historią.Zresztą nie raz, podczas czytania zdarzyło się, że przyłapywałam siebie, że siedzę z otwartymi ustami zastanawiając się co będzie dalej.
Polecam książkę ponieważ warto po nią sięgnąć i zanurzyć się w świat brudnego Londynu. Na 100% przeczytam kolejny tom. :mrgreen:
Nothing is true. Everything is permitted.

Awatar użytkownika
Oksa
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 1824
Rejestracja: 07 lut 2010, 14:34

Post autor: Oksa »

Dochodzę do wniosku, że o dziwo najsłabszym ogniwem jest konstrukcja bohaterów. Nie zrozumcie mnie źle, wszystko jest swoim na miejscu. Tylko ja osobiście nie czułam, żebym się z nimi jakoś strasznie bardzo zżyła bądź też poznała ich na wskroś. Ale tak jak pisałam - nie przeszkadzało mi to na tyle, żebym im nie dopingowała lub nie interesowała się ich losem. Nawet Skaczącego Jacka.
Mogłabym to ująć w ten sposób - bohaterowie byli nakreśleni porządnie, ale nie poczułam żeby zawładnęli moim sercem :) Choć przyznaję, że taki Burton robi wrażenie 8-)
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.

Awatar użytkownika
destrakszyn
Destrukcyjna Esencja Wszechświata
Posty: 974
Rejestracja: 07 sie 2010, 10:46

Post autor: destrakszyn »

Co tu dużo mówić, W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka było lekturą absolutnie fantastyczną i to jeszcze wzbogaconą walorami estetycznymi - oprawa piękna po prostu. 8-)

Zgadzam się z Oksa. Wg mnie najbardziej fascynującym aspektem tej powieści jest fabuła - skomplikowana, poplątana, z siódmym dnem, paradoksem i absurdem w jednym, nieprzewidywalna, zaskakująca, gnająca... Po prawdzie dość szybko domyśliłam się, ze Skaczący Jack [spoiler] w istocie jest podróżnikiem w czasie i poważnie namieszał w historii (tylna okładka też daje podstawy do takich podejrzeń) - skoro po ulicach chadzają dziwne urządzenia, a genetyka osiągnęła taki poziom, że człowiek w zasadzie martwy może funkcjonować (jako małpa przykładowo...) [/spoiler] - ale i tak co i rusz gwałtowne zwroty akcji nie dopuszczały do tego, bym choć pomyślała o rutynie.

Ponadto atmosfera była świetna, niemal czułam wokół siebie te toksyczne, londyńskie wyziewy z wszelakich mechanizmów i fabryk, ale przede wszystkim unosiła się tam mgła absurdu, nienaturalności, bo mimo znacznego rozwoju technicznego - a może właśnie dlatego - ludzie pozostawali wciąż tymi samymi istotami, jakimi byli wcześniej, w przeciwieństwie do otaczającego ich świata nie ewoluowali. Owszem, używali nowych zdobyczy myśli technicznej, ale odniosłam wrażenie, iż nie potrafią się przystosować do wciąż zmieniającego się gwałtownie świata, gdyż nie znają żadnego umiaru. Z kranu leci woda, a oni nie gaszą pragnienia i nie odchodzą, tylko piją, piją, piją, aż eksplodują... [spoiler]
Oksa pisze:Zastanawiam się, co właściwie spowodowało, że John Speke popełnił już w roku 1861 samobójstwo, a nie trzy lata później. To przecież w pewien sposób również miało wpływ na całą lawinę późniejszych zdarzeń.
Tak sobie myślę, czy nie było to przez Edwarda Oxforda z przyszłości. Przez niego Beresford podpowiedział parę rzeczy Brunelowi. Zaczęły się bardzo inwazyjne eksperymenty na ludziach. Oliphant przez długi czas miał wpływ na Speke. Może po połączeniu z panterą zmienił tak charakter, że zaczął wpływać na Speke jakoś agresywniej. Może doprowadził do tego, że ten popełnił samobósjtwo wcześniej. Trudno powiedzieć. A może skusił go wizją jakiś upgrejdów fizycznych, jeśli się postrzeli, no grom go wie. Pewnie coś w tej sprawie jeszcze się wyjaśni, bo Speke zwiał.
Ja sądzę, że Edward już samym postawieniem nogi w dziewiętnastowiecznej Anglii zmienił bieg historii, jeszcze zanim cokolwiek zrobił. Ciąg przyczynowo-skutkowy, w który czasem wbijał się Jack i burzył jego założenia, a burzył wielokrotnie, bo pojawiał się raz tu, raz tam, najpierw dzień temu, potem tydzień, i znów wszystko szlag trafiał. Trudne do ogarnięcia. [/spoiler]
Oksa pisze:Czasem wybijały też one nieco z rytmu, szczególnie gdy akcja szybko pędziła albo bohaterowie już prawie prawie mieli powiedzieć coś ważnego a tu bach! opis.
Pisałam o tym w recenzji. Te fragmenty z biegiem czasu zaczęły się stawać nie do zniesienia, człowiek dyszy z przejęciem w kartkę, leci spojrzeniem po linijkach, byle wiedzieć, co się stanie co powiedzą przeżyją?, a tu niespodziewanie wytłumaczenie, jak działa to dziwne urządzenie, które Zły wycelował w Dobrego... Kiedy książka do mnie wróci, przeczytam ją raz jeszcze, tym razem spokojnie, bowiem - przyznaję ze wstydem - zdarzało mi się omijać owe opisy, bo, w porównaniu z tym, co działo się zaledwie parę linijek wyżej, były mało interesujące i zdecydowanie irytujące. Wg mnie lepiej byłoby, gdyby Hodder w danym momencie ograniczał się do paru ogólnikowych słów na temat danego przedmiotu, by dopiero później, po zakończeniu brawurowej sytuacji, wyjaśnić ich działanie obszerniej. Same opisy były łatwe do zrozumienia i nie traciły przy tym na bogatym słownictwie, ale ich umiejscowienie... Nie. Zdecydowanie nie.

Brak przywiązania do postaci może brać się stąd, iż styl Hoddera jest "bajarski", jak ja to mawiam - narrator jest wszechwiedzący, opisuje zachowania i emocje, ale w nich nie uczestniczy, a czasem rzuca czytlenikowi coś, z czego bohater nie zdaje sobie sprawy (coś w stylu "Edward o tym nie wiedział, ale już wtedy zaczęło mu odbijać", to oczywiście tylko przykład), a to skutkowało nie tyle co obojętnością, a niejakim uodpornieniem na jego losy. Ponieważ postać jest opisywana, ktoś siedzi w jej głowie, zatem dla mnie nie ma już miejsca - przynajmniej ja to tak odbieram.
Obrazek

Nothing is true, everything is permitted.

Nic není pravda, vše je dovoleno.

Awatar użytkownika
Oksa
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 1824
Rejestracja: 07 lut 2010, 14:34

Post autor: Oksa »

destrakszyn pisze:Co tu dużo mówić, W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka było lekturą absolutnie fantastyczną i to jeszcze wzbogaconą walorami estetycznymi - oprawa piękna po prostu.

Od teraz jestem wielką fanką takich wydań, książka jakby nie było jest całkiem gruba, a mimo to bardzo wygodnie się ją czytało. Nie była za ciężka, jak przy twardych okładkach, ani za bardzo sztywna, tak więc nie było trudno utrzymać ją otwartą nawet w jednej ręce.
destrakszyn pisze:Ponadto atmosfera była świetna, niemal czułam wokół siebie te toksyczne, londyńskie wyziewy z wszelakich mechanizmów i fabryk, ale przede wszystkim unosiła się tam mgła absurdu, nienaturalności, bo mimo znacznego rozwoju technicznego - a może właśnie dlatego - ludzie pozostawali wciąż tymi samymi istotami, jakimi byli wcześniej, w przeciwieństwie do otaczającego ich świata nie ewoluowali.
Bardzo dobrze to ujęłaś. Dziwak ze mnie, ale to właśnie ten obskurny Londyn najbardziej mnie zauroczył. Nie piękno, nie raje na ziemi, ale nękane zanieczyszczoną i dławiącą mgłą miasto. Naprawdę plastycznie oddana atmosfera poszczególnych miejsc.
destrakszyn pisze:Brak przywiązania do postaci może brać się stąd, iż styl Hoddera jest "bajarski", jak ja to mawiam - narrator jest wszechwiedzący, opisuje zachowania i emocje, ale w nich nie uczestniczy, a czasem rzuca czytlenikowi coś, z czego bohater nie zdaje sobie sprawy (coś w stylu "Edward o tym nie wiedział, ale już wtedy zaczęło mu odbijać", to oczywiście tylko przykład), a to skutkowało nie tyle co obojętnością, a niejakim uodpornieniem na jego losy. Ponieważ postać jest opisywana, ktoś siedzi w jej głowie, zatem dla mnie nie ma już miejsca - przynajmniej ja to tak odbieram.
Myślę, że możesz mieć rację. Ostatnio non stop coś wychodzi w pierwszoosobowej narracji, więc taka trzecioosobowa mogła wydać mi się nieco bezosobowa. Tym bardziej, że Hodder nie uprawia wodolejstwa w zakresie psychologii postaci. Ich rozterki i dylematy naprawdę nie zajmują całych stronic. Hmm w sumie to bardzo odświeżająca odmiana 8-)
[spoiler]
Ja sądzę, że Edward już samym postawieniem nogi w dziewiętnastowiecznej Anglii zmienił bieg historii, jeszcze zanim cokolwiek zrobił. Ciąg przyczynowo-skutkowy, w który czasem wbijał się Jack i burzył jego założenia, a burzył wielokrotnie, bo pojawiał się raz tu, raz tam, najpierw dzień temu, potem tydzień, i znów wszystko szlag trafiał. Trudne do ogarnięcia.
Nie no zgadzam się, ale za chiny nie mogę dojść, czemu John zrobił to wcześniej. Wierzę jednak w autora, bo skoro pozwolił Speke uciec, to myślę, że drogi jego i Burtona jeszcze się przetną i ta sprawa wyjdzie ponownie.[/spoiler]
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.

Awatar użytkownika
Czarownica
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2714
Rejestracja: 23 cze 2010, 17:52

Post autor: Czarownica »

Zgadzam się z Wami , ale..... ale mam małe coś. Gdzieś w połowie, poczułam się trochę znudzona. może przez nadmiar szybkiej akcji, może przez to, że łatwo było odgadnąć kim jest skaczący Jack. a może przez potępianie w czambuł wszystkich ważniejszych postaci epoki wiktoriańskiej. wiem, że to było konieczne, ale żeby aż tak?
W każdym razie, nie wiem o co, ale o coś mi chodziło (i chodzi), o coś, czego mi brakowało. Poza tymi uwagami, to niezła książka i ciekawa jestem, jak dalej potoczą się losy bohaterów.

Awatar użytkownika
Oksa
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 1824
Rejestracja: 07 lut 2010, 14:34

Post autor: Oksa »

U mnie kryzysowy moment - bo i taki był - pojawił się
[spoiler]gdy akcja zaczęła się rozgrywać z perspektywy Swinbourne'a, udającego kominiarza.[/spoiler]
Nie wiem, coś w nim jest takiego, że mnie ani grzeje, ani ziębi, a jego losy jakoś nieszczególnie obchodzą. Już chętniej czytałam sceny, w których uczestniczyła gospodyni Burtona :-D W sumie to Swinbourne jest jednym z głównych bohaterów, więc mam nadzieję, że w kolejnych częściach jego postać się rozwinie albo autor poprowadzi jego wątek jakoś zgrabniej, bo inaczej może być on dla mnie nieco męczący.
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.

Awatar użytkownika
destrakszyn
Destrukcyjna Esencja Wszechświata
Posty: 974
Rejestracja: 07 sie 2010, 10:46

Post autor: destrakszyn »

Mnie Swinburne przede wszystkim bawił. :-) To jego zboczenie seksualne zostało przedstawione w bardzo pozytywny sposób, zresztą nie tylko - cały sposób myślenia tego człowieka sprawiał, że na mojej twarzy pojawiał się wielki uśmiech. [spoiler]A już zwłaszcza, kiedy Oliphant go dopadł i "torturował" ku ukontentowaniu tamtego. Taka osobliwa reakcja musiała być irytująca. :-P [/spoiler]
Oksa pisze:Od teraz jestem wielką fanką takich wydań, książka jakby nie było jest całkiem gruba, a mimo to bardzo wygodnie się ją czytało. Nie była za ciężka, jak przy twardych okładkach, ani za bardzo sztywna, tak więc nie było trudno utrzymać ją otwartą nawet w jednej ręce.
A na stronie Fabryki piszą, że będzie więcej takich wydań. 8-)

Co do Speke'a - Oksa, pamiętaj, że świat uległ zmianom dwadzieścia lat temu, jedne wydarzenia potoczyły się szybciej, inne wolniej, zatem może debata w '61 roku jest tą samą, która w normalnym biegu historii odbyła się trzy lata później? (czy ile tam, nie pamiętam).
Obrazek

Nothing is true, everything is permitted.

Nic není pravda, vše je dovoleno.

Awatar użytkownika
Oksa
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 1824
Rejestracja: 07 lut 2010, 14:34

Post autor: Oksa »

destrakszyn pisze:Co do Speke'a - Oksa, pamiętaj, że świat uległ zmianom dwadzieścia lat temu, jedne wydarzenia potoczyły się szybciej, inne wolniej, zatem może debata w '61 roku jest tą samą, która w normalnym biegu historii odbyła się trzy lata później? (czy ile tam, nie pamiętam).
[spoiler]A wiesz, że coś w tym może być. W sumie gdyby nie Edward, to Beresford nie rozmawiałby o pewnych rzeczach z Brunelem. Nie byłoby możliwe, żeby John na jakimś latającym łabędziu mógł zbadać Nil. Wszystko odbyłoby się wolniej, a jego konflikt z Burtonem narastałby zapewne w wolniejszym tempie, gdyż ten ostatni mocno go skrytykował szczególnie po jego nieudanym locie na rzeczonym ptactwie i niedokładnych w związku z tym wyliczeniach.[/spoiler]
Swinbourne śmieszył mnie bardzo, ale nie przywiązał do siebie i nie podbił. Myślę jednak, że jeszcze wszystko przede mną :-P
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.

Awatar użytkownika
Czarownica
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2714
Rejestracja: 23 cze 2010, 17:52

Post autor: Czarownica »

Tak szczerze, to mnie postać poety średnio się podobała.[spoiler] Może dlatego, że coś słabo podporządkowywał się poleceniom - nie takim codziennym, tylko w tym wydawanym w trudnym położeniu. Indwywidualizm indywidualizmem, ale jak sie do czegoś zobowiązuje, to trzeba to przestrzegać.Poza tym, jakoś mi ta postać nie leży. [/spoiler]

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2960
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Muszę przyznać, że wymęczyłam się trochę przy tej książce, zwłaszcza przy początkowych rozdziałach - im dalej zaszłam tym było lepiej, a około 150 stron przed końcem było już naprawdę dobrze i ciekawie. Prawdopodobnie dlatego, że wcześniej fakty były osobnymi zdarzeniami, nie miały konkretnego połączenia między sobą ani określonego celu i powodu, [spoiler]dopiero historia Skaczącego Jacka wszystko wyjaśniła (swoją drogą była ona naprawdę interesująca). To ona sprawiła, że cała powieść nabrała sensu, bardzo ciekawego ciągu przyczynowo-skutkowego i spójności. Hodder świetnie, moim zdaniem, pokazał problemy podróży w czasie (o samych podróżach można by dyskutować), pogarszanie sytuacji przez starania, by ją naprawić, a także postępujące szaleństwo.[/spoiler]
"W dziwnej sprawie..." jest zdecydowanie świetnie skonstruowaną powieścią (akcja jest skomplikowana, ale nie niezrozumiała), a do tego dochodzą ciekawe pomysłu autora na wynalazki. Dodatkowo cudowna oprawa, która przyciąga wzrok.
Widzę, że nie tylko mnie nie przypadł do gustu Swinburne. Ten człowiek irytował mnie okropnie i przy Burtonie wypadł raczej słabo. [spoiler] Człek bogaty, młody poeta. Ale kominy czyścić, wspinać się na dachy, czyścić konie, skubać gęsi potrafi nauczyć się w parę dni. Ale to jeszcze nic! Ten oto młody człowiek potrafi zmienić w kilkadziesiąt godzin swój sposób wypowiadania, język, akcent, słownictwo czy co tam jeszcze, tak że zaczął mówić jak ludzie z najgorszych dzielnic. I ci ludzie nie zorientowali się, że mają do czynienia z facetem, który rozbija się po najlepszych knajpach w mieście.[/spoiler]
Myślę, że żeby naprawdę zrozumieć tę powieść, trzeba ją przeczytać drugi raz.
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
Blair
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 1495
Rejestracja: 26 mar 2011, 23:24

Post autor: Blair »

Oksa pisze:Dochodzę do wniosku, że o dziwo najsłabszym ogniwem jest konstrukcja bohaterów. Nie zrozumcie mnie źle, wszystko jest swoim na miejscu. Tylko ja osobiście nie czułam, żebym się z nimi jakoś strasznie bardzo zżyła bądź też poznała ich na wskroś. Ale tak jak pisałam - nie przeszkadzało mi to na tyle, żebym im nie dopingowała lub nie interesowała się ich losem. Nawet Skaczącego Jacka.
Sądzę, że przyczyną tego zjawiska był fakt, że autor wprowadził ich zbyt wielu. Czasami mnogość postaci bardzo mi przeszkadzała w odbiorze tekstu. Tym bardziej, że nie sądzę, aby wszyscy bohaterowie mieli istotną rolę do odegrania w tomie następnym. Większość z nich była całkowicie powiązana ze sprawą, którą prowadził Burton, tak więc sądzę, że w przyszłości niektórzy zostaną na dłuższy czas, bądź też na zawsze, zapomniani.

[spoiler]
destrakszyn pisze:
Oksa napisał/a:
Zastanawiam się, co właściwie spowodowało, że John Speke popełnił już w roku 1861 samobójstwo, a nie trzy lata później. To przecież w pewien sposób również miało wpływ na całą lawinę późniejszych zdarzeń.
Tak sobie myślę, czy nie było to przez Edwarda Oxforda z przyszłości. Przez niego Beresford podpowiedział parę rzeczy Brunelowi. Zaczęły się bardzo inwazyjne eksperymenty na ludziach. Oliphant przez długi czas miał wpływ na Speke. Może po połączeniu z panterą zmienił tak charakter, że zaczął wpływać na Speke jakoś agresywniej. Może doprowadził do tego, że ten popełnił samobósjtwo wcześniej. Trudno powiedzieć. A może skusił go wizją jakiś upgrejdów fizycznych, jeśli się postrzeli, no grom go wie. Pewnie coś w tej sprawie jeszcze się wyjaśni, bo Speke zwiał.
Ja sądzę, że Edward już samym postawieniem nogi w dziewiętnastowiecznej Anglii zmienił bieg historii, jeszcze zanim cokolwiek zrobił. Ciąg przyczynowo-skutkowy, w który czasem wbijał się Jack i burzył jego założenia, a burzył wielokrotnie, bo pojawiał się raz tu, raz tam, najpierw dzień temu, potem tydzień, i znów wszystko szlag trafiał. Trudne do ogarnięcia.
Zgadzam się. Zauważcie, że po nieudanym "ratunku" Królowej, gdyby Jack nie skoczył jeszcze raz, nie przeszkodziłby samemu sobie, więc paradoksalnie uratowanie jej by się udało ... [/spoiler]
destrakszyn pisze:Kiedy książka do mnie wróci, przeczytam ją raz jeszcze, tym razem spokojnie, bowiem - przyznaję ze wstydem - zdarzało mi się omijać owe opisy, bo, w porównaniu z tym, co działo się zaledwie parę linijek wyżej, były mało interesujące i zdecydowanie irytujące.
Tak ja też się zgadzam, że tę książkę trzeba przeczytać dwa razy. Pierwszy - żeby zapoznać się z fabułą i bohaterami oraz odkryć wielką tajemnicę jaką jest Skaczący Jack. Drugi - żeby wszystko poskładać do kupy, że się tak wyrażę i zrozumieć całość, co na pewno będzie bardzo potrzebne, a może ręcz niezbędne do tego, aby sięgnąć po tom drugi.
destrakszyn pisze:Oksa napisał/a:
Od teraz jestem wielką fanką takich wydań, książka jakby nie było jest całkiem gruba, a mimo to bardzo wygodnie się ją czytało. Nie była za ciężka, jak przy twardych okładkach, ani za bardzo sztywna, tak więc nie było trudno utrzymać ją otwartą nawet w jednej ręce.
A na stronie Fabryki piszą, że będzie więcej takich wydań.


Och to świetnie, bo są po prostu boskie :-P Okładka niby miękka, ale jednak nie do końca, jak pisała wcześniej Oksa- książka niby gruba, ale w ręku bardzo dobrze się trzyma. Dodatkowo sznureczek do zaznaczenia strony, coby wypleniać niegrzeczne nawyki stronic zaginania... Francja elegancja 8-)
Oksa pisze:Swinbourne śmieszył mnie bardzo, ale nie przywiązał do siebie i nie podbił. Myślę jednak, że jeszcze wszystko przede mną


Dla mnie był on postacią odświeżającą fabułę. Po drodze Burton zaczął mnie troszkę irytować. Zawsze była mowa o tym co on nie potrafi, czego on nie zrobił...
Swinbourne był takim jeszcze niewyżytym dzieckiem, które wszystkim się szybko ekscytuje.

Co najważniejsze - powieść była intrygująca i w pewien sposób pomocna przy odetchnięciu od książek, które udało mi się przeczytać wcześniej. Autor wręcz wymagał ode mnie, żebym wysiliła mózgownicę i spróbowała rozwiązać sprawę sama. Nie byłam tylko biernym pionkiem w grze kilku niezbyt dobrze rozrysowanych bohaterów. "W dziwnej sprawie..." to książka bez wątpienia wymagająca pełnego skupienia i dosyć specyficzna. Nie sądzę, żeby osoba, które nie lubi stemapunku się w niej odnalazła.

Po drodze jak rzep, przyczepiło się do mnie porównanie Burton'a do Holmesa. Obie postacie są wyraziste i pewne siebie. Lubujące się w trudnych, nierozwiązywalnych wręcz zagadkach. Autorowie obu powieści podarowali swoim głównym postaciom po wiernym przyjacielu.

Jednym zdaniem, cała trylogia ma ogromny potencjał. Nie mogę się doczekać tomu następnego i jestem ciekawa dlaczego w ogóle autor planuje jeszcze tylko dwie części. Skoro nie będą one ze sobą jakoś widocznie powiązane, tak żeby w ostatniej części wystąpił moment kulminacyjny całej fabuły, czemu pisarz nie pozwoli czytelnikowi głębiej "wsiąknąć" w wydarzenia przez niego przedstawione?
One prerson's craziness is another person's reality
- Tim Burton

Awatar użytkownika
Sophie
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 2960
Rejestracja: 24 sie 2010, 17:24

Post autor: Sophie »

Na fabrycznym fanpage'u pojawiła się informacja, że drugi tom, "Zdumiewająca sprawa Nakręcanego Człowieka", pojawi się w sierpniu 2012, czyli zgodnie z planem. Opis można przeczytać tutaj: http://fabrykaslow.com.pl/ksiazki.php?id=593&flash=y Okładka wygląda tak: http://esensja.pl/obrazki/okladkiks/150 ... ka_400.jpg Jeśli oprawa będzie zrobiona w ten sposób co oprawa pierwszej, będzie bosko. Mam nadzieję, że znajdzie się jakaś dobra duszyczka, która podzieli się książką. :-P
Oh yes Daddy is home and he ain't happy. :twisted:

Awatar użytkownika
hlukaszuk
Nadworny Smok
Posty: 1696
Rejestracja: 29 sie 2010, 19:22

Post autor: hlukaszuk »

Oksa pisze:Dochodzę do wniosku, że o dziwo najsłabszym ogniwem jest konstrukcja bohaterów. Nie zrozumcie mnie źle, wszystko jest swoim na miejscu. Tylko ja osobiście nie czułam, żebym się z nimi jakoś strasznie bardzo zżyła bądź też poznała ich na wskroś. Ale tak jak pisałam - nie przeszkadzało mi to na tyle, żebym im nie dopingowała lub nie interesowała się ich losem. Nawet Skaczącego Jacka. Mogłabym to ująć w ten sposób - bohaterowie byli nakreśleni porządnie, ale nie poczułam żeby zawładnęli moim sercem :) Choć przyznaję, że taki Burton robi wrażenie 8-)
Mam identyczne odczucia. Do konstrukcji bohaterów nic nie mam. Zostali przedstawieni dogłębnie. To raczej sposób ich prezentowania, spowodował mój brak przywiązania do nich. Zresztą do kogóż mogłabym się przywiązać? Chyba tylko do Burtona. Nie jest to jednak wada. Sposób pisania książki przez autora powoduje, że czytamy jakby relację z tego co się wydarzyło, więc emocje mimo wszystko są trochę przytłumione co przekłada się na mój brak przywiązania do postaci. Po prostu trzeba zaakceptować styl jakim ta książka została napisana, a wtedy emocjonalny związek z bohaterami nie będzie taki ważny. Wieź z bohaterami, przynajmniej w moim przypadku, wpływa zawsze na stopień, w jakim książka wciąga. W Skaczącym Jacku było różnie. Początek na pewno był trudny, ale jak powiedziała Sophie gdzieś od 144 strony zrobiło się interesująco, mimo, że i później zdarzyło mi się nudzić. Liczy się jednak całokształt, a ten jest w porządku. Książka łączy w sobie wiele gatunków. Steampunk, kryminał, s-f (kontinułum czasu). Właściwie to kontinułum czasu, oprócz elementów steampunku najbardziej mnie zainteresowało. [spoiler]Bardzo lubię podróże w czasie lub otwieranie „drzwi B zamiast drzwi A”. Przeważnie bohaterom udaje się naprawić złe zmiany jakie wywołali swoja podróżą w czasie. Tym razem było inaczej, co miało również negatywny wpływ na samego podróżnika w czasie. Trochę mnie to rozczarowało, ale nie za bardzo. Nie zawsze wszystko musi się dobrze kończyć. Los Jaka potwierdził starą zasadę: konsekwencje wyboru drzwi B mogą się okazać gorsze niż wyboru drzwi A, których konsekwencje znamy, a chcielibyśmy zmienić. Kocham takie przenośnie, chyba dzięki serialowi „Być jak Erika”.[/spoiler]
destrakszyn pisze:Ponadto atmosfera była świetna, niemal czułam wokół siebie te toksyczne, londyńskie wyziewy z wszelakich mechanizmów i fabryk, ale przede wszystkim unosiła się tam mgła absurdu, nienaturalności, bo mimo znacznego rozwoju technicznego - a może właśnie dlatego - ludzie pozostawali wciąż tymi samymi istotami, jakimi byli wcześniej, w przeciwieństwie do otaczającego ich świata nie ewoluowali. Owszem, używali nowych zdobyczy myśli technicznej, ale odniosłam wrażenie, iż nie potrafią się przystosować do wciąż zmieniającego się gwałtownie świata, gdyż nie znają żadnego umiaru. Z kranu leci woda, a oni nie gaszą pragnienia i nie odchodzą, tylko piją, piją, piją, aż eksplodują...
Zgadzam się. Autor wspaniale oddał czasy wiktoriańskie. Ludzie mówili i zachowywali się tak jak przystało w tamtych czasach. Kiedy pisze się poniekąd książkę osadzoną w przeszłości łatwo zapomnieć o słownictwie i manierach tamtego okresu. Wiktoriański klimat Anglii przebijał ze wszystkich stron książki mimo elementów steampunku. Podobały mi się nazwy jakimi operował autor. Niektóre były oblatane w literaturze, ale wiele było nowych. Te nowe świetnie oddawały charakter nowinek technicznych. Eugenika budziła mój niesmak, co oczywiście nie wpłynęło na moją opinię o książce. Po prostu to co wyczyniali naukowcy ze zwierzętami budziło mój etyczny sprzeciw. Nie chodzi mi bynajmniej o modyfikacje genetyczne, o których nie wiedziała ludzkość, ale o te „zwykłe” np. kot jako czyściciel kurzu, zjadający brudy. Na pewno fajna rzecz i jaka poręczna. Gdyby to był robot, krzyczałabym głośno – Tak, chcę go! - ale zwierzę? Po prosu nie mogłabym. Chodziłabym na pikiety i głośno protestowała. Autor w ogóle nie porusza tej kwestii. Burton za szalone uważa modyfikację genetyczną kominiarczyków, ale kotów już nie. Czy wynika to z epoki wiktoriańskiej, kiedy zwierzę nie miało jeszcze swoich praw? Może.
Oksa pisze:
Zastanawiam się, co właściwie spowodowało, że John Speke popełnił już w roku 1861 samobójstwo, a nie trzy lata później. To przecież w pewien sposób również miało wpływ na całą lawinę późniejszych zdarzeń.
[spoiler]Tak sobie myślę, czy nie było to przez Edwarda Oxforda z przyszłości. Przez niego Beresford podpowiedział parę rzeczy Brunelowi. Zaczęły się bardzo inwazyjne eksperymenty na ludziach. Oliphant przez długi czas miał wpływ na Speke. Może po połączeniu z panterą zmienił tak charakter, że zaczął wpływać na Speke jakoś agresywniej. Może doprowadził do tego, że ten popełnił samobósjtwo wcześniej. Trudno powiedzieć. A może skusił go wizją jakiś upgrejdów fizycznych, jeśli się postrzeli, no grom go wie. Pewnie coś w tej sprawie jeszcze się wyjaśni, bo Speke zwiał.
Destrakszyn napisała:
Ja sądzę, że Edward już samym postawieniem nogi w dziewiętnastowiecznej Anglii zmienił bieg historii, jeszcze zanim cokolwiek zrobił. Ciąg przyczynowo-skutkowy, w który czasem wbijał się Jack i burzył jego założenia, a burzył wielokrotnie, bo pojawiał się raz tu, raz tam, najpierw dzień temu, potem tydzień, i znów wszystko szlag trafiał. Trudne do ogarnięcia. [/spoiler]
Oksa pisze: destrakszyn napisała:
Co do Speke'a - Oksa, pamiętaj, że świat uległ zmianom dwadzieścia lat temu, jedne wydarzenia potoczyły się szybciej, inne wolniej, zatem może debata w '61 roku jest tą samą, która w normalnym biegu historii odbyła się trzy lata później? (czy ile tam, nie pamiętam).
[spoiler]
A wiesz, że coś w tym może być. W sumie gdyby nie Edward, to Beresford nie rozmawiałby o pewnych rzeczach z Brunelem. Nie byłoby możliwe, żeby John na jakimś latającym łabędziu mógł zbadać Nil. Wszystko odbyłoby się wolniej, a jego konflikt z Burtonem narastałby zapewne w wolniejszym tempie, gdyż ten ostatni mocno go skrytykował szczególnie po jego nieudanym locie na rzeczonym ptactwie i niedokładnych w związku z tym wyliczeniach.[/spoiler]

Dla mnie jest to oczywiste. Przecież wyprawa Speke'a droga lądową właśnie tyle by trwała około 2 lata (może trochę w tą czy tamtą), a droga powietrzna znacznie ją skróciła. Źródła Nilu to Czarna Afryka. A był rok 1861r. Nie ma się czemu dziwić. Droga powietrzna eliminuje wiele niedogodności: czas, zagrożenia utraty tragarzy, wyżywienie, walki z tubylcami, chorby wynikające z przedłużającego się pobytu itp. A właśnie wyprawa Jacka przyczyniła się do tego, że wyprawa Speke’a mogła odbyć się drogą powietrzną. Jack był turbina napędową masy zmian.
Oksa pisze:Nie wiem, coś w nim jest takiego, że mnie ani grzeje, ani ziębi, a jego losy jakoś nieszczególnie obchodzą. Już chętniej czytałam sceny, w których uczestniczyła gospodyni Burtona :-D W sumie to Swinbourne jest jednym z głównych bohaterów, więc mam nadzieję, że w kolejnych częściach jego postać się rozwinie albo autor poprowadzi jego wątek jakoś zgrabniej, bo inaczej może być on dla mnie nieco męczący.
Sophie pisze:Widzę, że nie tylko mnie nie przypadł do gustu Swinburne. Ten człowiek irytował mnie okropnie i przy Burtonie wypadł raczej słabo.
[spoiler]
Człek bogaty, młody poeta. Ale kominy czyścić, wspinać się na dachy, czyścić konie, skubać gęsi potrafi nauczyć się w parę dni. Ale to jeszcze nic! Ten oto młody człowiek potrafi zmienić w kilkadziesiąt godzin swój sposób wypowiadania, język, akcent, słownictwo czy co tam jeszcze, tak że zaczął mówić jak ludzie z najgorszych dzielnic. I ci ludzie nie zorientowali się, że mają do czynienia z facetem, który rozbija się po najlepszych knajpach w mieście.[/spoiler]
Swinbourne wydał mi się przeciwwagą dla Burtona. Burton musiał mieć pomocnika, który jednocześnie byłby pomocny a zarazem pakował się w kłopoty. Musiał być przeciwieństwem Burtona. Pozytywy kapitana musiały być zrównoważone wadami charakteru i dewiacjami poety. Gdyby nie Swinbourne postać Burona wydałaby mi się inna. Poeta wydobywał na światło pewne cechy Burona, które w innym wypadku nie ujrzałyby światła dziennego. Ponadto uważam, że gdyby nie epoka wiktoriańska to takim Swinbournem mogłaby być kobieta i pewnie by była. :-P
Blair pisze:Po drodze jak rzep, przyczepiło się do mnie porównanie Burton'a do Holmesa. Obie postacie są wyraziste i pewne siebie. Lubujące się w trudnych, nierozwiązywalnych wręcz zagadkach. Autorowie obu powieści podarowali swoim głównym postaciom po wiernym przyjacielu.
Autor wiele razy podkreślał, że Burton i Swinbourn to para pewnych detektywów. Nie pamiętam ich godności, bo się z nimi wcześniej nie spotkałam. Nie wiem czy byli postaciami fikcyjnymi czy rzeczywistymi. Mnie Burton skojarzył się z praprapra pierwowzorem Jemsa Bonnda. Agent Jej Królewskiej mości z licencją na zabijanie. Wszystko się zgadza. Po śmierci królowej Burton został Agentem Jego Królewskiej Mości. Pierwsza sprawa dotyczyła Anglii. Takie były początki. Przed nim stoi cały świt. Całe życie Burtona to jedno wielkie szpiegowanie. Tym razem jego zwierzchnikiem został król. Do załączonego obrazka agentowi brakuje tylko panienki, co tom to innej.


Sophie: Hlu, zaznaczaj spoilery.
Ostatnio zmieniony 28 maja 2012, 17:50 przez hlukaszuk, łącznie zmieniany 1 raz.
Kto wie, może Śmierć sypia z pluszowym misiem? Nigdy w życiu.

Awatar użytkownika
Oksa
Zaawansowany Stopień Zupiorzenia
Posty: 1824
Rejestracja: 07 lut 2010, 14:34

Post autor: Oksa »

hlukaszuk pisze:Gdyby to był robot, krzyczałabym głośno – Tak, chcę go! - ale zwierzę? Po prosu nie mogłabym. Chodziłabym na pikiety i głośno protestowała. Autor w ogóle nie porusza tej kwestii. Burton za szalone uważa modyfikację genetyczną kominiarczyków, ale kotów już nie. Czy wynika to z epoki wiktoriańskiej, kiedy zwierzę nie miało jeszcze swoich praw? Może.
Wydaje mi się, że wynika to z charakterystyki epoki, bo o ile dobrze kojarzę wszelkie protesty przeciwko znęcaniu się nad zwierzętami zaczęły się o wiele później. W tyle gatunków tam ingerowali, ale - poprawcie mnie, jeśli źle zapamiętałam - takie konie zostawili w spokoju. To również moim zdaniem wynika ze szczególnego rodzaju szacunku, podziwu dla tych zwierząt obecne prawie we wszystkich epokach.

A odnośnie drugiego tomu przepyszny niusik z fabryki :)

"News numer II. Jak informuje Krzysztof Sokołowski - przekład II tomu cyklu Marka Hoddera, czyli "Zdumiewającej sprawy Nakręcanego Człowieka" został szczęśliwie ukończony. Ruszamy z redakcją, a wspominając na to jak dobrze współpracowało się Ewie Białołęckiej z Krzysztofem przy I tomie, problemów najmniejszych być nie powinno. I dobrze. Bo to sakramencko dobra książka."
The problem with reading a good book is that you want to finish the book, but you don't want to finish the book.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Serie, sagi i cykle”